Prus

Kolorwanie:
Status:
12
W poczatkach roku 1878, kiedy swiat polityczny zajmowal sie pokojem san-stefanskim, wyborem nowego papieza albo szansami europejskiej wojny, warszawscy kupcy tudziez inteligencja pewnej okolicy Krakowskiego Przedmiescia niemniej goraco interesowala sie przyszloscia galanteryjnego sklepu pod firma J. Mincel i S. Wokulski. W renomowanej jadlodajni, gdzie na wieczorna przekaske zbierali sie wlasciciele skladow bielizny i skladow win, fabrykanci powozow i kapeluszy, powazni ojcowie rodzin utrzymujacy sie z wlasnych funduszow i posiadacze kamienic bez zajecia, rownie duzo mowiono o uzbrojeniach Anglii, jak o firmie J. Mincel i S. Wokulski. Zatopieni w klebach dymu cygar i pochyleni nad butelkami z ciemnego szkla, obywatele tej dzielnicy jedni zakladali sie o wygrane lub przegrane Anglii, drudzy o bankructwo Wokulskiego; jedni nazywali geniuszem Bismarcka, drudzy - awanturnikiem Wokulskiego; jedni krytykowali postepowanie prezydenta MacMahona, inni twierdzili, ze Wokulski jest zdecydowanym wariatem, jezeli nie czyms gorszym... Pan Deklewski, fabrykant powozow, ktory majatek i stanowisko zawdzieczal wytrwalej pracy w jednym fachu, tudziez radca Wegrowicz, ktory od dwudziestu lat byl czlonkiem - opiekunem jednego i tego samego Towarzystwa Dobroczynnosci, znali S. Wokulskiego najdawniej i najglosniej przepowiadali mu ruine. - Na ruinie bowiem i niewyplacalnosci - mowil pan Deklewski - musi skonczyc czlowiek, ktory nie pilnuje sie jednego fachu i nie umie uszanowac darow laskawej fortuny. - Zas radca Wegrowicz po kazdej rowniez glebokiej sentencji swego przyjaciela dodawal: - Wariat! wariat!... Awanturnik!... Joziu, przynies no jeszcze piwa. A ktora to butelka? - Szosta, panie radco. Sluze piorunem!... - odpowiadal Jozio. - Juz szosta?... Jak ten czas leci!... Wariat! Wariat! - mruczal radca Wegrowicz. Dla osob posilajacych sie w tej co radca jadlodajni, dla jej wlasciciela, subiektow i chlopcow przyczyny klesk majacych pasc na S. Wokulskiego i jego sklep galanteryjny byly tak jasne jak gazowe plomyki oswietlajace zaklad. Przyczyny te tkwily w niespokojnym charakterze, w awanturniczym zyciu, zreszta w najswiezszym postepku czlowieka, ktory majac w reku pewny kawalek chleba i moznosc uczeszczania do tej oto tak przyzwoitej restauracji, dobrowolnie wyrzekl sie restauracji, sklep zostawil na Opatrznosci boskiej, a sam z cala gotowka odziedziczona po zonie pojechal na turecka wojne robic majatek. - A moze go i zrobi... Dostawy dla wojska to gruby interes - wtracil pan Szprot, ajent handlowy, ktory bywal tu rzadkim gosciem. - Nic nie zrobi - odparl pan Deklewski - a tymczasem porzadny sklep diabli wezma. Na dostawach bogaca sie tylko Zydzi i Niemcy; nasi do tego nie maja glowy. - A moze Wokulski ma glowe? - Wariat! wariat!... - mruknal radca. - Podaj no, Joziu, piwa. Ktora to?... - Siodma buteleczka, panie radco. Sluze piorunem! - Juz siodma?... Jak ten czas leci, jak ten czas leci... Ajent handlowy, ktory z obowiazkow stanowiska potrzebowal miec o kupcach wiadomosci wszechstronne i wyczerpujace, przeniosl swoja butelke i szklanke do stolu radcy i topiac slodkie wejrzenie w jego zalzawionych oczach, spytal znizonym glosem: - Przepraszam, ale... dlaczego pan radca nazywa Wokulskiego wariatem?... Moze moge sluzyc cygarkiem... Ja troche znam Wokulskiego. Zawsze wydawal mi sie czlowiekiem skrytym i dumnym. W kupcu skrytosc jest wielka zaleta, duma wada. Ale zeby Wokulski zdradzal sklonnosci do wariacji, tegom nie spostrzegl. Radca przyjal cygaro bez szczegolnych oznak wdziecznosci. Jego rumiana twarz, otoczona pekami siwych wlosow nad czolem, na brodzie i na policzkach, byla w tej chwili podobna do krwawnika oprawionego w srebro. - Nazywam go - odparl, powoli ogryzajac i zapalajac cygaro - nazywam go wariatem, gdyz go znam lat... Zaczekaj pan... Pietnascie...siedmnascie... osmnascie... Bylo to w roku 1860... Jadalismy wtedy u Hopfera. Znales pan Hopfera?... - Phi!... - Otoz Wokulski byl wtedy u Hopfera subiektem i mial juz ze dwadziescia pare lat. - W handlu win i delikatesow? - Tak. I jak dzis Jozio, tak on wowczas podawal mi piwo, zrazy nelsonskie... - I z tej branzy przerzucil sie do galanterii? - wtracil ajent. - Zaczekaj pan - przerwal radca. - Przerzucil sie, ale nie do galanterii, tylko do Szkoly Przygotowawczej, a potem do Szkoly Glownej, rozumie pan?... Zachcialo mu sie byc uczonym!... Ajent poczal chwiac glowa w sposob oznaczajacy zdziwienie. - Istna heca - rzekl. - I skad mu to przyszlo? - No skad! Zwyczajnie - stosunki z Akademia Medyczna, ze Szkola Sztuk Pieknych... Wtedy wszystkim palilo sie we lbach, a on nie chcial byc gorszym od innych. W dzien sluzyl gosciom przy bufecie i prowadzil rachunki, a w nocy uczyl sie... - Licha musiala to byc usluga. - Taka jak innych - odparl radca, niechetnie machajac reka.-Tylko ze przy posludze byl, bestia, niemily; na najniewinniejsze slowko marszczyl sie jak zboj... Rozumie sie, uzywalismy na nim, co wlazlo, a on najgorzej gniewal sie, jezeli nazwal go kto "panem konsyliarzem". Raz tak zwymyslal goscia, ze malo obaj nie porwali sie za czuby. - Naturalnie, handel cierpial na tym... - Wcale nie! Bo kiedy po Warszawie rozeszla sie wiesc, ze subiekt Hopfera chce wstapic do Szkoly Przygotowawczej, tlumy zaczely tam przychodzic na sniadanie. Osobliwie roila sie studenteria. - I poszedl tez do Szkoly Przygotowawczej? - Poszedl i nawet zdal egzamin do Szkoly Glownej. No, ale co pan powiesz - ciagnal radca uderzajac ajenta w kolano - ze zamiast wytrwac przy nauce do konca, niespelna w rok rzucil szkole... - Coz robil? - Otoz, co... Gotowal wraz z innymi piwo, ktore do dzis dnia pijemy, i sam w rezultacie oparl sie az gdzies kolo Irkucka. - Heca, panie! - westchnal ajent handlowy. - Nie koniec na tym... W roku 1870 wrocil do Warszawy z niewielkim fundusikiem. Przez pol roku szukal zajecia, z daleka omijajac handle korzenne, ktorych po dzis dzien nienawidzi, az nareszcie przy protekcji swego dzisiejszego dysponenta, Rzeckiego, wkrecil sie do sklepu Minclowej, ktora akurat zostala wdowa, i - w rok potem ozenil sie z baba grubo starsza od niego. - To nie bylo glupie - wtracil ajent. - Zapewne. Jednym zamachem zdobyl sobie byt i warsztat, na ktorym mogl spokojnie pracowac do konca zycia. Ale tez mial on krzyz Panski z baba! - One to umieja... - Jeszcze jak! - prawil radca. - Patrz pan jednakze, co to znaczy szczescie. Poltora roku temu baba objadla sie czegos i umarla, a Wokulski po czteroletniej katordze zostal wolny jak ptaszek, z zasobnym sklepem i trzydziestu tysiacami rubli w gotowiznie, na ktora pracowaly dwa pokolenia Minclow. - Ma szczescie. - Mial - poprawil radca - ale go nie uszanowal. Inny na jego miejscu ozenilby sie z jaka uczciwa panienka i zylby w dostatkach; bo co to, panie, dzis znaczy sklep z reputacja i w doskonalym punkcie!... Ten jednak, wariat, rzucil wszystko i pojechal robic interesa na wojnie. Milionow mu sie zachcialo czy kiego diabla! - Moze je bedzie mial - odezwal sie ajent. - Ehe! - zachnal sie radca. - Daj no, Joziu, piwa. Myslisz pan, ze w Turcji znajdzie jeszcze bogatsza babe anizeli nieboszczka Minclowa?.. Joziu!... - Sluze piorunem!... Jedzie osma... - Osma? - powtorzyl radca - to byc nie moze. Zaraz... Przedtem byla szosta, potem siodma... - mruczal zaslaniajac twarz dlonia.- Moze byc, ze osma. Jak ten czas leci!... Mimo posepne wrozby ludzi trzezwo patrzacych na rzeczy sklep galanteryjny pod firma J. Mincel i S. Wokulski nie tylko nie upadal, ale nawet robil dobre interesa. Publicznosc, zaciekawiona pogloskami o bankructwie, coraz liczniej odwiedzala magazyn, od chwili zas kiedy Wokulski opuscil Warszawe, zaczeli zglaszac sie po towary kupcy rosyjscy. Zamowienia mnozyly sie, kredyt za granica istnial, weksle byly placone regularnie, a sklep roil sie goscmi, ktorym ledwo mogli wydolac trzej subiekci: jeden mizerny blondyn, wygladajacy, jakby co godzine umieral na suchoty, drugi szatyn z broda filozofa a ruchami ksiecia i trzeci elegant, ktory nosil zabojcze dla plci pieknej wasiki, pachnac przy tym jak laboratorium chemiczne. Ani jednak ciekawosc ogolu, ani fizyczne i duchowe zalety trzech subiektow, ani .nawet ustalona reputacja sklepu moze nie uchronilaby go od upadku, gdyby nie zawiadowal nim czterdziestoletni pracownik firmy, przyjaciel i zastepca Wokulskiego, pan Ignacy Rzecki. Pan Ignacy od dwudziestu pieciu lat mieszkal w pokoiku przy sklepie. W ciagu tego czasu sklep zmienial wlascicieli i podloge, szafy i szyby w oknach, zakres swojej dzialalnosci i subiektow; ale pokoj pana Rzeckiego pozostal zawsze taki sam. Bylo w nim to samo smutne okno, wychodzace na to samo podworze, z ta sama krata, na ktorej szczeblach zwieszala sie byc moze cwiercwiekowa pajeczyna, a z pewnoscia cwiercwiekowa firanka, niegdys zielona, obecnie wyplowiala z tesknoty za sloncem. Pod oknem stal ten sam czarny stol obity suknem, takze niegdys zielonym, dzis tylko poplamionym. Na nim wielki czarny kalamarz wraz z wielka czarna piaseczniczka, przymocowana do tej samej podstawki - para mosieznych lichtarzy do swiec lojowych, ktorych juz nikt nie palil, i stalowe szczypce, ktorymi juz nikt nie obcinal knotow. Zelazne lozko z bardzo cienkim materacem, nad nim nigdy nie uzywana dubeltowka, pod nim pudlo z gitara, przypominajace dziecinna trumienke, waska kanapka obita skora, dwa krzesla rowniez skora obite, duza blaszana miednica i mala szafa ciemnowisniowej barwy stanowily umeblowanie pokoju, ktory ze wzgledu na swoja dlugosc i mrok w nim panujacy zdawal sie byc podobniejszym do grobu anizeli do mieszkania. Rownie jak pokoj, nie zmienily sie od cwierc wieku zwyczaje pana Ignacego. Rano budzil sie zawsze o szostej; przez chwile sluchal, czy idzie lezacy na krzesle zegarek, i spogladal na skazowki, ktore tworzyly jedna linie prosta. Chcial wstac spokojnie, bez awantur; ale ze chlodne nogi i nieco zesztywniale rece nie okazywaly sie dosc uleglymi jego woli, wiec zrywal sie nagle, wyskakiwal na srodek pokoju i rzuciwszy na lozko szlafmyce, biegl pod piec do wielkiej miednicy, w ktorej myl sie od stop do glow, rzac i parskajac jak wiekowy rumak szlachetnej krwi, ktoremu przypomnial sie wyscig. Podczas obrzadku wycierania sie kosmatymi recznikami z upodobaniem patrzyl na swoje chude lydki i zarosniete piersi mruczac: "No, przecie nabieram ciala". W tym samym czasie zeskakiwal z kanapki jego stary pudel Ir z wybitym okiem i mocno otrzasnawszy sie, zapewne z resztek snu, skrobal do drzwi, za ktorymi rozlegalo sie pracowite dmuchanie w samowar. Pan Rzecki, wciaz ubierajac sie z pospiechem, wypuszczal psa, mowil dzien dobry sluzacemu, wydobywal z szafy imbryk, mylil sie przy zapinaniu mankietow, biegl na podworze zobaczyc stan pogody, parzyl sie goraca herbata, czesal sie nie patrzac w lustro i o wpol do siodmej byl gotow. Obejrzawszy sie, czy ma krawat na szyi, a zegarek i portmonetke w kieszeniach, pan Ignacy wydobywal ze stolika wielki klucz i, troche zgarbiony, uroczyscie otwieral tylne drzwi sklepu obite zelazna blacha. Wchodzili tam obaj ze sluzacym, zapalali pare plomykow gazu i podczas gdy sluzacy zamiatal podloge, pan Ignacy odczytywal przez binokle ze swego notatnika rozklad zajec na dzien dzisiejszy. "Oddac w banku osiemset rubli, aha... Do Lublina wyslac trzy albumy, tuzin portmonetek... Wlasnie!... Do Wiednia przekaz na tysiac dwiescie guldenow... Z kolei odebrac transport... Zmonitowac rymarza za nieodeslanie walizek... Bagatela!... Napisac list do Stasia... Bagatela..." Skonczywszy czytac zapalal jeszcze kilka plomieni i przy ich blasku robil przeglad towarow w gablotkach i szafach. "Spinki, szpilki, portmonety... dobrze... Rekawiczki, wachlarze, krawaty... tak jest... Laski, parasole, sakwojaze... A tu - albumy, neseserki... Szafirowy wczoraj sprzedano, naturalnie!... Lichtarze, kalamarze, przyciski... Porcelana... Ciekawym, dlaczego ten wazon odwrocili?...Z pewnoscia... Nie, nie uszkodzony... Lalki z wlosami, teatr, karuzel...Trzeba na jutro postawic w oknie karuzel, bo juz fontanna spowszedniala. Bagatela!... Osma dochodzi... Zalozylbym sie, ze Klejn bedzie pierwszy a Mraczewski ostatni. Naturalnie... Poznal sie z jakas guwernantka i juz jej kupil neseser na rachunek i z rabatem... Rozumie sie...Byle nie zaczal kupowac bez rabatu i bez rachunku..." Tak mruczal i chodzil po sklepie, przygarbiony, z rekoma w kieszeniach, a za nim jego pudel. Pan od czasu do czasu zatrzymywal sie i ogladal jakis przedmiot, pies przysiadal na podlodze i skrobal tylna noga geste kudly, a rzedem ustawione w szafie lalki, male, srednie i duze, brunetki i blondynki, przypatrywaly sie im martwymi oczami. Drzwi od sieni skrzypnely i ukazal sie pan Klejn, mizerny subiekt, ze smutnym usmiechem na posinialych ustach. - A co, bylem pewny, ze pan przyjdziesz pierwszy. Dzien dobry- rzekl pan Ignacy. - Pawel! gas swiatlo i otwieraj sklep. Sluzacy wbiegl ciezkim klusem i zakrecil gaz. Po chwili rozleglo sie zgrzytanie ryglow, szczekanie sztab i do sklepu wszedl dzien, jedyny gosc, ktory nigdy nie zawodzi kupca. Rzecki usiadl przy kantorku pod oknem. Klejn stanal na zwyklym miejscu przy porcelanie. - Pryncypal jeszcze nie wraca, nie mial pan listu? - spytal Klejn. - Spodziewam sie go w polowie marca, najdalej za miesiac. - Jezeli go nie zatrzyma nowa wojna. - Stas... Pan Wokulski - poprawil sie Rzecki - pisze mi, ze wojny nie bedzie. - Kursa jednak spadaja, a przed chwila czytalem, ze flota angielska wplynela na Dardanele. -To nic, wojny nie bedzie. Zreszta - westchnal pan Ignacy - co nas obchodzi wojna, w ktorej nie przyjmie udzialu Bonaparte. - Bonapartowie skonczyli juz kariere. - Doprawdy?... - usmiechnal sie ironicznie pan Ignacy. - A na czyjaz korzysc MacMahon z Ducrotem ukladali w styczniu zamach stanu?... Wierz mi, panie Klejn, bonapartyzm to potega!... - Jest wieksza od niej. - Jaka? - oburzyl sie pan. Ignacy. - Moze republika z Gambetta?... - Moze Bismarck?.. - Socjalizm... - szepnal mizerny subiekt kryjac sie za porcelane. Pan Ignacy mocniej zasadzil binokle i podniosl sie na swym fotelu, jakby pragnac jednym zamachem obalic nowa teorie, ktora przeciwstawiala sie jego pogladom; lecz poplatalo mu szyki wejscie drugiego subiekta z broda. - A, moje uszanowanie panu Lisieckiemu! - zwrocil sie do przybylego. - Zimny dzien mamy, prawda? Ktora tez godzina w miescie, bo moj zegarek musi sie spieszyc. Jeszcze chyba nie ma kwadransa na dziewiata?.. - Takze koncept!... Panski zegarek zawsze spieszy sie z rana, a pozni wieczorem - odparl cierpko Lisiecki ocierajac szronem pokryte wasy. - Zaloze sie, zes pan byl wczoraj na preferansie. - Ma sie wiedziec. Coz pan myslisz, ze mi na cala dobe wystarczy widok waszych galanterii i panskiej siwizny? - No, moj panie, wole byc troche szpakowatym anizeli lysym - oburzyl sie pan Ignacy. - Koncept!... - syknal pan Lisiecki. - Moja lysina, jezeli ja kto dojrzy, jest smutnym dziedzictwem rodu, ale panska siwizna i gderliwy charakter sa owocami starosci, ktora... chcialbym szanowac. Do sklepu wszedl pierwszy gosc: kobieta ubrana w salope i chustke na glowie, zadajaca mosieznej spluwaczki... Pan Ignacy bardzo nisko uklonil sie jej i ofiarowal krzeslo, a pan Lisiecki zniknal za szafami i wrociwszy po chwili doreczyl interesantce ruchem pelnym godnosci zadany przedmiot. Potem zapisal cene spluwaczki na kartce, podal ja przez ramie Rzeckiemu i poszedl za gablotke z mina bankiera, ktory zlozyl na cel dobroczynny kilka tysiecy rubli. Spor o siwizne i lysine byl zazegnany. Dopiero okolo dziewiatej wszedl, a raczej wpadl do sklepu pan Mraczewski, piekny, dwudziestoletni blondynek, z oczyma jak gwiazdy, z ustami jak korale, z wasikami jak zatrute sztylety. Wbiegl ciagnac za soba od progu smuge woni, i zawolal: - Slowo honoru daje, ze juz musi byc wpol do dziesiatej. Letkiewicz jestem, galgan jestem, no - podly jestem, ale coz zrobie, kiedy matka mi zachorowala i musialem szukac doktora. Bylem u szesciu... - Czy u tych, ktorym dajesz pan neseserki? - spytal Lisiecki. - Neseserki?... Nie. Nasz doktor nie przyjalby nawet szpilki. Zacny czlowiek... Prawda, panie Rzecki, ze juz jest wpol do dziesiatej? Stanal mi zegarek. - Dochodzi dzie-wia-ta... - odparl ze szczegolnym naciskiem pan Ignacy. - Dopiero dziewiata?... No, kto by myslal! A tak projektowalem sobie, ze dzis przyjde do sklepu pierwszy, wczesniej od pana Klejna... - Azeby wyjsc przed osma - wtracil pan Lisiecki. Mraczewski utkwil w nim blekitne oczy, w ktorych malowalo sie najwyzsze zdumienie. - Pan skad wie?... - odparl. - No, slowo honoru daje, ze ten czlowiek ma zmysl proroczy! Wlasnie dzis, slowo honoru... musze byc na miescie przed siodma, chocbym umarl, chocbym... mial podac sie do dymisji... - Niech pan od tego zacznie - wybuchnal Rzecki - a bedzie pan wolny przed jedenasta, nawet w tej chwili, panie Mraczewski. Pan powinienes byc hrabia, nie kupcem, i dziwie sie, ze pan od razu nie wstapil do tamtego fachu, przy ktorym zawsze ma sie czas, panie Mraczewski. Naturalnie! - No, i pan w jego wieku latales za spodniczkami - odezwal sie Lisiecki. - Co tu bawic sie w moraly. - Nigdy nie latalem! - krzyknal Rzecki uderzajac piescia w kantorek. - Przynajmniej raz wygadal sie, ze cale zycie jest niedolega - mruknal Lisiecki do Klejna, ktory usmiechal sie, podnoszac jednoczesnie brwi bardzo wysoko. Do sklepu wszedl drugi gosc i zazadal kaloszy. Naprzeciw niego wysunal sie Mraczewski. - Kaloszykow zada szanowny pan? Ktory numerek, jezeli wolno spytac? Ach, szanowny pan zapewne nie pamieta! Nie kazdy ma czas myslec o numerze swoich kaloszy, to nalezy do nas. Szanowny pan raczy zajac miejsce na taburecie. Pawel! przynies recznik, zdejm panu kalosze i wytrzyj obuwie... Wbiegl Pawel ze scierka i rzucil sie do nog przybylemu. - Alez, panie, alez przepraszam!... - tlomaczyl sie odurzony gosc. - Bardzo prosimy - mowil predko Mraczewski - to nasz obowiazek. Zdaje mi sie, ze te beda dobre - ciagnal, podajac pare sczepionych nitka kaloszy. - Doskonale, pysznie wygladaja; szanowny pan ma tak normalna noge, ze niepodobna mylic sie co do numeru. Szanowny pan zyczy sobie zapewne literki; jakie maja byc literki?... - L. P. - mruknal gosc, czujac, ze tonie w bystrym potoku wymowy grzecznego subiekta. - Panie Lisiecki, panie Klejn, przybijcie z laski swojej literki. Szanowny pan kaze zawinac dawne kalosze? Pawel! wytrzyj kalosze i okrec w bibule. A moze szanowny pan nie zyczy sobie dzwigac zbytecznego ciezaru? Pawel! rzuc kalosze do paki... Nalezy sie dwa ruble kopiejek piecdziesiat... Kaloszy z literkami nikt szanownemu panu nie zamieni, a to przykra rzecz znalezc w miejsce nowych artykulow dziurawe graty... Dwa ruble piecdziesiat kopiejek do kasy z ta karteczka. Panie kasjerze, piecdziesiat kopiejek reszty dla szanownego pana... Nim gosc oprzytomnial, ubrano go w kalosze, wydano reszte i wsrod niskich uklonow odprowadzono do drzwi. Interesant stal przez chwile na ulicy, bezmyslnie patrzac w szybe, spoza ktorej Mraczewski darzyl go slodkim usmiechem i ognistymi spojrzeniami. Wreszcie machnal reka i poszedl dalej, moze myslac, ze w innym sklepie kalosze bez literek kosztowalyby go dziesiec zlotych. Pan Ignacy zwrocil sie do Lisieckiego i kiwal glowa w sposob oznaczajacy podziw i zadowolenie. Mraczewski dostrzegl ten ruch katem oka i podbieglszy do Lisieckiego, rzekl polglosem: - Niech no pan patrzy, czy nasz stary nie jest podobny z profilu do Napoleona III? Nos... was... hiszpanka... - Do Napoleona, kiedy chorowal na kamien - odparl Lisiecki. Na ten dowcip pan Ignacy skrzywil sie z niesmakiem. Swoja droga Mraczewski dostal urlop przed siodma wieczor, a w pare dni pozniej w prywatnym katalogu Rzeckiego otrzymal notatke: "Byl na Hugonotach w osmym rzedzie krzesel z niejaka Matylda???." Na pocieche moglby sobie powiedziec, ze w tym samym katalogu rownie posiadaja notatki dwaj inni. jego koledzy, a takze inkasent, poslancy, nawet - sluzacy Pawel. Skad Rzecki znal podobne szczegoly z zycia swych wspolpracownikow? Jest to tajemnica, z ktora przed nikim sie nie zwierzal. Okolo pierwszej w poludnie pan Ignacy, zdawszy kase Lisieckiemu, ktoremu pomimo ciaglych sporow ufal najbardziej, wymykal sie do swego pokoiku, azeby zjesc obiad przyniesiony z restauracji; Wspolczesnie z nim wychodzil Klejn i wracal do sklepu o drugiej; potem obaj z Rzeckim zostawali w sklepie, a Lisiecki i Mraczewski szli na obiad. O trzeciej znowu wszyscy byli na miejscu. O osmej wieczor zamykano sklep; subiekci rozchodzili sie i zostawal tylko Rzecki. Robil dzienny rachunek, sprawdzal kase, ukladal plan czynnosci na jutro i przypominal sobie: czy zrobiono wszystko, co wypadalo na dzis. Kazda zaniedbana sprawe oplacal dluga bezsennoscia i smetnymi marzeniami na temat ruiny sklepu, stanowczego upadku Napoleonidow i tego, ze wszystkie nadzieje, jakie mial w zyciu, byly tylko glupstwem. "Nic nie bedzie! Giniemy bez ratunku!" - wzdychal przewracajac sie na twardej poscieli. Jezeli dzien udal sie dobrze, pan Ignacy byl kontent. Wowczas przed snem czytal historie konsulatu i cesarstwa albo wycinki z gazet opisujacych wojne wloska z roku 1859, albo tez, co trafialo sie rzadziej, wydobywal spod lozka gitare i gral na niej Marsza Rakoczego przyspiewujac watpliwej wartosci tenorem. Potem snily mu sie obszerne wegierskie rowniny, granatowe i biale linie wojsk, przyslonietych chmura dymu... Nazajutrz miewal posepny humor i skarzyl sie na bol glowy. Do przyjemniejszych dni nalezala u niego niedziela; wowczas bowiem obmyslal i wykonywal plany wystaw okiennych na caly tydzien. W jego pojeciu okna nie tylko streszczaly zasoby sklepu, ale jeszcze powinny byly zwracac uwage przechodniow badz najmodniejszym towarem, badz pieknym ulozeniem, badz figlem. Prawe okno przeznaczone dla galanterii zbytkownych miescilo zwykle jakis braz, porcelanowa waze, cala zastawe buduarowego stolika, dokola ktorych ustawialy sie albumy, lichtarze, portmonety, wachlarze, w towarzystwie lasek, parasoli i niezliczonej ilosci drobnych a eleganckich przedmiotow. W lewym znowu oknie, napelnionym okazami krawatow, rekawiczek, kaloszy i perfum, miejsce srodkowe zajmowaly zabawki, najczesciej poruszajace sie. Niekiedy, podczas tych samotnych zajec, w starym subiekcie budzilo sie dziecko. Wydobywal wtedy i ustawial na stole wszystkie mechaniczne cacka. Byl tam niedzwiedz wdrapujacy sie na slup, byl piejacy kogut, mysz, ktora biegala, pociag, ktory toczyl sie po szynach, cyrkowy pajac, ktory cwalowal na koniu, dzwigajac drugiego pajaca, i kilka par, ktore tanczyly walca przy dzwiekach niewyraznej muzyki. Wszystkie te figury pan Ignacy nakrecal i jednoczesnie puszczal w ruch. A gdy kogut zaczal piac lopoczac sztywnymi skrzydlami, gdy tanczyly martwe pary, co chwile potykajac sie i zatrzymujac, gdy olowiani pasazerowie pociagu, jadacego bez celu, zaczeli przypatrywac mu sie ze zdziwieniem i gdy caly ten swiat lalek, przy drgajacym swietle gazu, nabral jakiegos fantastycznego zycia, stary subiekt podparlszy sie lokciami smial sie cicho i mruczal: - Hi! hi! hi! dokad wy jedziecie, podrozni?... Dlaczego narazasz kark, akrobato?... Co wam po usciskach, tancerze?... Wykreca sie sprezyny i pojdziecie na powrot do szafy. Glupstwo, wszystko glupstwo!...a wam, gdybyscie mysleli, mogloby sie zdawac, ze to jest cos wielkiego!... Po takich i tym podobnych monologach szybko skladal zabawki i rozdrazniony chodzil go pustym sklepie, a za nim jego brudny pies. "Glupstwo handel... glupstwo polityka... glupstwo podroz do Turcji... glupstwo cale zycie, ktorego poczatku nie pamietamy, a konca nie znamy... Gdziez prawda?.. " Poniewaz tego rodzaju zdania wypowiadal niekiedy glosno i publicznie, wiec uwazano go za bzika, a powazne damy, majace corki na wydaniu, nieraz mowily: - Oto do czego prowadzi mezczyzne starokawalerstwo! Z domu pan Ignacy wychodzil rzadko i na krotko i zwykle krecil sie po ulicach, na ktorych mieszkali jego koledzy albo oficjalisci sklepu. Wowczas jego ciemnozielona algierka lub tabaczkowy surdut, popielate spodnie z czarnym lampasem i wyplowialy cylinder, nade wszystko zas jego niesmiale zachowanie sie zwracaly powszechna uwage. Pan Ignacy wiedzial to i coraz bardziej zniechecal sie do spacerow. Wolal przy swiecie klasc sie na lozku i calymi godzinami patrzec w swoje zakratowane okno, za ktorym widac bylo szary mur sasiedniego domu, ozdobiony jednym jedynym, rowniez zakratowanym oknem, gdzie czasami stal garnczek masla albo wisialy zwloki zajaca. Lecz im mniej wychodzil, tym czesciej marzyl o jakiejs dalekiej podrozy na wies lub za granice. Coraz czesciej spotykal we snach zielone pola i ciemne bory, po ktorych blakalby sie, przypominajac sobie mlode czasy. Powoli zbudzila sie w nim glucha tesknota do tych krajobrazow, wiec postanowil, natychmiast po powrocie Wokulskiego, wyjechac gdzies na cale lato. - Choc raz przed smiercia, ale na kilka miesiecy - mowil kolegom, ktorzy nie wiadomo dlaczego usmiechali sie z tych projektow. Dobrowolnie odciety od natury i ludzi, utopiony w wartkim, ale ciasnym wirze sklepowych interesow, czul coraz mocniej potrzebe wymiany mysli. A poniewaz jednym nie ufal, inni go nie chcieli sluchac, a Wokulskiego nie bylo, wiec rozmawial sam z soba i - w najwiekszym sekrecie pisywal pamietnik. "...Ze smutkiem od kilku lat uwazam, ze na swiecie jest coraz mniej dobrych subiektow i rozumnych politykow, bo wszyscy stosuja sie do mody. Skromny subiekt co kwartal ubiera sie w spodnie nowego fasonu, w coraz dziwniejszy kapelusz i coraz inaczej wykladany kolnierzyk. Podobniez dzisiejsi politycy co kwartal zmieniaja wiare: onegdaj wierzyli w Bismarcka, wczoraj w Gambette, a dzis w Beaconsfielda, ktory niedawno byl Zydkiem. Juz widac zapomniano, ze w sklepie nie mozna stroic sie w modne kolnierzyki, tylko je sprzedawac, bo w przeciwnym razie gosciom zabraknie towaru, a sklepowi gosci. Zas polityki nie nalezy opierac na szczesliwych osobach, tylko na wielkich dynastiach. Metternich byl taki slawny jak Bismarck, a Palmerston slawniejszy od Beaconsfielda i - ktoz dzis o nich pamieta? Tymczasem rod Bonapartych trzasl Europa za Napoleona I, potem za Napoleona III, a i dzisiaj, choc niektorzy nazywaja go bankrutem, wplywa na losy Francji przez wierne swoje slugi, MacMahona i Ducrota. Zobaczycie, co jeszcze zrobi Napoleonek IV, ktory po cichu uczy sie sztuki wojennej u Anglikow! Ale o to mniejsza. W tej bowiem pisaninie chce mowic nie o Bonapartych, ale o sobie, azeby wiedziano, jakim sposobem tworzyli sie dobrzy subiekci i choc nie uczeni, ale rozsadni politycy. Do takiego interesu nie trzeba akademii, lecz przykladu - w domu i w sklepie. Ojciec moj byl za mlodu zolnierzem, a na starosc woznym w Komisji Spraw Wewnetrznych. Trzymal sie prosto jak sztaba, mial nieduze faworyty i was do gory; szyje okrecal czarna chustka i nosil srebrny kolczyk w uchu. Mieszkalismy na Starym Miescie z ciotka, ktora urzednikom prala i latala bielizne. Mielismy na czwartym pietrze dwa pokoiki, gdzie niewiele bylo dostatkow, ale duzo radosci, przynajmniej dla mnie. W naszej izdebce najokazalszym sprzetem byl stol, na ktorym ojciec powrociwszy z biura kleil koperty; u ciotki zas pierwsze miejsce zajmowala balia. Pamietam, ze w pogodne dnie puszczalem na ulicy latawce, a w razie sloty wydmuchiwalem w izbie banki mydlane. Na scianach u ciotki wisieli sami swieci; ale jakkolwiek bylo ich sporo, nie dorownali jednak liczba Napoleonom, ktorymi ojciec przyozdabial swoj pokoj. Byl tam jeden Napoleon w Egipcie, drugi pod Wagram, trzeci pod Austerlitz, czwarty pod Moskwa, piaty w dniu koronacji, szosty w apoteozie. Gdy zas ciotka, zgorszona tyloma swieckimi obrazami, zawiesila na scianie mosiezny krucyfiks, ojciec, azeby - jak mowil - nie obrazic Napoleona, kupil sobie jego brazowe popiersie i takze umiescil je nad lozkiem. - Zobaczysz, niedowiarku - lamentowala nieraz ciotka - ze za te sztuki beda cie plawic w smole. - I!... Nie da mi cesarz zrobic krzywdy - odpowiadal ojciec. Czesto przychodzili do nas dawni koledzy ojca: pan Domanski, takze wozny, ale z Komisji Skarbu, i pan Raczek, ktory na Dunaju mial stragan z zielenina. Prosci to byli ludzie (nawet pan Domanski troche lubil anyzowke), ale roztropni politycy. Wszyscy, nie wylaczajac ciotki, twierdzili jak najbardziej stanowczo, ze choc Napoleon I umarl w niewoli, rod Bonapartych jeszcze wyplynie. Po pierwszym Napoleonie znajdzie sie jakis drugi, a gdyby i ten zle skonczyl, przyjdzie nastepny, dopoki jeden po drugim nie uporzadkuja swiata. - Trzeba byc zawsze gotowym na pierwszy odglos! - mowil moj ojciec. - Bo nie wiecie dnia ani godziny - dodawal pan Domanski. A pan Raczek, trzymajac fajke w ustach, na znak potwierdzenia plul az do pokoju ciotki. - Napluj mi acan w balie, to ci dam!... - wolala ciotka. - Moze jejmosc i dasz, ale ja nie wezme - mruknal pan Raczek plujac w strone komina. - U... coz to za chamy te cale grenadierzyska! - gniewala sie ciotka. - Jejmosci zawsze smakowali ulani. Wiem, wiem... Pozniej pan Raczek ozenil sie z moja ciotka... ...Chcac, azebym zupelnie byl gotow, gdy wybije godzina sprawiedliwosci, ojciec sam pracowal nad moja edukacja. Nauczyl mie czytac, pisac, kleic koperty, ale nade wszystko - musztrowac sie. Do musztry zapedzal mnie w bardzo wczesnym dziecinstwie, kiedy mi jeszcze zza plecow wygladala koszula. Dobrze to pamietam, gdyz ojciec komenderujac: "Pol obrotu na prawo!" albo "Lewe ramie naprzod - marsz!...", ciagnal mnie w odpowiednim kierunku za ogon tego ubrania. Byla to najdokladniej prowadzona nauka. Nieraz w nocy budzil mnie ojciec krzykiem: "Do broni!...", musztrowal pomimo wymyslan i lez ciotki i konczyl zdaniem: - Ignas! zawsze badz gotow, wisusie, bo nie wiemy dnia ani godziny... Pamietaj, ze Bonapartow Bog zeslal, azeby zrobili porzadek na swiecie, a dopoty nie bedzie porzadku ani sprawiedliwosci, dopoki nie wypelni sie testament cesarza. Nie moge powiedziec, azeby niezachwiana wiare mego ojca w Bonapartych i sprawiedliwosc podzielali dwaj jego koledzy. Nieraz pan Raczek, kiedy mu dokuczyl bol w nodze, klnac i stekajac mowil: - E! wiesz, stary, ze juz za dlugo czekamy na nowego Napoleona. Ja siwiec zaczynam i coraz gorzej podupadam, a jego jak nie bylo, tak i nie ma. Niedlugo porobia sie z nas dziady pod kosciol, a Napoleon po to chyba przyjdzie, azeby z nami spiewac godzinki. - Znajdzie mlodych. - Co za mlodych! Lepsi z nich przed nami poszli w ziemie, a najmlodsi - diabla warci. Juz sa miedzy nimi i tacy, co o Napoleonie nie slyszeli. - Moj slyszal i zapamieta - odparl ojciec mrugajac okiem w moja strone. Pan Domanski jeszcze bardziej upadal na duchu. - Swiat idzie do gorszego - mowil trzesac glowa. - Wikt coraz drozszy, za kwatere zabraliby ci cala pensje, a nawet co sie tyczy anyzowki, i w tym jest szachrajstwo. Dawniej rozweseliles sie kieliszkiem, dzis po szklance jestes taki czczy, jakbys sie napil wody. Sam Napoleon nie doczekalby sie sprawiedliwosci! A na to odpowiedzial ojciec: - Bedzie sprawiedliwosc, chocby i Napoleona nie stalo. Ale i Napoleon sie znajdzie. - Nie wierze -- mruknal pan Raczek. - A jak sie znajdzie, to co?.. - spytal ojciec. - Nie doczekamy tego. - Ja doczekam - odparl ojciec - a Ignas doczeka jeszcze lepiej. Juz wowczas zdania mego ojca gleboko wyrzynaly mi sie w pamieci, ale dopiero pozniejsze wypadki nadaly im cudowny, nieomal proroczy charakter. Okolo roku 1840 ojciec zaczal niedomagac. Czasami po pare dni nie wychodzil do biura, a wreszcie na dobre legl w lozku. Pan Raczek odwiedzal go co dzien, a raz patrzac na jego chude rece i wyzolkle policzki szepnal: - Hej! stary, juz my chyba nie doczekamy sie Napoleona! Na co ojciec spokojnie odparl: - Ja tam nie umre, dopoki o nim nie uslysze. Pan Raczek pokiwal glowa, a ciotka lzy otarla myslac, ze ojciec bredzi. Jak tu myslec inaczej, jezeli smierc juz kolatala do drzwi, a ojciec jeszcze wygladal Napoleona... Bylo juz z nim bardzo zle, nawet przyjal ostatnie sakramenta, kiedy, w pare dni pozniej wbiegl do nas pan Raczek dziwnie wzburzony i stojac na srodku izby, zawolal: - A wiesz, stary, ze znalazl sie Napoleon?... - Gdzie? - krzyknela ciotka. - Juzci, we Francji. Ojciec zerwal sie, lecz znowu upadl na poduszki. Tylko wyciagnal do mnie reke i patrzac wzrokiem, ktorego nie zapomne, wyszeptal: - Pamietaj!... Wszystko pamietaj... Z tym umarl. W pozniejszym zyciu przekonalem sie, jak proroczymi byly poglady ojca. Wszyscy widzielismy druga gwiazde napoleonska, ktora obudzila Wlochy i Wegry; a chociaz spadla pod Sedanem, nie wierze w jej ostateczne zagasniecie. Co mi tam Bismarck, Gambetta albo Beaconsfield! Niesprawiedliwosc dopoty bedzie wladac swiatem, dopoki nowy Napoleon nie urosnie. W pare miesiecy po smierci ojca pan Raczek i pan Domanski wraz z ciotka Zuzanna zebrali sie na rade: co ze mna poczac? Pan Domanski chcial mnie zabrac do swoich biur i powoli wypromowac na urzednika; ciotka zalecala rzemioslo, a pan Raczek zieleniarstwo. Lecz gdy zapytano mnie: do czego mam ochote? odpowiedzialem, ze do sklepu. - Kto wie, czy to nie bedzie najlepsze - zauwazyl pan Raczek. - A do jakiegoz bys chcial kupca? - Do tego na Podwalu, co ma we drzwiach palasz, a w oknie kozaka. - Wiem - wtracila ciotka. - On chce do Mincla. - Mozna sprobowac - rzekl pan Domanski. - Wszyscy przeciez znamy Mincla. Pan Raczek na znak zgody plunal az w komin. - Boze milosierny - jeknela ciotka - ten drab juz chyba na mnie pluc zacznie, kiedy brata nie stalo... Oj! nieszczesliwa ja sierota!... - Wielka rzecz! - odezwal sie pan Raczek. - Wyjdz jejmosc za maz, to nie bedziesz sierota. - A gdziez ja znajde takiego glupiego, co by mnie wzial? - Phi! moze i ja bym sie ozenil z jejmoscia, bo nie ma mnie kto smarowac - mruknal pan Raczek, ciezko schylajac sie do ziemi, azeby wypukac popiol z fajki. Ciotka rozplakala sie, a wtedy odezwal sie pan Domanski: - Po co robic duze ceregiele. Jejmosc nie masz opieki, on nie ma gospodyni; pobierzcie sie i przygarnijcie Ignasia, a bedziecie nawet mieli dziecko. I jeszcze tanie dziecko, bo Mincel da mu wikt i kwatere, a wy tylko odziez. - He?... - spytal pan Raczek patrzac na ciotke. - No, oddajcie pierwej chlopca do terminu, a potem... moze sie odwaze - odparla ciotka. - Zawsze mialam przeczucie, ze marnie skoncze... - To i jazda do Mincla! - rzekl pan Raczek podnoszac sie z krzeselka. - Tylko jejmosc nie zrob mi zawodu! - dodal grozac ciotce piescia. Wyszli z Panem Domanskim i moze w poltorej godziny wrocili obaj mocno zarumienieni. Pan Raczek ledwie oddychal, a pan Domanski z trudnoscia trzymal sie na nogach, podobno z tego, ze nasze schody byly bardzo niewygodne. - Coz?... - spytala ciotka. - Nowego Napoleona wsadzili do prochowni! - odpowiedzial pan Domanski. - Nie do prochowni, tylko do fortecy. A-u... A-u... - dodal pan Raczek i rzucil czapke na stol. - Ale z chlopcem co? - Jutro ma przyjsc do Mincla z odzieniem i bielizna - odrzekl pan Domanski. - Nie do fortecy A-u... A-u... tylko do Ham-ham czy Cham... bo nawet nie wiem... - Zwariowaliscie, pijaki! - krzyknela ciotka chwytajac pana Raczka za ramie. - Tylko bez poufalosci! - oburzyl sie pan Raczek. - Po slubie bedzie poufalosc, teraz... Ma przyjsc do Mincla jutro z bielizna i odzieniem... Nieszczesny Napoleonie!... Ciotka wypchnela za drzwi pana Raczka, potem pana Domanskiego i wyrzucila za nimi czapke. - Precz mi stad, pijaki! Wiwat Napoleon! - zawolal pan Raczek, a pan Domanski zaczal spiewac: Przechodniu, gdy w te strone zwrocisz swoje oko, Przybliz sie i rozwazaj ten napis gleboko... Przybliz sie i rozwazaj ten napis gleboko. Glos jego stopniowo cichnal, jakby zaglebiajac sie w studni, potem umilkl na schodach, lecz znowu dolecial nas z ulicy. Po chwili zrobil sie tam jakis halas, a gdy wyjrzalem oknem, zobaczylem, ze pana Raczka policjant prowadzil do ratusza. Takie to wypadki poprzedzily moje wejscie do zawodu kupieckiego. Sklep Mincla znalem od dawna, poniewaz ojciec wysylal mnie do niego po papier, a ciotka po mydlo. Zawsze bieglem tam z radosna ciekawoscia, azeby napatrzec sie wiszacym za szybami zabawkom. O ile pamietam, byl tam w oknie duzy kozak, ktory sam przez sie skakal i machal rekoma, a we drzwiach - beben, palasz i skorzany kon z prawdziwym ogonem. Wnetrze sklepu wygladalo jak duza piwnica, ktorej konca nigdy nie moglem dojrzec z powodu ciemnosci. Wiem tylko, ze po pieprz, kawe i liscie bobkowe szlo sie na lewo do stolu, za ktorym staly ogromne szafy, od sklepienia do podlogi napelnione szufladami. Papier zas, atrament, talerze i szklanki sprzedawano przy stole na prawo, gdzie byly szafy z szybami, a po mydlo i krochmal szlo sie w glab sklepu, gdzie bylo widac beczki i stosy pak drewnianych. Nawet sklepienie bylo zajete. Wisialy tam dlugie szeregi pecherzy naladowanych gorczyca i farbami, ogromna lampa z daszkiem, ktora w zimie palila sie caly dzien, siec pelna korkow do butelek, wreszcie wypchany krokodylek, dlugi moze na poltora lokcia. Wlascicielem sklepu byl Jan Mincel, starzec z rumiana twarza i kosmykiem siwych wlosow pod broda. W kazdej porze dnia siedzial on pod oknem na fotelu obitym skora, ubrany w niebieski barchanowy kaftan, bialy fartuch i takaz szlafmyce. Przed nim na stole lezala wielka ksiega, w ktorej notowal dochod, a tuz nad jego glowa wisial pek dyscyplin, przeznaczonych glownie na sprzedaz. Starzec odbieral pieniadze, zdawal gosciom reszte, pisal w ksiedze, niekiedy drzemal, lecz pomimo tylu zajec, z niepojeta uwaga czuwal nad biegiem handlu w calym sklepie. On takze, dla uciechy przechodniow ulicznych, od czasu do czasu pociagal za sznurek skaczacego w oknie kozaka i on wreszcie, co mi sie najmniej podobalo, za rozmaite przestepstwa karcil nas jedna z peka dyscyplin. Mowie : nas, bo bylo nas trzech kandydatow do kary cielesnej : ja tudziez dwaj synowcy starego - Franc i Jan Minclowie. Czujnosci pryncypala i jego bieglosci w uzywaniu sarniej nogi doswiadczylem zaraz na trzeci dzien po wejsciu do sklepu. Franc odmierzyl jakiejs kobiecie za dziesiec groszy rodzynkow. Widzac, ze jedno ziarno upadlo na kontuar (stary mial w tej chwili oczy zamkniete), podnioslem je nieznacznie i zjadlem. Chcialem wlasnie wyjac pestke, ktora wcisnela sie mi miedzy zeby, gdy uczulem na plecach cos jakby mocne dotkniecie rozpalonego zelaza. - A, szelma! - wrzasnal stary Mincel i nim zdalem sobie sprawe z sytuacji, przeciagnal po mnie jeszcze pare razy dyscypline, od wierzchu glowy do podlogi. Zwinalem sie w klebek z bolu, lecz od tej pory nie smialem wziac do ust niczego w sklepie. Migdaly, rodzynki, nawet rozki mialy dla mnie smak pieprzu. Urzadziwszy sie ze mna w taki sposob, stary zawiesil dyscypline na peku, wpisal rodzynki i z najdobroduszniejsza mina poczal ciagnac za sznurek kozaka. Patrzac na jego polusmiechnieta twarz i przymruzone oczy, prawie nie moglem uwierzyc, ze ten jowialny staruszek posiada taki zamach w reku. I dopiero teraz spostrzeglem, ze ow kozak widziany z wnetrza sklepu wydaje sie mniej zabawnym niz od ulicy. Sklep nasz byl kolonialno - galanteryjno - mydlarski. Towary kolonialne wydawal gosciom Franc Mincel, mlodzieniec trzydziestokilkoletni, z ruda glowa i zaspana fizjognomia. Ten najczesciej dostawal dyscyplina od stryja, gdyz palil fajke, pozno wchodzil za kontuar, wymykal sie z domu po nocach, a nade wszystko niedbale wazyl towar. Mlodszy zas, Jan Mincel, ktory zawiadywal galanteria i obok niezgrabnych ruchow odznaczal sie lagodnoscia, byl znowu bity za wykradanie kolorowego papieru i pisywanie na nim listow do panien. Tylko August Katz, pracujacy przy mydle, nie ulegal zadnym surowcowym upomnieniom. Mizerny ten czleczyna odznaczal sie niezwykla punktualnoscia. Najraniej przychodzil do roboty, krajal mydlo i wazyl krochmal jak automat; jadl, co mu podano, w najciemniejszym kacie sklepu, prawie wstydzac sie tego, ze doswiadcza ludzkich potrzeb. O dziesiatej wieczorem gdzies znikal. W tym otoczeniu uplynelo mi osm lat, z ktorych kazdy dzien byl podobny do wszystkich innych dni, jak kropla jesiennego deszczu do innych kropli jesiennego deszczu. Wstawalem rano o piatej, mylem sie i zamiatalem sklep. O szostej otwieralem glowne drzwi tudziez okiennice. W tej chwili, gdzies z ulicy zjawial sie August Katz, zdejmowal surdut, kladl fartuch i milczac stawal miedzy beczka mydla szarego a kolumna ulozona z cegielek mydla zoltego. Potem drzwiami od podworka wbiegal stary Mincel mruczac: Morgen!, poprawial szlafmyce, dobywal z szuflady ksiege, wciskal sie w fotel i pare razy ciagnal za sznurek kozaka. Dopiero po nim ukazywal sie Jan Mincel i ucalowawszy stryja w reke, stawal za swoim kontuarem, na ktorym podczas lata lapal muchy, a w zimie kreslil palcem albo piescia jakies figury. Franca zwykle sprowadzano do sklepu. Wchodzil z oczyma zaspanymi, ziewajacy, obojetnie calowal stryja w ramie i przez caly dzien skrobal sie w glowe w sposob, ktory mogl oznaczac wielka sennosc lub wielkie zmartwienie. Prawie nie bylo ranka, azeby stryj patrzac na jego manewry nie wykrzywial mu sie i nie pytal: - No,.. a gdzie, ty szelma, latala? Tymczasem na ulicy budzil sie szmer i za szybami sklepu coraz czesciej przesuwali sie przechodnie. To sluzaca, to drwal, jejmosc w kapturze, to chlopak od szewca, to jegomosc w rogatywce szli w jedna i druga strone jak figury w ruchomej panoramie. Srodkiem ulicy toczyly sie wozy, beczki, bryczki - tam i na powrot... Coraz wiecej ludzi, coraz wiecej wozow, az nareszcie utworzyl sie jeden wielki potok uliczny, z ktorego co chwile ktos wpadal do nas za sprawunkiem. - Pieprzu za trojaka... - Prosze funt kawy... - Niech pan da ryzu... - Pol funta mydla... - Za grosz lisci bobkowych... Stopniowo sklep zapelnial sie po najwiekszej czesci sluzacymi i ubogo odzianymi jejmosciami. Wtedy Franc Mincel krzywil sie najwiecej: otwieral i zamykal szuflady, obwijal towar w tutki z szarej bibuly, wbiegal na drabinke, znowu zwijal, robiac to wszystko z zalosna mina czlowieka, ktoremu nie pozwalaja ziewnac. W koncu zbieralo sie takie mnostwo interesantow, ze i Jan Mincel, i ja musielismy pomagac Francowi w sprzedazy. Stary wciaz pisal i zdawal reszte, od czasu do czasu dotykajac palcami swojej bialej szlafmycy, ktorej niebieski kutasik zwieszal mu sie nad okiem. Czasem szarpnal kozaka, a niekiedy z szybkoscia blyskawicy zdejmowal dyscypline i cwiknal nia ktorego ze swych synowcow. Nader rzadko moglem zrozumiec: o co mu chodzi? synowcy bowiem niechetnie objasniali mi przyczyny jego popedliwosci. Okolo osmej naplyw interesantow zmniejszal sie. Wtedy w glebi sklepu ukazywala sie gruba sluzaca z koszem bulek i kubkami (Franc odwracal sie do niej tylem), a za nia - matka naszego pryncypala, chuda staruszka w zoltej sukni, w ogromnym czepcu na glowie, z dzbankiem kawy w rekach. Ustawiwszy na stole swoje naczynie, staruszka odzywala sie schrypnietym glosem: Gut Morgen, meine Kinder! Der Kaffee ist schon fertig... I zaczynala rozlewac kawe w biale fajansowe kubki. Wowczas zblizal sie do niej stary Mincel i calowal ja w reke mowiac : - Gut Morgen, meine Mutter! Za co dostawal kubek kawy z trzema bulkami. Potem przychodzil Franc Mincel, Jan Mincel, August Katz, a na koncu ja. Kazdy calowal staruszke w sucha reke, porysowana niebieskimi zylami, kazdy mowil: - Gut Morgen, Grossmutter! I otrzymywal nalezny mu kubek tudziez trzy bulki. A gdysmy z pospiechem wypili nasza kawe, sluzaca zabierala pusty kosz i zamazane kubki, staruszka swoj dzbanek i obie znikaly. Za oknem wciaz toczyly sie wozy i plynal w obie strony potok ludzki, z ktorego co chwila odrywal sie ktos i wchodzil do sklepu. - Prosze krochmalu... - Dac migdalow za dziesiatke... - Lukrecji za grosz... - Szarego mydla... Okolo poludnia zmniejszal sie ruch za kontuarem towarow kolonialnych, a za to coraz czesciej zjawiali sie interesanci po stronie prawej sklepu, u Jana. Tu kupowano talerze, szklanki, zelazka, mlynki, lalki, a niekiedy duze parasole, szafirowe lub pasowe. Nabywcy, kobiety i mezczyzni, byli dobrze ubrani, rozsiadali sie na krzeslach i kazali sobie pokazywac mnostwo przedmiotow targujac sie i zadajac coraz to nowych. Pamietam, ze kiedy po lewej stronie sklepu meczylem sie bieganina i zawijaniem towarow, po prawej - najwieksze strapienie robila mi mysl: czego ten a ten gosc chce naprawde i - czy co kupi? W rezultacie jednak i tutaj duzo sie sprzedawalo; nawet dzienny dochod z galanterii byl kilka razy wiekszy anizeli z towarow kolonialnych i mydla. Stary Mincel i w niedziele bywal w sklepie. Rano modlil sie, a okolo poludnia kazal mi przychodzic do siebie na pewien rodzaj lekcji. Sag mir - powiedz mi: was is das? co jest to? Das is Schublade - to jest szublada. Zobacz, co jest w te szublade. Es ist Zimmt - to jest cynamon. Do czego potrzebuje sie cynamon? Do zupe, do legumine potrzebuje sie cynamon. Co to jest cynamon? Jest taki kora z jedne drzewo. Gdzie mieszka taki drzewo cynamon? W Indii mieszka taki drzewo. Patrz na globus - tu lezy Indii. Daj mnie za dziesiatke cynamon... O, du Spitzbub!... jak tobie dam dziesiec raz dyscyplin, ty bedziesz wiedzial, ile sprzedac za dziesiec groszy cynamon... W ten sposob przechodzilismy kazda szuflade w sklepie i historie kazdego towaru. Gdy zas Mincel nie byl zmeczony, dyktowal mi jeszcze zadania rachunkowe, kazal sumowac ksiegi albo pisywac listy w interesach naszego sklepu. Mincel byl bardzo porzadny, nie cierpial kurzu, scieral go z najdrobniejszych przedmiotow. Jednych tylko dyscyplin nigdy nie potrzebowal okurzac dzieki swoim niedzielnym wykladom buchalterii, jeografii i towaroznawstwa. Powoli, w ciagu paru lat, tak przywyklismy do siebie, ze stary Mincel nie mogl obejsc sie beze mnie, a ja nawet jego dyscypliny poczalem uwazac za cos, co nalezalo do familijnych stosunkow. Pamietam, ze nie moglem utulic sie z zalu, gdy raz zepsulem kosztowny samowar, a stary Mincel zamiast chwytac za dyscypline - odezwal sie: - Co ty zrobila, Ignac?... Co ty zrobila!... Wolalbym dostac ciegi wszystkimi dyscyplinami anizeli znowu kiedy uslyszec ten drzacy glos i zobaczyc wyleknione spojrzenie pryncypala. Obiady w dzien powszedni jadalismy w sklepie, naprzod dwaj mlodzi Minclowie i August Katz, a nastepnie ja z pryncypalem. W czasie swieta wszyscy zbieralismy sie na gorze i zasiadalismy do jednego stolu. Na kazda Wigilie Bozego Narodzenia Mincel dawal nam podarunki, a jego matka w najwiekszym sekrecie urzadzala nam (i swemu synowi) choinke. Wreszcie w pierwszym dniu miesiaca wszyscy dostawalismy pensje (ja bralem 10 zlotych.) Przy tej okazji kazdy musial wylegitymowac sie z porobionych oszczednosci: ja, Katz, dwaj synowcy i sluzba. Nierobienie oszczednosci, a raczej nieodkladanie co dzien chocby kilku groszy, bylo w oczach Mincla takim wystepkiem jak kradziez. Za mojej pamieci przewinelo sie przez nasz sklep paru subiektow i kilku uczniow, ktorych pryncypal dlatego tylko usunal, ze nic sobie nie oszczedzili. Dzien, w ktorym sie to wydalo, byl ostatnim ich pobytu. Nie pomogly obietnice, zaklecia, calowania po rekach, nawet upadanie do nog. Stary nie ruszyl sie z fotelu, nie patrzyl na petentow, tylko wskazujac palcem drzwi wymawial jeden wyraz: fort! fort!... Zasada robienia oszczednosci stala sie juz u niego chorobliwym dziwactwem. Dobry ten czlowiek mial jedna wade, oto - nienawidzil Napoleona. Sam nigdy o nim nie wspominal, lecz na dzwiek nazwiska Bonapartego dostawal jakby ataku wscieklizny; sinial na twarzy, plul i wrzeszczal: szelma! szpitzbub! rozbojnik!... Uslyszawszy pierwszy raz tak szkaradne wymysly nieomal stracilem przytomnosc. Chcialem cos hardego powiedziec staremu i uciec do pana Raczka, ktory juz ozenil sie z moja ciotka. Nagle dostrzeglem, ze Jan Mincel zasloniwszy usta dlonia cos mruczy i robi miny do Katza. Wytezam sluch i - oto co mowi Jan: - Baje stary, baje! Napoleon byl chwat, chocby za to samo, ze wygnal hyclow Szwabow. Nieprawda, Katz? A August Katz zmruzyl oczy i dalej krajal mydlo. Oslupialem ze zdziwienia, lecz w tej chwili bardzo polubilem Jana Mincla i Augusta Katza. Z czasem przekonalem sie, ze w naszym malym sklepie istnieja az dwa wielkie stronnictwa, z ktorych jedno, skladajace sie ze starego Mincla i jego matki, bardzo lubilo Niemcow, a drugie, zlozone z mlodych Minclow i Katza, nienawidzilo ich. O ile pamietam, ja tylko bylem neutralny. W roku 1846 doszly nas wiesci o ucieczce Ludwika Napoleona z wiezienia. Rok ten byl dla mnie wazny, gdyz zostalem subiektem, a nasz pryncypal, stary Jan Mincel, zakonczyl zycie z powodow dosyc dziwnych. W roku tym handel w naszym sklepie nieco oslabnal juz to z racji ogolnych niepokojow, juz z tej, ze pryncypal za czesto i za glosno wymyslal na Ludwika Napoleona. Ludzie poczeli zniechecac sie do nas, a nawet ktos (moze Katz?...) wybil nam jednego dnia szybe w oknie. Otoz wypadek ten, zamiast calkiem odstreczyc publicznosc, zwabil ja do sklepu i przez tydzien mielismy tak duze obroty jak nigdy; az zazdroscili nam sasiedzi. Po tygodniu jednakze sztuczny ruch na nowo oslabnal i znowu byly w sklepie pustki. Pewnego wieczora w czasie nieobecnosci pryncypala, co juz stanowilo fakt niezwykly, wpadl nam drugi kamien do sklepu. Przestraszeni Minclowie pobiegli na gore i szukali stryja, Katz polecial na ulice szukac sprawcy zniszczenia, a wtem ukazalo sie dwu policjantow ciagnacych...Prosze zgadnac kogo?... Ani mniej, ani wiecej - tylko naszego pryncypala oskarzajac go, ze to on wybil szybe teraz, a zapewne i poprzednio... Na prozno staruszek wypieral sie: nie tylko bowiem widziano jego zamach, ale jeszcze znaleziono przy nim kamien... Poszedl tez nieborak do ratusza. Sprawa po wielu. tlumaczeniach i wyjasnieniach naturalnie zatarla sie; ale stary od tej chwili zupelnie stracil humor i poczal chudnac. Pewnego zas dnia usiadlszy na swym fotelu pod oknem juz nie podniosl sie z niego. Umarl oparty broda na ksiedze handlowej, trzymajac w rece sznurek, ktorym poruszal kozaka. Przez kilka lat po smierci stryja synowcy prowadzili wspolnie sklep na Podwalu i dopiero okolo 1850 roku podzielili sie w ten sposob, ze Franc zostal na miejscu z towarami kolonialnymi, a Jan z galanteria i mydlem przeniosl sie na Krakowskie, do lokalu, ktory zajmujemy obecnie. W kilka lat pozniej Jan ozenil sie z piekna Malgorzata Pfeifer, ona zas (niech spoczywa w spokoju) zostawszy wdowa oddala reke swoja Stasiowi Wokulskiemu, ktory tym sposobem odziedziczyl interes prowadzony przez dwa pokolenia Minclow. Matka naszego pryncypala zyla jeszcze dlugi czas; kiedy w roku 1853 wrocilem z zagranicy, zastalem ja w najlepszym zdrowiu. Zawsze schodzila rano do sklepu i zawsze mowila: - Gut Morgen, meine Kinder! De, Kaffee ist schon fertig... Tylko glos jej z roku na rok przyciszal sie, dopoki wreszcie nie umilknal na wieki. Za moich czasow pryncypal byl ojcem i nauczycielem swoich praktykantow i najczujniejszym sluga sklepu; jego matka lub zona byly gospodyniami, a wszyscy czlonkowie rodziny pracownikami. Dzis pryncypal bierze tylko dochody z handlu, najczesciej nie zna go i najwiecej troszczy sie o to, azeby jego dzieci nie zostaly kupcami. Nie mowie tu o Stasiu Wokulskim, ktory ma szersze zamiary, tylko mysle w ogolnosci, ze kupiec powinien siedziec w sklepie i wyrabiac sobie ludzi, jezeli chce miec porzadnych. Slychac, ze Andrassy zazadal szescdziesieciu milionow guldenow na nieprzewidziane wydatki. Wiec i Austria zbroi sie, a Stas tymczasem pisze mi; ze - nie bedzie wojny. Poniewaz nie byl nigdy fanfaronem, wiec chyba musi byc bardzo wtajemniczony w polityke; a w takim razie siedzi w Bulgarii nie przez milosc dla handlu... Ciekawym, co on zrobi! Ciekawym!... Jest niedziela, szkaradny dzien marcowy; zbliza sie poludnie, lecz ulice Warszawy sa prawie puste. Ludzie nie wychodza z domow albo kryja sie w bramach, albo skuleni uciekaja przed siekacym ich deszczem i sniegiem. Prawie nie slychac turkotu dorozek, gdyz dorozki stoja. Dorozkarze opusciwszy koziol wchodza pod budy swoich powozow, a zmoczone deszczem i zasypane sniegiem konie wygladaja tak, jakby pragnely schowac sie pod dyszel i nakryc wlasnymi uszami. Pomimo, a moze z powodu tak brzydkiego czasu pan Ignacy, siedzac w swoim zakratowanym pokoju jest bardzo wesol. Interesa sklepowe ida wybornie, wystawa w oknach na przyszly tydzien juz ulozona, a nade wszystko - lada dzien ma powrocic Wokulski. Nareszcie pan Ignacy zda komus rachunki i ciezar kierowania sklepem, najdalej zas za dwa miesiace wyjedzie sobie na wakacje. Po dwudziestu pieciu latach pracy - i jeszcze jakiej! - nalezy, mu sie ten wypoczynek. Bedzie rozmyslal tylko o polityce, bedzie chodzil, bedzie biegal i skakal po polach i lasach, bedzie swistal, a nawet spiewal jak za mlodu. Gdyby nie te bole reumatyczne, ktore zreszta na wsi ustapia... Wiec choc deszcz ze sniegiem bije w zakratowane okna, choc pada tak gesto, ze w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod lozka gitare, dostraja ja i wziawszy kilka akordow, zaczyna spiewac przez nos piesn bardzo romantyczna: Wiosna sie budzi w calej naturze Witana rzewnym slowikow pieniem; W zielonym gaju, ponad strumieniem, Kwitna przesliczne dwie roze. Czarowne te dzwieki budza spiacego na kanapie pudla, ktory poczyna przypatrywac sie jedynym okiem swemu panu. Dzwieki te robia wiecej, gdyz wywoluja na podworzu jakis ogromny cien, ktory staje w zakratowanym oknie i usiluje zajrzec do wnetrza izby, czym zwraca na siebie uwage pana Ignacego. "Tak, to musi byc Pawel" - mysli pan Ignacy. Ale Ir jest innego zdania; zeskakuje bowiem z kanapy i z niepokojem wacha drzwi, jakby czul kogos obcego. Slychac szmer w sieniach. Jakas reka poszukuje klamki, nareszcie otwieraja sie drzwi i na progu staje ktos odziany w wielkie futro upstrzone sniegiem i kroplami deszczu. - Kto to? - pyta sie pan Ignacy i na twarz wystepuja mu silne rumience. - Juzes o mnie zapomnial, stary?... - cicho i powoli odpowiada gosc. Pan Ignacy miesza sie coraz bardziej. Zasadza na nos binokle, ktore mu spadaja, potem wydobywa spod lozka trumienkowate pudlo, spiesznie chowa gitare i toz samo pudelko wraz z gitara kladzie na swoim lozku. Tymczasem gosc zdjal wielkie futro i barania czapke, a jednooki Ir obwachawszy go poczyna krecic ogonem, lasic sie i z radosnym skomleniem przypadac mu do nog. Pan Ignacy zbliza sie do goscia wzruszony i zgarbiony wiecej niz kiedykolwiek. - Zdaje mi sie... - mowi zacierajac rece - zdaje mi sie, ze mam przyjemnosc... Potem goscia prowadzi do okna mrugajac powiekami. - Stas... jak mi Bog mily!... Klepie go po wypuklej piersi, sciska za prawa i za lewa reke, a nareszcie oparlszy na jego ostrzyzonej glowie swoja dlon wykonywa nia taki ruch, jakby mu chcial masc wetrzec w okolice ciemienia. - Cha! cha! cha!... - smieje sie pan Ignacy. - Stas we wlasnej osobie... Stas z wojny!... Coz to, dopiero teraz przypomniales sobie, ze masz sklep i przyjaciol? - dodaje, mocno uderzajac go w lopatke. - Niech mie diabli wezma, jezeli nie jestes podobny do zolnierza albo marynarza, ale nigdy do kupca... Przez osiem miesiecy nie byl w sklepie!... Co za piers... co za leb... Gosc takze sie smial. Objal Ignacego za szyje i po kilka razy goraco ucalowal go w oba policzki, ktore stary subiekt kolejno nadstawial mu, nie oddajac jednak pocalunkow. - No i coz slychac, stary, u ciebie? - odezwal sie gosc. - Wychudles, pobladles... - Owszem, troche nabieram ciala. - Posiwiales... Jakze sie masz? - Wybornie. I w sklepie jest niezle, troche zwiekszyly nam sie obroty. W styczniu i lutym mielismy targu za dwadziescia piec tysiecy rubli!... Stas kochany!... Osm miesiecy nie bylo go w domu... Bagatela... Moze siadziesz? - Rozumie sie - odpowiedzial gosc siadajac na kanapie, na ktorej wnet umiescil sie Ir i oparl mu glowe na kolanach. Pan Ignacy przysunal sobie krzeslo.- - Moze co zjesz? Mam szynke i troche kawioru. - Owszem. - Moze co wypijesz? Mam butelke niezlego wegrzyna, ale tylko jeden caly kieliszek. - Bede pil szklanka - odparl gosc. Pan Ignacy zaczal dreptac po pokoju, kolejno otwierajac szafe, kuferek i stolik. Wydobyl wino i schowal je na powrot, potem rozlozyl na stole szynke i kilka bulek. Rece i powieki drzaly mu i sporo czasu uplynelo, nim o tyle sie uspokoil, ze zgromadzil na jeden punkt poprzednio wyliczone zapasy. Dopiero kieliszek wina przywrocil mu silnie zachwiana rownowage moralna. Wokulski tymczasem jadl. - No, coz nowego? - rzekl spokojniejszym tonem pan Ignacy, tracajac goscia w kolano. - Domyslam sie, ze ci chodzi o polityke - odparl Wokulski. - Bedzie pokoj. - A po coz zbroi sie Austria? - Zbroi sie za szescdziesiat milionow guldenow ?... Chce zabrac Bosnie i Hercegowine. Ignacemu rozszerzyly sie zrenice. -Austria chce zabrac?... - powtorzyl. - Za co ? -Za co? - usmiechnal sie Wokulski. - Za to, ze Turcja nie moze jej tego zabronic. - A coz Anglia? - Anglia takze dostanie kompensate. - Na koszt Turcji? - Rozumie sie. Zawsze slabi ponosza koszta zatargow miedzy silnymi. - A sprawiedliwosc? - zawolal Ignacy. - Sprawiedliwym jest to, ze silni mnoza sie i rosna, a slabi gina. Inaczej swiat stalby sie domem inwalidow, co dopiero byloby niesprawiedliwoscia. Ignacy posunal sie z krzeslem. - I ty to mowisz, Stasiu?... Na serio, bez zartow ? Wokulski zwrocil na niego spokojne wejrzenie. - Ja mowie - odparl. - Coz w tym dziwnego ? Czyliz to samo prawo nie stosuje sie do mnie, do ciebie, do nas wszystkich ?... Za duzo plakalem nad soba, azebym sie mial rozczulac nad Turcja. Pan Ignacy spuscil oczy i umilkl. Wokulski jadl. - No, a jakze tobie poszlo? - zapytal Rzecki juz zwyklym tonem. Wokulskiemu blysnely oczy. Polozyl bulke i oparl sie o porecz kanapy. - Pamietasz - rzekl - ile wzialem pieniedzy, gdym stad wyjezdzal ? - Trzydziesci tysiecy rubli, cala gotowke. - A jak ci sie zdaje: ile przywiozlem ? - Piecdzie... ze czterdziesci tysiecy... Zgadlem?... - pytal Rzecki, niepewnie patrzac na niego. Wokulski nalal szklanke wina i wypil ja powoli. - Dwiescie piecdziesiat tysiecy rubli, z tego duza czesc w zlocie - rzekl dobitnie. - A poniewaz kazalem zakupic banknoty, ktore po zawarciu pokoju sprzedam, wiec bede mial przeszlo trzysta tysiecy rubli... Rzecki pochylil sie ku niemu i otworzyl usta. - Nie boj sie - ciagnal Wokulski. - Grosz ten zarobilem uczciwie, nawet ciezko, bardzo ciezko. Caly sekret polega na tym, zem mial bogatego wspolnika i ze kontentowalem sie cztery i piec razy mniejszym zyskiem niz inni. Totez moj kapital ciagle wzrastajacy byl w ciaglym ruchu. - No - dodal po chwili - mialem tez szalone szczescie... Jak gracz, ktoremu dziesiec razy z rzedu wychodzi ten sam numer w rulecie. Gruba gra?... prawie co miesiac stawialem caly majatek, a co dzien zycie. - I tylko po to jezdziles tam? - zapytal Ignacy. Wokulski drwiaco spojrzal na niego. - Czy chciales, azebym zostal tureckim Wallenrodem?... - Narazac sie dla majatku, gdy sie ma spokojny kawalek chleba!... - mruknal pan Ignacy, kiwajac glowa i podnoszac brwi. Wokulski zadrzal z gniewu i zerwal sie z kanapy. - Ten spokojny chleb - mowil zaciskajac piesci - dlawil mnie i dusil przez lat szesc!... Czy juz nie pamietasz, ile razy na dzien przypominano mi dwa pokolenia Minclow albo anielska dobroc mojej zony? Czy byl kto z dalszych i blizszych znajomych, wyjawszy ciebie, ktory by mnie nie dreczyl slowem; ruchem, a chocby spojrzeniem? Ilez to razy mowiono o mnie i prawie do mnie, ze karmie sie z fartucha zony, ze wszystko zawdzieczam pracy Minclow, a nic, ale to nic - wlasnej energii, choc przecie ja podzwignalem ten kramik, zdwoilem jego dochody... Mincle i zawsze Mincle!... Dzis niech mnie porownaja z Minclami. Sam jeden przez pol roku zarobilem dziesiec razy wiecej anizeli dwa pokolenia Minclow przez pol wieku. Na zdobycie tego, com ja zdobyl pomiedzy kula, nozem i tyfusem, tysiac Minclow musialoby sie pocic w swoich sklepikach i szlafmycach. Teraz juz wiem, ilu jestem wart Minclow, i jak mi Bog mily, dla podobnego rezultatu drugi raz powtorzylbym moja gre! Wole obawiac sie bankructwa i smierci anizeli wdzieczyc sie do tych, ktorzy kupia u mnie parasol, albo padac do nog tym, ktorzy w moim sklepie racza zaopatrywac sie w waterklozety... - Zawsze ten sam! - szepnal Ignacy. Wokulski ochlonal. Oparl sie na ramieniu Ignacego i zagladajac mu w oczy rzekl lagodnie: - Nie gniewasz sie, stary ?. - Czego? Alboz nie wiem, ze wilk nie bedzie pilnowal baranow...Naturalnie... - Coz u was slychac? - powiedz mi. - Akurat tyle, co pisalem ci w raportach. Interesa dobrze ida, towarow przybylo, a jeszcze wiecej zamowien. Trzeba jednego subiekta. - Wezmiemy dwu, sklep rozszerzymy, bedzie wspanialy. - Bagatela! Wokulski spojrzal na niego z boku i usmiechnal sie widzac, ze stary odzyskuje dobry humor. - Ale co w miescie slychac? W sklepie, dopoki ty w nim jestes, musi byc dobrze. - W miescie... - Z dawnych kundmanow nie ubyl kto? - przerwal mu Wokulski, coraz szybciej chodzac po pokoju. - Nikt! Przybyli nowi. - A... a... Wokulski stanal jakby wahajac sie. Nalal znowu szklanke wina i wypil duszkiem. - A Lecki kupuje u nas?... - Czesciej bierze na rachunek. - Wiec bierze... - Tu Wokulski odetchnal. - Jakze on stoi ? - Zdaje sie, ze to skonczony bankrut i bodaj ze w tym roku zlicytuja mu nareszcie kamienice. Wokulski pochylil sie nad kanapa i zaczal bawic sie z Irem. - Prosze cie... A panna Lecka nie wyszla za maz ? - Nie. - A nie wychodzi ?... - Bardzo watpie. Kto dzis ozeni sie z panna majaca wielkie wymagania, a zadnego posagu? Zestarzeje sie, choc ladna. Naturalnie... Wokulski wyprostowal sie i przeciagnal. Jego surowa twarz nabrala dziwnie rzewnego wyrazu. - Moj kochany stary! - mowil biorac Ignacego za reke - moj poczciwy stary przyjacielu! Ty nawet nie domyslasz sie, jakim ja szczesliwy, ze cie widze, i jeszcze w tym pokoju. Pamietasz, ilem ja tu spedzil wieczorow i nocy... jak mnie karmiles... jak oddawales mi co lepsze odzienie... Pamietasz ?... Rzecki uwaznie spojrzal na niego i pomyslal, ze wino musi byc dobre, skoro az tak rozwiazalo usta Wokulskiemu. Wokulski usiadl na kanapie i oparlszy glowe o sciane mowil jakby do siebie : - Nie masz pojecia, co ja wycierpialem, oddalony od wszystkich, niepewny, czy juz kogo zobacze, tak strasznie samotny. Bo widzisz, najgorsza samotnoscia nie jest ta, ktora otacza czlowieka, ale ta pustka w nim samym, kiedy z kraju nie wyniosl ani cieplejszego spojrzenia, ani serdecznego slowka, ani nawet iskry nadziei... Pan Ignacy poruszyl sie na krzesle z zamiarem protestu. - Pozwol sobie przypomniec - odezwal sie - ze z poczatku pisywalem listy bardzo zyczliwe, owszem, moze nawet za sentymentalne. Zrazily mnie dopiero twoje krotkie odpowiedzi. - Alboz ja do ciebie mam zal ?... - Tym mniej mozesz go miec do innych pracownikow, ktorzy nie znaja cie tak jak ja. Wokulski ocknal sie. - Alez ja do zadnego z nich nie mam pretensji. Moze - odrobine - do ciebie, zes tak malo pisal o... miescie... W dodatku bardzo czesto ginal "Kurier" na poczcie, robily sie luki w wiadomosciach a wtedy meczyly mnie najgorsze przeczucia. - Z jakiej racji? Wszakze u nas nie bylo wojny - odparl ze zdziwieniem pan Ignacy. - Ach, tak!... Nawet dobrze bawiliscie sie. Pamietam, w grudniu mieliscie swietne zywe obrazy. Kto to w nich wystepowal ?... - No, ja na takie glupstwa nie chodze. - To prawda. A ja tego dnia dalbym - bodaj - dziesiec tysiecy rubli, azeby je zobaczyc. Glupstwo jeszcze wieksze!... Czy nie tak ?... - Zapewne - chociaz duzo tu tlumaczy samotnosc, nudy... - A moze tesknota - przerwal Wokulski. - Zjadala mi ona kazda chwile wolna od pracy, kazda godzine odpoczynku. Nalej mi wina, Ignacy. Wypil, zaczal znowu chodzic po pokoju i mowic przyciszonym glosem : - Pierwszy raz spadlo to na mnie w czasie przeprawy przez Dunaj trwajacej od wieczora do nocy. Plynalem sam i Cygan przewoznik. Nie mogac rozmawiac, przypatrywalem sie okolicy. Byly w tym miejscu piaszczyste brzegi jak u nas. I drzewa podobne do naszych wierzb, wzgorza porosniete leszczyna i kepy lasow sosnowych. Przez chwile zdawalo mi sie, ze jestem w kraju i ze nim noc zapadnie, znowu was zobacze. Noc zapadla, ale jednoczesnie zniknely mi z oczu brzegi. Bylem sam na ogromnej smudze wody, w ktorej odbijaly sie nikle gwiazdy. Wowczas przyszlo mi na mysl, ze tak daleko jestem od domu, ze dzis ostatnim miedzy mna i wami lacznikiem sa tylko te gwiazdy, ze w tej chwili u was moze nikt nie patrzy na nie, nikt o mnie nie pamieta, nikt!... Uczulem jakby wewnetrzne rozdarcie i wtedy dopiero przekonalem sie, jak gleboka mam rane w duszy. - Prawda, ze nigdy nie interesowaly mnie gwiazdy - szepnal pan Ignacy. - Od tego dnia uleglem dziwnej chorobie - mowil Wokulski. - Dopoki rozpisywalem listy, robilem rachunki, odbieralem towary, rozsylalem moich ajentow, dopokim bodaj dzwigal i wyladowywal zepsute wozy albo czuwal nad skradajacym sie grabiezca, mialem wzgledny spokoj. Ale gdym oderwal sie od interesow, a nawet gdym na chwile zlozyl pioro, czulem bol, jakby mi - czy ty rozumiesz, Ignacy ? - jakby mi ziarno piasku wpadlo do serca. Bywalo, chodze, jem, rozmawiam, mysle przytomnie, rozpatruje sie w pieknej okolicy, nawet smieje sie i jestem wesol, a mimo to czuje jakies tepe uklucie, jakis drobny niepokoj, jakas nieskonczenie mala obawe. Ten stan chroniczny, meczacy nad wszelki wyraz, lada okolicznosc rozdmuchiwala w burze. Drzewo znajomej formy, jakis obdarty pagorek, kolor obloku, przelot ptaka, nawet powiew wiatru bez zadnego zreszta powodu budzil we mnie tak szalona rozpacz, ze uciekalem od ludzi. Szukalem ustroni tak pustej, gdzie bym mogl upasc na ziemie i nie podsluchany przez nikogo, wyc z bolu jak pies. Czasami w tej ucieczce przed samym soba doganiala mnie noc. Wtedy spoza krzakow, zwalonych pni i rozpadlin wychodzily naprzeciw mnie jakies szare cienie i smutnie kiwaly glowami o wybladlych oczach. A wszystkie szelesty lisci, daleki turkot wozow, szmery wod zlewaly sie w jeden glos zalosny, ktory mnie pytal: "Przechodniu nasz, ach! co sie z toba stalo?..." Ach, co sie ze mna stalo... - Nic nie rozumiem - przerwal Ignacy. - Coz to za szal ? - Co?... Tesknota. - Za czym ? Wokulski drgnal. - Za czym? No... za wszystkim... za krajem... - Dlaczegozes nie wracal ? - A coz by mi dal powrot ?... Zreszta - nie moglem. - Nie mogles? - powtorzyl Ignacy. - Nie moglem... i basta! Nie mialem po co wracac - odparl niecierpliwie Wokulski. - Umrzec tu czy tam, wszystko jedno... Daj mi wina - zakonczyl nagle, wyciagajac reke. Rzecki spojrzal w jego rozgoraczkowana twarz i odsunal butelke. - Daj pokoj - rzekl - juz i tak jestes rozdrazniony... - Dlatego chce pic... - Dlatego nie powinienes pic - przerwal Ignacy. - Za wiele mowisz... moze wiecej, anizelibys chcial - dodal z naciskiem. Wokulski cofnal sie. Zastanowil sie i odparl potrzasajac glowa: - Mylisz sie. - Zaraz ci dowiode - odpowiedzial Ignacy przyciszonym glosem. - Ty nie jezdziles tam wylacznie dla zrobienia pieniedzy... - Zapewne - rzekl Wokulski po namysle. - Bo i na co trzysta tysiecy rubli tobie, ktoremu wystarczalo tysiac na rok ?... - To prawda. Rzecki zblizyl swoje usta do jego ucha. - Jeszcze ci powiem, ze pieniedzy tych nie przywiozles dla siebie... - Kto wie, czys nie zgadl. - Zgaduje wiecej, anizeli myslisz... Wokulski nagle rozesmial sie. - Aha, wiec tak sadzisz? - zawolal. - Upewniam cie, ze nic nie wiesz, stary marzycielu. - Boje sie twojej trzezwosci, pod wplywem ktorej gadasz jak wariat. Rozumiesz mnie, Stasiu?... Wokulski wciaz sie smial. - Masz racje, nie przywyklem pic i wino uderzylo mi do glowy. Ale - juz zebralem zmysly. Powiem ci tylko, ze mylisz sie gruntownie. A teraz, azeby ocalic mnie od zupelnego upicia, wypij sam - za pomyslnosc moich zamiarow. Ignacy nalal kieliszek i mocno sciskajac reke Wokulskiemu, rzekl: - Za pomyslnosc wielkich zamiarow... - Wielkich dla mnie, ale w rzeczywistosci bardzo skromnych. - Niech i tak bedzie - mowil Ignacy. - Jestem tak stary, ze mi wygodniej nic nie wiedziec; jestem juz nawet tak stary, ze pragne tylko jednej rzeczy - pieknej smierci. Daj mi slowo, ze gdy przyjdzie czas, zawiadomisz mnie... - Tak, gdy przyjdzie czas, bedziesz moim swatem. - Juz bylem i nieszczesliwie... - rzekl Ignacy. - Z wdowa przed siedmioma laty ? - Przed pietnastoma. - Znowu swoje - rozesmial sie Wokulski. - Zawsze ten sam! - I tys ten sam. Za pomyslnosc twoich zamiarow... Jakiekolwiek sa, wiem jedno, ze musza byc godne ciebie. A teraz - milcze... To powiedziawszy Ignacy wypil wino, a kieliszek rzucil na ziemie. Szklo rozbilo sie z brzekiem, ktory obudzil Ira. - Chodzmy do sklepu - rzekl Ignacy. - Bywaja rozmowy, po ktorych dobrze jest mowic o interesach. Wydobyl ze stolika klucz i wyszli. W sieni wional na nich mokry snieg. Rzecki otworzyl drzwi sklepu i zapalil kilka lamp. - Co za towary! - zawolal Wokulski. - Chyba wszystko nowe ? - Prawie. Chcesz zobaczyc ?... Tu jest porcelana. Zwracam ci uwage... - Pozniej... Daj mi ksiege. - Dochodow ? - Nie, dluznikow. Rzecki otworzyl biurko, wydobyl ksiege i podsunal fotel. Wokulski usiadl i rzuciwszy okiem na liste, wyszukal w niej jedno nazwisko. - Sto czterdziesci rubli - mowil czytajac. - No, to wcale nieduzo... - Ktoz to? - zapytal Ignacy. -- A... Lecki... - Panna Lecka ma takze otwarty kredyt... bardzo dobrze - ciagnal Wokulski zblizywszy twarz do ksiegi, jakby w niej pismu bylo niewyrazne. - A... a... Onegdaj wziela portmonetke... Trzy ruble ?... to chyba za drogo... - Wcale nie - wtracil Ignacy. - Portmonetka doskonala, sam ja wybieralem. - Z ktorychze to ? - spytal niedbale Wokulski i zamknal ksiege. - Z tej gablotki. Widzisz, jakie to cacka. - Musiala jednak duzo miedzy nimi przerzucic... Jest podobno wymagajaca... - Wcale nie przerzucala, dlaczego mialaby przerzucac ? - odparl Ignacy. - Obejrzala te... - Te?.. - A chciala wziac te... - Ach, te... - szepnal Wokulski biorac do reki portmonetke. - Ale ja poradzilem jej inna, w tym guscie... - Wiesz co, ze to jednak jest ladny wyrob. - Tamta, ktora ja wybralem, byla jeszcze ladniejsza. - Ta bardzo mi sie podoba. Wiesz... ja ja wezme, bo moja juz na nic.:. - Czekaj, znajde ci lepsza - zawolal Rzecki. - Wszystko jedno. Pokaz inne towary, moze jeszcze co mi sie przyda. - Spinki masz ?... Krawat, kalosze, parasol... - Daj mi parasol, no... i krawat. Sam wybierz. Bede dzis jedynym gosciem i w dodatku zaplace gotowka. - Bardzo dobry zwyczaj - odparl uradowany Rzecki. Predko wydobyl krawat z szuflady i parasol z okna i podal je ze smiechem Wokulskiemu. - Po straceniu rabatu - dodal - jako handlujacy, zaplacisz siedem rubli. Pyszny parasol... Bagatela... - To juz wrocmy do ciebie - rzekl Wokulski. - Nie obejrzysz sklepu? - spytal Ignacy. - Ach, co mnie to ob... - Nie obchodzi cie twoj wlasny sklep, taki piekny sklep ?... - zdziwil sie Ignacy. - Gdziez znowu, czy mozesz przypuszczac... Ale jestem troche zmeczony. - Slusznie - odparl Rzecki. - Co racja, to racja. Wiec idzmy. Pozakrecal lampy i przepusciwszy Wokulskiego zamknal sklep. W sieni znowu spotkal ich mokry snieg i Pawel, niosacy obiad. Pan Tomasz Lecki z jedyna corka Izabela i kuzynka panna Florentyna nie mieszkal we wlasnej kamienicy, lecz wynajmowal lokal, zlozony z osmiu pokojow, w stronie Alei Ujazdowskiej. Mial tam salon o trzech oknach, gabinet wlasny, gabinet corki, sypialnia dla siebie, sypialnia dla corki, pokoj stolowy, pokoj dla panny Florentyny i garderobe, nie liczac kuchni i mieszkania dla sluzby, skladajacej sie ze starego kamerdynera Mikolaja, jego zony, ktora byla kucharka, i panny sluzacej, Anusi. Mieszkanie posiadalo wielkie zalety. Bylo suche, cieple, obszerne, widne. Mialo marmurowe schody, gaz, dzwonki elektryczne i wodociagi. Kazdy pokoj w miare potrzeby laczyl sie z innymi lub tworzyl zamknieta w sobie calosc. Sprzetow wreszcie mialo liczbe dostateczna, ani za malo, ani za wiele, a kazdy odznaczal sie raczej wygodna prostota anizeli skaczacymi do oczu ozdobami. Kredens budzil w widzu uczucie pewnosci, ze z niego nie zgina srebra; lozko przywodzilo na mysl bezpieczny spoczynek dobrze zasluzonych; stol mozna bylo obciazyc, na krzesle usiasc bez obawy zalamania sie, na fotelu marzyc. Kto tu wszedl, mial swobode ruchu; nie potrzebowal lekac sie, ze mu cos zastapi droge lub ze on cos zepsuje. Czekajac na gospodarza nie nudzil sie, otaczaly go bowiem rzeczy, ktore warto bylo ogladac. Zarazem widok przedmiotow, wyrobionych nie wczoraj i mogacych sluzyc kilku pokoleniom, nastrajal go na jakis ton uroczysty. Na tym powaznym tle dobrze zarysowywali sie jego mieszkancy. Pan Tomasz Lecki byl to szescdziesieciokilkoletni czlowiek, niewysoki, pelnej tuszy, krwisty. Nosil nieduze wasy biale i do gory podczesane wlosy, tej samej barwy. Mial siwe, rozumne oczy, postawe wyprostowana, chodzil ostro. Na ulicy ustepowano mu z drogi - a ludzie prosci mowili: oto musi byc pan z panow. Istotnie, pan Lecki liczyl w swoim rodzie cale szeregi senatorow. Ojciec jego jeszcze posiadal miliony, a on sam za mlodu krocie. Pozniej jednak czesc majatku pochlonely zdarzenia polityczne, reszte - podroze po Europie i wysokie stosunki. Pan Tomasz bywal bowiem przed rokiem 1870 na dworze francuskim, nastepnie na wiedenskim i wloskim. Wiktor Emanuel, oczarowany pieknoscia jego corki, zaszczycal go swoja przyjaznia i nawet chcial mu nadac tytul hrabiego. Nie dziw, ze pan Tomasz po smierci wielkiego krola przez dwa miesiace nosil na kapeluszu krepe. Od paru lat pan Tomasz nie ruszal sie z Warszawy, za malo majac juz pieniedzy, azeby blyszczec na dworach. Za to jego mieszkanie stalo sie ogniskiem eleganckiego swiata i bylo nim az do czasu rozejscia sie poglosek, ze pan Tomasz postradal nie tylko swoj majatek, ale nawet posag panny Izabeli. Pierwsi cofneli sie epuzerowie, za nimi damy majace brzydkie corki, z pozostala zas reszta zerwal sam pan Tomasz i ograniczyl swoje znajomosci wylacznie do stosunkow z familia. Lecz gdy i tu zauwazyl znizenie sie uczuciowej temperatury, zupelnie wycofal sie z towarzystwa, a nawet ku zgorszeniu wielu szanownych osob, jako wlasciciel domu w Warszawie, wpisal sie do Resursy Kupieckiej. Chciano go tam zrobic prezesem, ale nie zgodzil sie. Tylko jego corka bywala u sedziwej hrabiny Karolowej i paru jej przyjaciolek, co znowu dalo poczatek poglosce, ze pan Tomasz jeszcze posiada majatek i ze zerwal z towarzystwem w czesci przez dziwactwo, w czesci dla poznania rzeczywistych przyjaciol i wybrania corce meza, ktory by ja kochal dla niej samej, nie dla posagu. Wiec znowu dokola panny Leckiej poczal zbierac sie tlum wielbicieli, a na stoliku w jej salonie stosy biletow wizytowych. Gosci jednak nie przyjmowano, co zreszta miedzy nimi nie wywolalo zbyt wielkiego oburzenia, poniewaz rozeszla sie trzecia z kolei pogloska, ze Leckiemu licytuja kamienice. Tym razem w towarzystwie powstal zamet. Jedni twierdzili, ze pan Tomasz jest zdeklarowanym bankrutem, drudzy gotowi byli przysiac, ze zatail majatek, aby zapewnic szczescie jedynaczce. Kandydaci do malzenstwa i ich rodziny znalezli sie w dreczacej niepewnosci. Azeby wiec nic nie ryzykowac i nic nie stracic, skladali holdy pannie Izabeli nie angazujac sie zbytecznie i po cichu rzucali w jej domu swoje karty, proszac Boga, azeby ich czasem nie zaproszono przed wyklarowaniem sie sytuacji. O rewizytach ze strony pana Tomasza nie bylo mowy. Usprawiedliwiano go ekscentrycznoscia i smutkiem po Wiktorze Emanuelu. Tymczasem pan Tomasz w dzien spacerowal po Alejach, a wieczorem grywal w wista w resursie. Fizjognomia jego byla zawsze tak spokojna, a postawa tak dumna, ze wielbiciele jego corki zupelnie potracili glowy. Rozwazniejsi czekali, ale smielsi poczeli znowu darzyc ja powloczystymi spojrzeniami, cichym westchnieniem lub drzacym usciskiem reki, na co panna odpowiadala lodowata, a niekiedy pogardliwa obojetnoscia. Panna Izabela byla niepospolicie piekna kobieta. Wszystko w niej bylo oryginalne i doskonale. Wzrost wiecej niz sredni, bardzo ksztaltna figura, bujne wlosy blond z odcieniem popielatym, nosek prosty, usta troche odchylone, zeby perlowe, rece i stopy modelowe. Szczegolne wrazenie robily jej oczy, niekiedy ciemne i rozmarzone, niekiedy pelne iskier wesolosci, czasem jasnoniebieskie i zimne jak lod. Uderzajaca byla gra jej fizjognomii. Kiedy mowila, mowily jej usta, brwi, nozdrza, rece, cala postawa, a nade wszystko oczy, ktorymi zdawalo sie, ze chce przelac swoja dusze w sluchacza. Kiedy sluchala, zdawalo sie, ze chce wypic dusze z opowiadajacego. Jej oczy umialy tulic, piescic, plakac bez lez, palic i mrozic. Niekiedy mozna bylo myslec, ze rozmarzona otoczy kogos rekoma i oprze mu glowe na ramieniu; lecz gdy szczesliwy topnial z rozkoszy, nagle wykonywala jakis ruch, ktory mowil, ze schwycic jej niepodobna, gdyz albo wymknie sie, albo odepchnie, albo po prostu kaze lokajowi wyprowadzic wielbiciela za drzwi... Ciekawym zjawiskiem byla dusza panny Izabeli. Gdyby ja kto szczerze zapytal: czym jest swiat, a czym ona sama ? niezawodnie odpowiedzialaby, ze swiat jest zaczarowanym ogrodem, napelnionym czarodziejskimi zamkami, a ona - boginia czy nimfa uwieziona w formy cielesne. Panna Izabela od kolebki zyla w swiecie pieknym i nie tylko nadludzkim, ale - nadnaturalnym. Sypiala w puchach, odziewala sie w jedwabie i hafty, siadala na rzezbionych i wyscielanych hebanach lub palisandrach, pila z krysztalow, jadala ze sreber i porcelany kosztownej jak zloto. Dla niej nie istnialy pory roku, tylko wiekuista wiosna, pelna lagodnego swiatla, zywych kwiatow i woni. Nie istnialy pory dnia, gdyz nieraz przez cale miesiace kladla sie spac o osmej rano, a jadala obiad o drugiej po polnocy. Nie istnialy roznice polozen jeograficznych, gdyz w Paryzu, Wiedniu, Rzymie, Berlinie czy Londynie znajdowali sie ci sami ludzie, te same obyczaje, te same sprzety, a nawet te same potrawy: zupy z wodorostow Oceanu Spokojnego, ostrygi z Morza Polnocnego, ryby z Atlantyku albo z Morza Srodziemnego, zwierzyna ze wszystkich krajow, owoce ze wszystkich czesci swiata. Dla niej nie istniala nawet sila ciezkosci, gdyz krzesla jej podsuwano, talerze podawano, ja sama na ulicy wieziono, na schody wprowadzano, na gory wnoszono. Woalka chronila ja od wiatru, kareta od deszczu, sobole od zimna, parasolka i rekawiczki od slonca. I tak zyla z dnia na dzien, z miesiaca na miesiac, z roku na rok, wyzsza nad ludzi, a nawet nad prawa natury. Dwa razy spotkala ja straszna burza, raz w Alpach, drugi - na Morzu Srodziemnym. Truchleli najodwazniejsi, ale panna Izabela ze smiechem przysluchiwala sie loskotowi druzgotanych skal i trzeszczeniu okretu, ani przypuszczajac mozliwosci niebezpieczenstwa. Natura urzadzila dla niej piekne widowisko z piorunow, kamieni i morskiego odmetu, jak w innym czasie pokazala jej ksiezyc nad Jeziorem Genewskim albo nad wodospadem Renu rozdarla chmury, ktore zakrywaly slonce. To samo przecie robia co dzien maszynisci teatrow i nawet w zdenerwowanych damach nie wywoluja obawy. Ten swiat wiecznej wiosny, gdzie szelescily jedwabie, rosly tylko rzezbione drzewa, a glina pokrywala sie artystycznymi malowidlami, ten swiat mial swoja specjalna ludnosc. Wlasciwymi jego mieszkancami byly ksiezniczki i ksiazeta, hrabianki i hrabiowie tudziez bardzo stara i majetna szlachta obojej plci. Znajdowaly sie tam jeszcze damy zamezne i panowie zonaci w charakterze gospodarzy domow, matrony strzegace wykwintnego obejscia i dobrych obyczajow i starzy panowie, ktorzy zasiadali na pierwszych miejscach przy stole, oswiadczali mlodziez, blogoslawili ja i grywali w karty. Byli tez biskupi, wizerunki Boga na ziemi, wysocy urzednicy, ktorych obecnosc zabezpieczala swiat od nieporzadkow spolecznych i trzesienia ziemi, a nareszcie dzieci, male cherubiny, zeslane z nieba po to, azeby starsi mogli urzadzac kinderbale. Wsrod stalej ludnosci zaczarowanego swiata ukazywal sie od czasu do czasu zwykly smiertelnik, ktory na skrzydlach reputacji potrafil wzbic sie az do szczytow Olimpu. Zwykle bywal nim jakis inzynier, ktory laczyl oceany albo wiercil czy tez budowal Alpy. Byl jakis kapitan, ktory w walce z dzikimi stracil swoja kompanie, a sam okryty ranami ocalal dzieki milosci murzynskiej ksiezniczki. Byl podroznik, ktory podobno odkryl nowa czesc swiata, rozbil sie z okretem na bezludnej wyspie i bodaj czy nie kosztowal ludzkiego miesa. Bywali tam wreszcie slawni malarze, a nade wszystko natchnieni poeci, ktorzy w sztambuchach hrabianek pisywali ladne wiersze, mogli kochac sie bez nadziei i uwieczniac wdzieki swoich okrutnych bogin naprzod w gazetach, a nastepnie w oddzielnych tomikach, drukowanych na welinowym papierze. Cala ta ludnosc, miedzy ktora ostroznie przesuwali sie wygalonowani lokaje, damy do towarzystwa, ubogie kuzynki i laknacy wyzszych posad kuzyni, cala ta ludnosc obchodzila wieczne swieto. Od poludnia skladano sobie i oddawano wizyty i rewizyty albo zjezdzano sie w magazynach. Ku wieczorowi bawiono sie przed obiadem, w czasie obiadu i po obiedzie. Potem jechano na koncert lub do teatru, azeby tam zobaczyc inny sztuczny swiat, gdzie bohaterowie rzadko kiedy jedza i pracuja, ale za to wciaz gadaja sami do siebie- gdzie niewiernosc kobiet staje sie zrodlem wielkich katastrof i gdzie kochanek, zabity przez meza w piatym akcie, na drugi dzien zmartwychwstaje w pierwszym akcie, azeby popelniac te same bledy i gadac do siebie nie bedac slyszanym przez osoby obok stojace. Po wyjsciu z teatru znowu zbierano sie w salonach, gdzie sluzba roznosila zimne i gorace napoje, najeci artysci spiewali, mlode mezatki sluchaly opowiadan porabanego kapitana o murzynskiej ksiezniczce, panny rozmawialy z poetami o powinowactwie dusz, starsi panowie wykladali inzynierom swoje poglady na inzynieria, a damy w srednim wieku polslowkami i spojrzeniami walczyly miedzy soba o podroznika, ktory jadl ludzkie mieso. Potem zasiadano do kolacji, gdzie usta jadly, zoladki trawily, a buciki rozmawialy o uczuciach lodowatych serc i marzeniach glow niezawrotnych. A potem - rozjezdzano sie, azeby w snie rzeczywistym nabrac sil do snu zycia. Poza tym czarodziejskim byl jeszcze inny swiat - zwyczajny. O jego istnieniu wiedziala panna Izabela i nawet lubila mu sie przypatrywac z okna karety, wagonu albo z wlasnego mieszkania. W takich ramach i z takiej odleglosci wydawal on sie jej malowniczym i nawet sympatycznym. Widywala rolnikow powoli orzacych ziemie - duze fury ciagnione przez chuda szkape - roznosicieli owocow i jarzyn - starca, ktory tlukl kamienie na szosie - poslancow idacych gdzies z pospiechem - ladne i natretne kwiaciarki - rodzine zlozona z ojca, bardzo otylej matki i czworga dzieci, parami trzymajacych sie za rece - eleganta nizszej sfery, ktory jechal dorozka i rozpieral sie w sposob bardzo zabawny - czasem pogrzeb. I mowila sobie, ze tamten swiat, choc nizszy, jest ladny; jest nawet ladniejszy od obrazow rodzajowych, gdyz porusza sie i zmienia co chwile. I jeszcze wiedziala panna Izabela, ze jak w oranzeriach rosna kwiaty, a w winnicach winogrona, tak w tamtym, nizszym swiecie wyrastaja rzeczy jej potrzebne. Stamtad pochodzi jej wierny Mikolaj i Anusia, tam robia rzezbione fotele, porcelane, krysztaly i firanki, tam rodza sie froterzy, tapicerowie, ogrodnicy i panny szyjace suknie. Bedac raz w magazynie kazala zaprowadzic sie do szwalni i bardzo ciekawym wydal sie jej widok kilkudziesieciu pracownic, ktore krajaly; fastrygowaly i ukladaly na formach faldy ubran. Byla pewna, ze robi im to wielka przyjemnosc, poniewaz te panny, ktore braly jej miare albo przymierzaly suknie, byly zawsze usmiechniete i bardzo zainteresowane tym, azeby stroj lezal na niej dobrze. I jeszcze wiedziala panna Izabela, ze na tamtym, zwyczajnym swiecie trafiaja sie ludzie nieszczesliwi. Wiec kazdemu ubogiemu, o ile spotkal ja, kazala dawac po kilka zlotych ; raz spotkawszy mizerna matke z bladym jak wosk dzieckiem przy piersi oddala jej bransolete, a brudne, zebrzace dzieci obdarzala cukierkami i calowala z poboznym uczuciem. Zdawalo sie jej, ze w ktoryms z tych biedakow, a moze w kazdym, jest utajony Chrystus, ktory zastapil jej droge, azeby dac okazje do spelnienia dobrego czynu. W ogole dla ludzi z nizszego swiata miala serce zyczliwe. Przychodzily jej na mysl slowa Pisma Swietego: "W pocie czola pracowac bedziesz." Widocznie popelnili oni jakis ciezki grzech, skoro skazano ich na prace; alez tacy jak ona aniolowie nie mogli nie ubolewac nad ich losem. Tacy jak ona, dla ktorej najwieksza praca bylo dotkniecie elektrycznego dzwonka albo wydanie rozkazu. Raz tylko nizszy swiat zrobil na niej potezne wrazenie. Pewnego dnia, we Francji, zwiedzala fabryke zelazna. Zjezdzajac z gory, w okolicy pelnej lasow i lak, pod szafirowym niebem zobaczyla otchlan wypelniona oblokami czarnych dymow i bialych par i uslyszala gluchy loskot, zgrzyt i sapanie machin. Potem widziala piece, jak wieze sredniowiecznych zamkow, dyszace plomieniami - potezne kola, ktore obracaly sie z szybkoscia blyskawic - wielkie rusztowania, ktore same toczyly sie po szynach - strumienie rozpalonego do bialosci zelaza i polnagich robotnikow, jak spizowe posagi, o ponurych wejrzeniach. Ponad tym wszystkim - krwawa luna, warczenie kol, jeki miechow, grzmot mlotow i niecierpliwe oddechy kotlow, a pod stopami dreszcz wyleknionej ziemi. Wtedy zdalo sie jej, ze z wyzyn szczesliwego Olimpu zstapila do beznadziejnej otchlani Wulkana, gdzie cyklopowie kuja pioruny mogace zdruzgotac sam Olimp. Przyszly jej na mysl legendy o zbuntowanych olbrzymach, o koncu tego pieknego swiata, w ktorym przebywala, i pierwszy raz w zyciu ja, boginie, przed ktora gieli sie marszalkowie i senatorzy, zdjela trwoga. - To sa straszni ludzie, papo... - szepnela do ojca. Ojciec milczal, tylko mocniej przycisnal jej ramie. - Ale kobietom oni nic zlego nie zrobia ? - Tak, nawet oni - odpowiedzial pan Tomasz. W tej chwili panne Izabele ogarnal wstyd na mysl, ze troszczyla sie tylko o kobiety. Wiec szybko dodala: - A jezeli nam, to i wam nie zrobia nic zlego... Ale pan Tomasz usmiechnal sie i potrzasnal glowa. W owym czasie duzo mowiono o zblizajacym sie koncu starego swiata, a pan Tomasz gleboko odczuwal to, z wielkimi trudnosciami wydobywajac pieniadze od swoich pelnomocnikow. Odwiedziny fabryki stanowily wazna epoke w zyciu panny Izabeli. Z religijna czcia czytywala ona poezje swego dalekiego kuzyna, Zygmunta, i zdawalo sie jej, ze dzis znalazla ilustracje do Nieboskiej komedii. Odtad czesto marzyla o zmroku, ze na gorze kapiacej sie w sloncu, skad zjezdzal jej powoz do fabryki, stoja Okopy Sw. Trojcy, a w tej dolinie zasnutej dymami i para bylo obozowisko zbuntowanych demokratow, gotowych lada chwila ruszyc do szturmu i zburzyc jej piekny swiat. Teraz dopiero zrozumiala, jak goraco kocha te swoja duchowa ojczyznc, gdzie krysztalowe pajaki zastepuja slonce, dywany - ziemie, posagi i kolumny - drzewa. Te druga ojczyzne, ktora ogarnia arystokracje wszystkich narodow, wykwintnosc wszystkich czasow i najpiekniejsze zdobycze cywilizacji. I to wszystko mialoby runac, umrzec albo rozpierzchnac sie!... Rycerska mlodziez, ktora spiewa z takim uczuciem, tanczy z wdziekiem, pojedynkuje sie z usmiechem albo skacze na srodku jeziora w wode za zgubionym kwiatkiem ?... Maja zginac te ukochane przyjaciolki, ktore okrywaly ja tyloma pieszczotami albo siedzac u jej nog opowiadaly jej tyle drobnych tajemnic, albo oddalone od niej pisywaly takie dlugie, bardzo dlugie listy, w ktorych tkliwe uczucia mieszaly sie z nader watpliwa ortografia ? A ta dobra sluzba, ktora ze swymi panami postepuje tak, jakby zaprzysiegala im dozgonna milosc, wiernosc i posluszenstwo? A te modystki, ktore zawsze witaja ja z usmiechem i tak pamietaja o najdrobniejszym szczegole jej tualety, tak dokladnie wiedza o jej triumfach ? A te piekne konie, ktorym jaskolka moglaby zazdroscic lotu, a te psy madre i przywiazane jak ludzie, a te ogrody, gdzie reka ludzka powznosila pagorki, wylewala strumienie, modelowala drzewa ?... I to wszystko mialoby kiedys zniknac ?... Od tych rozmyslan przybyl pannie Izabeli na twarz nowy wyraz lagodnego smutku, ktory ja robil jeszcze piekniejsza. Mowiono, ze juz zupelnie dojrzala. Rozumiejac, ze wielki swiat jest wyzszym swiatem, panna Izabela dowiedziala sie powoli, ze do tych wyzyn wzbic sie mozna i stale na nich przebywac tylko za pomoca dwoch skrzydel : urodzenia i majatku. Urodzenie zas i majatek sa przywiazane do pewnych wybranych familii, jak kwiat i owoc pomaranczy do pomaranczowego drzewa. Bardzo tez jest mozliwym, ze dobry Bog widzac dwie dusze z pieknymi nazwiskami, polaczone wezlem sakramentu, pomnaza ich dochody i zsyla im na wychowanie aniolka, ktory w dalszym ciagu podtrzymuje slawe rodow swoimi cnotami, dobrym ulozeniem i pieknoscia. Stad wynika obowiazek oglednego zawierania malzenstw, na czym najlepiej znaja sie stare damy i sedziwi panowie. Wszystko znaczy trafny dobor nazwisk i majatkow. Milosc bowiem, nie ta szalona, o jakiej marza poeci, ale prawdziwie chrzescijanska, zjawia sie dopiero po sakramencie i najzupelniej wystarcza, azeby zona umiala pieknie prezentowac sie w domu, a maz z powaga asystowac jej w swiecie. Tak bylo dawniej i bylo dobrze, wedlug zgodnej opinii wszystkich matron. Dzis zapomniano o tym i jest zle : mnoza sie mezalianse i upadaja wielkie rodziny. " I nie ma szczescia w malzenstwach" - dodawala po cichu panna Izabela, ktorej mlode mezatki opowiedzialy niejeden sekret domowy. Dzieki nawet tym opowiadaniom nabrala duzego wstretu do malzenstwa i lekkiej wzgardy dla mezczyzn. Maz w szlafroku, ktory ziewa przy zonie, caluje ja majac pelne usta dymu z cygar, czesto odzywa sie: "A dajze mi spokoj" , albo po prostu : "Glupia jestes!..." - ten maz, ktory robi halasy w domu za nowy kapelusz, a za domem wydaje pieniadze na ekwipaze dla aktorek - to wcale nieciekawe stworzenie : Co najgorsze, ze kazdy z nich przed slubem byl goracym wielbicielem, mizernial nie widzac dlugo swej pani, rumienil sie, kiedy ja spotkal, a nawet niejeden obiecywal zastrzelic sie z milosci. Totez majac lat osmnascie, panna Izabela tyranizowala mezczyzn chlodem. Kiedy Wiktor Emanuel raz pocalowal ja w reke, uprosila ojca, ze tego samego dnia wyjechali z Rzymu. W Paryzu oswiadczyl sie jej pewien bogaty hrabia francuski, odpowiedziala mu, ze jest Polka i za cudzoziemca nie wyjdzie. Podolskiego magnata odepchnela zdaniem, ze odda swoja reke tylko temu, kogo pokocha, a na co sie jeszcze nie zanosi, a oswiadczyny jakiegos amerykanskiego milionera zbyla wybuchem smiechu. Takie postepowanie na kilka lat wytworzylo dokola panny pustke. Podziwiano ja i wielbiono, ale z daleka; nikt bowiem nie chcial narazac sie na szydercza odmowe. Po przejsciu pierwszego niesmaku panna Izabela zrozumiala, ze malzenstwo trzeba przyjac takim, jakie jest. Byla juz zdecydowana wyjsc za maz, pod tym wszakze warunkiem, aby przyszly towarzysz - podobal sie jej, mial piekne nazwisko i odpowiedni majatek. Rzeczywiscie, trafiali sie jej ludzie piekni, majetni i utytulowani; na nieszczescie jednak, zaden nie laczyl w sobie wszystkich trzech warunkow, wiec - znowu uplynelo kilka lat. Nagle rozeszly sie wiesci o zlym stanie interesow pana Tomasza i - z calego legionu konkurentow - zostalo pannie Izabeli tylko dwu powaznych : pewien baron i pewien marszalek, bogaci, ale starzy. Teraz spostrzegla panna Izabela, ze w wielkim swiecie usuwa jej sie grunt pod nogami, wiec zdecydowala sie obnizyc skale wymagan. Ale ze baron i marszalek, pomimo swoich majatkow budzili w niej niepokonana odraze, wiec odkladala stanowcza decyzje z dnia na dzien. Tymczasem pan Tomasz zerwal z towarzystwem. Marszalek nie mogac sie doczekac odpowiedzi wyjechal na wies, strapiony baron za granice i - panna Izabela pozostala kompletnie sama. Wprawdzie wiedziala, ze kazdy z nich wroci na pierwsze zawolanie, ale - ktorego tu wybrac ?... jak przytlumic wstret ?... Nade wszystko zas, czy podobna robic z siebie taka ofiare majac niejaka pewnosc, ze kiedys odzyska majatek, i wiedzac, ze wowczas znowu bedzie mogla wybierac. Tym razem juz wybierze, poznawszy, jak ciezko jej zyc poza towarzystwem salonow... Jedna rzecz w wysokim stopniu ulatwiala jej wyjscie za maz dla stanowiska. Oto panna Izabela nigdy. nie byla zakochana. Przyczynial sie do tego jej chlodny temperament, wiara, ze malzenstwo obejdzie sie bez poetycznych dodatkow, nareszcie milosc idealna, najdziwniejsza, o jakiej slyszano. Raz zobaczyla w pewnej galerii rzezb posag Apollina, ktory na niej zrobil tak silne wrazenie, ze kupila piekna jego kopie i ustawila w swoim gabinecie. Przypatrywala mu sie calymi godzinami, myslala o nim i... kto wie, ile pocalunkow ogrzalo rece i nogi marmurowego bostwa ?... I stal sie cud: pieszczony przez kochajaca kobiete glaz ozyl. A kiedy pewnej nocy zaplakana usnela, niesmiertelny zstapil ze swego piedestalu i przyszedl do niej w laurowym wiencu na glowie, jasniejacy mistycznym blaskiem. Siadl na krawedzi jej lozka, dlugo patrzyl na nia oczyma, z ktorych przegladala wiecznosc, a potem objal ja w poteznym uscisku i pocalunkami bialych ust ocieral lzy i chlodzil jej goraczke. Odtad nawiedzal ja coraz czesciej i omdlewajacej w jego objeciach szeptal on, bog swiatla, tajemnice nieba i ziemi, jakich dotychczas nie wypowiedziano w smiertelnym jezyku. A przez milosc dla niej sprawil jeszcze wiekszy cud, gdyz w swym boskim obliczu kolejno ukazywal jej wypiekszone rysy tych ludzi, ktorzy kiedykolwiek zrobili na niej wrazenie. Raz byl podobnym do odmlodzonego jenerala-bohatera, ktory wygral bitwe i z wyzyn swego siodla patrzyl na smierc kilku tysiecy walecznych. Drugi raz przypominal twarza najslawniejszego tenora, ktoremu kobiety rzucaly kwiaty pod nogi, a mezczyzni wyprzegali konie z powozu. Inny raz byl wesolym i pieknym ksieciem krwi jednego z najstarszych domow panujacych ; inny raz dzielnym strazakiem, ktory za wydobycie trzech osob z plomieni na piatym pietrze dostal legie honorowa ; inny raz byl wielkim rysownikiem, ktory przytlaczal swiat bogactwem swojej fantazji, a inny raz weneckim gondolierem albo cyrkowym atleta nadzwyczajnej urody i sily. Kazdy z tych ludzi przez pewien czas zaprzatal tajemne mysli panny Izabeli, kazdemu poswiecala najcichsze westchnienia rozumiejac, ze dla tych czy innych powodow kochac go nie moze, i - kazdy z nich za sprawa bostwa ukazywal sie w jego postaci, w polrzeczywistych marzeniach. A od tych widzen oczy panny Izabeli przybraly nowy wyraz- jakiegos nadziemskiego zamyslenia. Niekiedy spogladaly one gdzies ponad ludzi i poza swiat; a gdy jeszcze jej popielate wlosy na czole ulozyly sie tak dziwnie, jakby je rozwial tajemniczy podmuch, patrzacym zdawalo sie, ze widza aniola albo swieta. Przed rokiem w jednej z takich chwil zobaczyl panne Izabele Wokulski. Odtad serce jego nie zaznalo spokoju. Prawie w tym samym czasie pan Tomasz zerwal z towarzystwem i na znak swoich rewolucyjnych usposobien zapisal sie do Resursy Kupieckiej. Tam z pomiatanymi niegdys garbarzami, szczotkarzami i dystylatorami grywal w wista, gloszac na prawo i na lewo, ze arystokracja nie powinna zasklepiac sie w wylacznosci, ale przodowac oswieconemu mieszczanstwu, a przez nie narodowi. Za co wywzajemniajac sie, dumni dzis garbarze, szczotkarze i dystylatorzy raczyli przyznawac, ze pan Tomasz jest jedynym arystokrata, ktory pojal swe obowiazki wzgledem kraju i spelnia je sumiennie. Mogli byli dodac: spelnia co dzien od dziewiatej wieczor do polnocy. I kiedy w ten sposob pan Tomasz dzwigal jarzmo stanowiska, panna Izabela trawila sie w samotnosci i ciszy swego pieknego lokalu. Nieraz Mikolaj juz twardo drzemal w fotelu, panna Florentyna, zatkawszy sobie uszy wata, na dobre spala, a do pokoju panny Izabeli sen jeszcze nie zapukal, odpedzany przez wspomnienia. Wtedy zrywala sie z lozka i odziana w lekki szlafroczek calymi godzinami chodzila po salonie, gdzie dywan gluszyl jej kroki i tylko tyle bylo swiatla, ile go rzucaly dwie skape latarnie uliczne. Chodzila, a w ogromnym pokoju tloczyly sie jej smutne mysli i widziadla osob, ktore tu kiedys bywaly. Tu drzemie stara ksiezna; tu dwie hrabiny informuja sie u pralata: czy mozna dziecko ochrzcic woda rozana? Tu roj mlodziezy zwraca ku niej teskne spojrzenia albo udanym chlodem usiluje podniecic w niej ciekawosc; a tam girlanda panien, ktore pieszcza ja wzrokiem, podziwiaja albo jej zazdroszcza. Pelno swiatel, szelestow, rozmow, ktorych wieksza czesc, jak motyle okolo kwiatow, krazyly okolo jej pieknosci. Gdzie ona sie znalazla, tam obok niej wszystko bladlo; inne kobiety byly jej tlem, a mezczyzni niewolnikami. I to wszystko przeszlo!... I dzis w tym salonie - chlodno; ciemno i pusto... Jest tylko ona i niewidzialny pajak smutku, ktory zawsze zasnuwa szara siecia te miejsca, gdzie bylismy szczesliwi i skad szczescie ucieklo. Juz ucieklo!... Panna Izabela wylamywala sobie palce, azeby pohamowac sie od lez, ktorych wstyd jej bylo nawet w pustce i w nocy. Wszyscy ja opuscili, z wyjatkiem - hrabiny Karolowej, ktora kiedy wezbral jej zly humor, przychodzila tu i szeroko zasiadlszy na kanapie, prawila wsrod westchnien : - Tak, droga Belciu, musisz przyznac, ze popelnilas kilka bledow nie do darowania. Nie mowie o Wiktorze Emanuelu, bo tamto byl przelotny kaprys krola - troche liberalnego i zreszta bardzo zadluzonego. Na takie stosunki trzeba miec wiecej - nie powiem: taktu, ale - doswiadczenia - ciagnela hrabina, skromnie spuszczajac powieki. - Ale wypuscic czy - jezeli chcesz - odrzucic hrabiego Saint-Auguste, to juz daruj!.. Czlowiek mlody, majetny, bardzo dobrze, i jeszcze z taka kariera!... Teraz wlasnie przewodniczy jednej deputacji do Ojca swietego i zapewne dostanie specjalne blogoslawienstwo dla calej rodziny, no - a hrabia Chambord nazywa go cher cousin... Ach, Boze! - Mysle, ciociu, ze martwic sie tym juz za pozno - wtracila panna Izabela. - Alboz ja chce cie martwic, biedne dziecko! I bez tego czekaja cie ciosy, ktore ukoic moze tylko gleboka wiara. Zapewne wiesz, ze ojciec stracil wszystko, nawet reszte twego posagu ? - Coz ja na to poradze ? - A jednak ty tylko mozesz radzic i powinnas - mowila hrabina z naciskiem. - Marszalek nie jest wprawdzie Adonisem, no - ale... Gdyby nasze obowiazki byly do spelnienia latwe, nie istnialaby zasluga. Zreszta, moj Boze, ktoz nam broni miec na dnie duszy jakis ideal, o ktorym mysl osladza najciezsze chwile ? Na koniec, moge cie zapewnic, ze polozenie pieknej kobiety, majacej starego meza, nie nalezy do najgorszych. Wszyscy interesuja sie nia, mowia o niej, skladaja holdy jej poswieceniu, a znowu stary maz jest mniej wymagajacy od meza w srednim wieku... - Ach, ciociu... - Tylko bez egzaltacji, Belciu! Nie masz lat szesnastu i na zycie musisz patrzec serio. Nie mozna przecie dla jakiejs idiosynkrazji poswiecic bytu ojca, a chocby Flory i waszej sluzby. Wreszcie pomysl, ile ty, przy twym szlachetnym serduszku, moglabys zrobic dobrego rozporzadzajac znacznym majatkiem. - Alez, ciociu, marszalek jest obrzydliwy. Jemu nie zony trzeba, ale nianki, ktora by mu ocierala usta. - Nie upieram sie przy marszalku, wiec baron... - Baron jeszcze starszy, farbuje sie, rozuje i ma jakies plamy na rekach. Hrabina podniosla sie z kanapy. - Nie nalegam, moja droga, nie jestem swatka, to nalezy do pani Meliton. Zwracam tylko uwage, ze nad ojcem wisi katastrofa. - Mamy przecie kamienice. - Ktora sprzedaja najdalej po sw. Janie, tak ze nawet twoja suma spadnie. - Jak to - dom, ktory kosztowal sto tysiecy, sprzedadza za szescdziesiat ?... - Bo on niewart wiecej, bo ojciec za duzo wydal. Wiem to od budowniczego, ktory ogladal go z polecenia Krzeszowskiej. - Wiec w ostatecznosci mamy serwis... srebra... - wybuchnela panna Izabela zalamujac rece. Hrabina ucalowala ja kilkakrotnie. - Drogie, kochane dziecko - mowila lkajac - ze tez wlasnie ja musze tak ranic ci serce!... Sluchaj wiec... Ojciec ma jeszcze dlugi wekslowe, jakies pare tysiecy rubli. Otoz te dlugi... uwazasz... te dlugi ktos skupil... kilka dni temu, w koncu marca. Domyslamy sie, ze to zrobila Krzeszowska... - Coz za nikczemnosc! - szepnela panna Izabela. - Ale mniejsza o nia... Na pokrycie paru tysiecy rubli wystarczy moj serwis i srebra. - Sa one warte bez porownania wiecej, ale - kto dzis kupi rzeczy tak kosztowne ? - W kazdym razie sprobuje - mowila rozgoraczkowana panna Izabela. -- Poprosze pania Meliton, ona mi to ulatwi... - Zastanow sie jednak, czy nie szkoda tak pieknych pamiatek. Panna Izabela rozesmiala sie. - Ach, ciociu... Wiec mam wahac sie pomiedzy sprzedaniem siebie i serwisu ?... Bo na to, azeby zabierano nam meble, nigdy nie pozwole... Ach, ta Krzeszowska... to wykupywanie weksli... co za ohyda! - No, moze to jeszcze nie ona. - Wiec chyba znalazl sie jakis nowy nieprzyjaciel, gorszy od niej. - Moze to ciotka Honorata - uspokajala ja hrabina - czy ja wiem ? Moze chce dopomoc Tomaszowi, ale zawieszajac nad nim grozbe. Lecz badz zdrowa, moje kochane dziecie, adieu... Na tym skonczyla sie rozmowa w jezyku polskim, gesto ozdobionym francuszczyzna, co robilo go podobnym do ludzkiej twarzy okrytej wysypka. Poczatek kwietnia, jeden z tych miesiecy, ktore sluza za przejscie miedzy zima i wiosna. Snieg juz zniknal, ale nie ukazala sie jeszcze zielonosc; drzewa sa czarne, trawniki szare i niebo szare: wyglada jak marmur poprzecinany srebrnymi i zlotawymi nitkami. Jest okolo piatej po poludniu. Panna Izabela siedzi w swoim gabinecie i czyta najnowsza powiesc Zoli: Une page d'amour. Czyta bez uwagi, co chwile podnosi oczy, spoglada w okno i polswiadomie formuluje sad, ze galazki drzew sa czarne, a niebo szare. Znowu czyta, spoglada po gabinecie i polswiadomie mysli, ze jej meble kryte blekitna materia i jej niebieski szlafroczek maja jakis szary odcien i ze festony bialej firanki sa podobne do wielkich sopli sniegu. Potem zapomina, o czym myslala w tej chwili, i pyta sie w duchu: "O czym ja myslalam?... Ach, prawda, o kwescie wielkotygodniowej..." I nagle czuje ochote przejechania sie kareta, a jednoczesnie czuje zal do nieba, ze jest takie szare, ze zlotawe zylki na nim sa tak waskie... Dreczy ja jakis cichy niepokoj, jakies oczekiwanie, ale nie jest pewna, na co czeka: czy na to, azeby chmury sie rozdarly, czy na to, azeby wszedl lokaj i wreczyl jej list zapraszajacy na wielkotygodniowa kweste? Juz taki krotki czas, a jej nie prosza. Znowu czyta powiesc, ten rozdzial, kiedy podczas gwiazdzistej nocy p. Rambaud naprawial zepsuta lalke malej Joasi, Helena tonela we lzach bezprzedmiotowego zalu, a opat Jouve radzil, azeby wyszla za maz. Panna Izabela odczuwa ten zal i kto wie, czy gdyby w tej chwili ukazaly sie na niebie gwiazdy, zamiast chmur, czy nie rozplakalaby sie tak jak Helena. Wszak to juz ledwo pare dni do kwesty, a jej jeszcze nie prosza. Ze zaprosza, o tym wie, ale dlaczego zwlocza?... "Te kobiety, ktore zdaja sie tak goraco szukac Boga, bywaja niekiedy nieszczesliwymi istotami, ktorych serce wzburzyla namietnosc. Ida do kosciola, azeby tam wielbic mezczyzne" - mowi opat Jouve. "Poczciwy opat, jak on chcial uspokoic te biedna Helene!" - mysli panna Izabela i nagle odrzuca ksiazke. Opat Jouve przypomnial jej, ze juz od dwu miesiecy haftuje pas do koscielnego dzwonka i ze go jeszcze nie skonczyla. Podnosi sie z fotelu i przysuwa do okna stolik z tamburkiem, z pudelkiem roznokolorowych jedwabiow, z kolorowym deseniem ; rozwija pas i zaczyna gorliwie wyszywac na nim roze i krzyze. Pod wplywem pracy w sercu budzi sie otucha. Kto tak jak ona sluzy kosciolowi, nie moze byc zapomnianym przy wielkotygodniowej kwescie. Wybiera jedwabie, nawloczy igly i szyje wciaz. Oko jej przebiega od wzoru do haftu, reka spada z gory na dol, wznosi sie z dolu do gory ale w mysli zaczyna rodzic sie pytanie, dotyczace kostiumu na groby i toalety na Wielkanoc. Pytanie to wkrotce zapelnia jej cala uwage, zaslania oczy i zatrzymuje reke. Suknia, kapelusz, okrywka i parasolka, wszystko musi byc nowe, a tu tak niewiele czasu i nie tylko nic nie zamowione, ale nawet nie wybrane... Tu przypomina sobie, ze jej serwis i srebra juz znajduja sie u jubilera, ze juz trafia sie jakis nabywca i ze dzis lub jutro beda sprzedane. Panna Izabela czuje scisniecie serca za serwisem i srebrami, lecz doznaje niejakiej ulgi na mysl o kwescie i nowej toalecie. Moze miec bardzo piekna, ale jaka?... Odsuwa tamburek i ze stolika, na ktorym leza Szekspir, Dante, album europejskich znakomitosci tudziez kilka pism, bierze "Le Moniteur de la Mode" i zaczyna go przegladac z najwieksza uwaga. Oto jest toaleta obiadowa; oto ubiory wiosenne dla panienek, panien, mezatek, mlodych mezatek i ich matek! oto suknie wizytowe, ceremonialne, spacerowe; szesc nowych form kapeluszy, z dziesiec materialow, kilkadziesiat barw... Co tu wybrac, o Boze?... Niepodobna wybierac bez naradzenia sie z panna Florentyna i z magazynierka... Panna Izabela z niechecia odrzuca monitora mody i siada na szezlongu w postaci pollezacej. Rece splecione jak do modlitwy opiera na poreczy, glowe na rekach i patrzy w niebo rozmarzonymi oczyma. Kwesta wielkotygodniowa, nowa toaleta, chmury na niebie - wszystko miesza sie w jej wyobrazni na tle zalu za serwisem i lekkiego uczucia wstydu, ze go sprzedaje. "Ach, wszystko jedno!" - mowi sobie i znowu pragnie, azeby chmury rozdarly sie choc na chwile. Ale chmury zgeszczaja sie, a w jej sercu wzmaga sie zal, wstyd i niepokoj. Spojrzenie jej pada na stolik stojacy tuz obok szezlonga i na ksiazke do nabozenstwa oprawna w kosc sloniowa. Panna Izabela bierze do rak ksiazke i powoli, kartka za kartka, wyszukuje w niej modlitwy: Acte de resignation, a znalazlszy zaczyna czytac: "Que votre nom soit beni a jamais, bien qui avez voulu m'eprouver par cette peine. "W miare jak czyta, szare niebo wyjasnia sie, a przy ostatnich slowach... "et d'attendre en paix votre divin secours..." chmury pekaja, ukazuje sie kawalek czystego blekitu, gabinet panny Izabeli napelnia sie swiatlem, a jej dusza spokojem. Teraz jest pewna, ze modly jej zostaly wysluchane, ze bedzie miala najpiekniejsza tualete i najlepszy kosciol do kwesty. W tej chwili delikatnie otwieraja sie drzwi gabinetu; staje w nich panna Florentyna, wysoka, czarno ubrana, niesmiala, trzyma w dwu palcach list i mowi cicho: - Od pani Karolowej. - Ach, w sprawie kwesty - odpowiada panna Izabela z czarujacym usmiechem. - Caly dzien nie zagladalas do mnie, Florciu. - Nie chce ci przeszkadzac. - W nudzeniu sie?... - pyta panna Izabela. - Kto wie, czy nie byloby nam weselej nudzic sie w jednym pokoju. - List... - mowi niesmiala osoba w czarnej sukni, wyciagajac reke do Izabeli. - Znam jego tresc - przerywa panna Izabela. - Posiedz troche u mnie i jezeli nie zrobi ci subiekcji, przeczytaj ten list. Panna Florentyna siada niesmialo na fotelu, delikatnie bierze z biurka nozyk i z najwieksza ostroznoscia przecina koperte. Kladzie na biurku nozyk, potem koperte, rozwija papier i cichym, melodyjnym glosem czyta list pisany po francusku: "Droga Belu! wybacz, ze odzywam sie w sprawie, ktora tylko ty i twoj ojciec macie prawo rozstrzygac. Wiem, drogie dziecie, ze pozbywasz sie twego serwisu i sreber, sama mi zreszta o tym mowilas. Wiem tez, ze znalazl sie nabywca, ktory ofiarowuje wam piec tysiecy rubli, moim zdaniem za malo, choc w tych czasach trudno spodziewac sie wiecej. Po rozmowie jednak, jaka mialam w tej materii z Krzeszowska, zaczynam lekac sie, azeby piekne te pamiatki nie przeszly w niewlasciwe rece. Chcialabym temu zapobiec, proponuje ci wiec, jezeli zgodzisz sie, trzy tysiace rubli pozyczki na zastaw wspomnianego serwisu i sreber. Sadze, ze dzis wygodniej bedzie im u mnie, gdy ojciec twoj znajduje sie w takich klopotach. Odebrac je bedziesz mogla, kiedy zechcesz, a w razie mojej smierci nawet bez zwracania pozyczki. Nie narzucam sie, tylko proponuje. Rozwaz, jak ci bedzie wygodniej, a nade wszystko pomysl o nastepstwach. O ile cie znam, bylabys bolesnie dotknieta uslyszawszy kiedys, ze nasze rodzinne pamiatki zdobia stol jakiego bankiera albo naleza do wyprawy jego corki. Zasylam ci tysiace pocalunkow, Joanna P.S. Wyobraz sobie, co za szczescie spotkalo moja ochronke. Bedac wczoraj w sklepie tego slawnego Wokulskiego przymowilam sie o maly datek dla sierot. Liczylam na jakie kilkanascie rubli, a on, czy uwierzysz, ofiarowal mi tysiac, wyraznie: tysiac rubli, i jeszcze powiedzial, ze na moje rece nie smialby zlozyc mniejszej sumy. Kilku takich Wokulskich, a czuje, ze na starosc zostalabym demokratka." Panna Florentyna skonczywszy list nie smiala oderwac od niego oczu. Wreszcie odwazyla sie i spojrzala: panna Izabela siedziala na szezlongu blada, z zacisnietymi rekami. - Coz ty na to, Florciu? - spytala po chwili. - Mysle - odparla cicho zapytana - ze pani Karolowa na poczatku listu najtrafniej osadzila swoje stanowisko w tej sprawie. - Co za upokorzenie! - szepnela panna Izabela, nerwowo bijac reka w szezlong. - Upokorzeniem jest proponowac komus trzy tysiace rubli na zastaw sreber, i to wowczas, gdy obcy ofiarowuja piec tysiecy... Innego nie widze. - Jak ona nas traktuje... My chyba naprawde jestesmy zrujnowani... - Alez, Belciu!... - przerwala ozywiajac sie panna Florentyna. - Wlasnie ten cierpki list dowodzi, ze nie jestescie zrujnowani. Ciotka lubi byc cierpka, ale umie oszczedzac nieszczescie. Gdyby wam grozila ruina, znalezlibyscie w niej tkliwa i delikatna pocieszycielke. - Dziekuje za to. - I nie potrzebujesz obawiac sie tego. Jutro wplynie nam piec tysiecy rubli, za ktore mozna prowadzic dom przez pol roku... chocby przez kwartal. Za pare miesiecy... - Zlicytuja nam kamienice... - Prosta forma, i nic wiecej. Owszem, mozecie zyskac, podczas gdy dzisiaj kamienica jest tylko ciezarem. No, a po ciotce Hortensji dostaniesz ze sto tysiecy rubli. Zreszta - dodala po chwili panna Florentyna podnoszac brwi - ja sama nie jestem pewna, czy i ojciec nie ma jeszcze majatku. Wszyscy sa tego zdania... Panna Izabela wychylila sie z szezlonga i ujela reke panny Florentyny. - Florciu - rzekla znizajac glos - komu ty to mowisz?... Wiec naprawde uwazasz mnie tylko za panne na wydaniu, ktora nic nie widzi i niczego nie pojmuje?... Myslisz, ze nie wiem - domowila jeszcze ciszej - ze juz miesiac, jak pieniadze na utrzymanie domu pozyczasz od Mikolaja... - Moze wlasnie ojciec chce tego... - Czy i tego chce, azebys mu co rano podkladala kilka rubli do pugilaresu? Panna Florentyna spojrzala jej w oczy i poruszyla glowa. - Za duzo wiesz - odparla - ale nie wszystko. Juz od dwu tygodni, moze od dziesieciu dni widze, ze ojciec miewa po kilkanascie rubli... - Wiec zaciaga dlugi... - Nie. Ojciec nigdy nie zaciaga dlugow w miescie. Kazdy wierzyciel przychodzi z pozyczka do domu i w gabinecie ojca dostaje kwit albo procent. Nie znasz go pod tym wzgledem. - Wiec skadze teraz ma pieniadze? - Nie wiem. Widze, ze ma, i slysze, ze zawsze je mial. - Po coz w takim razie zezwala na sprzedaz sreber? - pytala natarczywie panna Izabela. - Moze chce zirytowac rodzine. - A kto wykupil jego weksle? Panna Florentyna zrobila rekoma ruch, oznaczajacy rezygnacje. - Nie wykupila ich Krzeszowska - rzekla - to wiem na pewno. - Wiec - albo ciotka Hortensja, albo... - Albo?... - Albo sam ojciec. Czy nie wiesz, ile rzeczy robi ojciec, azeby zaniepokoic rodzine, a potem smiac sie... - Za coz chcialby mnie, nas niepokoic? - Mysle, ze ty jestes spokojna. Corka powinna nieograniczenie ufac ojcu. - Ach, tak!... - szepnela panna Izabela zamyslajac sie. Czarno ubrana kuzynka z wolna podniosla sie z fotelu i cicho wyszla. Panna Izabela znowu poczela patrzec na swoj pokoj, ktory wydal jej sie popielatym, na czarne galazki, ktore chwialy sie za oknem, na pare wrobli swiergoczacych moze o budowie gniazda, na niebo, ktore stalo sie jednolicie szarym, bez zadnej jasniejszej prazki. W jej pamieci znowu odzyla sprawa kwesty i nowej toalety, ale obie wydaly sie jej tak malymi, tak prawie smiesznymi, ze myslac o nich nieznacznie wzruszyla ramionami. Dreczyly ja inne pytania: czyby nie oddac serwisu hrabinie Karolowej - i - skad ojciec ma pieniadze? Jezeli mial je dawniej, dlaczego pozwolil na zaciaganie dlugow u Mikolaja?... A jezeli nie mial, z jakiego zrodla czerpie je dzis?... Jezeli ona odda serwis i srebra ciotce, moze stracic okazje do korzystnego pozbycia sie ich, a jezeli sprzeda za piec tysiecy, pamiatki te naprawde moga dostac sie w niewlasciwe rece, jak pisala hrabina. Nagle przerwal sie ten bieg mysli: bystre jej ucho uslyszalo w dalszych pokojach szmer. Bylo to meskie stapanie, miarowe, spokojne. W salonie stlumil je nieco dywan, w pokoju jadalnym wzmocnilo sie, w jej sypialni przycichlo, jakby ktos szedl na palcach. - Prosze, papo - odezwala sie panna Izabela uslyszawszy pukanie do swych drzwi. Wszedl pan Tomasz. Ona podniosla sie z szezlonga, ale ojciec nie pozwolil na to. Objal ja w ramiona, ucalowal w glowe i zanim usiadl przy niej, rzucil okiem w duze lustro na scianie. Zobaczyl tam swoja piekna twarz, siwe wasy, swoj ciemny zakiet bez zarzutu, gladkie spodnie, jakby dopiero co wyszly od krawca, i uznal, ze wszystko jest dobrze. - Slysze - rzekl do corki usmiechajac sie - ze panienka odbiera korespondencje, ktore jej psuja humor. - Ach, papo, gdybys wiedzial, jakim tonem przemawia ciotka... - Zapewne tonem osoby chorej na nerwy. Za to nie mozesz miec do niej zalu. - Gdyby tylko zal. Ja boje sie, ze ona ma racje i ze nasze srebra moga naprawde znalezc sie na jakim bankierskim stole. Przytulila glowe do ramienia ojca. Pan Tomasz spojrzal niechcacy w lusterko na stoliku i przyznal w duchu, ze oboje w tej chwili tworza bardzo piekna grupe. Szczegolniej dobrze odbijala obawa rozlana na twarzy corki od jego spokoju. Usmiechnal sie. - Bankierskie stoly... - powtorzyl. - Srebra naszych przodkow bywaly juz na stolach Tatarow, Kozakow, zbuntowanych chlopow, i nie tylko nam to nie uchybialo, ale nawet przynosilo zaszczyt. Kto walczy, naraza sie na straty. - Tracili przez wojne i na wojnie - wtracila panna Izabela. - A dzis nie ma wojny?... Zmienila sie tylko bron: zamiast kosa albo jataganem walcza rublem. Joasia dobrze to rozumiala sprzedajac nie serwis - ale rodzinny majatek, albo rozbierajac na wybudowanie spichlerza ruiny zamku. - Wiec jestesmy zwyciezeni... - szepnela panna Izabela. - Nie, dziecko - odparl pan Tomasz prostujac sie. - My dopiero zaczniemy triumfowac i bodaj czy nie tego boi sie moja siostra i jej koteria. Oni tak gleboko zasneli, ze razi ich kazdy objaw zywotnosci, kazdy moj smielszy krok - dodal jakby do siebie. - Twoj, papo? -Tak. Mysleli, ze poprosze ich o pomoc. Sama Joasia chetnie zrobilaby mnie swoim plenipotentem. Ja natomiast podziekowalem im za emeryture i zblizylem sie do mieszczanstwa. Zyskalem u tych ludzi powage, ktora zaczyna trwozyc nasze sfery. Mysleli, ze zejde na drugi plan, a widza, ze moge wysunac sie na pierwszy. -Ty, papo? - Ja. Dotychczas milczalem nie majac odpowiednich wykonawcow. Dzis znalazlem takiego, ktory zrozumial moje idee, i zaczne dzialac. - Ktoz to jest? - spytala panna Izabela, ze zdumieniem patrzac na ojca. - Niejaki Wokulski, kupiec, zelazny czlowiek. Przy jego pomocy zorganizuje nasze mieszczanstwo, stworze towarzystwo do handlu ze Wschodem, tym sposobem dzwigne przemysl... - Ty, papo? - I wowczas zobaczymy, kto wysunie sie naprzod, chocby przy mozliwych wyborach do rady miejskiej... Panna Izabela sluchala z szeroko otwartymi oczyma. - Czy ten czlowiek - szepnela - o ktorym mowisz, papo, nie jest jakim aferzysta, awanturnikiem?... - Nie znasz go wiec? - spytal pan Tomasz. On jednak jest jednym z naszych dostawcow. - Sklep znam, bardzo ladny - mowila panna Izabela zamyslajac sie. - Jest tam stary subiekt, ktory wyglada troche na dziwaka, ale nadzwyczajnie uprzejmy... Ach, zdaje mi sie, ze kilka dni temu poznalam i wlasciciela... Wyglada na gbura... - Wokulski gbur?... - zdziwil sie pan Tomasz. - Jest on wprawdzie troche sztywny, ale bardzo grzeczny. Panna Izabela wstrzasnela glowa. - Niemily czlowiek - odpowiedziala z ozywieniem. - Teraz przypominam go sobie... Bedac we wtorek w sklepie zapytalam go o cene wachlarza... Trzeba bylo widziec, jak spojrzal na mnie!... Nie odpowiedzial nic, tylko wyciagnal swoja ogromna czerwona reke do subiekta (nawet dosc eleganckiego chlopca) i mruknal glosem, w ktorym czuc bylo gniew: panie Morawski czy Mraczewski (bo nie pamietam), pani zapytuje o cene wachlarza. A... nieciekawego znalazl papo wspolnika!... - smiala sie panna Izabela. - Szalonej energii czlowiek, zelazny czlowiek - odparl pan Tomasz. - Oni tacy. Poznasz ich, bo mysle urzadzic w domu pare zebran. Wszyscy oryginalni, ale ten oryginalniejszy od innych. - Papa tych panow chce przyjmowac?... - Musze naradzac sie z niektorymi. A co do naszych - dodal patrzac w oczy corce - zapewniam cie, ze gdy uslysza, kto u mnie bywa, ani jednego nie zabraknie w salonie. W tej chwili weszla panna Florentyna zapraszajac na obiad. Pan Tomasz podal reke corce i przeszli we troje do jadalnego pokoju, gdzie juz znajdowala sie waza tudziez Mikolaj odziany we frak i wielki bialy krawat. - Smieje sie z Belci - rzekl pan Tomasz do kuzynki, ktora nalewala rosol z wazy. - Wyobraz sobie, Floro, ze Wokulski zrobil na niej wrazenie gbura. Czy ty go znasz? - Ktoz by dzis nie znal Wokulskiego - odpowiedziala panna Florentyna podajac Mikolajowi talerz dla pana. - No, elegancki on nie jest, ale - robi wrazenie... - Pnia z czerwonymi rekoma - wtracila ze smiechem panna Izabela. - On mi przypomina Trostiego, pamietasz, Belu, tego pulkownika strzelcow w Paryzu - odpowiedzial pan Tomasz. - A mnie posag triumfujacego gladiatora - melodyjnym glosem dodala panna Florentyna. - Pamietasz, Belu, we Florencji, tego z podniesionym mieczem? Twarz surowa, nawet dzika, ale piekna. - A czerwone rece?... - zapytala panna Izabela. - Odmrozil je na Syberii - wtracila panna Florentyna z akcentem. - Coz on tam robil? - Pokutowal za uniesienia mlodosci - rzekl pan Tomasz. - Mozna mu to przebaczyc. - Ach, wiec jest i bohaterem!... - I milionerem - dodala panna Florentyna. - I milionerem? - powtorzyla panna Izabela. - Zaczynam wierzyc, ze papo zrobil dobry wybor przyjmujac go na wspolnika. Chociaz... - Chociaz?... - spytal ojciec. - Co powie swiat na te spolke? - Kto ma sile w rekach, ma swiat u nog. Wlasnie Mikolaj obniosl poledwice, gdy w przedpokoju zadzwoniono. Stary sluzacy wyszedl i po chwili wrocil z listem na srebrnej, a moze platerowanej tacy. - Od pani hrabiny - rzekl. - Do ciebie, Belu - dodal pan; Tomasz biorac list do reki. - Pozwolisz, ze cie zastapie w polknieciu tej nowej pigulki. Otworzyl list, zaczal go czytac i ze smiechem podal pannie Izabeli. - Oto - zawolal - cala Joasia jest w tym liscie. Nerwy, zawsze nerwy!... Panna Izabela odsunela talerz i z niepokojem przebiegla papier oczyma. Lecz stopniowo twarz jej wypogodzila sie. Sluchaj, Florciu - rzekla - bo to ciekawe. "Droga Belu! - pisze ciotka. - Zapomnij, aniolku, o moim poprzednim liscie. W rezultacie twoj serwis nic mnie nie obchodzi i znajdziemy inny, gdy bedziesz szla za maz. Ale chodzi mi, azebys koniecznie kwestowala tylko ze mna, i wlasnie o tym mialam zamiar pisac poprzednio, nie o serwisie. Biedne moje nerwy! jezeli nie chcesz ich do reszty rozstroic, musisz zgodzic sie na moja prosbe. Grob w naszym kosciele bedzie cudowny. Moj poczciwy Wokulski daje fontanne, sztuczne ptaszki spiewajace, pozytywke, ktora bedzie grala same powazne kawalki, i mnostwo dywanow. Hozer dostarcza kwiatow, a amatorowie urzadzaja koncert na organ, skrzypce, wiolonczele i glosy. Jestem zachwycona, ale gdyby mi wsrod tych cudow zabraklo ciebie, rozchorowalabym sie. A wiec tak?... Sciskam cie i caluje po tysiac razy, kochajaca ciotka, Joanna Post scriptum. Jutro jedziemy do magazynu zamowic dla ciebie kostium wiosenny. Umarlabym, gdybys go nie przyjela." Panna Izabela byla rozpromieniona. List ten spelnial wszystkie jej nadzieje. - Wokulski jest nieporownany! - rzekl smiejac sie pan Tomasz. - Szturmem zdobyl Joasie, ktora nie tylko nie bedzie mi wymawiala wspolnika, lecz nawet gotowa o niego walczyc ze mna. Mikolaj podal kurczeta. - Musi to jednakze byc genialny czlowiek - zauwazyla panna Florentyna. - Wokulski?... no, nie - mowil pan Tomasz. - Jest to czlowiek szalonej energii, ale co sie tyczy daru kombinowania, nie powiem, azeby posiadal go w wysokim stopniu. - Zdaje mi sie, ze sklada tego dowody. - Wszystko to sa dowody tylko energii - odpowiedzial pan Tomasz. - Dar kombinacji, genialny umysl poznaje sie w innych rzeczach, chocby... w grze. Ja z nim dosyc czesto grywam w pikiete, gdzie koniecznie trzeba kombinowac. Rezultat jest taki, ze przegralem osiem do dziesieciu rubli, a wygralem okolo siedemdziesieciu, chociaz - nie mam pretensji do geniuszu! - dodal skromnie. Pannie Izabeli wypadl z reki widelec. Pobladla i chwyciwszy sie za czolo szepnela: - A!... a!... Ojciec i panna Florentyna zerwali sie z krzesel. - Co ci jest, Belu?... - spytal zatrwozony pan Tomasz. - Nic - odpowiedziala wstajac od stolu - migrena. Od godziny czulam, ze bede ja miec... To nic, papo... Pocalowala ojca w reke i wyszla do swego pokoju. - Nagla migrena powinna by przejsc zaraz - rzekl pan Tomasz. - Pojdz do niej, Florciu. Ja na chwile wyjde do miasta, bo musze zobaczyc sie z kilkoma osobami, ale wczesniej wroce. Tymczasem czuwaj nad nia, kochana Florciu, prosze cie o to - mowil pan Tomasz ze spokojna fizjognomia czlowieka, bez ktorego polecen albo prosby nie moze byc dobrze na swiecie. - Zaraz do niej pojde, tylko tu zrobie porzadek - odpowiedziala panna Florentyna, dla ktorej lad w domu byl sprawa wazniejsza od czyjejkolwiek migreny. Juz mrok ogarnal ziemie... Panna Izabela jest znowu sama w swoim gabinecie; upadla na szezlong i obu rekami zaslonila oczy. Spod kaskady tkanin splywajacych az na podloge wysunal sie jej waski pantofelek i kawalek ponczoszki, ale tego nikt nie widzi ani ona o tym nie mysli. W tej chwili jej dusze znowu targa gniew, zal i wstyd. Ciotka ja przeprosila, ona sama bedzie kwestowac przy najladniejszym grobie i bedzie miala najpiekniejszy kostium; lecz mimo to - jest nieszczesliwa... Doznaje takich uczuc, jak gdyby wszedlszy do pelnego salonu ujrzala nagle na swym nowym kostiumie ogromna tlusta plame obrzydlej formy i koloru, jakby suknie wytarzano gdzies na kuchennych schodach. Mysl o tym jest dla niej tak wstretna, ze slina naplywa jej do ust. Co za straszne polozenie!... Juz miesiac zadluzaja sie u swego lokaja, a od dziesieciu dni jej ojciec na swoje drobne wydatki wygrywa pieniadze w karty... Wygrac mozna; panowie wygrywaja tysiace, ale nie na opedzenie pierwszych potrzeb, i przeciez - nie od kupcow. Ach, gdyby mozna, upadlaby ojcu do nog i blagala go, azeby nie grywal z tymi ludzmi, a przynajmniej nie teraz, kiedy ich stan majatkowy jest tak ciezki. Za kilka dni, gdy odbierze pieniadze za swoj serwis, sama wreczy ojcu pareset rubli proszac, azeby je przegral do tego pana Wokulskiego, azeby wynagrodzil go hojniej, niz ona wynagrodzi Mikolaja za zaciagniete dlugi. Ale czyz jej wypada zrobic to, a nawet mowic o tym ojcu?... "Wokulski?... Wokulski?... - szepce panna Izabela. - Ktoz to jest ten Wokulski, ktory dzis tak nagle ukazal sie jej od razu z kilku stron, pod rozmaitymi postaciami. Co on ma do czynienia z jej ciotka, z ojcem?..." I otoz zdaje sie jej, ze juz od kilku tygodni cos slyszala o tym czlowieku. Jakis kupiec niedawno ofiarowal pare tysiecy rubli na dobroczynnosc, ale nie byla pewna, czy to byl handlujacy strojami damskimi, czy futrami. Potem mowiono, ze takze jakis kupiec podczas wojny bulgarskiej dorobil sie wielkiego majatku, tylko nie uwazala, czy dorobil sie szewc, u ktorego ona bierze buciki, czy jej fryzjer? I dopiero teraz, przypomina sobie, ze ten kupiec, ktory dal pieniadze na dobroczynnosc, i ten, ktory zyskal duzy majatek, sa jedna osoba, ze to wlasnie jest ow Wokulski, ktory do jej ojca przegrywa w karty, a ktorego jej ciotka, znana z dumy hrabina Karolowa, nazywa: "moj poczciwy Wokulski!..." W tej chwili przypomina sobie nawet fizjognomie tego czlowieka, ktory w sklepie nie chcial z nia mowic, tylko cofnawszy sie za ogromne japonskie wazony przypatrywal sie jej posepnie. Jak on na nia patrzyl... Jednego dnia weszla z panna Florentyna na czekolade do cukierni, przez figle. Usiadly przy oknie, za ktorym zebralo sie kilkoro obdartych dzieci. Dzieci spogladaly na nia, na czekolade i na ciastka z ciekawoscia i lakomstwem glodnych zwierzatek, a ten kupiec - tak samo na nia patrzyl. Lekki dreszcz przebiegl panne Izabele. I to ma byc wspolnik jej ojca?... Do czego ten wspolnik?... Skad jej ojcu przyszlo do glowy zawiazywac jakies towarzystwa handlowe, tworzyc jakies rozlegle plany, o ktorych nigdy dawniej nie marzyl?... Chce przy pomocy mieszczanstwa wysunac sie na czolo arystokracji; chce zostac wybranym do rady miejskiej, ktorej nie bylo i nie ma?... Alez ten Wokulski to naprawde jakis aferzysta, moze oszust, ktory potrzebuje glosnego nazwiska na szyld do swoich przedsiebiorstw. Bywaly takie wypadki. Ilez to pieknych nazwisk szlachty niemieckiej i wegierskiej unurzalo sie w operacjach handlowych, ktorych ona nawet nie rozumie, a ojciec chyba nie wiecej. Zrobilo sie juz zupelnie ciemno; na ulicy zapalono latarnie, ktorych blask wpadal do gabinetu panny Izabeli malujac na suficie rame okna i zwoje firanki. Wygladalo to jak krzyz na tle jasnosci, ktora powoli zaslania gesty oblok. "Gdzie to ja widzialam taki krzyz, taka chmure i jasnosc?..." - zapytala sie panna Izabela. Zaczela przypominac sobie widziane w zyciu okolice i - marzyc. Zdawalo sie jej, ze powozem jedzie przez jakas znana miejscowosc. Krajobraz jest podobny do olbrzymiego pierscienia, utworzonego z lasow i zielonych gor, a jej powoz znajduje sie na krawedzi pierscienia i zjezdza na dol. Czy on zjezdza? bo ani zbliza sie do niczego, ani od niczego nie oddala, tak jakby stal w miejscu. Ale zjezdza: widac to po wizerunku slonca, ktore odbija sie w lakierowanym skrzydle powozu i, drgajac, z wolna posuwa sie w tyl. Zreszta slychac turkot... To turkot dorozki na ulicy?... Nie, to turkocza machiny pracujace gdzies w glebi owego pierscienia gor i lasow. Widac tam nawet, na dole, jakby jezioro czarnych dymow i bialych par, ujete w rame zielonosci. Teraz panna Izabela spostrzega ojca, ktory siedzi przy niej i z uwaga oglada sobie paznogcie, od czasu do czasu rzucajac okiem na krajobraz. Powoz ciagle stoi na krawedzi pierscienia niby bez ruchu, a tylko wizerunek slonca, odbitego w lakierowanym skrzydle, wolno posuwa sie ku tylowi. Ten pozorny spoczynek czy tez utajony ruch w wysokim stopniu drazni panne Izabele. "Czy my jedziemy, czy stoimy?" - pyta ojca. Ale ojciec nie odpowiada nic, jakby jej nie widzial; oglada swoje piekne paznogcie i czasami rzuca okiem na okolice... Wtem (powoz ciagle drzy i slychac turkot) z glebi jeziora czarnych dymow i bialych par wynurza sie do pol figury jakis czlowiek. Ma krotko ostrzyzone wlosy, sniada twarz, ktora przypomina Trostiego, pulkownika strzelcow (a moze gladiatora z Florencji?), i ogromne czerwone dlonie. Odziany jest w zasmolona koszule z rekawami zawinietymi wyzej lokcia; w lewej rece, tuz przy piersi, trzyma karty ulozone w wachlarz, w prawej, ktora podniosl nad glowe, trzyma jedna karte, widocznie w tym celu, aby ja rzucic na przod siedzenia powozu. Reszty postaci nie widac sposrod dymu. "Co on robi, ojcze?" - pyta sie zalekniona panna Izabela. "Gra ze mna w pikiete" - odpowiada ojciec, rowniez trzymajac w rekach karty. "Alez to straszny czlowiek, papo!" "Nawet tacy nie robia nic zlego kobietom" - odpowiada pan Tomasz. Teraz dopiero panna Izabela spostrzega, ze czlowiek w koszuli patrzy na nia jakims szczegolnym wzrokiem, ciagle trzymajac karte nad glowa. Dym i para, kotlujace w dolinie, chwilami zaslaniaja jego rozpieta koszule i surowe oblicze; tonie wsrod nich - nie ma go. Tylko spoza dymu widac blady polysk jego oczow, a nad dymem obnazona do lokcia reke i - karte. "Co znaczy ta karta, papo?.." - zapytuje ojca. Ale ojciec spokojnie patrzy we wlasne karty i nie odpowiada nic, jakby jej nie widzial. "Kiedyz nareszcie wyjedziemy z tego miejsca?..." Ale choc powoz drzy i slonce odbite w skrzydle posuwa sie ku tylowi, ciagle u stopni widac jezioro dymu, a w nim zanurzonego czlowieka, jego reke nad glowa i - karte. Panne Izabele ogarnia nerwowy niepokoj, skupia wszystkie wspomnienia, wszystkie mysli, azeby odgadnac: co znaczy karta, ktora trzyma ten czlowiek?.. Czy to sa pieniadze, ktore przegral do ojca w pikiete? Chyba nie. Moze ofiara, jaka zlozyl Towarzystwu Dobroczynnosci? I to nie. Moze tysiac rubli, ktore dal jej ciotce na ochrone, a moze to jest kwit na fontanne, ptaszki i dywany do ubrania grobu Panskiego?... Takze nie; to wszystko nie niepokoiloby jej. Stopniowo panne Izabele napelnia wielka bojazn. Moze to sa weksle jej ojca, ktore ktos niedawno wykupil?... W takim razie wziawszy pieniadze za srebra i serwis splaci ten dlug najpierw i uwolni sie od podobnego wierzyciela. Ale czlowiek pograzony w dymie wciaz patrzy jej w oczy i karty nie rzuca. Wiec moze... Ach!... Panna Izabela zrywa sie z szezlonga, potraca w ciemnosci o taburet i drzacymi rekoma dzwoni. Dzwoni drugi raz, nie odpowiada nikt, wiec wybiega do przedpokoju i we drzwiach spotyka panne Florentyne, ktora chwyta ja za reke i mowi ze zdziwieniem: - Co tobie, Belciu?... Swiatlo w przedpokoju nieco oprzytomnia panne Izabele. Usmiecha sie. - Wez, Florciu, lampe do mego pokoju. Papo jest? - Przed chwila wyjechal. - A Mikolaj? - Zaraz wroci, poszedl oddac list poslancowi. Czy gorzej boli cie glowa? - pyta panna Florentyna. - Nie - smieje sie panna Izabela - tylko zdrzemnelam sie i tak mi sie cos majaczylo. Panna Florentyna bierze lampe i obie z kuzynka ida do jej gabinetu. Panna Izabela siada na szezlongu, zaslania reka oczy przed swiatlem i mowi: - Wiesz, Florciu, namyslilam sie, nie sprzedam moich sreber obcemu. Moga naprawde dostac sie Bog wie w jakie rece. Siadz zaraz, jezelis laskawa, przy moim biurku i napisz do ciotki, ze.. przyjmuje jej propozycje. Niech nam pozyczy trzy tysiace rubli i niech wezmie serwis i srebra. Panna Florentyna patrzy na nia z najwyzszym zdumieniem, wreszcie odpowiada: - To jest niemozliwe, Belciu. - Dlaczego?..- - Przed kwadransem otrzymalam list od pani Meliton, ze srebra i serwis juz kupione. - Juz?... Kto je kupil? - wola panna Izabela chwytajac kuzynke za rece. Panna Florentyna jest zmieszana. - Podobno jakis kupiec z Rosji... - mowi, lecz czuc, ze mowi nieprawde. - Ty cos wiesz, Florciu!... Prosze cie, powiedz!... - blaga ja panna Izabela. Jej oczy napelniaja sie lzami. -Zreszta tobie powiem, tylko nie zdradz tajemnicy przed ojcem prosi kuzynka. - Wiec kto?... No, kto kupil?... - Wokulski - odpowiada panna Florentyna. Pannie Izabeli w jednej chwili obeschly oczy nabierajac przy tym barwy stalowej. Odpycha z gniewem rece kuzynki, przechodzi tam i na powrot swoj gabinet, wreszcie siada na foteliku naprzeciw panny Florentyny. Nie jest juz przestraszona i zdenerwowana pieknoscia, ale wielka dama, ktora ma zamiar kogos ze sluzby osadzic, a moze wydalic. - Powiedz mi, kuzynko - mowi pieknym kontraltowym glosem - co to za smieszny spisek knujecie przeciwko mnie? - Ja?... spisek? powtarza panna Florentyna przyciskajac rekoma piersi. -- Nie rozumiem cie, Belu... - Tak. Ty, pani Meliton i ten... zabawny bohater... Wokulski... - Ja i Wokulski?... - powtarza panna Florentyna. Tym razem zdziwienie jej jest tak szczere, ze watpic nie mozna. - Przypuscmy, ze nie spiskujesz - ciagnie dalej panna Izabela - ale cos wiesz... - O Wokulskim wiem to, co wszyscy. Ma sklep, w ktorym kupujemy, zrobil majatek na wojnie... - A o tym, ze wciaga pape do spolki handlowej, nie slyszalas?... Wyraziste oczy panny Florentyny zrobily sie bardzo duzymi. - Ojca twego wciaga do spolki?... - rzekla wzruszajac ramionami. - Do jakiejze spolki moze go wciagnac?... I w tej chwili przestrasza sie wlasnych slow... Panna Izabela nie mogla watpic o jej niewinnosci; znowu pare razy przeszla sie po gabinecie z ruchami zamknietej lwicy i nagle zapytala: - Powiedzze mi przynajmniej: co sadzisz o tym czlowieku? - Ja o Wokulskim?... Nic o nim nie sadze, wyjawszy chyba to, ze szuka rozglosu i stosunkow. - Wiec dla rozglosu ofiarowal tysiac rubli na ochrone? - Z pewnoscia. Dal przecie dwa razy tyle na dobroczynnosc. - A dlaczego kupil moj serwis i srebra? - Zapewne dlatego, azeby je z zyskiem sprzedac - odpowiedziala panna Florentyna. - W Anglii za podobne rzeczy dobrze placa. - A dlaczego... wykupil weksle papy? - Skad wiesz, ze to on? W tym nie mialby zadnego interesu. - Nic nie wiem - pochwycila goraczkowo panna Izabela - ale wszystko przeczuwam, wszystko rozumiem... Ten czlowiek chce zblizyc sie do nas... - Juz sie przecie poznal z ojcem - wtracila panna Florentyna - Wiec do mnie chce sie zblizyc!... - zawolala panna Izabela z wybuchem. - Poznalam to po... Wstyd jej bylo dodac: "po jego spojrzeniu". - Czy nie uprzedzasz sie, Belciu?... - Nie. To, czego doznaje w tej chwili, nie jest uprzedzeniem, ale raczej jasnowidzeniem. Nawet nie domyslasz sie, jak ja dawno znam tego czlowieka, a raczej - od jak dawna on mnie przesladuje. Teraz dopiero przypominam sobie, ze przed rokiem nie bylo przedstawienia w teatrze, nie bylo koncertu, odczytu, na ktorych bym go nie spotykala, i dopiero dzis ta... bezmyslna figura wydaje mi sie straszna... Panna Florentyna az cofnela sie z fotelikiem, szepczac: - Wiec przypuszczasz, zeby sie osmielil... - Zagustowac we mnie?... - przerwala ze smiechem panna Izabela. - Tego nawet nie myslalabym mu bronic. Nie jestem ani tak naiwna, ani tak falszywie skromna, azeby nie wiedziec, ze sie podobam... moj Boze! nawet sluzbie... Kiedys gniewalo mnie to jak zebranina, ktora zastepuje nam droge na ulicach, dzwoni do mieszkan albo pisuje listy z prosba o wsparcie. Ale dzis - tylko zrozumialam lepiej slowa Zbawcy: "Komu wiele dano, od tego wiele zadac beda." - Zreszta - dodala wzruszajac ramionami - mezczyzni w tak bezceremonialny sposob zaszczycaja nas swoim uwielbieniem, ze nie tylko juz nie dziwie sie ich nadskakiwaniu albo impertynenckim spojrzeniom, ale temu, gdy jest inaczej. Jezeli w salonie spotkam czlowieka, ktory mi nie mowi o swej sympatii i cierpieniach albo nie milczy posepnie w sposob zdradzajacy jeszcze wieksza sympatie i cierpienia, albo nie okazuje mi lodowatej obojetnosci, co ma byc oznaka najwyzszej sympatii i cierpien, wtedy - czuje, ze mi czegos brak, jak gdybym zapomniala wachlarza albo chusteczki... O, ja ich znam! tych wszystkich donzuanow, poetow, filozofow, bohaterow, te wszystkie tkliwe, bezinteresowne, zlamane, rozmarzone albo silne dusze:.. Znam cala te maskarade i zapewniam cie, ze dobrze sie nia bawie. Cha! cha! cha!... jacy oni smieszni... - Nie rozumiem cie, Belciu... - wtracila panna Florentyna rozkladajac rece. - Nie rozumiesz?... Wiec chyba nie jestes kobieta. Panna Florentyna zrobila gest przeczacy, a nastepnie powatpiewajacy. - Posluchaj - przerwala panna Izabela. - Od roku juz stracilismy stanowisko w swiecie. Nie zaprzeczaj, bo tak jest, wszyscy o tym wiemy. Dzis jestesmy zrujnowani... - Przesadzasz... - Ach, Floro, nie pocieszaj mnie, nie klam!... Czyzes nie slyszala przy obiedzie, ze nawet tych kilkanascie rubli, ktore ma obecnie moj ojciec, sa wygrane w karty od... Panna Izabela mowiac to drzala na calym ciele. Oczy jej blyszczaly, na twarzy miala wypieki. - Otoz w takiej chwili przychodzi ten... kupiec, nabywa nasze weksle, nasz serwis, opetuje mego ojca i ciotke, czyli - ze wszystkich stron otacza mnie sieciami jak mysliwiec zwierzyne. To juz nie smutny wielbiciel, to nie konkurent, ktorego mozna odrzucic, to... zdobywca!... On nie wzdycha, ale zakrada sie do lask ciotki, rece i nogi oplatuje ojcu, a mnie chce porwac gwaltem, jezeli nie zmusic do tego, azebym mu sie sama oddala... Czy rozumiesz te wyrafinowana nikczemnosc? Panna Florentyna przestraszyla sie. - W takim razie masz bardzo prosty sposob. Powiedz... - Komu i co?... Czy ciotce, ktora gotowa popierac tego pana, azeby mnie zmusic do oddania reki marszalkowi?... Czy moze mam powiedziec ojcu, przerazic go i przyspieszyc katastrofe? Jedno tylko zrobie: nie pozwole ojcu, azeby zaciagal sie do jakichkolwiek spolek, chocbym miala wloczyc mu sie u nog, chocbym miala... zabronic mu tego w imieniu zmarlej matki... m. Panna Florentyna patrzy na nia z zachwytem... - Doprawdy, Belciu - rzekla - przesadzasz. Z twoja energia i taka genialna domyslnoscia... - Nic znasz tych ludzi, a ja widzialam ich przy pracy. W ich rekach stalowe szyny zwijaja sie jak wstazki. To straszni ludzie. Oni dla swoich celow umieja poruszyc wszystkie sily ziemskie, jakich my nawet nie znamy. Oni potrafia lamac, usidlac, plaszczyc sie, wszystko ryzykowac, nawet - cierpliwie czekac... - Mowisz na podstawie czytanych romansow. - Mowic na mocy moich przeczuc, ktore ostrzegaja... wolaja, ze ten czlowiek po to jezdzil na wojne, azeby mnie zdobyc. I ledwie wrocil, juz mnie ze wszystkich stron obsacza... Ale niech sie strzeze!... Chce mnie kupic? dobrze, niech kupuje!... przekona sie, ze jestem bardzo droga... Chce mnie zlapac w sieci?... Dobrze, niech je rozsnuwa... ale ja mu sie wymkne, chocby - w objecia marszalka... O Boze! nawet nie domyslalam sie, jak gleboka jest przepasc, w ktora spadamy, dopoki nie zobaczylam takiego dna. Z salonow Kwirynalu do sklepu... To juz nawet nie upadek, to hanba... Siadla na szezlongu i utuliwszy glowe rekoma szlochala. Serwis i srebra familii Leckich byly juz sprzedane i nawet jubiler odniosl pany Tomaszowi pieniadze, straciwszy dla siebie sto kilkadziesiat rubli skladowego i za posrednictwo. Mimo to hrabina Karolowa nie przestala kochac panny Izabeli; owszem - jej energia i poswiecenie, okazane przy sprzedazy pamiatek, zbudzily w sercu starej damy nowe zrodlo uczuc rodzinnych. Nie tylko uprosila panne Izabele o przyjecie pieknego kostiumu, nie tylko co dzien bywala u niej albo ja wzywala do siebie, ale jeszcze (co bylo dowodem nieslychanej laski) na cala Wielka Srode ofiarowala jej swoj powoz. - Przejedz sie, aniolku, po miescie - mowila hrabina calujac siostrzenice - i pozalatwiaj drobne sprawunki. Tylko pamietaj, zebys mi za to w czasie kwesty wygladala slicznie... Tak slicznie, jak to tylko ty potrafisz!... Prosze cie... Panna Izabela nie odpowiedziala nic, ale jej spojrzenie i rumieniec kazaly domyslac sie, ze z cala gotowoscia spelni wole ciotki. W Wielka Srode, punkt o jedenastej rano, panna Izabela juz siedziala w otwartym powozie wraz ze swoja nieodstepna towarzyszka, panna Florentyna. Po Alei chodzily wiosenne powiewy roznoszac te szczegolna, surowa won, ktora poprzedza pekanie lisci na drzewach i ukazanie sie pierwiosnkow; szare trawniki nabraly zielonego odcienia; slonce grzalo tak mocno, ze panie otworzyly parasolki. - Sliczny dzien - westchnela panna Izabela patrzac na niebo, gdzieniegdzie poplamione bialymi oblokami. - Gdzie jasnie panienka rozkaze jechac? - spytal lokaj zatrzasnawszy drzwiczki powozu. - Do sklepu Wokulskiego - Z nerwowym pospiechem odpowiedziala panna Izabela. Lokaj skoczyl na koziol i spasione gniade konie ruszyly uroczystym klusem parskajac i wyrzucajac lbami. - Dlaczego, Belciu, do Wokulskiego? - zapytala troche zdziwiona panna Florentyna. - Chce sobie kupic paryskie rekawiczki, kilka flakonow perfum... - To samo dostaniemy gdzie indziej. - Chce tam - odpowiedziala sucho panna Izabela. Od paru dni meczyl ja osobliwy niepokoj, jakiego juz raz doznala w zyciu. Bedac przed laty za granica w ogrodzie aklimatyzacyjnym, zobaczyla w jednej z klatek ogromnego tygrysa, ktory spal oparty o krate w taki sposob, ze mu czesc glowy i jedno ucho wysunelo sie na zewnatrz. Widzac to panna Izabela uczula nieprzeparta chec pochwycenia tygrysa za ucho. Zapach klatki napelnial ja wstretem, potezne lapy zwierzecia nieopisana trwoga, lecz mimo to czula, ze - musi tygrysa przynajmniej dotknac w ucho. Dziwny ten pociag wydal sie jej samej niebezpiecznym i nawet smiesznym. Przemogla sie wiec i poszla dalej; lecz po paru minutach wrocila. Znowu cofnela sie, przejrzala inne klatki, starala sie o czym innym myslec. Na prozno. Wrocila sie i choc tygrys juz nie spal, tylko mruczac lizal swoje straszliwe lapy, panna Izabela podbiegla do klatki, wsunela reke i - drzaca i blada - dotknela tygrysiego ucha. W chwile pozniej wstydzila sie swego szalenstwa, lecz zarazem czula to gorzkie zadowolenie znane ludziom, ktorzy usluchaja w waznej sprawie glosu instynktu. Dzis zbudzilo sie w niej podobnego rodzaju pragnienie. Gardzila Wokulskim, serce jej zamieralo na samo przypuszczenie, ze ten czlowiek mogl zaplacic za srebra wiecej, niz byly warte, a mimo to czula nieprzeparty pociag - wejsc do sklepu, spojrzec w oczy Wokulskiemu i zaplacic mu za pare drobiazgow tymi wlasnie pieniedzmi, ktore pochodzily od niego. Strach ja zdejmowal na mysl spotkania, lecz niewytlumaczony instynkt popychal. Na Krakowskim juz z daleka zobaczyla szyld z napisem: J. Mincel i S. Wokulski, a o jeden dom blizej nowy, jeszcze nie wykonczony sklep o pieciu oknach frontu, z lustrzanymi szybami. Z kilku pracujacych przy nim rzemieslnikow i robotnikow jedni od wewnatrz wycierali szyby, drudzy zlocili i malowali drzwi i futryny, inni umocowywali przed oknami ogromne mosiezne bariery. - Coz to za sklep buduja? - spytala panny Florentyny. - Chyba dla Wokulskiego, bo slyszalam, ze wzial obszerniejszy lokal. "Dla mnie ten sklep!"- pomyslala panna Izabela szarpiac rekawiczki. Powoz stanal, lokaj zeskoczyl z kozla i pomogl paniom wysiasc. Lecz gdy nastepnie otworzyl z loskotem drzwi do sklepu Wokulskiego, panna Izabela tak oslabla, ze nogi zachwialy sie pod nia. Przez chwile chciala wrocic do powozu i uciec stad; wnet jednak opanowala sie i z podniesiona glowa weszla. Pan Rzecki juz stal na srodku sklepu i zacierajac rece, wital ja niskimi uklonami. W glebi pan Lisiecki, podczesujac piekna brode, okraglymi i pelnymi godnosci ruchami prezentowal brazowe kandelabry jakiejs damie, ktora siedziala na krzesle. Mizerny Klejn wybieral laski mlodziencowi, ktory na widok panny Izabeli szybko uzbroil sie w binokle - a pachnacy heliotropem Mraczewski palil wzrokiem i sztyletowal wasikami dwie rumiane panienki, ktore towarzyszyly damie i ogladaly toaletowe cacka. Na prawo ode drzwi, za kantorkiem, siedzial Wokulski schylony nad rachunkami. Gdy panna Izabela weszla, mlodzieniec ogladajacy laski poprawil kolnierzyk na szyi, dwie panienki spojrzaly na siebie, pan Lisiecki urwal w polowie swoj okragly frazes o stylu kandelabrow, ale zatrzymal okragla poze, a nawet dama sluchajaca jego wykladu ciezko odwrocila sie na krzesle. Przez chwile sklep zalegla cisza, ktora dopiero panna Izabela przerwala odezwawszy sie pieknym kontraltem: - Czy zastalysmy pana Mraczewskiego?... - Panie Mraczewski!... - pochwycil pan Ignacy. Mraczewski juz stal przy pannie Izabeli, zarumieniony jak wisnia, pachnacy jak kadzielnica, z pochylona glowa, jak kita wodnej trzciny. - Przyszlysmy prosic pana o rekawiczki. - Numerek piec i pol - odparl Mraczewski i juz trzymal pudelko, ktore mu nieco drzalo w rekach pod wplywem spojrzenia panny Izabeli. - Otoz nie... - przerwala panna ze smiechem. - Piec i trzy czwarte... Juz pan zapomnial!... - Pani, sa rzeczy, ktorych sie nigdy nie zapomina. Jezeli jednak rozkazuje pani piec i trzy czwarte, bede sluzyl w nadziei, ze niebawem znowu zaszczyci nas pani swoja obecnoscia. Bo rekawiczki piec i trzy czwarte - dodal z lekkim westchnieniem, podsuwajac jej kilka innych pudelek - stanowczo zsuna sie z raczek... - Geniusz! - cicho szepnal pan Ignacy mrugajac na Lisieckiego, ktory pogardliwie ruszyl ustami. Dama siedzaca na krzesle zwrocila sie do kandelabrow, dwie panny do toaletki z oliwkowego drzewa, mlodzieniec w binoklach poczal znowu wybierac laski i - rzeczy w sklepie przeszly do spokojnego trybu. Tylko rozgoraczkowany Mraczewski zeskakiwal i wbiegal na drabinke, wysuwal szuflady i wydobywal coraz nowe pudelka tlumaczac pannie Izabeli po polsku i po francusku, ze nie moze nosic innych rekawiczek, tylko piec i pol, ani uzywac innych perfum, tylko oryginalnych Atkinsona, ani ozdabiac swego stolika innymi drobiazgami, jak paryskimi. Wokulski pochylil sie nad kantorkiem tak, ze zyly nabrzmialy mu na czole i - wciaz rachowal w mysli: " 29 a 36 - to 65, a 15 to 80, a 78 - to... to..." Tu urwal i spod oka spojrzal w strone panny Izabeli rozmawiajacej z Mraczewskim. Oboje stali zwroceni do niego profilem; dostrzegl wiec palajacy wzrok subiekta przykuty do panny Izabeli, na co ona w sposob demonstracyjny odpowiadala usmiechem i spojrzeniami lagodnej zachety " 29 a 36 - to 65, a 15..." - liczyl w mysli Wokulski, lecz nagle pioro pryslo mu w reku. Nie podnoszac glowy wydobyl nowa stalowke z szuflady, a jednoczesnie, nie wiadomo jakim sposobem, z rachunku wypadlo mu pytanie: " I ja mam niby to ja kochac?... Glupstwo! Przez rok cierpialem na jakas chorobe mozgowa, a zdawalo mi sie, ze jestem zakochany...29 a 36... 29 a 36... Nigdym nie przypuszczal, azeby mogla mi byc tak dalece obojetna... Jak ona patrzy na tego osla... No, jest to widocznie osoba, ktora kokietuje nawet subiektow, a czy tego samego nie robi z furmanami i lokajami!... Pierwszy raz czuje spokoj... o Boze... A tak go bardzo pragnalem..." Do sklepu weszlo jeszcze pare osob, do ktorych niechetnie zwrocil sie Mraczewski, powoli wiazac paczki. Panna Izabela zblizyla sie do Wokulskiego i wskazujac w jego strone parasolka rzekla dobitnie: - Floro, badz laskawa zaplacic temu panu. Wracamy do domu. - Kasa jest tu - odezwal sie Rzecki podbiegajac do panny Florentyny. Wzial od niej pieniadze i oboje cofneli sie w glab sklepu. Panna Izabela z wolna podsunela sie tuz do kantorka, za ktorym siedzial Wokulski. Byla bardzo blada. Zdawalo sie, ze widok tego czlowieka wywiera na nia wplyw magnetyczny. - Czy mowie z panem Wokulskim? Wokulski powstal z krzesla i odparl obojetnie: - Jestem do uslug. - Wszakze to pan kupil nasz serwis i srebra? - mowila zdlawionym glosem. - Ja, pani. Teraz panna Izabela zawahala sie. Po chwili jednak slaby rumieniec wrocil jej na twarz. Ciagnela dalej: - Zapewne pan sprzeda te przedmioty? - W tym celu je kupilem. Rumieniec panny Izabeli wzmocnil sie. - Przyszly nabywca w Warszawie mieszka? - pytala dalej. - Rzeczy tych nie sprzedam tutaj, lecz za granica. Tam... dadza mi wyzsza cene - dodal spostrzeglszy w jej oczach zapytanie. - Pan spodziewa sie duzo zyskac? - Dlatego, azeby zyskac, kupilem. - Czy i dlatego moj ojciec nie wie, ze srebra te sa w panskim reku? - rzekla ironicznie. Wokulskiemu drgnely usta. - Serwis i srebra nabylem od jubilera. Sekretu z tego nie robie. Osob trzecich do sprawy nie mieszam, poniewaz to nie jest w zwyczajach handlowych. Pomimo tak szorstkich odpowiedzi panna Izabela odetchnela. Nawet oczy jej nieco pociemnialy i stracily polysk nienawisci. - A gdyby moj ojciec namysliwszy sie chcial odkupic te przedmioty, za jaka cene odstapilby je pan teraz? - Za jaka kupilem. Rozumie sie z doliczeniem procentu w stosunku... szesc... do osmiu od sta rocznie... - I wyrzeklby sie pan spodziewanego zysku?... Dlaczegoz to?.. - przerwala mu z pospiechem. - Dlatego, prosze pani, ze handel opiera sie nie na zyskach spodziewanych, ale na ciaglym obrocie gotowki. - Zegnam pana i... dziekuje za wyjasnienia - rzekla panna Izabela widzac, ze jej towarzyszka juz konczy rachunki. Wokulski uklonil sie i znowu usiadl do swej ksiegi. Gdy lokaj zabral paczki i panie zajely miejsca w powozie, panna Florentyna odezwala sie tonem wyrzutu: - Mowilas z tym czlowiekiem, Belu?... - Tak i nie zaluje tego. On wszystko sklamal, ale... - Co znaczy to: a l e?... - z niepokojem zapytala panna Florentyna. - Nie pytaj mnie. Nic do mnie nie mow, jezeli nie chcesz, azebym rozplakala sie na ulicy... A po chwili dodala po francusku: - Zreszta, moze zrobilam zle przyjezdzajac tutaj, ale... wszystko mi jedno!... - Mysle, Belciu - rzekla, z powaga sznurujac usta, jej towarzyszka - ze nalezaloby pomowic o tym z ojcem albo z ciotka. - Chcesz powiedziec - przerwala panna Izabela - ze musze pomowic z marszalkiem albo z baronem? Na to zawsze bedzie czas; dzis nie mam jeszcze odwagi. Przerwala sie rozmowa. Panie milczac wrocily do domu; panna Izabela caly dzien byla rozdrazniona. Po wyjsciu panny Izabeli ze sklepu Wokulski wzial sie znowu do rachunkow i bez bledu zsumowal dwie duze kolumny cyfr. W polowie trzeciej zatrzymal sie i dziwil sie temu spokojowi, jaki zapanowal w jego duszy. Po calorocznej goraczce i tesknocie przerywanej wybuchami szalu skad naraz ta obojetnosc? Gdyby mozna bylo jakiegos czlowieka nagle przerzucic z balowej sali do lasu albo z dusznego wiezienia na chlodne obszerne pole, nie doznalby innych wrazen ani glebszego zdumienia. "Widocznie przez rok ulegalem czesciowemu oblakaniu" - myslal Wokulski. - Nie bylo niebezpieczenstwa, nie bylo ofiary, ktorej nie ponioslbym dla tej osoby, i ledwiem ja zobaczyl, juz nic mnie nie obchodzi. A jak ona rozmawiala ze mna. Ile tam bylo pogardy dla marnego kupca..." Zaplac temu panu!..." Paradne sa te wielkie damy; prozniak, szuler, nawet zlodziej, byle mial nazwisko, stanowi dla nich dobre towarzystwo, chocby fizjognomia zamiast ojca przypominal lokaja swej matki. Ale kupiec - jest pariasem... Co mnie to wreszcie obchodzi; gnijcie sobie w spokoju!" Znowu dodal jedna kolumne nie uwazajac nawet, co sie dzieje w sklepie. "Skad ona wie - myslal dalej - ze ja kupilem serwis i srebra?... A jak wybadywala, czym nie zaplacil wiecej niz warte! Z przyjemnoscia ofiarowalbym im ten pamiatkowy drobiazg. Winienem jej dozgonna wdziecznosc, bo gdyby nie szal dla niej, nie dorobilbym sie majatku i splesnialbym za kantorkiem. A teraz moze mi smutno bedzie bez tych zalow, rozpaczy i nadziei... Glupie zycie!... Po ziemi gonimy mare, ktora kazdy nosi we wlasnym sercu, i dopiero gdy stamtad ucieknie, poznajemy, ze to byl obled... No, nigdy bym nie przypuszczal, ze moga istniec tak cudowne kuracje. Przed godzina bylem pelen trucizny, a w tej chwili jestem tak spokojny i - jakis pusty, jakby uciekla ze mnie dusza i wnetrznosci, a zostala tylko skora i odziez. Co ja teraz bede robil? czym bede zyl?... Chyba pojade na wystawe do Paryza, a potem w Alpy..." W tej chwili zblizyl sie do niego na palcach Rzecki i szepnal: - Pyszny jest ten Mraczewski, co? Jak on umie rozmawiac z kobietami! - Jak fryzjerczyk, ktorego uzuchwalono - odpowiedzial Wokulski nie odrywajac oczu od ksiegi. - Nasze klientki zrobily go takim - odpowiedzial stary subiekt, lecz widzac, ze przeszkadza pryncypalowi, cofnal sie. Wokulski znowu wpadl w zadume. Nieznacznie spojrzal na Mraczewskiego i dopiero w tej chwili zauwazyl, ze mlody czlowiek ma cos szczegolnego w fizjognomii. " Tak - myslal - on jest bezczelnie glupi i zapewne dlatego podoba sie kobietom." Smiac mu sie chcialo i ze spojrzen panny Izabeli, wysylanych pod adresem pieknego mlodzienca, i z wlasnych przywidzen, ktore dzis tak nagle go opuscily. Wtem drgnal; uslyszal imie panny Izabeli i spostrzegl, ze w sklepie nie ma nikogo z gosci. - No, ale dzisiaj tos sie pan nie ukrywal ze swoimi amorami - mowil ze smutnym usmiechem Klejn do Mraczewskiego. - Ale bo jak ona na mnie patrzyla, to ach!... - westchnal Mraczewski, jedna reke kladac na piersi, druga podkrecajac wasika. - Jestem pewny - mowil - ze za pare dni otrzymam wonny bilecik. Potem - pierwsza schadzka, potem: " dla pana lamie zasady, w jakich mnie wychowano ", a potem: " czy nie gardzisz mna?" Chwila wczesniej jest bardzo rozkoszna, ale w chwile pozniej czlowiek jest tak zaklopotany... - Co pan blagujesz! - przerwal mu Lisiecki. - Znamy przecie panskie konkiety: nazywaja sie Matyldami, ktorym pan imponujesz porcja pieczeni i kuflem piwa. - Matyldy sa na co dzien, damy na swieta. Ale Iza bedzie najwiekszym swietem. Slowo honoru daje, ze nie znam kobiety, ktora by na mnie tak piekielne robila wrazenie... No, ale bo tez i ona lgnie do mnie! Trzasnely drzwi i do sklepu wszedl jegomosc szpakowaty; zazadal breloku do zegarka, a krzyczal i stukal laska tak mocno, jakby mial zamiar kupic cala japonszczyzne. Wokulski sluchal przechwalek Mraczewskiego bez ruchu. Doswiadczal wrazenia, jakby mu na glowe i na piersi spadaly ciezary. - W rezultacie nic mnie to nie obchodzi - szepnal. Po szpakowatym jegomosci weszla do sklepu dama zadajaca parasola, pozniej pan w srednim wieku chcacy nabyc kapelusz, potem mlody czlowiek zadajacy cygarnicy, nareszcie trzy panny, z ktorych jedna kazala podac sobie rekawiczki Szolca, ale koniecznie Szolca, bo innych nie uzywa. Wokulski zlozyl ksiege, z wolna podniosl sie z fotelu i siegnawszy po kapelusz stojacy na kantorku skierowal sie ku drzwiom. Czul brak oddechu i jakby rozsadzanie czaszki. Pan Ignacy zabiegl mu droge. - Wychodzisz?... Moze zajrzysz do tamtego sklepu - rzekl. - Nigdzie nie zajrze, jestem zmeczony - odpowiedzial Wokulski nie patrzac mu w oczy. Gdy wyszedl, Lisiecki tracil Rzeckiego w ramie. - Cos stary jakby. zaczynal robic bokami - szepnal. - No - odparl pan Ignacy - puszczenie w ruch takiego interesu jak moskiewski to nie chy-chy. Rozumie sie. - Po coz sie w to wdaje? - Po to, zeby mial nam z czego pensje podwyzszac - surowo odpowiedzial pan Ignacy. - A niechze sobie zaklada sto nowych interesow, nawet w Irkucku, byle tak co roku podwyzszal - rzekl Lisiecki. - Ja z nim sie o to spierac nie bede. Ale swoja droga uwazam, ze jest diabelnie zmieniony, osobliwie dzisiaj. Zydzi, panie, Zydzi - dodal - jak zwachaja jego projekta, dadza mu lupnia. - Co tam Zydzi... - Zydzi, mowie, Zydzi!... Wszystkich trzymaja za leb i nie pozwola, azeby im bruzdzil jakis Wokulski, nie Zyd ani nawet meches. - Wokulski zwiaze sie ze szlachta - odpowiedzial Ignacy - a i tam sa kapitaly. - Kto wie, co gorsze: Zyd czy szlachcic - wtracil mimochodem Klejn i podniosl brwi w sposob bardzo zalosny. Znalazlszy sie na ulicy Wokulski stanal na chodniku, jakby namyslajac sie, dokad isc. Nie ciagnelo go nic w zadna strone. Dopiero gdy przypadkiem spojrzal w prawo, na swoj nowo wykonczony sklep, przed ktorym juz zatrzymywali sie ludzie, odwrocil sie ze wstretem i poszedl w lewo. "Dziwna rzecz, jak mnie to wszystko malo obchodzi" - rzekl do siebie. Potem myslal o tych kilkunastu ludziach, ktorym juz daje zajecie, i o tych kilkudziesieciu, ktorzy od pierwszego maja mieli dostac u niego zajecie, o tych setkach, dla ktorych w ciagu roku mial stworzyc nowe zrodla pracy, i o tych tysiacach, ktorzy dzieki jego tanim towarom mogliby sobie poprawic nedzny byt - i - czul, ze ci wszyscy ludzie i ich rodziny nic go w tej chwili nie interesuja. "Sklep odstapie, nie zawiaze spolki i wyjade za granice" - myslal. "A zawod, jaki zrobisz ludziom, ktorzy w tobie polozyli nadzieje?..." "Zawod?... Alboz mnie samego nie spotkal zawod?..." Wokulski idac, poczul jakas niewygode; lecz dopiero zastanowiwszy sie osadzil, ze meczy go ciagle ustepowanie z drogi; przeszedl wiec na druga strone ulicy, gdzie ruch byl mniejszy. "A jednak ten Mraczewski jest infamis! - myslal. - Jak mozna mowic takie rzeczy w sklepie? 'Za pare dni otrzymam bilecik, a potem - schadzka!'... Ha, sama sobie winna, nie trzeba kokietowac blaznow... Zreszta - wszystko mi jedno". Czul w duszy dziwna pustke, a na samym jej dnie cos jakby krople piekacej goryczy. Zadnych sil, zadnych pragnien, nic, tylko te krople tak mala, ze jej niepodobna dojrzec, a tak gorzka, ze caly swiat mozna by nia zatruc. "Chwilowa apatia, wyczerpanie, brak wrazen... Za duzo mysle o interesach" - mowil. Stanal i patrzyl. Dzien przedswiateczny i ladna pogoda wywabily mnostwo ludzi na bruk miejski. Sznur powozow i pstrokaty falujacy tlum miedzy Kopernikiem i Zygmuntem wygladal jak stado ptakow, ktore wlasnie w tej chwili unosily sie nad miastem dazac ku polnocy. "Szczegolna rzecz - mowil. - Kazdy ptak w gorze i kazdy czlowiek na ziemi wyobraza sobie, ze idzie tam, dokad chce. I dopiero ktos stojacy na boku widzi, ze wszystkich razem pcha naprzod jakis fatalny prad, mocniejszy od ich przewidywan i pragnien. Moze nawet ten sam, ktory unosi smuge iskier wydmuchnietych przez lokomotywe podczas nocy?... Blyszcza przez mgnienie oka, aby zagasnac na cala wiecznosc, i to nazywa sie zyciem. Mijaja ludzkie pokolenia Jak fale, gdy wiatr morzem zmeci; I nie masz godow ich pamieci, I nie masz bolow ich wspomnienia. Gdzie ja to czytalem?... Wszystko jedno." Nieustanny turkot i szmer wydal sie Wokulskiemu nieznosnym, a wewnetrzna pustka straszliwa. Chcial czyms sie zajac i przypomnial sobie, ze jeden z zagranicznych kapitalistow pytal go o zdanie w kwestii bulwarow nad Wisla. Zdanie juz mial wyrobione: Warszawa calym swoim ogromem ciazy i zsuwa sie ku Wisle. Gdyby brzeg rzeki obwarowac bulwarami, powstalaby tam najpiekniejsza czesc miasta: gmachy, sklepy, aleje... "Trzeba spojrzec, jak by to wygladalo" - szepnal Wokulski i skrecil na ulice Karowa. Przy bramie wiodacej tam zobaczyl bosego, przewiazanego sznurami tragarza, ktory pil wode prosto z wodotrysku; zachlapal sie od stop do glow, ale mial bardzo zadowolona mine i smiejace sie oczy. " Juzci, ten ma, czego pragnal. Ja, ledwiem zblizyl sie do zrodla, widze, ze nie tylko ono zniklo, ale nawet wysychaja moje pragnienia. Pomimo to mnie zazdroszcza, a nad nim kaza sie litowac. Co za potworne nieporozumienie!" Na Karowej odetchnal. Zdawalo mu sie, ze jest jedna z plew, ktore juz odrzucil mlyn wielkomiejskiego zycia, i ze powoli splywa sobie gdzies na dol tym rynsztokiem zacisnietym odwiecznymi murami. " Coz bulwary?... - myslal. - Postoja jakis czas, a potem beda walic sie, zarosniete zielskiem i odrapane, jak te oto sciany. Ludzie, ktorzy je budowali z wielka praca, mieli takze na celu zdrowie, bezpieczenstwo, majatek, a moze zabawy i pieszczoty. I gdzie oni sa?... Zostaly po nich spekane mury, jak skorupa po slimaku dawnej epoki. A caly pozytek z tego stosu cegiel i tysiaca innych stosow bedzie, ze przyszly geolog nazwie je skala ludzkiego wyrobu, jak my dzis koralowe rafy albo krede nazywamy skalami wyrobu pierwotniakow. I coz ma z trudu swego czlowiek?... I z prac tych, ktore wszczal pod sloncem?... Znikomosc - jego dziela goncem, A zywot jego mgnieniem powiek. Gdziem ja to czytal, gdzie?... Mniejsza o to." Zatrzymal sie w polowie drogi i patrzyl na ciagnaca sie u jego stop dzielnice miedzy Nowym Zjazdem i Tamka. Uderzylo go podobienstwo do drabiny, ktorej jeden bok stanowi ulica Dobra, drugi - linia od Garbarskiej do Topieli, a kilkanascie uliczek poprzecznych formuja jakby szczeble. " Nigdzie nie wejdziemy po tej lezacej drabinie - myslal. - To chory kat, dziki kat." I rozwazal pelen goryczy, ze ten plat ziemi nadrzecznej, zasypany smieciem z calego miasta, nie urodzi nic nad parterowe i jednopietrowe domki barwy czekoladowej i jasnozoltej, ciemnozielonej i pomaranczowej. Nic, oprocz bialych i czarnych parkanow, otaczajacych puste place, skad gdzieniegdzie wyskakuje kilkupietrowa kamienica jak sosna, ktora ocalala z wycietego lasu, przestraszona wlasna samotnoscia. " Nic, nic!..." - powtarzal tulajac sie po uliczkach, gdzie widac bylo rudery zapadniete nizej bruku, z dachami poroslymi mchem, lokale z okiennicami dniem i noca zamknietymi na sztaby, drzwi zabite gwozdziami, naprzod i w tyl powychylane sciany, okna latane papierem albo zatkane lachmanem. Szedl, przez brudne szyby zagladal do mieszkan i nasycal sie widokiem szaf bez drzwi, krzesel na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarow o jednej skazowce, z porozbijanymi cyferblatami. Szedl i cicho smial sie na widok wyrobnikow wiecznie czekajacych na robote, rzemieslnikow, ktorzy trudnia sie tylko lataniem starej odziezy, przekupek, ktorych calym majatkiem jest kosz zeschlych ciastek - na widok obdartych mezczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych. " Oto miniatura kraju - myslal - w ktorym wszystko dazy do spodlenia i wytepienia rasy. Jedni gina z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, azeby karmic niedolegow; milosierdzie hoduje bezczelnych prozniakow, a ubostwo nie mogace zdobyc sie na sprzety otacza sie wiecznie glodnymi dziecmi, ktorych najwieksza zaleta jest wczesna smierc. Tu nie poradzi jednostka z inicjatywa, bo wszystko sprzysieglo sie, azeby ja spetac i zuzyc w pustej walce - o nic." Potem w wielkich konturach przyszla mu na mysl jego wlasna historia. Kiedy dzieckiem bedac laknal wiedzy - oddano go do sklepu z restauracja. Kiedy zabijal sie nocna praca, bedac subiektem - wszyscy szydzili z niego, zaczawszy od kuchcikow, skonczywszy na upijajacej sie w sklepie inteligencji. Kiedy nareszcie dostal sie do uniwersytetu - przesladowano go porcjami, ktore niedawno podawal gosciom. Odetchnal dopiero na Syberii. Tam mogl pracowac, tam zdobyl uznanie i przyjazn Czerskich, Czekanowskich, Dybowskich. Wrocil do kraju prawie uczonym, lecz gdy w tym kierunku szukal zajecia, zakrzyczano go i odeslano do handlu... " To taki piekny kawalek chleba w tak ciezkich czasach!" No i wrocil do handlu, a wtedy zawolano, ze sie sprzedal i zyje na lasce zony, z pracy Minclow. Traf zdarzyl, iz po kilku latach zona umarla zostawiajac mu dosc spory majatek. Pochowawszy ja Wokulski odsunal sie nieco od sklepu, a znowu zblizyl sie do ksiazek. I moze z galanteryjnego kupca zostalby na dobre uczonym przyrodnikiem, gdyby znalazlszy sie raz w teatrze nie zobaczyl panny Izabeli. Siedziala w lozy z ojcem i panna Florentyna, ubrana w biala suknie. Nie patrzyla na scene, ktora w tej chwili skupiala uwage wszystkich, ale gdzies przed siebie, nie wiadomo gdzie i na co. Moze myslala o Apollinie?... Wokulski przypatrywal sie jej caly czas. Zrobila na nim szczegolne wrazenie. Zdawalo mu sie, ze juz kiedys ja widzial i ze ja dobrze zna. Wpatrzyl sie lepiej w jej rozmarzone oczy i nie wiadomo skad przypomnial sobie niezmierny spokoj syberyjskich pustyn, gdzie bywa niekiedy tak cicho, ze prawie slychac szelest duchow wracajacych ku zachodowi. Dopiero pozniej przyszlo mu na mysl, ze on nigdzie i nigdy jej nie widzial, ale - ze jest tak cos - jakby na nia od dawna czekal. " Tyzes to czy nie ty?..." - pytal sie w duchu, nie mogac od niej oczu oderwac. Odtad malo pamietal o sklepie i o swoich ksiazkach, lecz ciagle szukal okazji do widywania panny Izabeli w teatrze, na koncertach lub na odczytach. Uczuc swoich nie nazwalby miloscia i w ogole nie byl pewny, czy dla oznaczenia ich istnieje w ludzkim jezyku odpowiedni wyraz. Czul tylko, ze stala sie ona jakims mistycznym punktem, w ktorym zbiegaja sie wszystkie jego wspomnienia, pragnienia i nadzieje, ogniskiem, bez ktorego zycie nie mialoby stylu, a nawet sensu. Sluzba w sklepie kolonialnym, uniwersytet, Syberia, ozenienie sie z wdowa po Minclu, a w koncu mimowolne pojscie do teatru, gdy wcale nie mial checi - wszystko to byly sciezki i etapy, ktorymi los prowadzil go do zobaczenia panny Izabeli. Od tej pory czas mial dla niego dwie fazy. Kiedy patrzyl na panne Izabele, czul sie absolutnie spokojnym i jakby wiekszym; nie widzac - myslal o niej i tesknil. Niekiedy zdawalo mu sie, ze w jego uczuciach tkwi jakas omylka i ze panna Izabela nie jest zadnym srodkiem jego duszy, ale zwykla, a moze nawet bardzo pospolita panna na wydaniu. A wowczas przychodzil mu do glowy dziwaczny projekt: " Zapoznam sie z nia i wprost zapytam: czy ty jestes tym, na co przez cale zycie czekalem?... Jezeli nie jestes, odejde bez pretensji i zalu..." W chwile pozniej spostrzegal, ze projekt ten zdradza umyslowe zboczenie. Kwestie wiec: czym jest, a czym nie jest, odlozyl na bok, a postanowil, badz co badz, zapoznac sie z panna Izabela. Wtedy przekonal sie, ze miedzy jego znajomymi nie ma czlowieka, ktory moglby go wprowadzic do domu Leckich. Co gorsze: pan Lecki i panna byli klientami jego sklepu, lecz taki stosunek, zamiast ulatwic, utrudnial raczej znajomosc. Stopniowo sformulowal sobie warunki zapoznania sie z panna Izabela. Azeby mogl nic wiecej, tylko szczerze rozmowic sie z nia, nalezalo: Nie byc kupcem albo byc bardzo bogatym kupcem. Byc co najmniej szlachcicem i posiadac stosunki w sferach arystokratycznych. Nade wszystko zas miec duzo pieniedzy. Wylegitymowanie sie ze szlachectwa nie bylo rzecza trudna. W maju roku zeszlego Wokulski wzial sie do tej sprawy, ktora jego wyjazd do Bulgarii o tyle przyspieszyl, ze juz w grudniu mial dyplom. Z majatkiem bylo znacznie trudniej; w tym przecie dopomogl mu los. W poczatkach wojny wschodniej przejezdzal przez Warszawe bogaty moskiewski kupiec, Suzin, przyjaciel Wokulskiego jeszcze z Syberii. Odwiedzil Wokulskiego i gwaltem zachecal go do przyjecia udzialu w dostawach dla wojska. - Zbierz pieniedzy, Stanislawie Piotrowiczu, ile sie da - mowil - a uczciwe slowo, zrobisz okragly milionik!... Nastepnie polglosem wylozyl mu swoje plany. Wokulski wysluchal jego projektow. Do wykonania jednych nie chcial nalezec, inne przyjal, lecz wahal sie. Zal mu bylo opuscic miasto, w ktorym przynajmniej widywal panne Izabele. Ale gdy w czerwcu ona wyjechala do ciotki, a Suzin poczal naglic go depeszami, Wokulski zdecydowal sie i podniosl cala gotowke po zonie w ilosci rs trzydziesci tysiecy, ktora nieboszczka trzymala nietykalna w banku. Na kilka dni przed wyjazdem zaszedl do znajomego lekarza Szumana, z ktorym pomimo obustronnej zyczliwosci widywali sie nieczesto. Lekarz, Zyd, stary kawaler, zolty, maly; z czarna broda, mial reputacje dziwaka. Posiadajac majatek leczyl darmo i o tyle tylko, o ile bylo mu to potrzebnym do studiow etnograficznych; przyjaciolom zas swoim raz na zawsze dal jedna recepte: " Uzywaj wszystkich srodkow, od najmniejszej dozy oleju do najwiekszej dozy strychniny, a cos ci z tego pomoze, nawet na - nosacizne." Gdy Wokulski zadzwonil do mieszkania lekarza, ten wlasnie byl zajety gatunkowaniem wlosow rozmaitych osobnikow rasy slowianskiej, germanskiej i semickiej i przy pomocy mikroskopu mierzyl dluzsze i krotsze srednice ich przekrojow. - A, jestes?... - rzekl do Wokulskiego odwracajac glowe. - Naloz sobie fajke, jezeli chcesz, i kladz sie na kanapie, jezeli sie zmiescisz. Gosc zapalil fajke i polozyl sie, jak mu kazano, doktor robil swoje. Przez pewien czas obaj milczeli, wreszcie odezwal sie Wokulski: - Powiedz mi: czy medycyna zna taki stan umyslu, w ktorym czlowiekowi wydaje sie, ze jego rozproszone dotychczas wiadomosci i... uczucia zlaczyly sie jakby w jeden organizm? - Owszem. Przy ciaglej pracy umyslowej i dobrym odzywianiu moga wytworzyc sie w mozgu nowe komorki albo - skojarzyc sie miedzy soba dawne. No i wowczas z rozmaitych departamentow mozgu i z rozmaitych dziedzin wiedzy tworzy sie jedna calosc. - A co znaczy taki stan umyslu, w ktorym czlowiek obojetnieje dla smierci, ale za to poczyna tesknic do legend o zyciu wiecznym?.. - Obojetnosc dla smierci - odpowiedzial doktor - jest cecha umyslow dojrzalych, a pociag do zycia wiecznego - zapowiedzia nadchodzacej starosci. Znowu umilkli. Gosc palil fajke, gospodarz krecil sie nad mikroskopem. - Czy myslisz - spytal Wokulski - ze mozna... kochac kobiete w sposob idealny, nie pozadajac jej? - Naturalnie. Jest to jedna z masek, w ktora lubi przebierac sie instynkt utrwalenia gatunku. - Instynkt - gatunek - instynkt utrwalenia czegos i - utrwalenia gatunku!... - powtorzyl Wokulski. - Trzy wyrazy, a cztery glupstwa. - Zrob szoste - odpowiedzial doktor, nie odejmujac oka od szkla - i ozen sie. - Szoste?... - rzekl Wokulski podnoszac sie na kanapie. - A gdziez piate? - Piate juz zrobiles: zakochales sie. - Ja?... W moim wieku?.. - Czterdziesci piec lat - to epoka ostatniej milosci, najgorszej - odpowiedzial doktor. - Znawcy mowia, ze pierwsza milosc jest najgorsza - szepnal Wokulski. - Nieprawda. Po pierwszej czeka cie sto innych, ale po setnej pierwszej - juz nic. Zen sie; jedyny to ratunek na twoja chorobe. - Dlaczegozes ty sie nie ozenil? - Bo mi narzeczona umarla - odpowiedzial doktor pochyliwszy sie na tyl fotelu i patrzac w sufit. - Wiec zrobilem, com mogl: otrulem sie chloroformem. Bylo to na prowincji. Ale Bog zeslal dobrego kolege, ktory wysadzil drzwi i uratowal mnie. Najpodlejszy rodzaj milosierdzia!... Ja zaplacilem za drzwi zepsute, a kolega odziedziczyl moja praktyke oglosiwszy, zem wariat... Znowu wrocil do wlosow i mikroskopu. - A jaki z tego sens moralny dla ostatniej milosci? - spytal Wokulski. - Ten, ze samobojcom nie nalezy przeszkadzac - odpowiedzial doktor. Wokulski polezal jeszeze z kwadrans, potem podniosl sie, postawil w kacie fajke i schyliwszy sie nad doktorem ucalowal go. - Bywaj zdrow, Michale. Doktor zerwal sie od stolu. - No?.. - Wyjezdzam do Bulgarii. - Po co? - Zostane wojskowym dostawca. .Musze zrobic duzy majatek!... - odparl Wokulski. - Albo?... - Albo... nie wroce. Doktor popatrzyl mu w oczy i mocno scisnal go za reke. - Sit tibi terra levis - rzekl spokojnie. Odprowadzil go do drzwi i znowu wzial sie do swojej roboty. Juz Wokulski byl na schodach, gdy doktor wybiegl za nim i zawolal wychylajac sie przez porecz: - Gdybys jednak wrocil, nie zapomnij przywiezc mi wlosow: bulgarskich, tureckich i tak dalej, od obu plci. Tylko pamietaj: w oddzielnych pakietach z notatkami. Wiesz przecie, jak to robic... ...Wokulski ocknal sie z tych dawnych wspomnien. Nie ma doktora ani jego mieszkania i nawet ich od dziesieciu miesiecy nie widzial. Tu jest blotnista ulica Radna, tam Browarna. Na gorze spoza nagich drzew wygladaja zolte gmachy uniwersyteckie; na dole parterowe domki, puste place i parkany, a nizej - Wisla. Obok niego stal jakis czlowiek w wyplowialej kapocie z rudawym zarostem. Zdjal czapke i pocalowal Wokulskiego w reke. Wokulski przypatrzyl mu sie uwazniej. - Wysocki?... - rzekl - Co ty tu robisz? - Tu mieszkamy, wielmozny panie, w tym domu - odpowiedzial czlowiek wskazujac na niska lepianke. - Dlaczego nie przyjezdzasz po transporta? - pytal Wokulski. - Czym przyjade, panie, kiedy jeszcze na Nowy Rok kon mi padl. - Coz robisz? - A ot tak - razem nic. Zimowalismy u brata, co jest droznikiem na Wiedenskiej Kolei. Ale i jemu bieda, bo go ze Skierniewic przeniesli pod Czestochowe. W Skierniewicach ma trzy morgi i zyl jak bogacz, a dzisiaj i on kiepski, i grunt wynedznieje bez dozoru. - No, a z wami co teraz? - Kobieta niby troche pierze, ale takim, co nie bardzo maja czym placic, a ja - ot tak... Marniejemy, panie... nie pierwsi i nie ostatni. Jeszcze poki wielkiego postu, to czlowiek krzepi sie mowiacy: dzisiaj poscisz za dusze zmarle, jutro - na pamiatke, ze Chrystus Pan nic nie jadl, pojutrze na intencje, azeby Bog zle odmienil. Zas po swietach nie bedzie nawet sposobu i dzieciom wytlumaczyc, na jaka intencje nie jedza... Ale i wielmozny pan cos markotnie wyglada? Taki juz widac czas nastal, ze wszyscy musza zginac - westchnal ubogi czlowiek. Wokulski zamyslil sie. - Komorne wasze zaplacone? - spytal. - Nawet nie ma, panie, co placic, bo nas i tak wypedza. - A dlaczego nie przyszedles do sklepu, do pana Rzeckiego? - spytal Wokulski. - Nie smialem, panie. Kon odszedl, woz u Zyda, kubrak na mnie jak na dziadzie... Z czymze bylo przyjsc i jeszcze ludziom glowe zaprzatac?... Wokulski wydobyl portmonetke. Masz tu - rzekl - dziesiec rubli na swieta. Jutro w poludnie przyjdziesz do sklepu i dostaniesz kartke na Prage. Tam u handlarza wybierzesz sobie konia, a po swietach przyjezdzaj do roboty. U mnie zarobisz ze trzy ruble na dzien, wiec dlug splacisz latwo. Zreszta dasz sobie rade. Ubogi czlowiek dotknawszy pieniedzy zaczal sie trzasc. Uwaznie sluchal Wokulskiego, a lzy splywaly mu po wychudzonej twarzy. - Czy panu powiedzial kto - zapytal po chwili - ze z nami jest... ot tak?... Bo juz nam ktos - dodal szeptem - przysylal siostre milosierdzia, bedzie z miesiac. Mowila, ze musze byc ladaco, i dala nam kartke na pud wegla z Zelaznej ulicy. Czy moze pan tak sam z siebie?... - Idz do domu, a jutro badz w sklepie - odparl Wokulski. - Ide, panie - odpowiedzial czlowiek klaniajac sie do ziemi. Odszedl, lecz przystawal na drodze; widocznie rozmyslal nad niespodziewanym szezesciem. W tej chwili Wokulskiego tknelo szczegolne przeczucie. - Wysocki!... - zawolal. - A twemu bratu jak na imie? - Kasper - odpowiedzial czlowiek wracajac pedem. - Przy jakiej mieszka stacji? - Przy Czestochowie, panie. - Idz do domu. Moze Kaspra przeniosa do Skierniewic. Ale ten zamiast isc, zblizyl sie. - Przepraszam, wielmozny panie - rzekl niesmialo - ale jak mnie kto zaczepi: skad mam tyle pieniedzy?... - Powiedz, ze na rachunek wziales ode mnie. - Rozumiem, panie... Bog... niech Bog... Ale Wokulski juz nie sluchal; szedl w strone Wisly myslac: " Jakze oni szczesliwi, ci wszyscy, w ktorych tylko glod wywoluje apatie, a jedynym cierpieniem jest zimno. I jak latwo ich uszczesliwic!.. Nawet moim skromnym majatkiem moglbym wydzwignac pare tysiecy rodzin. Nieprawdopodobne, a przeciez - tak jest." Wokulski doszedl do brzegu Wisly i zdumial sie. Na kilkumorgowej przestrzeni wznosil sie tu pagorek najobrzydliwszych smieci, cuchnacych, nieomal ruszajacych sie pod sloncem, a o kilkadziesiat krokow dalej lezaly zbiorniki wody, ktora pila Warszawa. " O, tutaj - myslal - jest ognisko wszelkiej zarazy. Co czlowiek dzis wyrzuci ze swego mieszkania, jutro wypije; pozniej przenosi sie na Powazki i z drugiej znowu strony miasta razi bliznich pozostalych przy zyciu. Bulwar tutaj, kanaly i woda zrodlana na gorze i - mozna by ocalic rokrocznie kilka tysiecy ludzi od smierci, a kilkadziesiat tysiecy od chorob... Niewielka praca, a zysk nieobliczony; natura umie wynagradzac." Na stoku i w szczelinach obmierzlego wzgorza spostrzegl niby postacie ludzkie. Bylo tu kilku drzemiacych na sloncu pijakow czy zlodziei, dwie smieciarki i jedna kochajaca sie para, zlozona z tredowatej kobiety i suchotniczego mezczyzny, ktory nie mial nosa. Zdawalo sie, ze to nie ludzie, ale widma ukrytych tutaj chorob, ktore odzialy sie w wykopane w tym miejscu szmaty. Wszystkie te indywidua zwietrzyly obcego czlowieka; nawet spiacy podniesli glowy i z wyrazem zdziczalych psow przypatrywali sie gosciowi. Wokulski usmiechnal sie. " Gdybm tu przyszedl w nocy, na pewno wyleczyliby mnie z melancholii Jutro juz spoczywalbym pod tymi smieciami, ktore - wreszcie - sa tak wygodnym grobem jak kazdy inny. Na gorze zrobilby sie wrzask, scigano by i wyklinano tych poczciwcow, a oni - moze wyswiadczyliby mi laske. O, bo nie znaja, w snach mogilnych Drzemiacy, ciezkich trosk zywota I duch sie ich juz nie szamota W pragnieniach - tesknych a bezsilnych... Alez ja zaczynam byc naprawde sentymentalny?... musze miec nerwy dobrze rozbite. Bulwar jednak nie wytepilby takich oto Mohikanow; przeniesliby sie na Prage albo za Prage, uprawialiby w dalszym ciagu swoje rzemioslo, kochaliby sie jak ta dwojeczka, ba, nawet mnozyliby sie. Co za piekne, ojczyzno, bedziesz miala potomstwo, urodzone i wychowane na tym smietniku, z matki okrytej wysypka i beznosego ojca!... Moje dzieci bylyby inne; po niej wzielyby pieknosc, po mnie sile... No, ale ich nie bedzie. W tym kraju tylko choroba, nedza i zbrodnia znajduja weselne loznice, nawet przytulki dla potomstwa. Strach, co sie tu stanie za kilka generacji... A przecie jest proste lekarstwo: praca obowiazkowa - slusznie wynagradzana. Ona jedna moze wzmocnic lepsze indywidua, a bez krzyku wytepic zle i... mielibysmy ludnosc dzielna, jak dzis mamy zaglodzona lub chora." A potem, nie wiadomo z jakiej racji, pomyslal: " Coz z tego, ze troche kokietuje?... Kokieteria u kobiet jest jak barwa i zapach u kwiatow. Taka juz ich natura, ze kazdemu chca sie podobac, nawet Mraczewskim... Dla wszystkich kokieteria, a dla mnie: 'zaplac temu panu!...' Moze ona mysli, ze ja oszukalem ich na kupnie srebra?... To byloby kapitalne!" Nad samym brzegiem Wisly lezal stos belek. Wokulski uczul znuzenie, siadl i patrzyl. W spokojnej powierzchni wody odbijala sie Saska Kepa, juz zieleniejaca, i praskie domy z czerwonymi dachami; na srodku rzeki stala nieruchoma berlinka. Nie wiekszym wydawal sie ten okret, ktory zeszlego lata widzial Wokulski na Morzu Czarnym, unieruchomiony z powodu zepsucia sie machin. " Lecial jak ptak i nagle utknal; zabraklo w nim motoru. Spytalem sie wowczas: a moze i ja kiedys stane w biegu? - no, i stanalem. Jakiez to pospolite sprezyny wywoluja ruch w swiecie: troche wegla ozywia okret, troche serca - czlowieka..." W tej chwili zoltawy, za wczesny motyl przelecial mu nad glowa w strone miasta. " Ciekawym, skad on sie wzial? - myslal Wokulski. - Natura miewa kaprysy i - analogie - dodal. - Motyle istnieja takze w rodzaju ludzkim: piekna barwa, latanie nad powierzchnia zycia, karmienie sie slodyczami, bez ktorych gina - oto ich zajecie. A ty, robaku, nurtuj ziemie i przerabiaj ja na grunt zdolny do siewu. Oni bawia sie, ty pracuj; dla nich istnieje wolna przestrzen i swiatlo, a ty ciesz sie jednym tylko przywilejem: zrastania sie, jezeli cie rozdepcze ktos nieuwazny. I tobiez to wzdychac do motyla, glupi?... I dziwic sie, ze ma wstret do ciebie?... Jakiz lacznik moze istniec miedzy mna i nia?.. No, gasienica jest takze podobna do robaka, poki nie zostanie motylem. Ach, wiec to ty masz zostac motylem, kupcze galanteryjny?... Dlaczegoz by nie? Ciagle doskonalenie sie jest prawem swiata, a ilez to kupieckich rodow w Anglii zostalo lordowskimi mosciami. W Anglii!... Tam jeszcze istnieje epoka tworcza w spoleczenstwie; tam wszystko doskonali sie i wstepuje na wyzsze szczeble. Owszem, tam nawet ci wyzsi przyciagaja do siebie nowe sily. Lecz u nas wyzsza warstwa zakrzepla jak woda na mrozie i nie tylko wytworzyla osobny gatunek, ktory nie laczy sie z reszta, ma do niej wstret fizyczny, ale jeszcze wlasna. martwota krepuje wszelki ruch z dolu. Co sie tu ludzic: ona i ja to dwa rozne gatunki istot, naprawde jak motyl i robak. Mam dla jej skrzydel opuszczac swoja nore i innych robakow?... To sa moi - ci, ktorzy leza tam na smietniku, i moze dlatego sa nedzni, a beda jeszcze nedzniejsi, ze ja chce wydawac po trzydziesci tysiecy rubli rocznie na zabawe w motyla. Glupi handlarzu, podly czlowieku!... Trzydziesci tysiecy rubli znacza tyle, co szescdziesiat drobnych warsztatow albo sklepikow, z ktorych zyja cale rodziny. I to ja mam byt ich zniszczyc, wyssac z nich ludzkie, dusze i wypedzic na ten smietnik?... No dobrze, ale gdyby nie ona, czy mialbym dzis majatek?... Kto wie, co sie stanie ze mna i z tymi pieniedzmi bez niej? Moze wlasnie dopiero przy niej nabiora one tworczych wlasnosci; moze choc kilkanascie rodzin z nich skorzysta?..." Wokulski odwrocil sie i nagle zobaczyl na ziemi swoj wlasny cien. Potem przypomnial sobie, ze ten cien chodzi przed nim, za nim albo obok niego zawsze i wszedzie, jak mysl o tamtej kobiecie chodzila za nim wszedzie i zawsze, na jawie i we snie, mieszajac sie do wszystkich jego celow, planow i czynow. " Nie moge wyrzec sie jej" - szepnal rozkladajac rece, jakby tlumaczyl sie komus. Wstal z belek i wrocil do miasta. Idac przez ulice Obozna przypomnial sobie furmana Wysockiego, ktoremu kon padl, i zdawalo mu sie, ze widzi caly szereg wozow, przed ktorymi leza padle konie, caly szereg rozpaczajacych nad nimi furmanow, a przy kazdym gromade mizernych dzieci i zone, ktora pierze bielizne takim, co placic nie moga. " Kon?.. " - szepnal Wokulski i czegos serce mu sie scisnelo. Raz w marcu przechodzac Aleja Jerozolimska zobaczyl tlum ludzi, czarny woz weglarski stojacy w poprzek drogi pod brama, a o pare krokow dalej wyprzezonego konia. - Co sie to stalo? - Kon zlamal noge - odparl wesolo jeden z przechodniow, ktory mial fiolkowy szalik na szyi i trzymal rece w kieszeniach. Wokulski mimochodem spojrzal na delikwenta. Chudy kon z wytartymi bokami stal przywiazany do mlodego drzewka unoszac w gore tylna noge. Stal cicho, patrzyl wywroconym okiem na Wokulskiego i gryzl z bolu galazke okryta szronem. " Dlaczego dzis dopiero przypomnial mi sie ten kon? - myslal Wokulski - dlaczego ogarnia mnie taki zal?" Szedl Obozna pod gore, rozmarzony, i czul, ze w ciagu kilku godzin, ktore spedzil w nadrzecznej dzielnicy, zaszla w nim jakas zmiana. Dawniej - dziesiec lat temu, rok temu, wczoraj jeszcze, przechodzac ulicami nie spotykal na nich nic szczegolnego. Snuli sie ludzie, jezdzily dorozki, sklepy otwieraly goscinne objecia dla przechodniow. Ale teraz przybyl mu jakby nowy zmysl. Kazdy obdarty czlowiek wydawal mu sie istota wolajaca o ratunek tym glosniej, ze nic nie mowil, tylko rzucal trwozne spojrzenia jak ow kon ze zlamana noga. Kazda uboga kobieta wydawala mu sie praczka, ktora wyzartymi od mydla rekami powstrzymuje rodzine nad brzegiem nedzy i upadku. Kazde mizerne dziecko wydawalo mu sie skazanym na smierc przedwczesna albo na spedzanie dni i nocy w smietniku przy ulicy Dobrej. I nie tylko obchodzili go ludzie. Czul zmeczenie koni ciagnacych ciezkie wozy i bol ich karkow tartych do krwi przez chomato. Czul obawe psa, ktory szczekal na ulicy zgubiwszy pana, i rozpacz chudej suki z obwislymi wymionami, ktora na prozno biegala od rynsztoka do rynsztoka szukajac strawy dla siebie i szczeniat. I jeszcze, na domiar cierpien, bolaly go drzewa obdarte z kory, bruki podobne do powybijanych zebow, wilgoc na scianach, polamane sprzety i podarta odziez. Zdawalo mu sie, ze kazda taka rzecz jest chora albo zraniona, ze skarzy sie: " Patrz, jak cierpie...", i ze tylko on slyszy i rozumie jej skargi. A ta szczegolna zdolnosc odczuwania cudzego bolu urodzila sie w nim dopiero dzis, przed godzina. Rzecz dziwna! przecie mial juz ustalona opinie hojnego filantropa. Czlonkowie Towarzystwa Dobroczynnosci we frakach skladali mu podziekowania za ofiare dla wiecznie laknacej instytucji; hrabina Karolowa we wszystkich salonach opowiadala o pieniadzach, ktore zlozyl na jej ochrone; jego sluzba i subiekci slawili go za podwyzszenie im pensji. Ale Wokulskiemu rzeczy te nie sprawialy zadnej przyjemnosci, tak jak on sam nie przywiazywal do nich zadnej wagi. Rzucal tysiace rubli do kas urzedowych dobroczyncow, azeby kupic za to rozglos nie pytajac, co sie zrobi z pieniedzmi. I dopiero dzis, kiedy dziesiecioma rublami wydobyl czlowieka z niedoli, kiedy nikt nie mogl glosic przed swiatem o jego szlachetnosci, dopiero dzis poznal, co to jest ofiara. Dopiero dzis przed jego zdumionym okiem stanela nowa, nie znana dotychczas czesc swiata - nedza, ktorej trzeba pomagac. " Tak, alboz ja dawniej nie widywalem nedzy?..."szepnal Wokulski. I przypomnial sobie cale szeregi ludzi obdartych, mizernych, a szukajacych pracy, chudych koni, glodnych psow, drzew z obdarta kora i polamanymi galezmi. Wszystko to przecie spotykal bez wrazenia. I dopiero gdy wielki bol osobisty zaoral mu i zbronowal dusze, na tym gruncie uzyznionym krwia wlasna i skropionym niewidzialnymi dla swiata lzami wyrosla osobliwa roslina: wspolczucie powszechne, ogarniajace wszystko - ludzi, zwierzeta, nawet przedmioty, ktore nazywaja martwymi. Doktor powiedzialby, ze utworzyla mi sie nowa komorka w mozgu albo ze polaczylo sie kilka dawnych" - pomyslal. " Tak, ale co dalej?..." Dotychczas bowiem mial tylko jeden cel: zblizyc sie do panny Izabeli. Dzis przybyl mu drugi: wydobyc z niedostatku Wysockiego. " Mala rzecz!..." " Przeniesc jego brata pod Skierniewice..." - dodal jakis glos. " Drobnostka." Ale poza tymi dwoma ludzmi stanelo zaraz kilku innych, za nimi jeszcze kilku, potem olbrzymi tlum borykajacy sie z wszelkiego rodzaju nedza i wreszcie - caly ocean cierpien powszechnych, ktore wedle sil nalezalo zmniejszyc, a przynajmniej powsciagnac od dalszego rozlewu. " Przywidzenia... abstrakcje... zdenerwowanie!" - szepnal Wokulski. To byla jedna droga. Na koncu bowiem drugiej widzial cel realny i jasno okreslony - panne Izabele. " Nie jestem Chrystusem, azeby poswiecac sie za cala ludzkosc." " Wiec na poczatek zapomnij o Wysockich" - odparl glos wewnetrzny. " No, glupstwo! Jakkolwiek jestem dzis rozkolysany, alez nie moge byc smieszny - myslal Wokulski. - Zrobie, co sie da i komu mozna, lecz osobistego szczescia nie wyrzekne sie, to darmo..." W tej chwili stanal przed drzwiami swego sklepu i wszedl tam. W sklepie zastal Wokulski tylko jedna osobe. Byla to dama wysoka, w czarnych szatach, nieokreslonego wieku. Przed nia lezal stos neseserek: drewnianych, skorzanych, pluszowych i metalowych, prostych i ozdobnych, najdrozszych i najtanszych, a wszyscy subiekci byli na sluzbie. Klejn podawal coraz nowe neseserki, Mraczewski chwalil towar, a Lisiecki akompaniowal mu ruchami reki i brody. Tylko pan Ignacy wybiegl naprzeciw pryncypala. - Z Paryza przyszedl transport - rzekl do Wokulskiego. - Mysle, ze trzeba odebrac jutro. - Jak chcesz. - Z Moskwy obstalunki za dziesiec tysiecy rubli, na poczatek maja. - Spodziewalem sie. - Z Radomia za dwiescie rubli, ale furman upomina sie na jutro. Wokulski ruszyl ramionami. - Trzeba raz zerwac z tym kramarstwem - odezwal sie po chwili. - Interes zaden, a wymagania ogromne. - Zerwac z naszymi kupcami?... - spytal zdziwiony Rzecki. - Zerwac z Zydami - wtracil polglosem Lisiecki. - Bardzo dobrze robi szef wycofujac sie z tych parszywych stosunkow. Nieraz az wstyd wydawac reszty, tak pieniadze zalatuja cebula. Wokulski nic nie odpowiedzial. Usiadl do swej ksiegi i udawal, ze rachuje, ale naprawde nie robil nic, nie mial sily. Przypomnial sobie tylko swoje niedawne marzenia o uszczesliwieniu ludzkosci i osadzil, ze musi byc mocno zdenerwowany. " Rozigral sie we mnie sentymentalizm i fantazja - myslal. - Zly to znak. Moge osmieszyc sie, zrujnowac..." I machinalnie przypatrywal sie niezwyklej fizjognomii damy, ktora wybierala neseserki. Byla ubrana skromnie, miala gladko uczesane wlosy. Na jej twarzy bialej i razem zoltej malowal sie gleboki smutek; spoza ust przycietych wygladala zlosc, a ze spuszczonych oczu blyskal czasami gniew, niekiedy pokora. Mowila glosem cichym i lagodnym, a targowala sie jak stu skapcow. To bylo za drogie, tamto za tanie; tu plusz stracil barwe, tam zaraz odlezie skorka, a owdzie ukazuje sie rdza na okuciach. Lisiecki juz cofnal sie od niej rozgniewany, Klejn odpoczywal, a tylko Mraczewski rozmawial z nia jak z osoba znajoma. W tej chwili otworzyly sie drzwi sklepu i ukazal sie w nich jeszcze oryginalniejszy jegomosc. Lisiecki powiedzial o nim, ze jest podobny do suchotnika, ktoremu w trumnie zaczely odrastac wasy i faworyty. Wokulski zauwazyl, ze gosc ma gapiowato otwarte usta, a za ciemnymi binoklami nosi duze oczy, z ktorych przegladalo jeszcze wieksze roztargnienie. Gosc wszedl konczac rozmowe z kims na ulicy, lecz wnet cofnal sie, aby swego towarzysza pozegnac. Potem znowu wszedl i znowu cofnal sie zadzierajac do gory glowe, jakby czytal szyld. Nareszcie wszedl na dobre, ale drzwi za soba nie zamknal. Wypadkowo spojrzal na dame i - spadly mu z nosa ciemne binokle. - A... a... a!... - zawolal. Ale dama gwaltownie odwrocila sie od niego do neseserek i upadla na krzeslo. Do przybysza wybiegl Mraczewski i usmiechajac sie dwuznacznie, zapytal: - Pan baron rozkaze?... - Spinki, uwaza pan, spinki zwyczajne, zlote albo stalowe... Tylko, rozumie pan, musza byc w ksztalcie czapki dzokejskiej i - z biczem... Mraczewski otworzyl gablotke ze spinkami. - Wody... - odezwala sie dama slabym glosem. Rzecki nalal jej wody z karafki i podal z oznakami wspolczucia. - Pani dobrodziejce slabo?... Moze by doktora... - Juz mi lepiej - odparla. Baron ogladal spinki, ostentacyjnie odwracajac sie tylem do damy. - A moze, czy nie sadzi pan, bylyby lepsze spinki w formie podkow? - pytal Mraczewskiego. - Mysle, ze panu baronowi potrzebne sa i te, i te. Sportsmeni nosza tylko oznaki sportsmenskie, ale lubia odmiane. - Powiedz mi pan - odezwala sie nagle dama do Klejna - na co podkowy ludziom, ktorzy nie maja za co utrzymywac koni?... - Otoz, prosze pana - mowil baron - wybrac mi jeszcze pare drobiazgow w formie podkowy... - Moze by popielniczke? - zapytal Mraczewski. - Dobrze, popielniczke - odparl baron. - Moze gustowny kalamarz z siodlem, dzokejka, szpicruta? - Prosze o gustowny kalamarz z siodlem i dzokejka... - Powiedz mi pan - mowila dama do Klejna podniesionym glosem - czy wam nie wstyd zwozic tak kosztowne drobiazgi, kiedy kraj jest zrujnowany?... Czy nie wstyd kupowac konie wyscigowe... - Drogi panie - zawolal niemniej glosno baron do Mraczewskiego - zapakuj wszystkie te garnitury, popielniczke, kalamarz i odeszlij mi do domu. Macie przesliczny wybor towarow... Serdecznie dziekuje...Adieu!... I wybiegl ze sklepu, wracajac sie pare razy i spogladajac na szyld nad drzwiami. Po odejsciu oryginalnego barona w sklepie zapanowalo milczenie. Rzecki patrzyl na drzwi, Klejn na Rzeckiego, a Lisiecki na Mraczewskiego, ktory znajdujac sie z tylu damy krzywil sie w sposob bardzo dwuznaczny. Dama z wolna podniosla sie z krzesla i zblizyla sie do kantorka, za ktorym siedzial Wokulski. - Czy moge spytac - rzekla drzacym glosem - ile panu winien jest ten pan, ktory dopiero co wyszedl?... - Rachunki tego pana ze mna, szanowna pani, gdyby je mial, naleza tylko do niego i do mnie - odpowiedzial Wokulski klaniajac sie. - Panie - ciagnela dalej rozdrazniona dama - jestem Krzeszowska, a ten pan jest moim mezem. Dlugi jego obchodza mnie, poniewaz on zagarnal moj majatek, o ktory w tej chwili toczy sie miedzy nami proces... - Daruje pani - przerwal Wokulski - ale stosunki miedzy malzonkami do mnie nie naleza. - Ach, wiec tak?... Zapewne, ze dla kupca jest to najwygodniej. Adieu. I opuscila sklep trzaskajac drzwiami. W kilka minut po jej odejsciu wbiegl do sklepu baron. Pare razy wyjrzal na ulice, a nastepnie zblizyl sie do Wokulskiego. - Najmocniej przepraszam - rzekl usilujac utrzymac binokle na nosie - ale jako staly gosc panski, osmiele sie w zaufaniu zapytac: co mowila dama, ktora wyszla przed chwila?... Bardzo przepraszam za moja smialosc, ale w zaufaniu... - Nic nie mowila, co by kwalifikowalo sie do powtorzenia - odparl Wokulski. - Bo uwaza pan, jest to, niestety! moja zona... Pan wie, kto jestem... Baron Krzeszowski... Bardzo zacna kobieta, bardzo swiatla, ale skutkiem smierci naszej corki troche zdenerwowana i niekiedy... Pojmuje pan?... Wiec nic?.. - Nic. Baron uklonil sie i juz we drzwiach skrzyzowal spojrzenia z Mraczewskim, ktory mrugnal na niego. - Wiec tak?... - rzekl baron, ostro patrzac na Wokulskiego. I wybiegl na ulice. Mraczewski skamienial i oblal sie rumiencem powyzej wlosow. Wokulski troche pobladl, lecz spokojnie usiadl do rachunkow. - Coz to za oryginalne diably, panie Mraczewski? - spytal Lisiecki. - A to cala historia! - odparl Mraczewski przypatrujac sie spod oka Wokulskiemu. - Jest to baron Krzeszowski, wielki dziwak, i jego zona, troche narwana. Nawet skuzynowani ze mna, ale coz!... - westchnal spogladajac w lustro. - Ja nie mam pieniedzy, wiec musze byc w handlu; oni jeszcze maja, wiec sa moimi kundmanami... - Maja bez pracy!... - wtracil Klejn. - Ladny porzadek swiata, co? - No, no... juz mnie pan do swoich porzadkow nie nawracaj odparl Mraczewski. - Otoz pan baron i pani baronowa od roku prowadza ze soba wojne. On chce rozwodu, na co ona sie nie zgadza; ona chce przepedzic go od zarzadu swoim majatkiem, na co on sie nie zgadza. Ona nie pozwala mu trzymac koni, szczegolniej jednego wyscigowca; a on nie pozwala jej kupic kamienicy po Leckich, w ktorej pani Krzeszowska mieszka i gdzie stracila corke. Oryginaly!... Bawia ludzi wymyslajac jedno na drugie... Opowiadal lekkim tonem i krecil sie po sklepie z mina panicza, ktory przyszedl tu na chwilke, ale zaraz wyjdzie. Wokulski mienil sie siedzac na fotelu; juz nie mogl zniesc glosu Mraczewskiego. " Kuzyn Krzeszowskich... - myslal. - Dostanie bilet milosny od panny Izabeli... A infamis!..." I przemoglszy sie wrocil do swej ksiegi. Do sklepu znowu poczeli wchodzic goscie, wybierac towary, targowac sie, placic. Ale Wokulski widzial tylko ich cienie, pograzony w pracy. A im dluzsze sumowal kolumny, im wieksze wypadaly mu sumy, tym bardziej czul, ze w sercu kipi mu jakis gniew bezimienny. O co?... na kogo?... mniejsza. Dosyc, ze ktos za to zaplaci, pierwszy z brzegu. Okolo siodmej sklep juz stanowczo wyludnil sie, subiekci rozmawiali, Wokulski wciaz rachowal. Wtem znowu uslyszal nieznosny glos Mraczewskiego, ktory mowil aroganckim tonem: - Co mi pan, panie Klejn, bedzie zawracal glowe!... Wszyscy socjalisci sa zlodzieje, bo chcieliby dzielic sie cudzym, i - szubrawcy, bo maja na dwu jedna pare butow i nie wierza w chustki do nosa. - Nie mowilbys pan tak - odparl smutnie Klejn - gdybys przeczytal choc z pare broszurek, nawet nieduzych. - Blazenstwo... - przerwal Mraczewski wlozywszy rece w kieszenie. - Bede czytal broszury, ktore chca zniszczyc rodzine, wiare i wlasnosc!... No, takich glupich nie znajdziesz pan w Warszawie. Wokulski zamknal ksiege i wlozyl ja do kantorka. W tej chwili znowu weszly do sklepu trzy panie zadajac rekawiczek. Targ z nimi przeciagnal sie z kwadrans. Wokulski siedzial na fotelu i patrzyl w okno; gdy zas damy wyszly, odezwal sie tonem bardzo spokojnym: - Panie Mraczewski. - Co pan kaze?... - spytal piekny mlodzieniec biegnac do kantorka krokiem kontredansowym. - Od jutra niech pan postara sie o inne miejsce - rzekl krotko Wokulski. Mraczewski oslupial. - Dlaczego, panie szefie?... Dlaczego?... - Dlatego, ze u mnie juz pan nie ma miejsca. - Jakiz powod?:.. Przecie chyba nic zlego nie zrobilem? Gdziez pojde, jezeli pan tak nagle pozbawi mnie posady? - Swiadectwo dostanie pan dobre - odparl Wokulski. - Pan Rzecki wyplaci panu pensje za nastepny kwartal, wreszcie - za piec miesiecy... A powod jest ten, ze ja i pan nie pasujemy do siebie... Zupelnie nie pasujemy. - Moj Ignacy, zrob z panem Mraczewskim rachunek do pierwszego pazdziernika. To powiedziawszy Wokulski wstal z fotelu i wyszedl na ulice. Dymisja Mraczewskiego zrobila takie wrazenie, ze subiekci nie przemowili miedzy soba ani slowa, a pan Rzecki kazal zamknac sklep, chociaz nie bylo jeszcze osmej. Pobiegl zaraz do mieszkania Wokulskiego, lecz go tam nie zastal. Przyszedl drugi raz o jedenastej w nocy, lecz w oknach bylo ciemno, i pan Ignacy wrocil do siebie zgnebiony. Na drugi dzien w Wielki Czwartek, Mraczewski juz nie pokazal sie w sklepie. Pozostali koledzy jego byli smutni i czasem naradzali sie miedzy soba po cichu. Okolo pierwszej przyszedl Wokulski. Lecz nim usiadl do kantorka, otworzyly sie drzwi i zwyklym wahajacym sie krokiem wbiegl pan Krzeszowski zadajac sobie wiele trudu nad osadzeniem binokli na nosie. - Panie Wokulski - zawolal roztargniony gosc, prawie ode drzwi. - W tej chwili dowiaduje sie... Jestem Krzeszowski... Dowiaduje sie, ze ten biedny Mraczewski z mojej winy otrzymal dymisje. Alez, panie Wokulski, ja wczoraj bynajmniej nie mialem pretensji do pana... Ja szanuje dyskrecje, jaka okazal pan w sprawie mojej i mojej zony... Ja wiem, ze pan jej odpowiedzial, jak przystalo na dzentelmena... - Panie baronie - odparl Wokulski - ja nie prosilem pana o swiadectwo przyzwoitosci. Poza obrebem tego - co pan kaze?... - Przyszedlem prosic o przebaczenie biednemu Mraczewskiemu, ktory nawet... - Do pana Mraczewskiego nie mam zadnej pretensji, nawet tej, azeby do mnie wracal. Baron przygryzl wargi. Chwile milczal, jakby odurzony szorstka odmowa ; na koniec uklonil sie i cicho powiedziawszy: " Przepraszam..." opuscil sklep. Panowie Klejn i Lisiecki cofneli sie za szafy i po krotkiej naradzie wrocili do sklepu, od czasu do czasu rzucajac na siebie smutne, lecz wymowne spojrzenia. Okolo trzeciej po poludniu ukazala sie pani Krzeszowska. Zdawalo sie, ze jest bledsza, zolciejsza i jeszcze czarniej ubrana niz wczoraj. Lekliwie obejrzala sie po sklepie, a spostrzeglszy Wokulskiego zblizyla sie do kantorka. - Panie - rzekla cicho - dzis dowiedzialam sie, ze pewien mlody czlowiek, Mraczewski, z mojej winy stracil u pana miejsce. Jego nieszczesliwa matka... - Pan Mraczewski juz nie jest u mnie i nie bedzie - odparl Wokulski z uklonem. - Czym wiec moge pani sluzyc?... Pani Krzeszowska miala widocznie ulozona dluzsza mowe. Na nieszczescie spojrzala Wokulskiemu w oczy i... z wyrazem: " Przepraszam..." wyszla ze sklepu. Panowie Klejn i Lisiecki mrugneli na siebie wymowniej niz dotychczas, lecz poprzestali na jednomyslnym wzruszeniu ramionami. Dopiero okolo piatej po poludniu zblizyl sie do Wokulskiego Rzecki. Oparl rece na kantorku i rzekl polglosem: - Matka tego Mraczewskiego, Stasku, jest bardzo biedna kobieta... - Zaplac mu pensje do konca roku - odparl Wokulski. - Mysle... Stasiu, mysle, ze nie mozna az tak karac czlowieka za to, ze ma inne niz my przekonania polityczne... - Polityczne?... - powtorzyl Wokulski takim tonem, ze panu Ignacemu przeszedl mroz po kosciach... - Zreszta, powiem ci - ciagnal dalej pan Ignacy - szkoda takiego subiekta. Chlopak piekny, kobiety go pasjami lubia... - Piekny? - odparl Wokulski. - Wiec niech pojdzie na utrzymanie, jezeli taki piekny. Pan Ignacy cofnal sie. Panowie Lisiecki i Klejn juz nawet nie spogladali na siebie. W godzine pozniej przyszedl do sklepu niejaki pan Zieba, ktorego Wokulski przedstawil jako nowego subiekta. Pan Zieba mial okolo lat trzydziestu ; byl moze tak przystojny jak Mraczewski, ale wygladal nierownie powazniej i taktowniej. Nim sklep zamknieto, juz zaznajomil sie, a nawet zdobyl przyjazn swoich kolegow. Pan Rzecki odkryl w nim zagorzalego bonapartyste; pan Lisiecki wyznal, ze on sam obok Zieby jest bardzo bladym antysemita, a pan Klejn doszedl do wniosku, ze Zieba musi byc co najmniej biskupem socjalizmu. Slowem, wszyscy byli kontenci, a pan Zieba spokojny. W Wielki Piatek z rana Wokulski przypomnial sobie, ze dzis i jutro hrabina Karolowa i panna Izabela beda kwestowaly przy grobach. "Trzeba tam pojsc i cos dac - pomyslal i wyjal z kasy piec zlotych polimperialow. - Chociaz - dodal po chwili - poslalem im juz dywany, ptaszki spiewajace, pozytywke, nawet fontanne!... To chyba wystarczy na zbawienie jednej duszy. Nie pojde." Po poludniu jednak zrobil sobie uwage, ze moze hrabina Karolowa liczy na niego. A w takim razie nie wypada cofac sie lub zlozyc tylko piec polimperialow. Wydobyl wiec z kasy jeszcze piec i wszystkie zawinal w bibulke. "Co prawda - mowil do siebie - bedzie tam panna Izabela, a tej nie mozna ofiarowywac dziesieciu polimperialow." Wiec rozwinal swoj rulon, znowu dolozyl dziesiec sztuk zlota i jeszcze namyslal sie: " Isc czy nie isc?..." "Nie - powiedzial - nie bede nalezal do tej jarmarcznej dobroczynnosci." Rzucil rulon do kasy i w piatek nie poszedl na groby. Ale w Wielka Sobote sprawa przedstawila mu sie calkiem z nowego punktu. "Oszalalem! - mowil. - Wiec jezeli nie pojde do kosciola, gdziez ja spotkam?... Jezeli nie pieniedzmi, czym zwroce na siebie jej uwage?.. Trace rozsadek..." Lecz jeszcze wahal sie i dopiero okolo drugiej po poludniu, gdy Rzecki z powodu swieta kazal juz sklep zamykac, Wokulski wzial z kasy dwadziescia piec polimperialow i poszedl w strone kosciola. Nie wszedl tam jednak od razu ; cos go zatrzymywalo. Chcial zobaczyc panne Izabele, a jednoczesnie lekal sie tego i wstydzil sie swoich polimperialow. "Rzucic stos zlota!... Jakie to imponujace w papierowych czasach i - jakie to dorobkiewiczowskie... No, ale co robic, jezeli one wlasnie na pieniadze czekaja?... Moze nawet bedzie za malo?..." Chodzil tam i na powrot po ulicy naprzeciw kosciola nie mogac od niego oczu oderwac. "Juz ide - myslal. - Zaraz... jeszcze chwilke... Ach, co sie ze mna stalo!..." - dodal czujac, ze jego rozdarta dusza nawet na tak prosty czyn nie moze zdobyc sie bez wahan. Teraz przypomniat sobie: jak on dawno nie byl w kosciele. "Kiedyz to?... Na slubie raz... Na pogrzebie zony drugi raz..." Lecz i w tym, i w tamtym wypadku nie wiedzial dobrze, co sie kolo niego dzieje; wiec patrzyl w tej chwili na kosciol jak na rzecz zupelnie nowa dla siebie. "Co to jest za ogromny gmach, ktory zamiast kominow ma wieze, w ktorym nikt nie mieszka, tylko spia prochy dawno zmarlych?... Na co ta strata miejsca i murow, komu dniem i noca pali sie swiatlo, w jakim celu schodza sie tlumy ludzi?... Na targ ida po zywnosc, do sklepow po towary, do teatru po zabawe, ale po co tutaj?..." Mimo woli porownywal drobny wzrost stojacych pod kosciolem poboznych z olbrzymimi rozmiarami swietego budynku i przyszla mu mysl szczegolna. Ze jak kiedys na ziemi pracowaly potezne sily dzwigajac z plaskiego ladu lancuchy gor, tak kiedys w ludzkosci istniala inna niezmierna sila, ktora wydzwignela tego rodzaju budowle. Patrzac na podobne gmachy mozna by sadzic, ze w glebi naszej planety mieszkali olbrzymowie, ktorzy wydzierajac sie gdzies w gore, podwazali skorupe ziemska i zostawiali slady tych ruchow w formie imponujacych jaskin. "Dokad oni wydzierali sie? Do innego, podobno wyzszego swiata. A jezeli morskie przyplywy dowodza, ze ksiezyc nie jest zludnym blaskiem, tylko realna rzeczywistoscia, dlaczego te dziwne budynki nie mialyby stwierdzac rzeczywistosci innego swiata?... Czyliz on slabiej pociaga za soba dusze ludzkie anizeli ksiezyc fale - oceanu?..." Wszedl do kosciola i zaraz na wstepie znowu uderzyl go nowy widok. Kilka zebraczek i zebrakow blagalo o jalmuzne, ktora Bog zwroci litosciwym w zyciu przyszlym. Jedni z poboznych calowali nogi Chrystusa umeczonego przez panstwo rzymskie, inni w progu upadlszy na kolana wznosili do gory rece i oczy, jakby zapatrzeni w nadziemska wizje. Kosciol pograzony byl w ciemnosci, ktorej nie mogl rozproszyc blask kilkunastu swiec plonacych w srebrnych kandelabrach. Tu i owdzie na posadzce swiatyni widac bylo niewyrazne cienie ludzi lezacych krzyzem albo zgietych ku ziemi, jakby kryli sie ze swoja poboznoscia pelna pokory. Patrzac na te ciala nieruchome mozna bylo myslec, ze na chwile opuscily je dusze i uciekly do jakiegos lepszego swiata. "Rozumiem teraz - pomyslal Wokulski - dlaczego odwiedzanie kosciolow umacnia wiare. Tu wszystko urzadzone jest tak, ze przypomina wiecznosc." Od pograzonych w modlitwie cieniow wzrok jego pobiegl ku swiatlu. I zobaczyl w roznych punktach swiatyni stoly okryte dywanami, na nich tace pelne bankocetli, srebra i zlota, a dokola nich damy siedzace na wygodnych fotelach, odziane w jedwab, piora i aksamity, otoczone wesola mlodzieza. Najpobozniejsze pukaly na przechodniow, wszystkie rozmawialy i bawily sie jak na raucie. Zdawalo sie Wokulskiemu, ze w tej chwili widzi przed soba trzy swiaty. Jeden (dawno juz zeszedl z ziemi), ktory modlil sie i dzwigal na chwale Boga potezne gmachy. Drugi, ubogi i pokorny, ktory umial modlic sie, lecz wznosil tylko lepianki, i - trzeci, ktory dla siebie murowal palace, ale juz zapomnial o modlitwie i z domow bozych zrobil miejsce schadzek; jak niefrasobliwe ptaki, ktore buduja gniazda i zawodza piesni na grobach poleglych bohaterow. "A czymze ja jestem, zarowno obcy im wszystkim?..." "Moze jestes okiem zelaznego przetaka, w ktory rzuce ich wszystkich, aby oddzielic stechle plewy od ziarna" - odpowiedzial mu jakis glos. Wokulski obejrzal sie. " Przywidzenie chorej wyobrazni." Jednoczesnie przy czwartym stole, w glebi kosciola, spostrzegl hrabine Karolowa i panne Izabele. Obie rowniez siedzialy nad taca z pieniedzmi i trzymaly w rekach ksiazki, zapewne do nabozenstwa. Za krzeslem hrabiny stal sluzacy w czarnej liberii. Wokulski poszedl ku nim potracajac kleczacych i omijajac inne stoly, przy ktorych pukano na niego zawziecie. Zblizyl sie do tacy i ukloniwszy sie hrabinie, polozyl swoj rulon imperialow. "Boze - pomyslal - jak ja glupio musze wygladac z tymi pieniedzmi." Hrabina odlozyla ksiazke. - Witam cie, panie Wokulski - rzekla. - Wiesz, myslalam, ze juz nie przyjdziesz, i powiem ci, ze nawet bylo mi troche przykro. - Mowilam cioci, ze przyjdzie, i do tego z workiem zlota odezwala sie po angielsku panna Izabela. Hrabinie wystapil na czolo rumieniec i gesty pot. Zlekla sie slow siostrzenicy przypuszczajac, ze Wokulski rozumie po angielsku. - Prosze cie, panie Wokulski - rzekla predko - siadz tu na chwile, bo delegowany nas opuscil. Pozwolisz, ze uloze twoje imperialy na wierzchu, dla zawstydzenia tych panow, ktorzy wola wydawac pieniadze na szampana... - Alez niech sie ciocia uspokoi - wtracila panna Izabela znowu po angielsku. - On z pewnoscia nie rozumie... Tym razem i Wokulski zarumienil sie. - Prosze cie, Belu - rzekla hrabina tonem uroczystym - pan Wokulski... ktory tak hojna ofiare zlozyl na nasza ochrone... - Slyszalam - odpowiedziala panna Izabela po polsku, na znak powitania przymykajac powieki. - Pani hrabina - rzekl troche zartobliwie Wokulski - chce mnie pozbawic zaslugi w zyciu przyszlym, chwalac postepki, ktore zreszta moglem spelniac w widokach zysku. - Domyslalam sie tego - szepnela panna Izabela po angielsku. Hrabina o malo nie zemdlala czujac, ze Wokulski musi domyslac sie znaczenia slow jej siostrzenicy, chocby nie znal zadnego jezyka. - Mozesz, panie Wokulski - rzekla z goraczkowym pospiechem - mozesz latwo zdobyc sobie zasluge w zyciu przyszlym, chocby... przebaczajac urazy... - Zawsze je przebaczam - odparl nieco zdziwiony. - Pozwol sobie powiedziec, ze nie zawsze - ciagnela hrabina. - Jestem stara kobieta i twoja przyjaciolka, panie Wokulski - dodala z naciskiem - wiec zrobisz mi pewne ustepstwo... - Czekam na rozkazy pani. - Onegdaj dales dymisje jednemu z twoich... urzednikow, niejakiemu Mraczewskiemu... - Za coz to?... - nagle odezwala sie panna Izabela. - Nie wiem - rzekla hrabina. - Podobno chodzilo o roznice przekonan politycznych czy cos w tym guscie... - Wiec ten mlody czlowiek ma przekonania?... - zawolala panna Izabela. - To ciekawe!... Powiedziala to w sposob tak zabawny, ze Wokulski poczul, jak ustepuje mu z serca niechec do Mraczewskiego. - Nie o przekonania chodzilo, pani hrabino - odezwal sie - ale o nietaktowne uwagi o osobach, ktore odwiedzaja nasz magazyn. - Moze te osoby same postepuja nietaktownie - wtracila panna Izabela. - Im wolno, one za to placa - odpowiedzial spokojnie Wokulski. - Nam nie. Silny rumieniec wystapil na twarz panny Izabeli. Wziela ksiazke i zaczela czytac. - Ale swoja droga dasz sie ublagac, panie Wokulski - rzekla hrabina. - Znam matke tego chlopca, i wierz mi, ze przykro patrzec na jej rozpacz... Wokulski zamyslil sie. - Dobrze - odpowiedzial - dam mu posade, ale w Moskwie. - A jego biedna matka?... - zapytala hrabina tonem proszacym. - Wiec podwyzsze mu o dwiescie... o trzysta rubli pensje - odparl. W tej chwili zblizylo sie do stolu kilkoro dzieci, ktorym hrabina zaczela rozdawac obrazki. Wokulski wstal z fotelu i aby nie przeszkadzac poboznym zajeciom, przeszedl na strone panny Izabeli. Panna Izabela podniosla oczy od ksiazki i dziwnym wzrokiem patrzac na Wokulskiego spytala: - Pan nigdy nie cofa swoich postanowien? - Nie - odpowiedzial. Ale w tej chwili spuscil oczy. - A gdybym poprosila za tym mlodym czlowiekiem?... Wokulski spojrzal na nia zdumiony. - W takim razie odpowiedzialbym, ze pan Mraczewski stracil miejsce, poniewaz niestosownie odzywal sie o osobach, ktore zaszczycily go troche laskawszym tonem w rozmowie... Jezeli jednak pani kaze... Teraz panna Izabela spuscila oczy, zmieszana w wysokim stopniu. - A... a!... wszystko mi jedno w rezultacie, gdzie osiedli sie ten mlody czlowiek. Niech jedzie i do Moskwy. - Tam tez pojedzie - odparl Wokulski. - Moje uszanowanie paniom - dodal klaniajac sie. Hrabina podala mu reke. - Dziekuje ci, panie Wokulski, za pamiec i prosze, azebys przyszedl do mnie na swiecone. Bardzo cie prosze, panie Wokulski - dodala z naciskiem. Nagle spostrzeglszy jakis ruch na srodku kosciola zwrocila sie do sluzacego: - Idzze, moj Ksawery, do pani prezesowej i pros, azeby nam.pozwolila swego powozu. Powiedz, ze nam kon zachorowal. - Na kiedy jasnie pani rozkaze? - spytal sluzacy. - Tak... za poltorej godziny. Prawda, Belu, ze nie posiedzimy tu.dluzej? Sluzacy podszedl do stolu przy drzwiach. - Wiec do jutra, panie Wokulski - rzekla hrabina. - Spotkasz u mnie wielu znajomych. Bedzie kilku panow z Towarzystwa Dobroczynnosci... "Aha!.." - pomyslal Wokulski zegnajac hrabine. Czul dla niej w tej chwili taka wdziecznosc, ze na jej ochrone oddalby polowe majatku. Panna Izabela z daleka kiwnela mu glowa i znowu spojrzala w sposob, ktory wydal mu sie bardzo niezwyklym. A gdy Wokulski zniknal w cieniach kosciola, rzekla do hrabiny: - Cioteczka kokietuje tego pana. Ej! ciociu, to zaczyna byc podejrzane... - Twoj ojciec ma slusznosc - odparla hrabina - ten czlowiek moze byc uzytecznym. Zreszta za granica podobne stosunki naleza do dobrego tonu. - A jezeli te stosunki przewroca mu w glowie?... - spytala panna Izabela. - W takim razie dowiodlby, ze ma slaba glowe - odpowiedziala krotko hrabina biorac sie do ksiazki naboznej. Wokulski nie opuscil kosciola, ale w poblizu drzwi skrecil w boczna nawe. Tuz przy grobie Chrystusa, naprzeciw stolika hrabiny, stal w kacie pusty konfesjonal. Wokulski wszedl do niego, przymknal drzwiczki i niewidzialny, przypatrywal sie pannie Izabeli. Trzymala w reku ksiazke spogladajac od czasu do czasu na drzwi koscielne. Na twarzy jej malowalo sie zmeczenie i nuda. Czasami do stolika zblizaly sie dzieci po obrazki; panna Izabela niektorym podawala je sama z takim ruchem, jakby chciala powiedziec: ach, kiedyz sie to skonczy!... "I to wszystko robi sie nie przez poboznosc ani przez milosc do dzieci, ale dla rozglosu i w celu wyjscia za maz - pomyslal Wokulski. - No i ja takze - dodal - niemalo robie dla reklamy i ozenienia sie. Swiat ladnie urzadzony! Zamiast po prostu pytac sie: kochasz mnie czy nie kochasz? albo: chcesz mnie czy nie chcesz? ja wyrzucam setki rubli, a ona kilka godzin nudzi sie na wystawie i udaje pobozna. A jezeli odpowiedzialaby, ze mnie kocha? Wszystkie te ceremonie maja dobra strone: daja czas i moznosc zaznajomienia sie. Zle to jednak nie umiec po angielsku... Dzis wiedzialbym, co o mnie mysli: bo jestem pewny, ze o mnie mowila do swej ciotki. Trzeba nauczyc sie... Albo wezmy takie glupstwo jak powoz... Gdybym mial powoz, moglbym ja teraz odeslac do domu z ciotka, i znowu zawiazalby sie miedzy nami jeden wezel... Tak, powoz przyda mi sie w kazdym razie. Przysporzy z tysiac rubli wydatkow na rok, ale coz zrobie? Musze byc gotowym na wszystkich punktach. Powoz... angielszczyzna... przeszlo dwiescie rubli na jedna kweste!... I to robie ja, ktory tym pogardzam... Wlasciwie jednak - na coz bede wydawal pieniadze, jezeli nie na zapewnienie sobie szczescia? Co mnie obchodza jakies teorie oszczednosci, gdy czuje bol w sercu?" Dalszy bieg mysli przerwala mu smutna, brzeczaca melodia. Byla to muzyka szkatulki grajacej, po ktorej nastapil swiegot sztucznych ptakow; a gdy one milkly, rozlegal sie cichy szelest fontanny, szept modlitw i westchnienia poboznych. W nawie, u konfesjonalu, u drzwi kaplicy grobowej, widac bylo zgiete postacie kleczacych. Niektorzy czolgali sie do krucyfiksu na podlodze i ucalowawszy go kladli na tacy drobne pieniadze wydobyte z chustki do nosa. W glebi kaplicy, w powodzi swiatla, lezal bialy Chrystus otoczony kwiatami. Zdawalo sie Wokulskiemu, ze pod wplywem migotliwych plomykow twarz jego ozywia sie przybierajac wyraz grozby albo litosci i laski. Kiedy pozytywka wygrywala Lucje z Lamermooru albo kiedy ze srodka kosciola dolecial stukot pieniedzy i francuskie wykrzykniki, oblicze Chrystusa ciemnialo. Ale kiedy do krucyfiksu zblizyl sie jaki biedak i opowiadal Ukrzyzowanemu swoje strapienia, Chrystus otwieral martwe usta i w szmerze fontanny powtarzal blogoslawienstwa i obietnice... "Blogoslawieni cisi... Blogoslawieni smutni..." Do tacy podeszla mloda, urozowana dziewczyna. Polozyla srebrna czterdziestowke, ale nie smiala dotknac krzyza. Kleczacy obok z niechecia patrzyli na jej aksamitny kaftanik i jaskrawy kapelusz. Ale gdy Chrystus szepnal: " Kto z was jest bez grzechu, niech rzuci na nia kamieniem", padla na posadzke i ucalowala jego nogi jak niegdys Maria Magdalena. "Blogoslawieni, ktorzy lakna sprawiedliwosci... Blogoslawieni, ktorzy placza..." Z glebokim wzruszeniem przypatrywal sie Wokulski pograzonemu w koscielnym mroku tlumowi, ktory z tak cierpliwa wiara od osiemnastu wiekow oczekuje spelnienia sie boskich obietnic. "Kiedyz to bedzie!..." - pomyslal. "Posle Syn Czlowieczy anioly swoje, a oni zbiora wszystkie zgorszenia i tych, ktorzy nieprawosc czynia, jako zbiera sie kakol i pali sie go ogniem." Machinalnie spojrzal na srodek kosciola. Przy blizszym stoliku hrabina drzemala, a panna Izabela ziewala, przy dalszym trzy nie znane mu damy zasmiewaly sie z opowiadan jakiegos wykwintnego mlodzienca. "Inny swiat... inny swiat!... - myslal Wokulski. - Co za fatalnosc popycha mnie w tamta strone?" W tej chwili tuz obok konfesjonalu stanela, a potem uklekla osoba mloda, ubrana bardzo starannie, z mala dziewczynka. Wokulski przypatrzyl sie jej i dostrzegl, ze jest niezwykle piekna. Uderzyl go nade wszystko wyraz jej twarzy, jakby do tego grobu przyszla nie z modlitwa, ale z zapytaniem i skarga. Przezegnala sie, lecz zobaczywszy tace wydobyla woreczek z pieniedzmi. - Idz, Helusiu - rzekla polglosem do dziecka - poloz to na tacy i pocaluj Pana Jezusa. - Gdzie, prosze mamy, pocalowac? - W raczke i w nozke... - I w buzie? - W buzie nie mozna. - Ech, co tam!... - Pobiegla do tacy i pochylila sie nad krzyzem. - A widzi mama - zawolala powracajac - pocalowalam i Pan Jezus nic nie powiedzial. - Niech Helusia bedzie grzeczna - odparla matka. - Lepiej ukleknij i zmow paciorek. - Jaki paciorek? - Trzy Ojcze nasz, trzy Zdrowas... - Taki duzy paciorek?... a ja taka malutka... - No, to zmow jedno Zdrowas... Tylko ukleknij... Patrz sie tam... - Juz patrze. Zdrowas, Maria, laski pelna... Czy to, prosze mamy, ptaszki spiewaja? - Ptaszki sztuczne. Mow paciorek. - Jakie to sztuczne? - Zmow pierwej paciorek. - Kiedy nie pamietam, gdzie skonczylam... - Wiec mow za mama: Zdrowas, Maria... - Smierci naszej. Amen - dokonczyla dziewczynka. - A z czego robia sie sztuczne ptaszki? - Heluniu, badz cicho, bo nigdy cie nie pocaluje - szepnela strapiona matka. - Masz tu ksiazke i ogladaj obrazki, jak Pan Jezus byl meczony. Dziewczynka usiadla z ksiazka na stopniach konfesjonalu i ucichla. "Co to za mila dziecina! - myslal Wokulski. - Gdyby byla moja, zdaje sie, ze odzyskalbym rownowage umyslu, ktora dzis trace z dnia na dzien. I matka przesliczna kobieta. Jakie wlosy, profil, oczy... Prosi Boga, azeby zmartwychwstalo ich szczescie... Piekna i nieszczesliwa ; musi byc wdowa. Ot, gdybym ja byl spotkal rok temu. I jestze tu lad na swiecie?... O krok od siebie staje dwoje ludzi nieszczesliwych; jedno szuka milosci i rodziny, drugie moze walczy z bieda i brakiem opieki. Kazde znalazloby w drugim to, czego potrzebuje, no - i nie zejda sie... Jedno przychodzi blagac Boga o milosierdzie, drugie wyrzuca pieniadze dla stosunkow. Kto wie, czy pareset rubli nie byloby dla tej kobiety szczesciem? Ale ona ich nie dostanie; Bog w tych czasach nie slucha modlitwy ucisnionych. A gdyby jednak dowiedziec sie, kto ona jest?... Moze bym potrafil jej dopomoc. Dlaczego wzniosle obietnice Chrystusa nie maja byc spelnione; chocby przez takich jak ja niedowiarkow, skoro pobozni zajmuja sie czym innym?" W tej chwili Wokulskiemu zrobilo sie goraco... Do stolika hrabiny zblizyl sie elegancki mlodzieniec i cos polozyl na tacy. Na jego widok panna Izabela zarumienila sie i oczy jej nabraly tego dziwnego wyrazu, ktory zawsze tak zastanawial Wokulskiego. Na wezwanie hrabiny elegant siadl na tym samym fotelu, ktory niedawno zajmowal Wokulski, i zawiazala sie zywa rozmowa. Wokulski nie slyszal jej tresci, tylko czul, ze w mozgu wypala mu sie obraz tego towarzystwa. Kosztowny dywan, srebrna taca zasypana na wierzchu garscia imperialow, dwa swieczniki, dziesiec plomykow, hrabina odziana w gruba zalobe, mlody czlowiek zapatrzony w panne Izabele i ona - rozpromieniona.Nawet ten szczegol nie uszedl jego uwagi, ze od blasku plomykow hrabinie swieca sie policzki, mlodemu czlowiekowi koniec nosa, a pannie Izabeli oczy. "Czy oni kochaja sie? - myslal. - Wiec dlaczegoz by sie nie pobrali?... - Moze on nie ma pieniedzy... Lecz w takim razie co znacza jej spojrzenia?... Podobne rzucala dzis na mnie. Prawda, ze panna na wydaniu musi miec kilku albo i kilkunastu wielbicieli i wabic wszystkich, azeby... sprzedac sie najwiecej ofiarujacemu!" Przyszedl delegowany. Hrabina podniosla sie z fotelu, to samo zrobila panna Izabela i przystojny mlodzieniec, i wszyscy troje z wielkim szelestem poszli ku drzwiom zatrzymujac sie przy innych stolikach. Kazdy z asystujacej tam mlodziezy goraco wital panne Izabele, a ona kazdego obdarzala tymi samymi, zupelnie tymi samymi spojrzeniami, ktore Wokulskiemu zachwialy rozum. Wreszcie wszystko ucichlo: hrabina i panna Izabela opuscily kosciol. Wokulski ocknal sie i spojrzal blizej siebie. Pieknej pani z dzieckiem juz nie bylo. "Jaka szkoda!" - szepnal i uczul lekkie scisniecie serca. Natomiast obok krzyza lezacego na ziemi wciaz kleczala mloda dziewczyna w aksamitnym kaftaniku i jaskrawym kapeluszu. Gdy zwrocila oczy na oswietlony grob, jej takze blysnelo cos na wyrozowanych policzkach. Jeszcze raz ucalowala nogi Chrystusowi, ciezko podniosla sie i wyszla. "Blogoslawieni, ktorzy placza... Niechze przynajmniej tobie zmarly Chrystus dotrzyma obietnicy" - pomyslal Wokulski i wyszedl za nia. W kruchcie spostrzegl, ze dziewczyna rozdaje jalmuzne dziadom. I opanowala go okrutna bolesc na mysl, ze z dwu kobiet, z ktorych jedna chce sie sprzedac za majatek, a druga juz sie sprzedaje z nedzy, ta druga, okryta hanba, wobec jakiegos wyzszego trybunalu moze bylaby Iepsza i czystsza. Na ulicy zrownal sie z nia i zapytal: - Dokad idziesz? Na jej twarzy znac bylo slady lez. Podniosla na Wokulskiego apatyczne wejrzenie i odparla: - Moge pojsc z panem. - Tak mowisz?... Wiec chodz. Nie bylo jeszcze piatej, dzien duzy; kilku przechodniow obejrzalo sie za nimi. "Trzeba byc kompletnym blaznem, azeby robic cos podobnego - pomyslal Wokulski idac w strone sklepu. - Mniejsza o skandal, ale co, u diabla, za projekta snuja mi sie po lbie? Apostolstwo?... Szczyt glupoty. Wreszcie - wszystko mi jedno; jestem tylko wykonawca cudzej woli." Wszedl w brame domu, w ktorym znajdowal sie sklep, i skrecil do pokoju Rzeckiego, a za nim dziewczyna. Pan Ignacy byl u siebie i zobaczywszy szczegolna pare, rozlozyl rece z podziwu. - Czy mozesz wyjsc na kilka minut? - zapytal go Wokulski. Pan Ignacy nie odpowiedzial nic. Wzial klucz od tylnych drzwi sklepu i opuscil pokoj. - Dwu? - szepnela dziewczyna wyjmujac szpilke z kapelusza. - Za pozwoleniem - przerwal jej Wokulski. - Dopiero co bylas w koscieIe, wszak prawda, moja pani? - Pan mnie widzial? - Modlilas sie i plakalas. Czy moge wiedziec, z jakiego powodu? Dziewczyna zdziwila sie i wzruszajac ramionami odparla: - Czy pan jest ksiadz, ze sie o to pyta? A przypatrzywszy sie uwazniej Wokulskiemu dodala: - Ech! takze zawracanie glowy... Dowcipny! Zabierala sie do odejscia, ale zatrzymal ja Wokulski. - Poczekaj. Jest ktos, ktory chcialby ci dopomoc, wiec nie spiesz sie i odpowiadaj szczerze... Znowu przypatrzyla mu sie. Nagle oczy jej zasmialy sie, a na twarz wystapil rumieniec. - Wiem - zawolala - pan pewnie od tego starego pana!... On kilka razy obiecywal, ze mnie wezmie... Czy on bardzo bogaty?... Pewnie, ze bardzo... Jezdzi powozem i siada w pierwszych rzedach w teatrze. - Posluchaj mnie - przerwal - i odpowiadaj: czegos plakala w kosciele? - A bo, widzi pan... - zaczela dziewczyna i opowiedziala tak cyniczna historie jakiegos sporu z gospodynia, ze sluchajac jej Wokulski pobladl. "Oto zwierze!" - szepnal. - Poszlam na groby - mowila dalej dziewczyna - myslalam, ze sie troche rozerwe. Gdzie tam, com wspomniala o starej, to az mi lzy pociekly ze zlosci. Zaczelam prosic Pana Boga, azeby albo stara choroba zatlukla, albo zebym ja od niej wyszla. I widac Bog wysluchal, kiedy ten pan chce mnie zabrac. Wokulski siedzial bez ruchu. Wreszcie zapytal: - Ile masz lat? - Mowi sie, ze szesnascie, ale naprawde mam dziewietnascie. - Chcesz stamtad wyjsc? - A - chocby do piekla. Juz mi tak dokuczyli... Ale... - Coz? - Pewno nic z tego nie bedzie... Wyjde dzis, to po swietach sprowadza mnie i zaplaca jak wtedy w karnawale, com pozniej tydzien lezala. - Nie sprowadza. - Akurat! Mam przecie dlug... - Duzy? Oho!... z piecdziesiat rubli. Nie wiem nawet, skad sie wzial, bo za wszystko place podwojnie. Ale jest... U nas tak zawsze. A jeszcze jak uslysza, ze tamten pan ma pieniadze, to powiedza, ze ich okradlam, i narachuja, ile im sie podoba. Wokulski czul, ze opuszcza go odwaga. - Powiedz mi, czy ty zechcesz pracowac? - A co bede miala do roboty? - Nauczysz sie szyc. - To na nic. Bylam przecie w szwalni. Ale z osmiu rubli na miesiac nikt nie wyzyje. Wreszcie - jestem tyle jeszcze warta, ze moge nikogo nie obszywac. Wokulski podniosl glowe. - Nie chcesz wyjsc stamtad! - Ale chce! - Wiec decyduj sie natychmiast. Albo wezmiesz sie do roboty, bo darmo nikt na swiecie chleba nie jada... - I to nieprawda - przerwala. - Ten stary pan nic przecie nie robi, a pieniadze ma. Nieraz tez mowil, ze mnie juz o nic glowa nie zaboli... - Nie pojdziesz do zadnego pana, tylko do magdalenek. Albo wracaj na miejsce. - Magdalenki mnie nie wezma. Trzeba zaplacic dlug i miec poreczenie... - Wszystko bedzie zalatwione, jezeli tam pojdziesz. - Jakze ja do nich pojde? - Dam ci list, ktory zaraz odniesiesz, i tam zostaniesz. Chcesz czy nie chcesz?.. - Ha, niech pan da list. Zobacze, jak mi tam bedzie. Usiadla i ogladala sie po pokoju. Wokulski napisal list, opowiedzial, gdzie ma isc, i w koncu dodal: - Masz woz i przewoz. Bedziesz dobra i pracowita, bedzie ci dobrze; ale jezeli nie skorzystasz z okazji, rob, co ci sie podoba. Mozesz isc. Dziewczyna rozesmiala sie. - To stara bedzie sie wsciekac... To jej narobie... Cha... Cha!... Ale... moze pan tylko naciaga? - Idz - odpowiedzial Wokulski wskazujac drzwi. Jeszcze raz przypatrzyla mu sie z uwaga i wyszla wzruszajac ramionami. W chwile po jej odejsciu ukazal sie pan Ignacy. - Coz to za znajomosc? - spytal kwasno. - Prawda!... - rzekl zamyslony Wokulski. - Nie widzialem jeszcze podobnego bydlecia, chociaz znam duzo bydlat. - W samej Warszawie jest ich tysiace - odparl Rzecki. - Wiem. Tepienie ich do niczego nie doprowadzi, bo ciagle sie odradzaja, wiec wniosek, ze predzej czy pozniej spoleczeristwo musi sie przebudowac od fundamentow do szczytu. Albo zgnije. - Aha!... - szepnal Rzecki. - Domyslalem sie tego. Wokulski pozegnal go. Doswiadczal takich uczuc, jak chory na goraczke, ktorego oblano zimna woda. "Nim jednak przebuduje sie spolecznosc - myslal - widze, ze sfera mojej filantropii bardzo sie uszczupli. Majatek moj nie wystarczylby na uszlachetnianie instynktow nieludzkich. Wole ziewajace kwestarki nizeli modlace sie i placzace potwory." Obraz panny Izabeli ukazal mu sie otoczony jasniejszym niz kiedykolwiek blaskiem. Krew bila mu do glowy i upokarzal sie w duchu na mysl, ze z podobnym stworzeniem mogl ja zestawic! "Wolez ja wyrzucac pieniadze na powozy i konie anizeli na tego rodzaju - nieszczescia!..." W Wielka Niedziele Wokulski najetym powozem zajechal przed mieszkanie hrabiny. Zastal juz dlugi szereg ekwipazow bardzo rozmaitego dostojenstwa. Byly tam eleganckie dorozki obslugujace zlota mlodziez i dorozki zwyczajne, wziete na godziny przez emerytow; stare karety, stare konie, stara uprzaz i sluzba w wytartej liberii, i nowe, prosto z Wiednia powoziki, przy ktorych lokaje mieli kwiaty w butonierkach, a furmani opierali bat na biodrze, jak marszalkowska bulawe. Nie braklo i fantastycznych kozakow, odzianych w spodnie tak szerokie, jakby tam wlasnie ich panowie umiescili swoja ambicje. Dostrzegl tez mimochodem, ze w gronie zebranych woznicow sluzba wielkich panow zachowywala sie w sposob pelen godnosci, bankierscy chcieli rej wodzic, za co im wymyslano, a dorozkarze byli najrezolutniejsi. Furmani zas powozow najetych trzymali sie blisko siebie, gardzacy reszta i przez nia pogardzani. Gdy Wokulski wszedl do przysionka, siwy szwajcar w czerwonej wstedze uklonil mu sie gleboko i otworzyl drzwi do kontramarkarni, gdzie dzentelmen w czarnym fraku zdjal z niego palto. Jednoczesnie zas zabiegl mu droge Jozef, lokaj hrabiny, ktory dobrze znal Wokulskiego ; przenosil bowiem z jego sklepu do kosciola pozytywke i spiewajace ptaszki. - Jasnie pani czeka - rzekl Jozef. Wokulski siegnal do kamizelki i dal mu piec rubli czujac, ze poczyna sobie jak parweniusz. "Ach, jakiz ja jestem glupi! - myslal. - Nie, nie jestem; glupi. Jestem tylko dorobkiewicz, ktory w tym panstwie musi oplacac sie kazdemu na kazdym kroku. No, nawracanie jawnogrzesznic kosztuje wiecej." Szedl po marmurowych schodach ozdobionych kwiatami, a Jozef przed nim. Na pierwszej kondygnacji mial kapelusz na glowie, na drugiej zdjal go nie wiedzac, czy robi stosownie, czy niestosownie. "W rezultacie moglbym miedzy nich wszystkich wejsc w kapeluszu na glowie" - rzekl do siebie. Dostrzegl, ze Jozef mimo swego wieku, wiecej niz sredniego, biegl po schodach jak lania i na gorze gdzies sie podzial, a Wokulski zostal sam, nie wiedzac, dokad udac sie i komu sie zameldowac. Byla to krotka chwila, lecz w Wokulskim gniew zakipial. "Jakimi to oni formami obwarowali sie, co? - pomyslal. - A... gdybym to mogl wszystko zwalic!..." I przywidzialo mu sie w ciagu kilkunastu sekund, ze miedzy nim a tym czcigodnym swiatem form wykwintnych musi sie stoczyc walka, w ktorej albo ten swiat runie, albo - on zginie. "Wiec dobrze, zgine... Ale zostawie po sobie pamiatke!..." "Zostawisz przebaczenie i litosc" - szepnal mu jakis glos. "Czyzem ja az tak nikczemny!" "Nie, jestes az tak szlachetny" Ocknal sie - przy nim stal pan Tomasz Lecki. - Witam cie, panie Stanislawie - rzekl z wlasciwa mu majestatycznoscia. - Witam cie tym gorecej, ze przybycie twoje do nas laczy sie z bardzo milym wypadkiem w rodzinie... "Czyzby zareczyla sie panna Izabela?..." - pomyslal Wokulski i pociemnialo mu w oczach. - Wyobraz pan sobie, ze z okazji twego tu przybycia... Slyszysz, panie Stanislawie?... Z okazji twojej wizyty u nas ja pogodzilem sie z pania Joanna, z moja siostra... Ale pan zbladles?... Znajdziesz tu wielu znajomych.... Nie wyobrazaj sobie, ze arystokracja jest tak straszna... Wokulski otrzasnal sie. - Panie Lecki - odparl chlodno - w moim namiocie pod Plewna bywali wieksi panowie. I byli dla mnie tyle laskawi, ze nielatwo wzrusze sie widokiem nawet tak wielkich, jakich... nie znajde w Warszawie. - A... A!... - szepnal pan Tomasz i uklonil mu sie. Wokulski zdumial sie. "Oto fagas! -.przemknelo mu przez glowe. - I ja... ja!... mialbym z takimi ludzmi robic sobie ceremonie?.." Pan Lecki wzial go pod reke i w sposob bardzo uroczysty wprowadzil do pierwszego salonu, gdzie byli sami mezczyzni. - Widzisz pan: hrabia... - zaczal pan Tomasz. - Znam - odparl Wokulski, a w duchu dodal: - "Winien mi ze trzysta rubli..." - Bankier... - objasnial dalej pan Tomasz. Ale nim powiedzial nazwisko, bankier sam zblizyl sie do nich i przywitawszy Wokulskiego rzekl: - Boj sie pan Boga, z Paryza ogromnie ekscytuja nas o te bulwary... Czy pan im odpowiedziales? - Pierwej chcialem porozumiec sie z panem - odparl Wokulski. - Wiec zejdzmy sie gdzie. Kiedy pan jestes w domu? - Nie mam stalej godziny, wole byc u pana. - To wstap pan do mnie we srode na sniadanie i raz skonczmy. Pozegnali sie. Pan Tomasz czulej przycisnal ramie Wokulskiego. - Jeneral... - zaczal. Jeneral ujrzawszy Wokulskiego podal mu reke i przywitali sie jak starzy znajomi. Pan Tomasz stawal sie coraz tkliwszym dla Wokulskiego i zaczynal dziwic sie widzac, ze kupiec galanteryjny zna najwybitniejsze osobistosci w miescie, a nie zna tylko tych, ktorzy odznaczali sie tytulem albo majatkiem, nic zreszta nie robiac. Przy wejsciu do drugiego salonu, gdzie bylo kilka dam, zastapila im droge hrabina Karolowa. Kolo niej przesunal sie sluzacy Jozef. "Rozstawili pikiety - pomyslal Wokulski - azeby nie skompromitowac dorobkiewicza. Grzecznie to z ich strony, ale..." - Jakze sie ciesze, panie Wokulski - rzekla hrabina odbierajac go panu Tomaszowi - jakze sie ciesze, ze spelniles moja prosbe... Jest tu wlasnie osoba, ktora pragnie poznac sie z panem. W pierwszym salonie ukazanie sie Wokulskiego zrobilo pewna sensacje. - Jenerale - mowil hrabia - hrabina zaczyna nam sprowadzac kupcow galanteryjnych. Ten Wokulski... - On taki kupiec jak ja i pan - odparl jeneral. - Moj ksiaze - mowil inny hrabia - skad wzial sie tu ten jakis Wokulski? - Zaprosila go gospodyni - odparl ksiaze. - Nie mam przesadu co do kupcow - ciagnal dalej hrabia - ale ten Wokulski, ktory zajmowal sie dostawa w czasie wojny i zrobil na niej majatek... - Tak... tak... - przerwal ksiaze. - Ten rodzaj majatkow bywa zwykle niepewny, ale za Wokulskiego recze. Hrabina mowila ze mna, a ja zapytywalem oficerow, ktorzy byli na wojnie, miedzy innymi mojego siostrzenca. Otoz o Wokulskim bylo jedno zdanie, ze dostawa, ktorej sie on dotknal, byla uczciwa. Nawet zolnierze, ile razy dostali dobry chleb, mowili, ze musial byc pieczony z maki od Wokulskiego. Wiecej hrabiemu powiem - ciagnal ksiaze - ze Wokulski, ktory swoja rzetelnoscia zwrocil na siebie uwage osob najwyzej polozonych; miewal bardzo ponetne propozycje. W styczniu tego oto roku dawano mu dwakroc sto tysiecy rubli tylko za firme do pewnego przedsiebiorstwa i nie przyjal... Hrabia usmiechnal sie i rzekl: - Mialby wiecej o dwakroc sto tysiecy rubli... - Mialby, ale nie bylby dzis tutaj - odparl ksiaze i kiwnawszy glowa hrabiemu odszedl. - Stary wariat - szepnal hrabia, pogardliwie spogladajac za ksieciem. W trzecim salonie, dokad wszedl z hrabina Wokulski, znajdowal sie bufet tudziez mnostwo wiekszych i mniejszych stolikow, przy ktorych dwojkami, trojkami, nawet czworkami siedzieli zaproszeni. Kilku sluzacych roznosilo potrawy i wina, a dyrygowala nimi panna Izabela, widocznie zastepujac gospodynie. Miala na sobie bladoniebieska suknie i wielkie perly na szyi. Byla tak piekna i tak majestatyczna w ruchach, ze Wokulski patrzac na nia skamienial. "Nawet marzyc o niej nie moge!..." - pomyslal z rozpacza. Jednoczesnie we framudze okna spostrzegl mlodego czlowieka, ktory byl wczoraj na grobach, a dzis siedzial sam przy malym stoliczku nie spuszczajac oka z panny Izabeli. "Naturalnie, ze ja kocha!" - myslal Wokulski i doznal takiego wrazenia, jakby owional go chlod grobu. "Jestem zgubiony" - dodal w duchu. Wszystko to trwalo kilka sekund. - Czy widzisz pan te staruszke miedzy biskupem i jeneralem? - odezwala sie hrabina. - Jest to prezesowa Zaslawska, moja najlepsza przyjaciolka, ktora koniecznie chce pana poznac. Jest panem bardzo zajeta - ciagnela hrabina z usmiechem - jest bezdzietna i ma pare ladnych wnuczek. Zrobze pan dobry wybor!... Tymczasem przypatrz sie jej, a gdy ci panowie odejda, przedstawie pana. A... ksiaze... - Witam pana - odezwal sie ksiaze do Wokulskiego. - Kuzynka pozwoli?... - Bardzo prosze - odparla hrabina. - Macie tu panowie wolny stolik... Ja opuszcze was na chwile... Odeszla. - Siadzmy, panie Wokulski - mowil ksiaze. - Wybornie zdarzylo sie, poniewaz mam do pana wazny interes. Wyobraz pan sobie, ze panskie projekta wywolaly wielki poploch miedzy naszymi bawelnianymi fabrykantami... Wszak dobrze powiedzialem - bawelnianymi?... Oni utrzymuja, ze pan chce zabic nasz przemysl... Czy istotnie konkurencja, ktora pan stwarza, jest tak grozna?... - Mam wprawdzie - odparl Wokulski - u moskiewskich fabrykantow kredyt do wysokosci trzech, nawet czterech milionow rubli, ale jeszcze nie wiem, czy pojda ich wyroby. - Straszna!... straszna cyfra! - szepnal ksiaze. - Czy nie widzisz pan w niej istotnego niebezpieczenstwa dla naszych fabryk? - Ach, nie. Widze tylko nieznaczne zmniejszenie ich kolosalnych dochodow, co zreszta mnie nie obchodzi. Ja mam obowiazek dbac tylko o wlasny zysk i o taniosc dla nabywcow; nasz zas towar bedzie tanszy. - Czy jednak rozwazyles pan te kwestie jako obywatel?... - rzekl ksiaze sciskajac go za reke- My juz tak niewiele mamy do stracenia... - Mnie sie zdaje, ze jest to dosc po obywatelsku dostarczyc konsumentom tanszego towaru i zlamac monopol fabrykantow, ktorzy zreszta tyle maja z nami wspolnego, ze wyzyskuja naszych konsumentow i robotnikow. - Tak pan sadzisz?... Nie pomyslalem o tym. Mnie zreszta nie obchodza fabrykanci, ale kraj, nasz kraj, biedny kraj... - Czym mozna panom sluzyc? - odezwala sie nagle, zblizywszy sie do nich, panna Izabela. Ksiaze i Wokulski powstali. - Jakze jestes dzis piekna, kuzynko - rzekl ksiaze sciskajac ja za reke. - Zaluje doprawdy, ze nie jestem moim wlasnym synem... Chociaz - moze to i lepiej! Bo gdybys mnie odrzucila, co jest prawdopodobne, bylbym bardzo nieszczesliwy... Ach, przepraszam!... - spostrzegl sie ksiaze. - Pozwolisz, kuzynko, przedstawic sobie pana Wokulskiego. Dzielny czlowiek, dzielny obywatel... to ci wystarczy, wszak prawda?.. - Mialam juz przyjemnosc... - szepnela panna Izabela odpowiadajac na uklon. Wokulski spojrzal jej w oczy i dostrzegl takie przerazenie, taki smutek, ze go znowu opanowala desperacja. "Po com ja tu wchodzil?..." - pomyslal. Spojrzal na framuge okna i znowu zobaczyl mlodego czlowieka, ktory ciagle siedzial sam nad nietknietym talerzem zaslaniajac oczy reka. "Ach, po com ja tu przyszedl, nieszczesliwy..." - myslal Wokulski czujac taki bol, jakby mu serce wyrywano kleszczami. - Moze pan choc wina pozwoli? - pytala panna Izabela przypatrujac mu sie ze zdziwieniem. - Co pani kaze - odparl machinalnie. - Musimy sie lepiej poznac, panie Wokulski - mowil ksiaze. - Musisz pan zblizyc sie do naszej sfery, w ktorej, wierz mi, sa rozumy i szlachetne serca, ale - brak inicjatywy... - Jestem dorobkiewiczem, nie mam tytulu... - odparl Wokulski chcac coskolwiek odpowiedziec. - Przeciwnie, masz pan... jeden tytul: prace, drugi: uczciwosc, trzeci: zdolnosci, czwarty: energie... Tych tytulow nam potrzeba do odrodzenia kraju, to nam daj, a przyjmiemy cie jak... brata... Zblizyla sie hrabina. - Pozwoli ksiaze?... - rzekla. - Panie Wokulski... Podala mu reke i poszli oboje do fotelu prezesowej. - Oto jest, prezesowo, pan Stanislaw Wokulski - odezwala sie hrabina do staruszki ubranej w ciemna suknie i kosztowne koronki. - Siadz, prosze cie - rzekla prezesowa wskazujac mu krzeslo obok. - Stanislaw ci na imie, tak?.. A z ktorychze to Wokulskich?... - Z tych... nie znanych nikomu - odparl - a najmniej chyba pani. - A nie sluzylze twoj ojciec w wojsku? - Ojciec nie, tylko stryj. - I gdziez to on sluzyl, nie pamietasz?... Czy nie bylo mu na imie takze Stanislaw? - Tak, Stanislaw. Byl porucznikiem, a pozniej kapitanem w siodmym pulku liniowym... - W pierwszej brygadzie, drugiej dywizji - przerwala prezesowa. - Widzisz, moje dziecko, ze nie jestes mi tak nie znany... Zyjez on jeszcze?... - Umarl przed piecioma laty. Prezesowej zaczely drzec rece. Otworzyla maly flakonik i powachala go. - Umarl, powiadasz?... Wieczny mu odpoczynek!... Umarl... A nie zostalaz ci jaka po nim pamiatka? - Zloty krzyz... - Tak, zloty krzyz... I nicze wiecej? - Miniatura stryja z roku 1828, malowana na kosci sloniowej. Prezesowa coraz czesciej podnosila flakonik; rece drzaly jej coraz silniej. - Miniatura... - powtorzyla. - A wieszze, kto ja malowal?.. I nicze wiecej nie zostalo?. - Byla jeszcze paczka papierow i jakas druga miniatura... - Coze sic z nimi dzieje?... - nalegala coraz niespokojniej prezesowa. - Te przedmioty stryj sam opieczetowal na kilka dni przed smiercia i kazal wlozyc je do swojej trumny. - A... a!... - szepnela staruszka i rzewnie sie rozplakala. W sali zrobil sie ruch. Przybiegla zatrwozona panna Izabela, potem hrabina, wziely prezesowa pod rece i z wolna wyprowadzily do dalszych pokojow. W jednej chwili na Wokulskiego zwrocily sie wszystkie oczy. Zaczeto z cicha szeptac. Widzac, ze wszyscy na niego patrza i o nim mowia, Wokulski zmieszal sie. Azeby jednak pokazac obecnym, ze ta osobliwa popularnosc nic go nie obchodzi, wypil jeden po drugim dwa kieliszki wina stojace na stoliku i wtedy spostrzegl, ze jeden kieliszek, z winem wegierskim, nalezal do jenerala, a drugi, z czerwonym, do biskupa. "Ladnie sie urzadzam - rzekl do siebie. - Gotowi jeszcze powiedziec, ze zrobilem afront staruszce, azeby wypic wino jej sasiadom..." Wstal z zamiarem wyjscia i zrobilo mu sie goraco na mysl o defiladzie przez dwa salony, w ktorych czekaja go rozgi spojrzen i szeptow. Ale zabiegl mu droge ksiaze mowiac: - Pewnie rozmawialiscie panstwo z prezesowa o bardzo dawnych czasach, kiedy az do lez doszlo. Prawda, ze zgadlem?... Wracajac do tematu, ktory nam przerwano, czy nie sadzisz pan, ze dobrze byloby zalozyc w kraju polska fabryke tanich tkanin?... Wokulski potrzasnal glowa. - Watpie, azeby sie to udalo - odparl. - Trudno myslec o wielkich fabrykach tym, ktorzy nie moga zdobyc sie na male ulepszenia w juz istniejacych... - Mianowicie?... - Mowie o mlynach - ciagnal Wokulski. - Za pare lat bedziemy sprowadzali nawet make, bo nasi mlynarze nie chca zastapic kamieni - walcami. - Pierwszy raz slysze!... Siadzmy tu - mowil ksiaze ciagnac go do obszernej framugi - i opowiedz pan, co to znaczy? W salonach tymczasem rozmawiano. - Jakas zagadkowa figura ten pan - mowila po francusku dama w brylantach do damy w strusim piorze. - Pierwszy raz widzialam prezesowa placzaca. - Naturalnie, historia milosna - odpowiedziala dama z piorem. - W kazdym razie zrobil ktos zlosliwego figla hrabinie i prezesowej wprowadzajac tego jegomoscia. - Przypuszczasz pani, ze... - Jestem pewna - odparla wzruszajac ramionami. - Niech pani wreszcie spojrzy na niego. Maniery bardzo zle, ale coz to za fizjognomia, jaka duma!... Szlachetnej rasy nie ukryje sie nawet pod lachmanami. - Zadziwiajace!... - mowila dama w brylantach. - Bo i ten jego majatek, jakoby zrobiony w Bulgarii... - Naturalnie. To zarazem tlumaczy, dlaczego prezesowa pomimo bogactw tak malo wydaje na siebie. - I ksiaze bardzo na niego laskaw... - Przez litosc, czy nie za malo?... Niech tylko pani spojrzy na nich obu... - Sadzilabym, ze nie ma ani sladu podobienstwa. - Zapewne, ale... ta duma, pewnosc siebie... Z jaka oni swoboda rozmawiaja... Przy innym stoliku naradzali sie trzej panowie. - No, hrabina zrobila zamach stanu - mowil brunet z grzywka. - I udal sie jej. Ten Wokulski troche sztywny, ale ma w sobie cos - odpowiedzial pan siwy. - W kazdym razie kupiec... - Czymze kupiec gorszy od bankierow? - Kupiec galanteryjny, sprzedaje portmonetki - nalegal brunet. - My czasami sprzedajemy herby... - wtracil trzeci, szczuply staruszek z siwymi faworytami. - Jeszcze zechce ozenic sie tutaj... - Tym lepiej dla panien. - Ja bym mu sam oddal corke. Czlowiek, slysze, porzadny, bogaty, posagu nie strwoni... Kolo nich szybko przeszla hrabina. - Panie Wokulski - rzekla wyciagajac wachlarz w kierunku framugi. Wokulski przybiegl do niej. Podala mu reke i we dwoje opuscili salon. Osamotnionego ksiecia zaraz otoczyli mezczyzni; niektorzy prosili go, azeby zapoznal ich z Wokulskim. - Warto, warto!... - mowil zadowolony ksiaze. - Takiego nie bylo jeszcze miedzy nami. Gdybysmy dawniej zblizyli sie do nich, nasz nieszczesliwy kraj wygladalby inaczej. Uslyszala to mijajaca ich wlasnie panna Izabela i - pobladla. Przystapil do niej mlody czlowiek z wczorajszej kwesty. - Zmeczyla sie pani? - rzekl. - Troche - odpowiedziala ze smutnym usmiechem. - Przychodzi mi do glowy dziwne pytanie - dodala po chwili - czy ja tez potrafilabym walczyc?... - Czy z sercem? - zapytal. - Nie warto... Panna Izabela wzruszyla ramionami. - Ach, gdziez znowu z sercem. Mysle o prawdziwej walce z silnym nieprzyjacielem. Scisnela go za reke i opuscila salon. Wokulski prowadzony przez hrabine minal dlugi szereg pokojow. W jednym z nich, z dala od zaproszonych gosci, rozlegaly sie spiewy i dzwieki fortepianu. Gdy weszli tam, uderzyl go szczegolny widok. Jakis mlody czlowiek gral na fortepianie; z dwu bardzo przystojnych dam, stojacych przy nim, jedna udawala skrzypce, druga klarnet; przy tej zas muzyce tanczylo kilka par, miedzy ktorymi znajdowal sie tylko jeden mezczyzna. - Oj! wy zbytnicy! - zgromila ich hrabina. Odpowiedzieli wybuchem smiechu, nie przerywajac zabawy. Mineli i ten pokoj i weszli na schody. - Ot, widzisz - rzekla hrabina - to jest najwyzsza arystokracja. Zamiast siedziec w salonie, uciekli tutaj dokazywac. "Jaki oni maja rozum!" - pomyslal Wokulski. I zdawalo mu sie, ze miedzy tymi ludzmi zycie uplywa prosciej i weselej anizeli miedzy nadetym mieszczanstwem albo arystokratyzujaca szlachta. Na gorze, w pokoju odcietym od zgielku i nieco przycmionym, siedziala w fotelu prezesowa. - Zostawiam was tu, moi panstwo - rzekla hrabina. - Nagadajcie sie, bo ja musze wracac. - Dziekuje ci, Joasiu - odpowiedziala prezesowa. - Siadzze, prosze cie - zwrocila sie do Wokulskiego. A gdy zostali sami, dodala: - Nawet nie wiesz, ile obudziles we mnie wspomnien. Teraz dopiero Wokulski spostrzegl, ze miedzy ta dama a jego stryjem musial istniec jakis niezwykly stosunek. Opanowalo go niespokojne zdumienie. "Dzieki Bogu - pomyslal - ze jestem legalnym dzieckiem moich rodzicow." - Prosze cie - zaczela prezesowa - mowisz, ze stryj twoj umarl. Gdzieze on, biedak, pochowany? - W Zaslawiu, gdzie mieszkal od powrotu z emigracji. Prezesowa znowu podniosla chustke do oczu. - Doprawdy?... Ach, ja niewdzieczna!... Bylzes kiedy u niego?... Nie mowilze ci nic... Nie oprowadzal cie?... Wszakze tam, na gorze, sa ruiny zamku, prawda? Stojaz one jeszcze? - Tam wlasnie, do zamku, stryj co dzien chodzil na spacer i cale godziny przesiadywalismy z nim na duzym kamieniu... - Patrzajze?... Znam ten kamien ; siedzielismy wtedy oboje na nim i patrzylismy to na rzeke, to na obloki, ktorych bieg niepowrotny uczyl nas, ze tak ucieka szczescie. Czuje to dopiero dzisiaj. A studnia jestze w zamku i zawsze gleboka? - Bardzo gleboka. Tylko trafic do niej trudno, bo wejscie zamaskowaly gruzy. Dopiero stryj mi ja pokazal. - Wieszze ty - mowila prezesowa - ze w chwili ostatniego z nim pozegnania myslelismy: czyby sie do tej studni nie rzucic? Nikt by nas tam nie odszukal i na wieki zostalibysmy razem. Zwyczajnie - szalona mlodosc... Otarla oczy i ciagnela dalej: - Bardzo... bardzo lubilam go; a mysle, ze i on mnie troche... kiedy tak pamietal wszystko. Ale on byl ubozuchny oficer, a ja na nieszczescie bogata, i do tego jeszcze bliska krewna dwu jeneralow. No i rozdzielono nas... Moze tez bylismy zanadto cnotliwi... Ale cicho!... cicho!... - dodala smiejac sie i placzac. - Takie rzeczy wolno mowic kobietom dopiero w siodmym krzyzyku. Lkanie przerwalo jej mowe. Powachala swoj flakonik, odpoczela i zaczela znowu: - Bywaja wielkie zbrodnie na swiecie, ale chyba najwieksza jest zabic milosc. Tyle lat uplynelo, prawie pol wieku ; wszystko przeszlo: majatek, tytuly, mlodosc, szczescie... Sam tylko zal nie przeszedl i pozostal, mowie ci, taki swiezy, jakby to bylo wczoraj. Ach, gdyby nie wiara, ze jest inny swiat, w ktorym podobno wynagrodza tutejsze krzywdy, kto wie, czy nie przekleloby sie i zycia, i jego konwenansow... Ale ty mnie nie rozumiesz, bo wy dzis macie mocniejsze glowy, lecz zimniejsze anizeli my serca. Wokulski siedzial ze spuszczonymi oczyma. Cos dlawilo go, szarpalo za piersi. Wpil sobie paznokcie w rece i myslal, azeby jak najpredzej stad wyjsc i juz nie sluchac skarg, ktore odnawialy w nim najbolesniejsze rany. - A maz on, biedaczysko, jaki nagrobek? - spytala po chwili prezesowa. Wokulski zarumienil sie. Nigdy nie przychodzilo mu do glowy, azeby zmarli potrzebowali czegos wiecej nad grude ziemi. - Nie ma - ciagnela prezesowa widzac jego zaklopotanie. - Nie tobie dziwie sie, moje dziecko, zes o nagrobku nie pamietal, ale sobie wyrzucam, zem zapomniala o czlowieku. Zadumala sie i nagle, polozywszy na jego ramieniu swoja wychudla i drzaca reke, rzekla znizonym glosem: - Mam do ciebie prosbe... Powiedz, ze ja spelnisz... - Z pewnoscia - odparl Wokulski. - Pozwol, azebym ja mu postawila nagrobek. Ale ze sama jechac tam nie moge, wiec ty mnie wyreczysz. Wez stad kamieniarza, niechaj rozlupie ten kamien, wiesz, ten, na ktorym siadywalismy na gorze, pod zamkiem, i niech jedna polowe ustawia na jego grobie. Cokolwiek bedzie kosztowac, zaplacisz, a zwroce ci razem z dozgonna wdziecznoscia. Zrobiszze to? - Zrobie. To dobrze, dziekuje ci... Mysle, ze mu przyjemniej bedzie spoczywac pod kamieniem, ktory slyszal nasze rozmowy i patrzyl na lzy. Ach, jak ciezko wspominac... A napis, wieszze jaki? - mowila dalej. - Kiedysmy sie rozlaczali, zostawil mi pare strofek z Mickiewicza. Pewnie czytales je kiedy. Jak cien tym dluzszy, gdy padnie z daleka, Tym szerzej kolo zalobne roztoczy, Tak pamiec o mnie: im dalej ucieka, Tym grubszym kirem twa dusze zamroczy... O, prawda to!... I studnie, ktora miala nas polaczyc ; chcialabym upamietnic w jakis sposob... Wokulski wstrzasnal sie i patrzyl gdzies szeroko otwartymi oczyma. - Co tobie? - zapytala prezesowa. - Nic - odparl z usmiechem. - Smierc zajrzala mi w oczy. - Nie dziw sie: krazy kolo mnie starej, zatem musza ja widziec moi sasiedzi. Wiec zrobisz, o co cie prosze? - Tak. - Badzze u mnie po swietach i... czesto przychodz. Moze sie troche ponudzisz, ale moze i ja, niedolezna, przydam ci sie na co. A teraz idz juz na dol, idz... Wokulski pocalowal ja w reke, ona go pare razy w glowe; potem dotknela dzwonka. Wszedl sluzacy. - Sprowadzze pana do sali - rzekla. Wokulski byl odurzony. Nie wiedzial, ktoredy idzie, nie zdawal sobie sprawy z tego, o czym rozmawiali z prezesowa. Czul tylko, ze znajduje sie w jakims odmecie duzych komnat, starodawnych portretow, cichych stapan, nieokreslonej woni. Otaczaly go kosztowne meble, ludzie pelni delikatnosci, o jakiej nigdy nie marzyl, a nad tym wszystkim, jak poemat, unosily sie wspomnienia starej arystokratki, przesiakniete westchnieniami i lzami. "Coz to za swiat?... Co to za swiat?..." A jednak jeszcze mu czegos braklo. Chcial choc raz spojrzec na panne Izabele. "No, w sali ja zobacze..." Lokaj otworzyl drzwi do sali. Znowu wszystkie glowy zwrocily sie w jego strone i ucichly rozmowy jak szum odlatujacego ptactwa. Nastala chwila ciszy, w ktorej wszyscy patrzyli na Wokulskiego, a on nie widzial nikogo, tylko rozgoraczkowanym spojrzeniem szukal bladoniebieskiej sukni. "Tu jej nie ma" - pomyslal. - No, tylko patrzcie, jak on sobie nic z was nie robi!... - szepnal smiejac sie staruszek z siwymi faworytami. "Musi byc w drugiej sali" - mowil do siebie Wokulski. Spostrzegl hrabine i zblizyl sie do niej. - Coz, skonczyliscie panstwo konferencje? - spytala hrabina. - Prawda, jaka to mila osoba, prezesowa?... Ma pan w niej wielka przyjaciolke, nie wieksza jednak anizeli we mnie. Zaraz przedstawie pana... Pan Wokulski!... - dodala zwracajac sie do damy w brylantach. - A ja zaraz przystepuje do interesu - rzekla dama patrzac na niego z gory. - Nasze sierotki potrzebuja kilku sztuk plotna... Hrabina lekko zarumienila sie. - Tylko kilku?... - powtorzyl Wokulski i spojrzal na brylanty wynioslej damy, reprezentujace wartosc kilkuset sztuk najcienszego plotna. - Po swietach - dodal - bede mial honor na rece pani hrabiny przyslac plotno... Uklonil sie, jakby chcial odchodzic. - Chcesz nas pan pozegnac? - spytala troche zmieszana hrabina. - Alez to impertynent! - rzekla dama w brylantach do swej towarzyszki w strusim piorze. - Zegnam pania hrabine i dziekuje za zaszczyt, jaki mi pani raczyla wyrzadzic!... - mowil Wokulski calujac gospodynie w reke. - Tylko do widzenia, panie Wokulski, wszak prawda?... Duzo bedziemy mieli interesow ze soba. I w drugim salonie nie bylo panny Izabeli. Wokulski uczul niepokoj. "Przeciez musze na nia spojrzec... Kto wie, jak predko spotkamy sie w podobnych warunkach" - A, jestes pan - zawolal ksiaze. - Juz wiem, jaki ulozyliscie spisek z panem Leckim. Spolka do handlu ze Wschodem - wyborna mysl! Musicie i mnie do niej przyjac... Musimy poznac sie blizej... - A widzac, ze Wokulski milczy, dodal: - Prawda, jakim ja nudny, panie Wokulski? Ale to nic nie pomoze; musicie zblizyc sie do nas, pan i panu podobni i - razem idzmy. Wasze firmy sa takze herbami, nasze herby sa takze firmami, ktore gwarantuja rzetelnosc w prowadzeniu interesow... Sciskali sie za rece i Wokulski cos odpowiedzial, ale co?... - nie bylo mu wiadome. Niepokoj jego wzrastal; na prozno szukal panny Izabeli. "- Chyba jest dalej" - szepnal, z trwoga idac do ostatniego salonu. Tu pochwycil go pan Lecki z oznakami niebywalej tkliwosci. - Juz pan wychodzisz? Wiec do widzenia, drogi panie. Po swietach u mnie pierwsza sesja i w imie boze zaczynajmy. "Nie ma jej!" - myslal Wokulski, zegnajac sie z panem Tomaszem. - Ale wiesz pan - szepnal Lecki - zrobiles szalony efekt. Hrabina nie posiada sie z radosci, ksiaze mowi tylko o tobie... A jeszcze ten wypadek z prezesowa... No... cudownie! Nie mozna bylo marzyc o zdobyciu lepszej pozycji... Wokulski stal juz w progu. Jeszcze raz szklanymi oczyma powiodl po sali i - wyszedl z desperacja w sercu. "Moze wypadaloby wrocic i pozegnac ja?... Przeciez zastepowala miejsce gospodyni..." - myslal, powoli schodzac ze schodow. Nagle drgnal slyszac szelest sukni w wielkiej galerii. "Ona..." Podniosl glowe i zobaczyl dame w brylantach. Ktos podal mu palto. Wokulski wyszedl na ulice zatoczywszy sie jak pijany. "Coz mi po swietnej pozycji, jezeli jej tam nie ma?" - Konie pana Wokulskiego! - zawolal z sieni szwajcar, poboznie sciskajac trzyrublowke. Lzami zaszle oczy i nieco zachrypniety glos swiadczyly, ze obywatel ten nawet na trudnym posterunku czci jednak pierwszy dzien Wielkiejnocy. - Konie pana Wokulskiego!... Konie Wokulskiego!... Wokulski, zajezdzaj!... - powtorzyli stojacy furmani. Srodkiem Alei z wolna toczyly sie dwa szeregi dorozek i powozow w strone Belwederu i od Belwederu. Ktos z jadacych spostrzegl na chodniku Wokulskiego i uklonil mu sie. "Kolega!" - szepnal Wokulski i zarumienil sie. Gdy sprowadzono mu powoz, zrazu chcial wsiasc, lecz rozmyslil sie. - Wracaj, bracie, do domu - rzekl do furmana dajac mu na piwo. Powoz odjechal ku miastu. Wokulski zmieszal sie z przechodniami i poszedl w strone Ujazdowskiego placu. Szedl z wolna i przypatrywal sie jadacym. Wielu spomiedzy nich znal osobiscie. Oto rymarz, ktory dostarcza mu wyrobow skorzanych, jedzie na spacer z zona, gruba jak beczka cukru, i wcale ladna corka, z ktora chciano go swatac. Oto syn rzeznika, ktory do sklepu, niegdys Hopfera, dostarczal wedlin. Oto bogaty ciesla z liczna rodzina. Wdowa po dystylatorze, rowniez majaca duzy majatek i rowniez gotowa oddac reke Wokulskiemu. Tu garbarz, tam dwaj subiekci blawatni, dalej krawiec meski, mularz, jubiler, piekarz, a oto - jego wspolzawodnik, kupiec galanteryjny, w zwyklej dorozce. Wieksza ich czesc nie widziala Wokulskiego, niektorzy jednak spostrzegli go i klaniali mu sie; lecz byli i tacy, ktorzy spostrzeglszy go nie klaniali sie, a nawet usmiechali sie zlosliwie. Z calego mnostwa tych kupcow, przemyslowcow i rzemieslnikow, rownych mu stanowiskiem, niekiedy bogatszych od niego i dawniej znanych w Warszawie, on tylko jeden byl dzis na swieconym u hrabiny. Zaden z tamtych, on tylko jeden!.. "Mam nieprawdopodobne szczescie - myslal. - W pol roku zrobilem majatek krociowy, za pare lat moge miec milion... Nawet predzej... Dzis juz mam wstep na salony, a za rok?... Niektorym z tych, co przed chwila ocierali sie o mnie, przed siedemnastu laty moglem uslugiwac w sklepie, a nie uslugiwalem chyba dlatego, ze zaden nie wstapilby tam. Z komorki przy sklepie do buduaru hrabiny, co za skok!... Czy aby ja nie za predko awansuje?" - dodal z tajemna trwoga w sercu. Byl juz na rozleglym placu Ujazdowskim, w ktorego poludniowej czesci znajdowaly sie zabawy ludowe. Pomieszane dzwieki katarynek, odglosy trab i zgielk kilkunastutysiecznego tlumu ogarnial go jak fala nadplywajacej powodzi. Widzial jak na dloni dlugi szereg hustawek, kolyszacych sie w prawo i w lewo niby ogromne wahadla o poteznym rozmachu. Potem drugi szereg - szybko krecacych sie namiotow, z dachami w roznokolorowe pasy. Potem trzeci szereg - bud zielonych, czerwonych i zoltych, gdzie przy wejsciu jasnialy potworne malowidla, a na dachu ukazywali sie jaskrawo odziani pajace albo olbrzymie lalki. A we srodku placu - dwa wysokie slupy, na ktore teraz wlasnie wspinali sie amatorowie frakowych garniturow i kilkurublowych zegarkow. Wsrod tych wszystkich czasowych a brudnych budynkow roil sie rozbawiony tlum. Wokulskiemu przypomnialy sie lata dziecinne. Jakze mu wtedy, wyglodzonemu, smakowala bulka i serdelek! Jak wyobrazal sobie siadlszy na konia w karuzeli, ze jest wielkim wojownikiem! Jak szalonego doznawal upojenia wylatujac do gory na hustawce! Co to byla za rozkosz pomyslec, ze dzis nic nie robi i jutro nic nie bedzie robil - za caly rok. A z czym da sie porownac ta pewnosc, ze dzis polozy sie spac o dziesiatej i jutro, gdyby chcial, wstanie takze o dziesiatej przelezawszy dwanascie godzin z rzedu! "I to ja bylem, ja?... - mowil do siebie zdumiony. - Mnie tak cieszyly rzeczy, ktore w tej chwili tylko wstret budza?... Tyle tysiecy otacza mnie rozradowanych biedakow, a ja, bogacz przy nich, coz mam?... Niepokoj i nudy, nudy i niepokoj... Wlasnie kiedy moglbym posiadac to, co kiedys bylo moim marzeniem, nie mam nic, bo dawne pragnienia wygasly. A tak wierzylem w swoje wyjatkowe szczescie!..." W tej chwili potezny krzyk wydarl sie z tlumu. Wokulski ocknal sie i na szczycie slupa zobaczyl jakas ludzka figure. "Aha, triumfator!" - rzekl do siebie Wokulski, ledwie trzymajac sie na nogach pod naciskiem tlumu, ktory biegl, klaskal, wiwatowal, wskazywal palcami bohatera, pytal o jego nazwisko. Zdawalo sie, ze zdobywce frakowego garnituru na rekach zaniosa do miasta, wtem - zapal ostygl. Ludzie biegli wolniej, nawet zatrzymywali sie, okrzyki cichly, wreszcie zupelnie umilkly. Chwilowy triumfator zsunal sie ze szczytu i w pare minut zapomniano o nim. "Przestroga dla mnie?..." - szepnal Wokulski ocierajac pot z czola. Plac i rozbawione tlumy obmierzly mu do reszty. Zawrocil do miasta. Srodkiem Alei wciaz toczyly sie dorozki i powozy. W jednym Wokulski zobaczyl bladoniebieska suknie. "Panna Izabela?.." Serce poczelo mu bic gwaltownie. "Nie, nie ona." O pareset krokow dalej spostrzegl jakas piekna twarz kobieca i dystyngowane ruchy. "Ona?... Nie. Skadzeby wreszcie ona?" I tak szedl przez cale Aleje, plac Aleksandra, przez Nowy Swiat ciagle upatrujac kogos i ciagle doznajac zawodu. "Wiec to jest moje szczescie?... Kto wie, czy smierc jest takim zlem, jak wyobrazaja sobie ludzie." I pierwszy raz uczul tesknote do twardego, nieprzespanego snu, ktorego nie niepokoilyby zadne pragnienia, nawet zadne nadzieje. W tym samym czasie panna Izabela, wrociwszy od ciotki do domu, prawie z przedpokoju zawolala do panny Florentyny: - Wiesz?... byl na przyjeciu... - Kto? - No ten, Wokulski... - Dlaczegoz byc nie mial, skoro go zaproszono - odparla panna Florentyna. - Alez to zuchwalstwo... Alez to nieslychane... i jeszcze, wyobraz sobie, ciotka jest nim oczarowana, ksiaze nieledwie mu sie narzuca, a wszyscy chorem uwazaja go za jakas znakomitosc... I ty nic na to?... Panna Florentyna usmiechnela sie smutnie. - Znam to. Bohater sezonu. W zimie byl takim pan Kazimierz, a przed kilkunastu laty nawet... ja - dodala cicho. - Alez uwazaj, kim on jest?... Kupiec... kupiec... - Moja Belu - odpowiedziala panna Florentyna - pamietam sezony, kiedy nasz swiat zachwycal sie nawet cyrkowcami. Przejdzie i to. - Boje sie tego czlowieka - szepnela panna Izabela. "...Mamy tedy nowy sklep: piec okien frontu, dwa magazyny, siedmiu subiektow i szwajcara we drzwiach. Mamy jeszcze powoz blyszczacy jak swiezo wyglancowane buty, pare kasztanowatych koni, furmana i lokaja - w liberii. I to wszystko spadlo na nas w poczatkach maja, kiedy Anglia, Austria, a nawet skolatana Turcja uzbrajaly sie na leb na szyje! - Kochany Stasiu - mowilem do Wokulskiego - wszyscy kupcy smieja sie, ze tak duzo wydajemy w niepewnych czasach. - Kochany Ignasiu - odpowiedzial mi Wokulski - a my smiac sie bedziemy ze wszystkich kupcow, kiedy nadejda czasy pewniejsze. Dzis wlasnie jest pora do robienia interesow. - Alez europejska wojna - mowie - wisi na wlosku. W takim razie na pewno czeka nas bankructwo. - Zartuj z wojny - odpowiada Stas. - Caly ten halas uspokoi sie za pare miesiecy, a my tymczasem zdystansujemy wszystkich wspolzawodnikow. No - i wojny nie ma. W naszym sklepie ruch jak na odpuscie, do naszych skladow zwoza i wywoza towary jak do mlyna, a pieniadze plyna do kas nie gorzej od plew. Kto by Stasia nie znal, powiedzialby, ze to genialny kupiec; ale ze ja go znam, wiec coraz czesciej pytam sie: na co to wszystko?... Warum bast du denn das getan?... Prawda, ze i mnie sie w podobny sposob pytano. Czyzbym juz byl tak stary jak nieboszczka Grossmutter i nie rozumial ani ducha czasu, ani intencji ludzi mlodszych ode mnie?... Ehe! tak zle nie jest... Pamietam, ze kiedy Ludwik Napoleon (pozniejszy cesarz Napoleon III) uciekl z wiezienia w roku 1846, zakotlowalo sie w calej Europie. Nikt nie wiedzial, co bedzie. Ale wszyscy ludzie rozsadni przygotowywali sie do czegos, a wuj Raczek (pan Raczek ozenil sie z moja ciotka) ciagle powtarzal: - Mowilem, ze Bonapart wyplynie i piwa im nawarzy! Cala bieda w tym, ze ja cos nie zduzam na nogi. Rok 1846 i 1847 uplynely w wielkim rozgardiaszu. Ukazywaly sie coraz to jakies pisemka, a znikali ludzie. Nieraz i ja myslalem: czy juz nie pora wytknac glowe na szerszy swiat? A kiedy mnie ogarnely watpliwosci i niepokoje, po zamknieciu sklepu szedlem do wuja Raczka i opowiadalem, co mnie trapi, proszac, azeby poradzil mi jak ojciec. - Wiesz co - odpowiadal wuj uderzajac sie piescia w chore kolano - poradze ci jak ojciec. Chcesz, mowie ci... to idz, a nie chcesz, mowie ci... to zostan... Dopiero w lutym roku 1848, kiedy Ludwik Napoleon juz byl w Paryzu, ukazal mi sie jednej nocy nieboszczyk ojciec, tak, jak widzialem go w trumnie. Surdut zapiety pod szyje, kolczyk w uchu, was wyszwarcowany (zrobil mu to pan Domanski, azeby ojciec byle jako nie wystapil na boskim sadzie). Stanal we drzwiach mojej izdebki we front i rzekl tylko te slowa: - Pamietaj, wisusie, czegom cie uczyl!... "Sen mara - Bog wiara", myslalem przez kilka dni. Ale juz sklep mi obrzydl. Nawet do sp. Malgosi Pfeifer stracilem sklonnosc i ciasno zrobilo mi sie na Podwalu tak, zem nie mogl wytrzymac. Poszedlem znowu do wuja Raczka po rade. Pamietam, lezal akurat w lozku nakryty pierzyna mojej ciotki i pil gorace ziolka na poty. Gdy mu zas opowiedzialem caly interes, rzekl: - Wiesz co, poradze ci jak ojciec. Chcesz - idz, nie chcesz - zostan. Ale ja, gdyby nie podle moje nogi, dawno bym juz byl za granica. Bo i twoja ciotka, mowie ci - tu znizyl glos - tak okrutnie miele jezorem, ze wolalbym, mowie ci, sluchac baterii austriackich armat anizeli jej trajkotu. Co mi pomoze smarowaniem, to mi zepsuje gadaniem...A maszze pieniadze? - spytal po chwili. - Znajde z kilkaset zlotych. Wuj Raczek kazal zamknac drzwi mieszkania (ciotki w domu nie bylo) i siegnawszy pod poduszke wydobyl stamtad klucz. - Nasci - rzekl - otworz ten kufer skora obity. Bedzie tam na prawo skrzyneczka, a w niej kieska. Podaj mi ja... Wydobylem kieske gruba i ciezka. Wuj Raczek wzial ja do reki i wzdychajac odliczyl pietnascie polimperialow. - Wez te pieniadze - mowil - na droge i jezeli masz jechac, to jedz... Dalbym ci wiecej, ale moze i na mnie przyjsc pora... Zreszta trzeba zostawic cos babie, zeby sobie w razie wypadku znalazla drugiego meza... Pozegnalismy sie placzac. Wuj az dzwignal sie na lozku i odwrociwszy mnie twarza do swiecy, szepnal: - Niech ci sie jeszcze przypatrze... Bo to, mowie ci, z tego balu nie kazdy wraca... Wreszcie i ja sam juzem czlek niedzisiejszy, a humory, mowie ci, zabijaja prawie tak jak kule... Wrociwszy do sklepu, mimo spoznionej pory, rozmowilem sie z Janem Minclem dziekujac mu za obowiazek i opieke. Poniewaz od roku juz gadalismy o tych rzeczach, a on zawsze zachecal mnie, azebym szedl bic Niemcow, wiec zdawalo mi sie, ze moj zamiar zrobi mu wielka przyjemnosc. Tymczasem Mincel jakos posmutnial. Na drugi dzien wyplacil mi pieniadze, ktore mialem u niego, dal nawet gratyfikacje, obiecal opiekowac sie posciela i kufrem, na wypadek gdybym kiedy wrocil. Ale zwykla wojowniczosc opuscila go i ani razu nie powtorzyl swego ulubionego wykrzyknika: - Ehej!... dalbym ja Szwabom, zebym tak nie mial sklepu... Gdy zas okolo dziesiatej wieczor, ubrany w polkozuszek i grube buty, usciskawszy go wzialem za klamke, azeby opuscic izbe, w ktorej tyle lat przemieszkalismy razem, cos dziwnego stalo sie z Janem. Nagle zerwal sie z krzesla i rozkrzyzowawszy rece krzyknal: - Swinia!... gdzie ty idziesz?... A potem rzucil sie na moje lozko szlochajac jak dzieciak. Ucieklem. W sieni slabo oswietlonej olejnym kagankiem ktos zastapil mi droge. Azem drgnal. Byl to August Katz, odziany jak wypadalo na marcowa podroz. - Co ty tu robisz. Auguscie? - spytalem. - Czekam na ciebie. Myslalem, ze chce mnie odprowadzic; wiec poszlismy na plac Grzybowski w milczeniu, bo Katz nigdy nic nie mowil. Fura zydowska, ktora mialem jechac, byla juz gotowa. Ucalowalem Katza, on mnie takze. Wsiadlem... on za mna... - Jedziemy razem - rzekl. A potem, kiedy bylismy juz za Milosna, dodal: - Twardo i trzesie, spac nie mozna. Wspolna podroz trwala niespodziewanie dlugo, bo az do pazdziernika 1849 roku, pamietasz, Katz, niezapomniany przyjacielu? Pamietasz te dlugie marsze na spiekocie, kiedy nieraz pilismy wode z kaluzy; albo ten pochod przez bagno, w ktorym zamoczylismy ladunki ; albo te noclegi w lasach i na polach, kiedy jeden drugiemu spychal glowe z tornistra i ukradkiem sciagal plaszcz sluzacy za wspolna koldre?... A pamietasz tarte kartofle ze slonina, ktore ugotowalismy we czterech w sekrecie przed calym oddzialem? Tylem razy jadal od tej pory kartofle, ale zadne nie smakowaly mi tak jak wowczas. Jeszcze dzis czuje ich zapach, cieplo pary buchajacej z garnka i widze ciebie, Katz, jak dla nietracenia czasu mowiles pacierz, jadles kartofle i zapalales fajke u ogniska. Ej! Katz, jezeli w niebie nie ma wegierskiej piechoty i tartych kartofli, niepotrzebnies sie tam pospieszyl. A pamietasz jeneralna bitwe, do ktorej zawsze wzdychalismy odpoczywajac po partyzanckiej strzelaninie? Ja bo nawet w grobie jej nie zapomne, a jezeli kiedys zapyta mnie Pan Bog, po com zyl na swiecie?... po to - odpowiem - azeby trafic na jeden taki dzien. Ty tylko rozumiesz mnie, Katz, bosmy to obaj widzieli. A niby na razie wydawalo sie - nic. Na poltorej doby przedtem skupila sie nasza brygada pod jakas wsia wegierska, ktorej nazwy nie pamietam. Fetowali nas az milo. W winie, co prawda nie osobliwszym, mozna sie bylo myc, a wieprzowina i papryka juz nam tak zbrzydly, ze czlowiek nie wzialby do ust tego paskudztwa, gdyby, rozumie sie, mial co innego. A jaka muzyka, a jakie dziewuchy!... Cyganie doskonale graja, a kazda Wegierka istny proch. Krecilo sie ich, bestyjek, wszystkiego ze dwadziescia, a jednak zrobilo sie tak goraco ze nasi zakluli i zarabali trzech chlopow, a chlopi zabili nam dragami huzara. I Bog wie czym skonczylaby sie tak pieknie rozpoczeta zabawa, gdyby w chwili najwiekszego tumultu nie zajechal do sztabu szlachcic czworka koni okrytych piana. W kilka minut pozniej rozeszla sie po wojsku wiesc, ze w poblizu znajduja sie wielkie masy Austriakow. Zatrabiono do porzadku, tumult ucichl, Wegierki znikly, a w szeregach zaczeto szeptac o jeneralnej bitwie. - Nareszcie!... - powiedziales do mnie. Tej samej nocy posunelismy sie o mile naprzod, w ciagu nastepnego dnia znowu o mile. Co kilka godzin, a pozniej nawet co godzine przylatywaly sztafety. Bylo to dowodem, ze w poblizu znajduje sie nasz sztab korpusny i ze zanosi sie na cos grubego. Tej nocy spalismy na golym polu nie stawiajac nawet w kozly broni. Zas skoro swit ruszylismy naprzod: szwadron kawalerii z dwoma lekkimi armatami, potem nasz batalion, a potem cala brygada z artyleria i furgonami, majac silne patrole po bokach. Sztafety przylatywaly juz co pol godziny. Gdy weszlo slonce, zobaczylismy przy goscincu pierwsze slady nieprzyjaciela ; resztki slomy, wytlone ogniska, budynki rozebrane na opal. Nastepnie coraz czesciej zaczelismy spotykac uciekajacych: szlachte z rodzinami, duchownych rozmaitych wyznan, w koncu - chlopow i Cyganow. Na wszystkich twarzach malowala sie trwoga; prawie kazdy cos wykrzykiwal po wegiersku, wskazujac rekoma za siebie. Byla blisko siodma, kiedy w stronie poludniowo-zachodniej huknal strzal armatni. Po szeregach przelecial szmer: - Oho! zaczyna sie... - Nie, to sygnal... Padly znowu dwa strzaly i znowu dwa. Jadacy przed nami szwadron zatrzymal sie ; dwie armaty i dwa jaszczyki galopem popedzily naprzod, kilku jezdnych pocwalowalo na najblizsze wzgorza. Stanelismy i przez chwile zalegla taka cisza, ze slychac bylo tetent siwej klaczy dopedzajacego nas adiutanta. Przeleciala mimo, do huzarow, dyszac i prawie dotykajac brzuchem ziemi. Tym razem odezwalo sie blizej i dalej kilkanascie armat; kazdy strzal mozna bylo odroznic. - Macaja dystans! - odezwal sie stary nasz major. - Jest z pietnascie armat - mruknal Katz, ktory w podobnych chwilach stawal sie rozmowniejszy. - A ze my ciagniemy dwanascie, toz bedzie bal!... Major odwrocil sie do nas na koniu i usmiechnal sie pod szpakowatym wasem. zrozumialem, co to znaczy, uslyszawszy cala game strzalow, jakby kto zagral na organach. - Jest wiecej niz dwadziescia - rzeklem do Katza. - Osly!... - zasmial sie kapitan i podcial swego konia. Stalismy na wzniesionym miejscu, skad widac bylo idaca za nami brygade. Zaznaczal ja rudy oblok kurzu, ciagnacy sie wzdluz goscinca ze dwie albo i trzy wiorsty. - Straszna masa wojsk! - szepnalem. - Gdzie sie to pomiesci!... Odezwaly sie trabki i nasz batalion rozlamal sie na cztery kompanie uszykowane kolumnami obok siebie. Pierwsze plutony wysunely sie naprzod, my zostalismy w tyle. Odwrocilem glowe i zobaczylem, ze od glownego korpusu oddzielily sie jeszcze dwa bataliony; zeszly z goscinca i biegly pedem przez pola, jeden na prawo od nas, drugi na lewo. W maly kwadrans zrownaly sie z nami, przez drugi kwadrans wypoczely i - ruszylismy trzema batalionami naprzod, noga za noga. Tymczasem kanonada wzmogla sie tak, ze bylo slychac po dwa i po trzy strzaly wybuchajace jednoczesnie. Co gorsze, spoza nich rozlegal sie jakis stlumiony odglos, podobny do ciaglego grzmotu. - Ile armat, kamracie? - spytalem po niemiecku idacego za mna podoficera. - Chyba ze sto - odparl krecac glowa. - Ale - dodal - porzadnie prowadza interes, bo odezwaly sie wszystkie razem. Zepchnieto nas z goscinca, ktorym w kilka minut pozniej przejechaly wolnym klusem dwa szwadrony huzarow i cztery armaty z nalezacymi do nich jaszczykami. Idacy ze mna w szeregu poczeli zegnac sie: " W imie Ojca i Syna..." - Ten i ow popil z manierki. Na lewo od nas huk wzmagal sie: pojedynczych strzalow juz nie mozna bylo odroznic. Nagle krzyknieto w przednich szeregach: - Piechota!... piechota!... Machinalnie schwycilem karabin na tuj myslac, ze pokazali sie Austriacy. Ale przed nami oprocz wzgorza i rzadkich krzakow nie bylo nic. Natomiast na tle grzmotu armat, ktory prawie przestal nas interesowac, uslyszalem jakis trzask podobny do rzesistego deszczu, tylko o wiele potezniejszy. - Bitwa!... - zawolal ktos na froncie przeciaglym glosem. Uczulem, ze mi na chwile serce bic przestalo, nie ze strachu, ale jakby w odpowiedzi na ten wyraz, ktory od dziecinstwa robil na mnie dziwne wrazenie. W szeregach pomimo marszu zrobil sie ruch. Czestowano sie winem, ogladano bron, mowiono, ze najdalej za pol godziny wejdziemy w ogien, a nade wszystko - w grubianski sposob zartowano z Austriakow, ktorym nie wiodlo sie w tych czasach. Ktos zaczal gwizdac, inny nucil polglosem ; stopniala nawet sztywna powaga oficerow zamieniajac sie w kolezenska zazylosc. Trzeba bylo dopiero komendy: " Bacznosc i cisza!...", azeby nas uspokoic. Umilklismy i wyrownaly sie nieco pogiete szeregi. Niebo bylo czyste, ledwie tu i owdzie bielil sie nieruchomy oblok; na krzakach, ktore mijalismy, nie poruszal sie zaden listek; nad polem, zarosnietym mloda trawa, nie odzywal sie wystraszony skowronek. Slychac bylo tylko ciezkie stapanie batalionu, szybki oddech ludzi, czasem szczek uderzonych o siebie karabinow albo donosny glos majora, ktory jadac przodem, odzywal sie do oficerow. A tam, na lewo, wsciekaly sie stada armat i lal deszcz karabinowych strzalow. Kto takiej burzy przy jasnym niebie nie slyszal, bracie Katz, ten nie zna sie na muzyce!... Pamietasz, jak nam wowczas dziwnie bylo na sercu?... Nie strach, ale tak cos jakby zal i ciekawosc... Skrzydlowe bataliony oddalaly sie od nas coraz bardziej; wreszcie prawy zniknal za wzgorzami, a lewy o pareset sazni od nas dal nurka w szeroki parow i tylko kiedy niekiedy blysnela fala jego bagnetow. Podzieli sie gdzies huzarzy i armaty, i ciagnaca z tylu rezerwa, i zostal sam nasz batalion, schodzacy z jednego wzgorza, azeby wejsc na drugie, jeszcze wyzsze. Tylko od czasu do czasu z frontu, od tylu albo z bokow przelecial jakis jezdziec z kartka albo z ustnym poleceniem od majora. Prawdziwy cud, ze od tylu polecen nie zamacilo mu sie we lbie! Nareszcie, juz byla blisko dziewiata, weszlismy na ostatnia wynioslosc porosla gestymi krzakami. Nowa komenda; plutony idace jeden za drugim poczely stawac obok siebie. Gdy zas dosieglismy szczytu wzgorza, kazano nam pochylic sie i znizyc bron, a w koncu przykleknac. Wtedy (pamietasz, Katz?) Kratochwil, ktory kleczal przed nami, wetknal glowe miedzy dwie mlode sosenki i szepnal: - Patrzajcie no!... Od stop wzgorza, na poludnie, az gdzies do krawedzi horyzontu ciagnela sie rownina, a na niej - jakby rzeka bialego dymu, szeroka na kilkaset krokow, dluga - czy ja wiem - moze na mile drogi. - Tyralierzy!... - rzekl stary podoficer. Po obu stronach tej dziwnej wody widac bylo kilka czarnych i kilkanascie bialych chmur, kotlujacych sie przy ziemi. - To baterie, a tam plona wsie... - objasnial podoficer. Wpatrzywszy sie zas lepiej, mozna bylo dojrzec gdzieniegdzie, rowniez po obu stronach dlugiej smugi dymu, prostokatne plamy: ciemne po lewej, biale po prawej. Wygladaly one jak wielkie jeze z polyskujacymi kolcami. - To nasze pulki, a to austriackie... - mowil podoficer. - No, no!... - dodal - i sam sztab lepiej nie widzi... Z tej dlugiej rzeki dymu dolatywalo nas nieustanne trzeszczenie karabinowych strzalow, a w tamtych bialych chmurach szalala burza armat. - Phy! - odezwales sie wtedy, Katz - i to ma byc bitwa?... Mialem sie tez czego bac... - Zaczekaj no - mruknal podoficer. - Przygotuj bron!... - rozleglo sie po szeregach. Kleczac zaczelismy wydobywac i odgryzac patrony. Rozleglo sie szczekanie stalowych stempli i trzask odciaganych kurkow... Podsypalismy proch na panewki i znowu cisza. Naprzeciw nas, moze o wiorste, byly dwa pagorki, a miedzy nimi gosciniec. Spostrzeglem, ze na jego zoltym tle ukazuja sie jakies biale znaki, ktore wkrotce utworzyly biala linie, a potem biala plame. Jednoczesnie z parowu lezacego o kilkaset krokow na lewo od nas wyszli granatowi zolnierze, ktorzy niebawem sformowali sie w granatowa kolumne. W tej chwili na prawo od nas huknal strzal armatni i nad bialym oddzialem austriackim ukazal sie siwy obloczek dymu. Pare minut pauzy i znowu strzal, i znowu nad Austriakami obloczek. Pol minuty - znowu strzal i znowu obloczek... - Her Gott! -- zawolal stary podoficer - jak nasi strzelaja... Bem komenderuje czy diabel... Od tej pory szedl z naszej strony strzal za strzalem, az ziemia drgala, ale biala plama tam, na goscincu, rosla wciaz. Jednoczesnie na przeciwleglym wzgorzu blysnal dym i w strone naszej baterii polecial warczacy granat. Drugi dym... trzeci dym... czwarty... - Madre bestie! - mruknal podoficer. - Batalion!... naprzod marsz!... - wrzasnal ogromnym glosem nasz major. - Kompania!... naprzod marsz!... Pluton!.. naprzod marsz!... - powtorzyli roznymi glosami oficerowie. Znowu uszykowano nas inaczej. Cztery srodkowe plutony zostaly na tyle, cztery poszly naprzod, na prawo i na lewo. Podciagnelismy tornistry i wzielismy bron, jak sie komu podobalo. - Z gorki na pazurki!... - zawolales wtedy, Katz. A w tej chwili granat przelecial wysoko nad nami i pekl gdzies w tyle z wielkim loskotem. Wtedy blysnela mi szczegolna mysl. Czy bitwy nie sa halasliwymi komediami, ktore wojska urzadzaja dla narodow, nie robiac sobie zreszta krzywdy?... To bowiem, na co patrzylem, wygladalo wspaniale, ale nie tak znowu strasznie. Zeszlismy na rownine. Od naszej baterii przylecial huzar donoszac, ze jedna z armat zdemontowana. Wspolczesnie na lewo od nas padl granat ; zaryl sie w ziemie, ale nie wybuchnal. - Zaczynaja nas lizac - rzekl stary podoficer. Drugi granat pekl nad naszymi glowami i jedna z jego skorup padla Kratochwilowi pod nogi. Pobladl, ale smial sie. - Oho!... ho!... - zawolano w szeregu. W plutonach, ktore szly przed nami o jakies sto krokow na lewo, zrobilo sie zamieszanie; gdy zas kolumna posunela sie dalej, zobaczylismy dwu ludzi: jeden lezal twarza do ziemi, wyciagniety jak struna, drugi siedzial trzymajac sie rekoma za brzuch. Poczulem zapach prochowego dymu; Katz przemowil cos do mnie, alem go nie slyszal ; natomiast zaszumialo mi w prawym uchu, jakby tam wpadla kropla wody. Podoficer poszedl w prawo, my za nim. Kolumna nasza rozwinela sie we dwie dlugie linie. Na pareset krokow przed nami zaklebil sie dym. Cos trabiono, alem nie zrozumial sygnalu ; natomiast, slyszalem ostre poswisty nad glowa i kolo lewego ucha. O kilka krokow przede mna cos uderzylo w ziemie zasypujac mi piaskiem twarz i piersi. Moj sasiad strzelil; dwaj stojacy za mna prawie na moich ramionach oparli karabiny i wypalili jeden po drugim. Ogluszony do reszty, wypalilem i ja... Nabilem i znowu strzeIilem. Przed front spadl czyjs kask i karabin, ale otoczyly nas takie kleby dymu, zem nic dalszego nie mogl dojrzec. Widzialem tylko, ze Katz, ktory ciagle strzelal, wyglada jak oblakany i ma piane w katach ust. Szum w uszach spotegowal mi sie tak, zem w koncu nic nie slyszal, ani huku karabinow, ani armat. Nareszcie dym stal sie tak gesty i nieznosny, ze za wszelka cene chcialem wydobyc sie z niego. Cofnalem sie z poczatku wolno, pozniej biegiem, widzac ze zdziwieniem, ze i inni robia to samo. Zamiast dwu wyciagnietych szeregow zobaczylem kupe uciekajacych ludzi. -" Czego oni, u diabla, uciekaja?..." - myslalem przyspieszajac kroku. Nie byl to juz bieg, ale konski galop. Zatrzymalismy sie w polowie wzgorza i tu dopiero spostrzeglismy, ze miejsce nasze na placu zajal jakis nowy batalion, a na szczycie wzgorza wala z armat. - Rezerwy w ogniu!... Naprzod, lajdaki!... Swinie wam pasc, psubraty!... - wolali czarni od dymu, rozbestwieni oficerowie, ustawiajac nas na powrot w szeregi i plazujac kazdego, kto nawinal sie im pod reke Majora miedzy nimi nie bylo. Powoli zmieszani w odwrocie zolnierze znalezli sie w swoich plutonach, sciagneli maruderowie i batalion wrocil do porzadku. Ubylo jednak ze czterdziestu ludzi. - Gdziez oni sie rozbiegli? - spytalem podoficera. - Aha, rozbiegli sie - odparl zachmurzony. Nie smialem pomyslec, ze zgineli. Ze szczytu wzgorza zjechalo dwu furgonistow; kazdy prowadzil konia objuczonego pakami. Naprzeciw nich wybiegli nasi podoficerowie i wkrotce wrocili z pakietami nabojow. Wzialem osiem, bo tyle mi brakowalo w ladownicy, i zdziwilem sie: jakim sposobem moglem je zgubic? - Wiesz ty - rzekl do mnie Katz - ze juz po jedynastej?... - A wiesz ty, ze ja nic nie slysze? - odparlem. - Glupis. Przeciez slyszysz, co mowie... - Tak, ale armat nie slysze... Owszem, slysze - dodalem skupiwszy uwage. Grzmot armat i loskot karabinow zlaly sie w jedno ogromne warczenie, juz nie ogluszajace, ale wprost oglupiajace. Ogarnela mnie apatia. Przed nami, moze na pol wiorsty, balwanila sie szeroka kolumna dymu, ktora budzacy sie wiatr niekiedy rozdzieral. Wowczas na chwile mozna bylo widziec dlugi szereg nog albo kaskow, z polyskujacymi obok nich bagnetami. Nad tamta kolumna i nad nasza kolumna szumialy granaty, wymieniane pomiedzy bateria wegierska, ktora strzelala spoza nas, i austriacka, odzywajaca sie ze wzgorz przeciwleglych. Rzeka dymu, ciagnaca sie przez rownine ku poludniowi, klebila sie jeszcze mocniej i byla bardzo pogieta. Gdzie Austriacy brali gore, zgiecie szlo na lewo, gdzie Wegrzy - na prawo. W ogole pasmo dymu wyginalo sie bardziej na prawo, jakby nasi juz odepchneli Austriakow. Po calej rowninie slala sie delikatna mgla niebieskawej barwy. Dziwna rzecz: huk, choc silniejszy teraz, anizeli byl z poczatku, juz nie robil na mnie wrazenia; azeby go slyszec, musialem sie dopiero wsluchiwac. Tymczasem bardzo wyraznie dochodzil mnie szczek nabijanych karabinow albo trzask kurkow. Przylecial adiutant, zatrabiono, oficerowie zaczeli przemawiac. - Chlopcy! - wrzeszczal na cale gardlo nasz porucznik, ktory niedawno uciekl z seminarium. - Zrejterowalismy, bo Szwabow bylo wiecej, ale teraz zaskoczymy z boku ot te kolumne, widzicie?... Zaraz podeprze nas trzeci batalion i rezerwa... Niech zyja Wegry!... - I ja chcialbym pozyc... - mruknal Kratochwil. - Pol obrotu w prawo, marsz!... Szlismy tak kilka minut; potem pol obrotu w lewo i zaczelismy spuszczac sie na rownine, usilujac dostac sie na prawy bok kolumny walczacej przed nami. Okolica wciaz falista ; z przodu widac przez mgle pole zarosniete badylami, za nim lasek. Nagle miedzy owymi badylami spostrzeglem kilka, a potem kilkanascie dymkow, jakby w rozmaitych punktach zapalono fajki; jednoczesnie zaczely nad nami swistac kule. Pomyslalem, ze tak wychwalane przez poetow swistanie kul nie jest bynajmniej poetyczne, ale raczej ordynaryjne. Czuc tam wscieklosc martwego przedmiotu. Od naszej kolumny oderwal sie sznur tyralierow i pobiegl ku badylom. My maszerowalismy wciaz, jakby kule przelatujace z ukosa nie do nas adresowano. W tej chwili stary podoficer, ktory szedl na prawym skrzydle gwizdzac Rakoczego, wypuscil karabin, rozstawil rece i zatoczyl sie jak pijany. Przez mgnienie oka widzialem jego twarz: mial z lewej strony rozdarty daszek kaska i czerwona plamke na czole. Szlismy wciaz ; na prawym skrzydle znalazl sie inny podoficer, mlody blondynek. Juz zrownywalismy sie z walczaca kolumna i widzielismy pusta przestrzen miedzy dymem naszej i austriackiej piechoty, kiedy spoza niej wynurzyl sie dlugi szereg bialych mundurow. Szereg podnosil sie i znizal co sekunde, a jego nogi migaly raz po razu, jak na paradzie. Stanal. Nad nim blysnela tasma stali, pochylila sie i - zobaczylem ze sto wycelowanych do nas karabinow, lsniacych jak igly w papierku. Potem zadymilo sie, zgrzytnelo jak lancuch po zelaznej sztabie, a nad nami i okolo nas przelecial wicher pociskow. - Stoj!... Pal!... Wystrzelilem co rychlej, pragnac zaslonic sie chociaz dymem. Pomimo huku uslyszalem za soba niby uderzenie kijem w czlowieka; ktos z tylu padl zawadzajac o moj tornister. Opanowal mnie gniew i desperacja ; czulem, ze zgine, jezeli nie zabije niewidzialnego wroga. Nabijalem bron i strzelalem bez pamieci, troche znizajac karabin i myslac z dzika satysfakcja, ze moje kule nie pojda gora. Nie patrzylem na bok ani pod nogi ; balem sie zobaczyc lezacego czlowieka. Wtem stalo sie cos nieoczekiwanego. W poblizu nas zatrzeszczaly bebny i rozlegly sie przerazliwe piszczalki fajfrow. Toz samo za nami. Ktos krzyknal: " Naprzod!" i - nie wiem, z ilu piersi wybuchnal krzyk podobny do jeku albo do wycia. Kolumna poruszyla sie z wolna, predzej, biegiem... Strzaly prawie ucichly i odzywaly sie tylko pojedynczo... Z impetem uderzylem o cos piersiami, pchano sie na mnie ze wszystkich stron, pchalem sie i ja... - Kluj Szwaba!... - krzyczal nieludzkim glosem Katz rwac sie naprzod. A ze nie mogl wydobyc sie z cizby, wiec podniosl karabin i walil kolba w tornistry stojacych przed nami kolegow. Nareszcie zrobilo sie tak ciasno, ze zaczela mi sie giac klatka piersiowa i uczulem brak tchu. Uniesiono mnie do gory, opuszczono, a wtedy poznalem, ze nie stoje na ziemi, ale na czlowieku, ktory jeszcze pochwycil mnie za noge. W tej chwili wrzeszczacy tlum posunal sie naprzod, a ja upadlem. Lewa reka poslizgnela mi sie we krwi. Obok mnie lezal przewrocony na bok oficer austriacki, czlowiek mlody, o bardzo szlachetnych rysach. Spojrzal na mnie ciemnymi oczyma z nieopisanym smutkiem i wyszeptal chrapliwym glosem: - Nie trzeba deptac... Niemcy sa tez ludzmi... Wsunal reke pod bok i jeczal zalosnie. Pobieglem za kolumna. Nasi byli juz na wzgorzach, gdzie staly austriackie baterie. Wdrapawszy sie za innymi, zobaczylem jedna armate przewrocona, druga zaprzezona i otoczona przez naszych. Trafilem na szczegolna scene. Jedni z naszych chwycili za kola armaty, drudzy sciagali woznice z siodla; Katz przebil bagnetem konia z pierwszej pary, a kanonier austriacki chcial zwalic go w leb wyciorem. Schwycilem kanoniera za kolnierz i naglym ruchem w tyl przewrocilem go na ziemie. Katz i jego chcial przebic. - Co robisz, wariacie?!... - zawolalem odbijajac mu karabin. Wtedy rozwscieczony rzucil sie na mnie, ale stojacy obok oficer palaszem odtracil mu bagnet. - Czego sie tu mieszasz?... - krzyknal Katz na oficera i - oprzytomnial. Dwie armaty byly wziete, za reszta pognali husarzy. Daleko przed nami stali nasi pojedynczo i w gromadach, strzelajac do cofajacych sie Austriakow. Kiedy niekiedy jakas zblakana kula nieprzyjacielska swisnela nad nami albo zaryla sie w ziemie wydmuchujac obloczek kurzu. Trebacze zwolywali do szeregow. Okolo czwartej po poludniu pulk nasz sciagnieto; bylo po bitwie. Tylko na zachodniej krawedzi horyzontu jeszcze odzywaly sie pojedyncze strzaly lekkiej artylerii, jak odglosy burzy, ktora juz przeszla. W godzine pozniej na rozleglym placu boju w roznych punktach zagraly pulkowe orkiestry. Przylecial do nas adiutant z powinszowaniem. Trebacze i dobosze uderzyli sygnal: do modlitwy. Zdjelismy kaski, chorazowie podniesli sztandary i cala armia, z bronia do nogi, dziekowala wegierskiemu Bogu za zwyciestwo. Stopniowo dym opadl. Gdzie oko sieglo, widzielismy w rozmaitych miejscach jakby skrawki bialego i granatowego papieru, bez ladu porozrzucane na zdeptanej trawie. W polu krecilo sie kilkanascie furmanek, a jacys ludzie skladali na nich niektore z owych skrawkow. Reszta zostala. - Mieli sie tez po co rodzic!... - westchnal oparty na karabinie Katz, ktorego znowu opanowala melancholia. Bylo to bodaj czy nie ostatnie nasze zwyciestwo. Od tej chwili sztandary z trzema rzekami czesciej chodzily przed nieprzyjacielem anizeli za nieprzyjacielem, dopoki wreszcie pod Vilagos nie opadly z drzewcow jak liscie na jesieni. Dowiedziawszy sie o tym Katz rzucil szpade na ziemie (bylismy juz obaj oficerami) i powiedzial, ze teraz tylko sobie w leb strzelic. Ja jednak pamietajac, ze we Francji juz siedzi Napoleon, dodalem mu otuchy i - przekradlismy sie do Komorna. Przez miesiac wygladalismy odsieczy: z Wegier, z Francji, nawet z nieba. Nareszcie twierdza kapitulowala. Pamietam, ze tego dnia Katz krecil sie okolo prochowni, a mial taki wyraz na twarzy jak wowczas, kiedy to chcial przebic lezacego kanoniera. Gwaltem wzielismy go w kilku pod rece i wyprowadzilismy z fortecy, za naszymi. - Coz to - szepnal mu jeden z kolegow - zamiast isc z nami na tulactwo, chcialbys zmykac do nieba?... Ej! Katz, wegierska piechota nie tchorzy i nie lamie slowa danego, nawet... Szwabom... W pieciu oddzielilismy sie od reszty wojsk, polamalismy szpady, przebralismy sie za chlopow i ukrywszy pod odzieza pistolety wedrowalismy w strone Turcji. Tropila nas tez, bo tropila sfora Haynaua!... Podroz nasza po bezdrozach i lasach trwala ze trzy tygodnie. Pod nogami bloto, nad glowami deszcz jesienny, za plecami patrole, a przed nami wieczne wygnanie - oto byli nasi towarzysze. Mimo to mielismy dobry humor. Szapary ciagle gadal, ze Kossuth jeszcze cos wymysli, Stein byl pewny, ze odezwie sie za nami Turcja, Liptak wzdychal do noclegu i goracej strawy, a ja mowilem, ze kto jak kto, ale Napoleon nas nie opusci. Deszcz rozmiekczyl nam odzienie jak maslo, brnelismy w blocie wyzej kostek, poodlazily nam podeszwy, a w butach gralo jak na trabce; mieszkancy bali sie sprzedac nam dzbanka mleka, a chlopi w jednej wsi gonili nas z widlami i kosami. Mimo to humor byl, a Liptak pedzac obok mnie tak, az bloto bryzgalo, rzekl zadyszany: - Eljen Magyar!... Oto bedziemy spali... Zeby tak jeszcze z kielich sliwowicy do poduszki!... W tym wesolym towarzystwie obdartusow, przed ktorymi nawet wrony uciekaly, tylko Katz byl pochmurny. On najczesciej odpoczywal i jakos predzej mizernial; mial spieczone usta, a w oczach blade iskry. - Boje sie, zeby nie dostal zgnilej goraczki - rzekl raz do mnie Szapary. Niedaleko rzeki Sawy, nie wiem ktorego dnia naszej wedrowki, znaIezlismy w pustej okolicy kilka chat, gdzie nas bardzo goscinnie przyjeto. Mrok juz zapadl, wsciekle bylismy znuzeni, ale dobry ogien i butelka sliwowicy napedzily nam wesolych mysli. - Przysiegam - wolal Szapary - ze najdalej w marcu Kossuth powola nas do szeregow. Glupstwo zrobilismy lamiac szpady... - Moze jeszcze w grudniu Turek wojska posunie - dodal Stein. - Azeby sie choc wygoic do tego czasu... - Moi kochani!... - jeczal Liptak zawijajac sie w grochowiny - kladzcie sie, do diabla, spac, bo inaczej ani Kossuth, ani Turek nas nie rozbudzi. - Pewno, ze nie rozbudzi! - mruknal Katz. Siedzial na lawie naprzeciw komina i smutno patrzyl w ogien. - Ty, Katz, niedlugo w sprawiedliwosc boska przestaniesz wierzyc - odezwal sie Szapary marszczac brwi. - Nie ma sprawiedliwosci dla tych, ktorzy nie umieli zginac z bronia w reku! - krzyknal Katz. - Glupi wy i ja z wami... Turek albo Francuz nadstawi za was karku?... Czemu, zescie wy sami nie umieli go nadstawic?... - Ma goraczke - szepnal Stein. - Bedzie z nim klopot w drodze... - Wegry!... juz nie ma Wegier! - mruczal Katz. - Rownosc... nigdy nie bylo rownosci!... Sprawiedliwosc... nigdy jej nie bedzie... Swinia wykapie sie nawet w bagnie; ale czlowiek z sercem!... Darmo, panie Mincel, juz ja u ciebie nie bede krajac mydla... Zmiarkowalem, ze Katz jest bardzo chory. Zblizylem sie do niego i ciagnac go na grochowiny, rzeklem: - Chodz, Auguscie, chodz... - Gdziez pojde?... - odparl, na chwile wytrzezwiony. A potem dodal: - Z Wegier wypedzili, do Szwabow sie nie zaciagne... Mimo to legl na barlogu. Ogien na kominie wygasal. Dopilismy wodke i polozylismy sie rzedem z pistoletami w garsci. W szczelinach chaty wiatr jeczal, jakby cale Wegry plakaly, a nas zmorzyl sen. Snilo mi sie, ze jestem malym chlopcem i ze jest Boze Narodzenie. Na stole plonie choinka, przybrana tak ubogo, jak my bylismy ubodzy, a dokola moj ojciec, ciotka, pan Raczek i pan Domanski spiewaja falszywymi glosami kolede: Bog sie rodzi - moc truchleje. Obudzilem sie, lkajac z zalu za moim dziecinstwem. Ktos szarpal mie za ramie. Byl to chlop, wlasciciel chaty. Podniosl mnie z grochowin i wskazujac w strone Katza, mowil przerazony: - Patrzcie no, panie wojak... Z nim sie cos zlego stalo... Porwal z komina luczywo i zaswiecil. Spojrzalem. Katz lezal na barlogu skurczony, z wystrzelonym pistoletem w reku. Ogniste platki przelecialy mi przed oczyma i zdaje mi sie, zem zemdlal. Ocknalem sie na furze, ktora wlasnie dojezdzalismy do Sawy. Juz dnialo, zapowiadal sie dzien pogodny ; od rzeki ciagnela surowa wilgoc. Przetarlem oczy, porachowalem... Bylo na wozie nas czterech i piaty furman. Przeciez powinno byc pieciu. Nie, powinno byc szesciu!... Szukalem Katza, nie moglem sie dopatrzec Nie pytalem o niego ; placz scisnal mnie za gardlo i myslalem, ze mnie udusi. Liptak drzemal, Stein ocieral oczy, a Szapary patrzyl na bok i tylko pogwizdywal Rakoczego, chociaz ciagle sie mylil. Ej! bracie Katz, cozes ty zrobil najlepszego?... Czasem zdaje mi sie, zes znalazl tam w niebie i wegierska piechote, i swoj wystrzelany pluton... Niekiedy slysze loskot bebnow, ostry rytm marszu i komende: " Na ramie bron!..." A wtedy mysle, ze to ty, Katz, idziesz na zmiane warty przed bozym tronem... Bo kiepskim bylby Pan Bog wegierski, gdyby sie nie poznal na tobie! ...Alem sie tez rozgadal, Boze odpusc!... Myslalem o Wokulskim, a pisze o sobie i o Katzu. Wracam wiec do przedmiotu. W pare dni po smierci Katza weszlismy do Turcji, a przez dwa lata nastepne ja, juz sam, tulalem sie po calej Europie. Bylem we Wloszech, Francji, Niemczech, nawet w Anglii, a wszedzie nekala mnie bieda i zarla tesknota za krajem. Nieraz zdawalo mi sie, ze strace rozum sluchajac potokow obcej mowy i widzac nie nasze twarze, nie nasze ubiory, nie nasza ziemie. Nieraz oddalbym zycie, azeby choc spojrzec na las sosnowy i chalupy poszyte sloma. Nieraz jak dziecko wolalem przez sen: " ja chce do kraju!..." A gdym sie obudzil zalany lzami, ubieralem sie i pedem bieglem na ulice, bo mi sie przywidzialo, ze ta ulica koniecznie musi byc Starym Miastem albo Podwalem. Moze bym sie zabil z desperacji, gdyby nie ciagle wiadomosci o Ludwiku Napoleonie, ktory juz zostal prezydentem, a myslal o cesarstwie. Bylo mi lzej dzwigac nedze i tlumic wybuchy zalu, kiedym sluchal o triumfach czlowieka, ktory mial wykonac testament Napoleona I i zrobic porzadek w swiecie. Nie udalo mu sie wprawdzie, alec - zostawil syna. Nie od razu Krakow zbudowano!... Nareszcie nie moglem wytrzymac i - w grudniu 1851 roku przejechawszy wzdluz Galicje stanalem na komorze w Tomaszowie. Jedna mnie tylko mysl trapila: "A nuz mnie i stad wypedza?..." Nigdy zas nie zapomne radosci, jakiej doznalem uslyszawszy, ze mam jechac do Zamoscia. Wlasciwie, tom nawet nie bardzo jechal ; raczej szedlem, ale z jakaz uciecha! W Zamosciu bawilem rok z czyms. A zem dobrze drwa rabal, wiec bylem co dzien na swiezym powietrzu. Napisalem stamtad list do Mincla i podobno otrzymalem od niego odpowiedz, nawet pieniadze; ale wyjawszy pokwitowania z odbioru, blizszych szczegolow tego wypadku nie pamietam. Zdaje sie jednak, ze Jas Mincel zrobil inna rzecz, choc nie wspomnial o niej do smierci i nawet nie lubil o tym rozmawiac. Oto chodzil on do roznych jeneralow, ktorzy odbyli wegierska kampanie, i tlumaczyl im, ze przeciez powinni ratowac kolege w nieszczesciu. No i uratowali mnie, tak ze juz w lutym 1853 roku moglem jechac do Warszawy. Zwrocono mi nawet patent oficerski, jedyna pamiatke, jaka wynioslem z Wegier nie liczac dwu ran: w piersi i w noge. Bylo nawet lepiej, bo oficerowie wyprawili mi obiad, na ktorym gesto pilismy zdrowie wegierskiej piechoty. Od tej tez pory mowie, ze najtrwalsze stosunki zawiazuja sie na placu bitwy. Ledwiem opuscil moj dotychczasowy apartament bedac golym jak pieprz turecki, zaraz zastapil mi droge nieznany Zydek i oddal list z pieniedzmi. Otworzylem go i przeczytalem: "Moj kochany Ignacy! Posylam ci dwiescie zlotych na droge, to sie pozniej obrachujemy. Zajedz wprost do mego sklepu na Krakowskim Przedmiesciu, a nie na Podwal, bron Boze! bo tam mieszka ten zlodziej Franc ; niby moj brat, ktoremu nawet pies porzadny nie powinien podawac reki. Caluje cie, Jan Mincel. Warszawa, d. 16 lutego r. 1853. Ale, ale!... Stary Raczek, co sie z twoja ciotka ozenil, to wiesz - umarl, a i ona takze, ale pierwej. Zostawili ci troche gratow i pare tysiecy zlotych. Wszystko jest u mnie w porzadku, tylko salope ciotki mole troche sponiewieraly, bo bestia Kaska zapomniala wlozyc bakuniu. Franc kazal cie ucalowac. Warszawa, d. 18 lutego r. 1853." Ten sam Zydek wzial mnie do swego domu, gdzie doreczyl mi tlumoczek z bielizna, odzieniem i obuwiem. Nakarmil mnie rosolem z gesiny, potem gotowana, a potem pieczona gesina, ktorej do Lublina nie moglem strawic. Nareszcie dal mi butelke wybornego miodu, zaprowadzil do gotowej juz furmanki, lecz - ani chcial sluchac o zadnym wynagrodzeniu. - Ja bym sie wstydzil brac od takie osobe, co z migracje wraca - odpowiadal na wszystkie moje zaklecia. Dopiero gdym juz mial wsiasc do fury, odprowadzil mnie na bok i rozejrzawszy sie, czy kto nie podsluchuje, szepnal: - Jak pan dobrodziej ma wegierskie dukaty, to ja kupie. Ja rzetelnie zaplace, bo mnie potrzeba dla corki, co po panskim Nowym Roku wychodzi za maz... - Nie mam dukatow - odparlem. - Pan dobrodziej byl na wegierskie wojne i pan nie ma dukatow... - rzekl zdziwiony. Juz postawilem noge na stopniu fury, kiedy ten sam Zydek odciagnal mnie drugi raz na strone. - Moze pan dobrodziej ma jakie kosztownosci?... Pierscionkow, zygarkow, branzeletow?... Jak zdrowia pragne, ja rzetelnie zaplace, bo to dla mojej corki... - Nie mam, bracie, daje ci slowo... - Nie ma pan? - powtorzyl, szeroko otwierajac oczy. - To po co pan chodzil na Wegry?... Ruszylismy, a on jeszcze stal i trzymal sie reka za brode, z politowaniem kiwajac glowa. Fura byla wynajeta tylko dla mnie. Zaraz jednak na nastepnej uliczce furman spotkal swego brata, ktory mial bardzo pilny interes do Krasnegostawu. - Niech wielmozny pan pozwoli jego zabrac - prosil zdjawszy czapke. - Na zle droge to on bedzie szedl piechota. Pasazer wsiadl. Nim dojechalismy do bramy fortecznej, zastapila nam droge jakas Zydowka z tlumokiem i poczela krzykliwie rozmawiac z furmanem. Okazalo sie, ze jest to jego ciotka, ktora ma w Fajslawicach chore dziecko. - Moze wielmozny pan pozwoli sie jej przysiasc... To jest bardzo letka osoba... - prosil furman. Za brama wreszcie, w rozmaitych punktach szosy, znalazlo sie jeszcze trzech kuzynow mego furmana, ktory zabral ich pod pozorem, ze bedzie mi w drodze weselej. Jakoz zepchneli mnie na tylna os wozu, deptali po nogach, palili szkaradny tyton, a przede wszystkim wrzeszczeli jak opetani. Pomimo to nie pomienialbym mego ciasnego kata na najwygodniejsze miejsce we francuskich dylizansach albo angielskich wagonach. Bylem juz w kraju. Przez cztery dni zdawalo mi sie, ze siedze w przenosnej boznicy. Na kazdym popasie jakis pasazer ubywal, inny zajmowal jego miejsce. Pod Lublinem zsunela mi sie na plecy ciezka paka; istny cud, zem nie stracil zycia. Pod Kurowem stalismy pare godzin na szosie, gdyz zginal czyjs kufer, po ktory furman jezdzil konno do karczmy. Przez cala wreszcie droge czulem, ze lezaca na moich nogach pierzyna jest gesciej zaludniona od Belgii. Piatego dnia, przed wschodem slonca, stanelismy na Pradze. Ale ze fur bylo mnostwo, a lyzwowy most ciasny, wiec ledwie okolo dziesiatej zajechalismy do Warszawy. Musze dodac, ze wszyscy moi wspolpasazerowie znikli na Bednarskiej ulicy, jak eter octowy, zostawiajac po sobie mocny zapach. Gdy zas przy ostatecznym rachunku wspomnialem o nich furmanowi, wytrzeszczyl na mnie oczy. - Jakie pasazery?... - zawolal zdziwiony. - Wielmozny pan to jest pasazer, ale tamto - same parchy. Jak my staneli na rogatce, to nawet straznik dwa takie galgany rachowal za zlotowke na jeden paszport. A wielmozny pan mysli, co oni byli pasazery!... - Wiec nie bylo nikogo?... - odparlem. - A skadze, u licha, pchly, ktore mnie oblazly? - Moze z wilgoci. Czy ja wiem! - odpowiedzial furman. Przekonany w ten sposob, ze na bryce nie bylo nikogo oprocz mnie, sam jeden, rozumie sie, zaplacilem za cala podroz, co tak rozczulilo furmana, ze wypytawszy sie, gdzie bede mieszkal, obiecal mi przywozic co dwa tygodnie tyton przemycany. - Nawet teraz - rzekl cicho - mam na furze centnar. Moze przyniesc wielmoznego pana z pare funty?... - Zeby cie diabli wzieli!- mruknalem chwytajac moj tlumoczek. - Tego jeszcze brakowalo, azeby aresztowali mnie za defraudacje. Szybko biegnac przez ulice, przypatrywalem sie miastu, ktore po Paryzu wydawalo mi sie brudne i ciasne, a ludzie posepni. Sklep J. Mincla na Krakowskim Przedmiesciu latwo znalazlem; ale na widok znanych miejsc i szyldow serce zaczelo mi sie tak trzasc, zem chwile musial odpoczac. Spojrzalem na sklep - prawie taki jak na Podwalu ; na drzwiach blaszany palasz i beben (moze ten sam, ktory widzialem w dziecinstwie!) - w oknie talerze, kon i skaczacy kozak... Ktos uchylil drzwi i zobaczylem w glebi zawieszone u sufitu: farby w pecherzach, korki w siatce, nawet wypchanego krokodyla. Za kontuarem, blisko okna, siedzial na starym fotelu Jan Mincel i ciagnal za sznurek kozaka... Wszedlem drzac jak galareta i stanalem naprzeciw Jasia. Zobaczywszy mnie (juz zaczal tyc chlopak) ciezko uniosl sie z fotelu i przymruzyl oczy. Nagle krzyknal do jednego z chlopcow sklepowych: - Wicek!... gnaj do panny Malgorzaty i powiedz, ze wesele zaraz po Wielkiejnocy... Potem wyciagnal do mnie obie rece ponad kontuarem i dlugo sciskalismy sie milczac. - Ales tez walil Szwabow! Wiem, wiem - szepnal mi do ucha. - Siadaj - dodal wskazujac krzeslo. - Kaziek! rwij do Grossmutter... Pan Rzecki przyjechal!... Siadlem i znowu nie mowilismy nic do siebie. On zalosnie trzasl glowa, ja spuscilem oczy. Obaj myslelismy o biednym Katzu i o naszych zawiedzionych nadziejach. Wreszcie Mincel utarl nos z wielkim halasem i odwrociwszy sie do okna, mruknal: - No, co tam... Wrocil zadyszany Wicek. Uwazalem, ze surdut tego mlodzienca polyskuje od tlustych plam. - Byles? - spytal go Mincel. - Bylem. Panna Malgorzata powiedziala, ze dobrze. - Zenisz sie? - rzeklem do Jasia. - Phi!... coz mam robic - odparl. - A Grossmutter jak sie ma? - Zawsze jednakowo. Choruje tylko wtedy, kiedy stluka jej dzbanek do kawy. - A Franc? - Nie gadaj mi o tym lajdaku - wstrzasnal sie Jan Mincel. - Wczoraj przysiaglem sobie, ze noga moja u niego nie postanie... - Coz ci zrobil? - spytalem. - To podle Szwabisko ciagle drwi z Napoleona!... Mowi, ze zlamal przysiege rzeczypospolitej, ze jest kuglarzem, ktoremu oswojony orzel naplul w kapelusz... Nie - mowil Jan Mincel - z tym czlowiekiem zyc nie moge... Przez caly czas naszej rozmowy dwaj chlopcy i subiekt zalatwiali interesantow, na ktorych nawet nie zwracalem uwagi. Wtem . skrzypnely tylne drzwi sklepu i spoza szaf wysunela sie staruszka w zoltej sukni, z dzbanuszkiem w reku. - Gut Morgen, meine Kinder!... Der Kaffee ist schon... Pobieglem i ucalowalem jej suche raczyny nie mogac slowa przemowic. - Ignaz!... Herr Jesas... Ignaz! - zawolala sciskajac mnie. - Wo bist du so lange gewesen, lieber Ignaz?... No, przecie Grossrnutter wie, ze byl na wojnie. Co sie tu pytac, gdzie byl? - wtracil Jan. - Herr Jesas!... Aber du hast noch keinen Kaffee getrunken?... - Naturalnie, ze nie pil - odparl Jan w moim imieniu. - Du lieber Gott! Es ist ja schon zehn Uhr... Nalala mi kubek kawy, wreczyla trzy swieze bulki i znikla jak zwykle. Teraz glowne drzwi otworzyly sie z loskotem i wbiegl Franc Mincel, tlusciejszy i czerwienszy od brata. - Jak sie masz, Ignacy!... - zawolal padajac mi w objecia. - Nie caluj sie z tym durniem, ktory jest zakala rodu Minclow!... rzekl do mnie Jan. - Oj! oj! co mi to za rod!... - odparl ze smiechem Franc. - Nasz ojciec przyjechal taczkami we dwa psy... - Nie gadam z panem! - wrzasnal Jan. - Ja tez nie do pana mowie, tylko do Ignacego - odparl Franc: - A nasz stryj - ciagnal dalej - bylo przecie takie zakute Szwabisko, ze wylazl z trumny po swoja szlafmyce, ktorej mu tam zapomnieli wlozyc... - Robisz mi pan afront w moim domu!... - krzyknal Jan. - Nie przyszedlem do panskiego domu, tylko do sklepu za sprawunkiem... Wicek! - zwrocil sie Franc do chlopca - daj mi korek za grosz... Tylko zawin go w bibule... Do widzenia, kochany Ignacy, wpadnij do mnie dzis wieczorem, to przy dobrej butelce pogadamy. A moze i ten pan z toba przyjdzie - dodal juz z ulicy-, wskazujac reka na sinego z gniewu Jana. - Noga moja nie postanie u podlego Szwaba! - krzyknal Jan. To jednak nie przeszkodzilo, ze wieczorem bylismy obaj u Franca. Mimochodem wspomne, ze nie bylo tygodnia, w ciagu ktorego bracia Minclowie nie poklociliby sie i nie pogodzili przynajmniej ze dwa razy. Co zas jest najosobliwszym, ze przyczyny swarow nigdy nie wyplywaly z interesu natury materialnej. Owszem, pomimo najwiekszych nieporozumien bracia zawsze poreczali swoje kwity, pozyczali sobie pieniedzy i nawzajem placili dlugi: Powody tkwily w ich charakterach. Jan Mincel byl romantyk i entuzjasta, Franc spokojny i zgryzliwy; Jan byl goracym bonapartysta, Franc republikaninem i specjalnym wrogiem Napoleona III. Nareszcie Franc Mincel przyznawal sie do niemieckiego pochodzenia, podczas gdy Jan uroczyscie twierdzil, ze Minclowie pochodza ze starozytnej polskiej rodziny Mietusow, ktorzy kiedys, moze za Jagiellonow, a moze za krolow wybieralnych osiedli miedzy Niemcami. Dosc bylo jednego kieliszka wina, azeby Jan Mincel zaczal bic piesciami w stol albo w plecy swoich sasiadow i wrzeszczec: - Czuje w sobie starozytna polska krew!... Niemka nie moglaby mnie urodzic!... Mam zreszta dokumenta... I bardzo zaufanym osobom pokazywal dwa stare dyplomy, z ktorych jeden odnosil sie do jakiegos Modzelewskiego, kupca w Warszawie za czasow szwedzkich, a drugi do Milera, kosciuszkowskiego porucznika. Jaki by przeciez istnial zwiazek miedzy tymi osobami a rodzina Minclow - nie wiem po dzis dzien, choc objasnienia niejednokrotnie slyszalem. Nawet z powodu wesela Jana wybuchnal skandal miedzy bracmi: Jan bowiem zaopatrzyl sie na te uroczystosc w amarantowy kontusz, zolte buty i szable, podczas gdy Franc oswiadczyl, ze nie pozwoli na taka maskarade przy slubie, chocby mial podac skarge do policji. Uslyszawszy to Jan przysiagl, ze zabije denuncjanta, jezeli go zobaczy, i do weselnej kolacji ubral sie w szaty swoich przodkow Mietusow. Franc zas byl i na slubie, i na weselu, lecz choc nie gadal z bratem, na smierc zatancowywal mu zone i prawie do samobojstwa upil sie jego winem. Nawet zgon Franca, ktory w roku 1856 zmarl na karbunkul, nie obszedl sie bez awantury. W ciagu trzech ostatnich dni obaj bracia po dwa razy wykleli sie i wydziedziczyli w sposob bardzo uroczysty. Mimo to Franc caly majatek zapisal Janowi, a Jan przez kilka tygodni chorowal z zalu po bracie i - polowe odziedziczonej fortuny (okolo dwudziestu tysiecy zlotych) przekazal jakims trzem sierotkom, ktorymi nadto opiekowal sie do konca zycia. Dziwna byla to rodzina! I otoz znowu zboczylem od przedmiotu: mialem pisac o Wokulskim,a pisze o Minclach. Gdybym nie czul sie tak rzeskim, jak jestem, moglbym posadzic sie o gadulstwo zapowiadajace bliska starosc. Powiedzialem, ze w postepowaniu Stasia Wokulskiego wielu rzeczy nie rozumiem i za kazdym razem mam ochote zapytac: -na co to wszystko?... Otoz kiedym wrocil do sklepu, prawie co wieczor zbieralismy sie u Grossmutter na gorze: Jan i Franc Minclowie, a czasem i Malgosia Pfeifer. Malgosia z Janem siadywali w okiennej framudze i trzymajac sie za rece patrzyli w niebo; Franc pil piwo z duzego kufla (ktory mial cynowa klape), staruszka robila ponczoche, a ja - opowiadalem dzieje kilku lat spedzonych za granica. Najczesciej, rozumie sie, byla mowa o tesknotach tulaczki, niewygodach zolnierskiego zycia albo o bitwach. W takiej chwili Franc wypijal podwojne porcje piwa, Malgosia przytulala sie do Jana (do mnie nikt sie tak nie przytulal), a Grossmutter gubila oczka w ponczosze. Gdym juz skonczyl, Franc wzdychal, szeroko rozsiadajac sie na kanapie, Malgosia calowala Jana, a Jan Malgosie, staruszka zas trzesac glowa mowila : - Jesas! Jesas!... wie is das schrecklich... Aber sag mir, lieber Ignaz, wozu also bist du denn nach Ungarn gegnngen? - No, przecie Grossmutter rozumie, ze chodzil do Wegier na wojne - wtracil niecierpliwie Jan. Lecz staruszka ciagle krecac glowa ze zdziwienia mruczala do siebie: - Der Kaffe war ja immer gut und zu Mittag hat er sich doch immer vollgegessen... Warum bat er denn das getan?... - O! bo Grossmutter mysli tylko o kawie i o obiedzie - oburzyl sie Jan. Nawet kiedy opowiedzialem ostatnie chwile i straszna smierc Katza, starowina wprawdzie rozplakala sie, pierwszy raz od czasu, jak ja znalem; niemniej jednak otarlszy lzy i wziawszy sie znowu do swej ponczochy, szeptala: - Merkwurdig! Der Kaffee war ja immer gut und zu Mittag hat er sich doch immer vollgegessen... Warum hat er denn das getan? Toz samo ja dzis nieomal co godzine mowie o Stasiu Wokulskim. Mial po smierci zony spokojny kawalek chleba, wiec po co pojechal do Bulgarii? Zdobyl tam taki majatek, ze moglby sklep zwinac: po co zas rozszerzyl . go? Ma przy nowym sklepie pyszne dochody, wiec po co tworzy jeszcze jakas spolke?... Po co wynajal dla siebie ogromne mieszkanie? Po co kupil powoz i konie? Po co pnie sie do arystokracji, a unika kupcow, ktorzy mu tego darowac nie moga? A w jakim celu zajmuje sie furmanem Wysockim albo jego bratem, droznikiem z kolei zelaznej? Po co kilku biednym czeladnikom zalozyl warsztaty? Po co opiekuje sie nawet nierzadnica, ktora choc mieszka u magdalenek, mocno szkodzi jego reputacji?... A jaki on sprytny... Kiedy dowiedzialem sie na gieldzie o zamachu Hodla, wracam do sklepu i patrzac mu bystro w oczy mowie: - Wiesz, Stasiu, jakis Hodel strzelil do cesarza Wilhelma... A on, jakby nigdy nic, odpowiada: - Wariat. - Ale temu wariatowi - ja mowie - zetna glowe. - I slusznie - on odpowiada - nie bedzie sie mnozyl rod wariacki. Zeby mu przy tym drgnal choc jeden muskul, nic. Skamienialem wobec jego zimnej krwi. Kochany Stasiu, tys sprytny, alem i ja nie w ciemie bity: wiem wiecej, anizeli przypuszczasz, i to mi tylko bolesne, ze nie masz do mnie zaufania. Bo rada przyjaciela i starego zolnierza moglaby cie uchronic od niejednego glupstwa, jezeli nie od plamy... Ale co ja tu bede wypowiadac wlasne opinie; niech mowi za mnie bieg wypadkow. W poczatkach maja wprowadzilismy sie do nowego sklepu, ktory obejmuje piec ogromnych salonow. W pierwszym pokoju, na lewo, mieszcza sie same ruskie tkaniny: perkale, kretony, jedwabie i aksamity. Drugi pokoj zajety jest w polowie na te same tkaniny, a w polowie na drobiazgi do ubrania sluzace: kapelusze, kolnierzyki, krawaty, parasolki. W salonie frontowym najwykwintniejsza galanteria: brazy, majoliki, krysztaly, kosc sloniowa. Nastepny pokoj na prawo lokuje zabawki tudziez wyroby z drzewa i metalow, a w ostatnim pokoju na prawo sa towary z gumy i skory. Tak sobie to uporzadkowalem; nie wiem, czy wlasciwie, ale Bog mi swiadkiem, zem chcial jak najlepiej. Wreszcie pytalem o zdanie Stasia Wokulskiego; ale on, zamiast cos poradzic, tylko wzruszal ramionami i usmiechal sie, jakby mowil: "A coz mnie to obchodzi..." Dziwny czlowiek! Przyjdzie mu do glowy genialny plan, wykona go w ogolnych zarysach, ale - ani dba o szczegoly. On kazal przeniesc sklep, on zrobil go ogniskiem handlu ruskich tkanin i galanterii zagranicznej, on zorganizowal cala administracje. Ale zrobiwszy to, dzis ani miesza sie do sklepu: sklada wizyty wielkim panom albo jezdzi swoim powozem do Lazienek, albo gdzies znika bez sladu; a w sklepie ukazuje sie ledwie przez pare godzin na dzien. Przy tym roztargniony, rozdrazniony, jakby na cos czekal albo czegos sie obawial. Ale coz to za zlote serce! Ze wstydem wyznaje, ze bylo mi troche przykro wynosic sie na nowy lokal. Jeszcze ze sklepem pol biedy; nawet wole sluzyc w ogromnym magazynie, na wzor paryskich, anizeli w takim kramie, jakim byl nasz poprzedni. Zal mi jednak bylo mego pokoju, w ktorym dwadziescia piec lat przemieszkalem. Poniewaz do lipca obowiazuje nas stary kontrakt, wiec do polowy maja siedzialem w moim pokoiku, przypatrujac sie jego scianom, kracie, ktora przypominala mi najmilsze chwile w Zamosciu, i starym sprzetom. "Jak ja to wszystko rusze, jak ja to przeniose, Boze milosierny!..."- myslalem. Az jednego dnia, okolo polowy maja (rozeszly sie wowczas wiesci mocno pokojowe), Stas przed samym zamknieciem sklepu przychodzi do mnie i mowi: - Coz, stary, czas by sie przeprowadzic na nowe mieszkanie. Doznalem takiego uczucia, jakby ze mnie krew wyciekla. A on prawi dalej : - Chodzze ze mna, pokaze ci nowy lokal, ktory wzialem dla ciebie w tym samym domu. - Jak to wziales? - pytam. - Przeciez musze umowic sie o cene z gospodarzem. - Juz zaplacone! - on odpowiada. Wzial mnie pod reke i prowadzi przez tylne drzwi sklepu do sieni. - Alez - mowie - tu lokal zajety... Zamiast odpowiedzi otworzyl drzwi po drugiej stronie sieni... Wchodze... slowo honoru - salon!... Meble kryte utrechtem, na stolach albumy, w oknie majoliki... Pod sciana biblioteka... - Masz tu - mowi Stas pokazujac bogato oprawne ksiazki - trzy historie Napoleona I, zycie Garibaldiego i Kossutha, historie Wegier... Z ksiazek bylem bardzo kontent, ale ten salon, musze wyznac, zrobil na mnie przykre wrazenie. Stas spostrzegl to i usmiechnawszy sie, nagle otworzyl drugie drzwi. Boze milosierny!... alez ten drugi pokoj to moj pokoj, w ktorym mieszkalem od lat dwudziestu pieciu. Okna zakratowane, zielona firanka, moj czarny stol... A pod sciana naprzeciw moje zelazne lozko, dubeltowka i pudlo z gitara... - Jak to - pytam - wiec mnie juz przeniesli?... - Tak - odpowiada Stas - przeniesli ci kazdy cwieczek, nawet plachte dla Ira. Moze to sie wyda komu smiesznym, ale ja mialem lzy w oczach... Patrzylem na jego surowa twarz, smutne oczy i prawie nie moglem wyobrazic sobie, ze ten czlowiek jest tak domyslny i posiada taka delikatnosc uczuc. Bo zebym mu choc wspomnial o tym... On sam odgadl, ze moge tesknic za dawna siedziba, i sam czuwal nad przeprowadzeniem moich gratow. Szczesliwa bylaby kobieta, z ktora by on sie ozenil (mam nawet dla niego partie...); ale on sie chyba nie ozeni. Jakies dzikie mysli snuja mu sie po glowie, ale nie o malzenstwie, niestety!... Ile to juz powaznych osob przychodzilo do naszego sklepu niby za sprawunkami, a naprawde w swaty do Stasia i - wszystko na nic. Taka pani Szperlingowa ma ze sto tysiecy rubli gotowizna i dystylarnie. Czego ona juz nie kupila u nas, a wszystko dlatego, azeby mnie zapytac : - Coz, nie zeni sie pan Wokulski? - Nie, pani dobrodziejko... - Szkoda! - mowi pani Szperlingowa wzdychajac. - Piekny sklep, duzy majatek, ale - wszystko to rozejdzie sie... bez gospodyni. Gdyby zas pan Wokulski wybral sobie jaka powazna i majetna kobiete, wzmocnilby sie nawet jego kredyt. - Swiete slowa pani dobrodziejki... - ja odpowiadam. - Adieu! panie Rzecki - ona mowi (kladac na kasie dwadziescia albo i piecdziesiat rubli). - Ale niechze pan czasem nie wspomni panu Wokulskiemu o tym, ze ja mowilam cos o malzenstwie. Bo gotow pomyslec, ze stara baba poluje na niego... Adieu, panie Rzecki... -"Owszem, nie zaniedbam wspomniec mu o tym..." I zaraz mysle, ze gdybym ja byl Wokulskim, w jednej chwili ozenilbym sie z ta bogata wdowa. Jak ona zbudowana, Herr Jesas!... Albo taki Szmeterling, rymarz. Ile razy zalatwiamy rachunek, mowi: - Nie moglby sie, panie tego, taki, panie tego, Wokulski zenic?... Chlop, panie, ognisty; kark jak u byka... Zeby mnie piorun, panie tego, trzasl, sam oddalbym mu corke, a w posagu dalbym im rocznie za dziesiec tysiecy, panie tego, rubli towaru... No? Albo taki radca Wronski. Niebogaty, cichutki, ale kupuje u nas co tydzien chocby pare rekawiczek i za kazdym razem mowi: - Ma tu Polska nie ginac, moj Boze, kiedy tacy jak Wokulski nie zenia sie. Bo to nawet, moj Boze, nie potrzebuje czlowiek posagu, wiec moglby znalezc panienke, ktora, moj Boze! i do fortepianu, i domem zarzadzi, i zna jezyki... Takich swatow dziesiatki przewijaja sie przez nasz sklep. Niektore matki, ciotki albo ojcowie po prostu przyprowadzaja do nas panny na wydaniu. Matka, ciotka albo ojciec kupuje cos za rubla, a tymczasem panna chodzi po sklepie, siada, bierze sie pod boki, azeby zwrocic uwage na swoja figure, wysuwa naprzod prawa nozke, potem lewa nozke, potem wystawia raczki... Wszystko w tym celu, azeby zlapac Stacha, a jego albo nie ma w sklepie, albo jezeli jest, to nawet nie patrzy na towar, jakby mowil: - Taksacja zajmuje sie pan Rzecki... Wyjawszy rodzin majacych dorosle corki tudziez wdow i panien na wydaniu, ktore zdaja sie byc odwazniejszymi od wegierskiej piechoty, biedny moj Stach nie cieszy sie sympatia. Nic dziwnego - oburzyl przeciw sobie wszystkich fabrykantow jedwabnych i bawelnianych, a takze kupcow, ktorzy sprzedaja ich towary. Raz, przy niedzieli (rzadko mi sie to zdarza), zaszedlem do handelku na sniadanie. Kieliszek anyzowki i kawalek sledzia przy bufecie, a do stolu porcyjka flakow i cwiartka porteru - oto bal! Zaplacilem niecalego rubla, ale moc sie nalykal dymu, a moc sie nasluchal!... Wystarczy mi tego na pare lat. W dusznym i ciemnym jak wedzarnia pokoju, gdzie mi flaki podano, siedzialo ze szesciu jegomosciow przy jednym stole. Byli to ludzie spasieni i dobrze odziani; zapewne kupcy, obywatele miejscy, a moze i fabrykanci. Kazdy wygladal tak na trzy do pieciu tysiecy rubli rocznego dochodu. Poniewaz nie znalem tych panow, a zapewne i oni mnie, nie moge wiec posadzic ich o umyslna szykane. Prosze jednak wyobrazic sobie, co za traf, ze wlasnie gdym wszedl do pokoju, rozmawiali o Wokulskim. Kto mowil, z przyczyny dymu nie widzialem; wreszcie nie smialem podniesc oczu od talerza. - Kariere zrobil! - mowil gruby glos. - Za mlodu wyslugiwal sie takim jak my, a ku starosci chce mu sie fagasowac wielkim panom. - Ci dzisiejsi panowie - wtracil jegomosc dychawiczny - tyle warci co i on. Gdzie by to dawniej w hrabskim domu przyjmowali eks-kupczyka, ktory przez ozenek dorobil sie majatku... Smiech powiedziec!... - Fraszka ozenek - odparl gruby glos zakrztusiwszy sie nieco - bogaty ozenek nie hanbi. Ale te miliony, zarobione na dostawach w czasie wojny, z daleka pachna kryminalem. - Podobno nie kradl - odezwal sie polglosem ktos trzeci. - W takim razie nie ma milionow - huknal bas. - A w takim znowu wypadku po co zadziera nosa!... czego pnie sie do arystokracji? - Mowia - dorzucil inny glos - ze chce zalozyc spolke z samych szlachcicow... - Aha!... I oskubac ich, a potem zemknac - wtracil dychawiczny. - Nie - mowil bas - on z tych dostaw nie obmyje sie nawet szarym mydlem. Kupiec galanteryjny robi dostawy! Warszawiak jedzie do Bulgarii!... - Panski brat, inzynier, jezdzil za zarobkiem jeszcze dalej - odezwal sie polglos. - Zapewne! - przerwal bas. - Czy moze i sprowadzal perkaliki z Moskwy? Tu jest drugi sek: zabija przemysl krajowy!... - Ehe! He!... - zasmial sie ktos dotad milczacy - to juz do kupca nie nalezy. Kupiec jest od tego, azeby sprowadzal tanszy towar i z lepszym zyskiem dla siebie. Nieprawda?... Ehe! He!... - W kazdym razie nie dalbym trzech groszy za jego patriotyzm odparl bas. - Podobno jednak - wtracil polglos - ten Wokulski dowiodl swego patriotyzmu nie tylko jezykiem... - Tym gorzej - przerwal bas. - Dowodzil bedac golym! Ochlonal poczuwszy ruble w kieszeni. - O!... ze tez my zawsze kogos musimy posadzac albo o zdrade kraju, albo o zlodziejstwo! Nieladnie!... - oburzal sie polglos. - Cos go pan mocno bronisz?... - spytal bas posuwajac krzeslem. - Bronie, bom troche o nim slyszal - odpowiedzial polglos.- Furmani u mnie niejaki Wysocki, ktory umieral z glodu, nim Wokulski postawil go na nogi... - Za pieniadze z dostaw w Bulgarii!... Dobroczynca!... - Inni, panie, zbogacili sie na funduszach narodowych i - nic. Ehe! He!... - W kazdym razie ciemna to figura - zakonkludowal dychawiczny. - Rzuca sie w prawo i w lewo, sklepu nie pilnuje, perkaliki sprowadza, szlachte jakby chcial naciagnac... Poniewaz chlopiec sklepowy w tej chwili przyniosl im nowe butelki, wiec wymknalem sie po cichu. Nie wmieszalem sie do tej rozmowy, gdyz znajac Stacha od dziecka, moglbym im powiedziec tylko dwa wyrazy: "Jestescie podli..." I to wszystko gadaja wowczas, kiedy ja drze z obawy o jego przyszlosc, kiedy wstajac i kladac sie spac pytam: "Co on robi? po co robi? i co z tego wyniknie?..." I to wszystko gadaja o nim dzis, przy mnie, ktory wczoraj patrzylem, jak droznik Wysocki upadl mu do nog dziekujac za przeniesienie do, Skierniewic i udzielenie zapomogi... Prosty czlowiek, a jaki uczciwy! Przywiozl ze soba dziesiecioletniego syna i wskazujac na Wokulskiego mowil: - Przypatrzze sie, Pietrek, panu, bo to nasz najwiekszy dobrodziej...Jakby kiedy zechcial, zebys. sobie ucial reke dla niego, utnij, a jeszcze mu sie nie wywdzieczysz... Albo ta dziewczyna, ktora pisala do niego od magdalenek: "Przypomnialam sobie jedna modlitwe z dziecinnych czasow, azeby modlic sie za pana:.." Oto ludzie prosci, oto dziewczyny wystepne; czyliz oni i one nie maja wiecej szlachetnych uczuc anizeli my, surdutowcy, po calym miescie chwalacy sie cnotami, w ktore zreszta zaden z nas nie wierzy. Ma Stas racje, ze zajal sie losem tych biedakow, chociaz... moglby sie nimi zajmowac w sposob troche spokojniejszy... Ach! bo trwoza mnie jego nowe znajomosci... Pamietam, w poczatkach maja wchodzi do sklepu jakis bardzo niewyrazny jegomosc (rude faworyty, oczy paskudne) i polozywszy na kantorku swoj bilet wizytowy, mowi dosyc polamanym jezykiem: - Prosze powiedziec pan Wokulski, ja bede dzis siodma... I tyle. Spojrzalem na bilet, czytam: "Wiliam Colins, nauczyciel jezyka angielskiego..." Coz to za farsa?... Przecie chyba Wokulski nie bedzie uczyl sie po angielsku?... Wszystko jednak zrozumialem, gdy na drugi dzien przyszly telegramy o... zamachu Hodla... Albo inna znajomosc, jakas pani Meliton, ktora zaszczyca nas wizytami od chwili powrotu Stasia z Bulgarii. Chuda baba, mala, trajkocze jak mlyn, a czujesz, ze mowi tylko to, co chce powiedziec. Wpada. raz, w koncu maja: - Jest pan Wokulski? Pewno nie ma, spodziewam sie... Wszak mowie z panem Rzeckim? Zaraz to zgadlam... Co za piekna neseserka!... drzewo oliwkowe, znam sie na tym. Niech pan powie panu Wokulskiemu, azeby mi to przyslal, on wie moj adres, i - azeby jutro, okolo pierwszej, byl w Lazienkach... - W ktorych, przepraszam? - spytalem, oburzony jej zuchwalstwem. - Jestes pan blazen... W krolewskich! - odpowiada mi ta dama. No i coz!... Wokulski poslal jej neseserke i pojechal do Lazienek. Wrociwszy zas stamtad, powiedzial mi, ze... w Berlinie zbierze sie kongres dla zakonczenia wojny wschodniej... I kongres jest!... Taz sama jejmosc wpada drugi raz, zdaje mi sie, pierwszego czerwca. - Ach! - wola - coz to za piekny wazon!... z pewnoscia francuska majolika, znam sie na tym... Powiedz pan panu Wokulskiemu, azeby mi go przyslal, i... (tu dodala szeptem) i... powiedz mu pan jeszcze, ze pojutrze okolo pierwszej... Gdy wyszla, rzeklem do Lisieckiego: - Zaloz sie pan, ze pojutrze bedziemy mieli wazna polityczna wiadomosc. - Niby trzeciego czerwca?... - odparl smiejac sie. Prosze sobie jednak wyobrazic nasze miny, kiedy przyszedl telegram donoszacy... o zamachu Nobilinga w Berlinie!... Ja myslalem, ze padne trupem, Lisiecki od tej pory zaprzestal juz nieprzyzwoitych zartow na moj rachunek i co gorsze, zawsze wypytuje mnie o wiadomosci polityczne... Zaprawde! strasznym nieszczesciem jest wielka reputacja. Ja bowiem od chwili, kiedy Lisiecki zwraca sie do mnie jako do "poinformowanego", stracilem sen i reszte apetytu... Coz dopiero musi sie dziac z moim biednym Stachem, ktory utrzymuje ciagle stosunki z tym panem Colinsem i z ta pania Melitonowa... Boze milosierny, czuwaj nad nami!... Juz kiedym sie tak rozgadal (dalibog, robie sie plotkarzem), wiec musze dodac, ze i w naszym sklepie panuje jakis niezdrowy ferment. Oprocz mnie jest siedmiu subiektow (czy kiedy marzyl o czyms podobnym stary Mincel!), ale - nie ma jednosci. Klejn i Lisiecki, jako dawniejsi, trzymaja tylko z soba, reszte zas kolegow traktuja w sposob nie powiem pogardliwy, ale troche z gory. Trzej zas nowi subiekci: galanteryjny, metalowy i gumowy, znowu tylko z soba sie wdaja, sa sztywni i pochmurni. Wprawdzie poczciwy Zieba chcac ich zblizyc biega od starych do nowych i ciagle im cos perswaduje; ale nieborak ma tak nieszczesliwa reke, ze antagonisci po kazdej probie godzenia krzywia sie na siebie jeszcze szkaradniej. Moze gdyby nasz magazyn (z pewnoscia jest to magazyn, a w dodatku pierwszorzedny magazyn!), otoz gdyby on rozwijal sie stopniowo, gdybysmy co rok przybierali po jednym subiekcie - nowy czlowiek wsiaknalby miedzy starych i istnialaby harmonia. Ale jak od razu przybylo pieciu ludzi swiezych, jak jeden drugiemu czesto gesto wchodzi w droge (bo w tak krotkim czasie nie mozna ani towarow nalezycie uporzadkowac, ani kazdemu okreslic sfery jego obowiazkow), jest naturalnym, ze musza wyradzac sie niesnaski. No, ale co ja mam sie wdawac w krytyke czynnosci pryncypala i jeszcze czlowieka, .ktory ma wiecej rozumu anizeli my wszyscy... W jednym tylko punkcie godza sie starzy i nowi panowie, a nawet pomaga im Zieba, oto: jezeli chodzi o dokuczenie siodmemu naszemu subiektowi - Szlangbaumowi. Ten Szlangbaum (znam go od dawna) jest mojzeszowego wyznania, ale czlowiek porzadny. Maly, czarny, zgarbiony, zarosniety, slowem - trzech groszy nie dalbys za niego, kiedy siedzi za kantorkiem. Ale niech no gosc wejdzie (Szlangbaum pracuje w wydziale ruskich tkanin), Chryste elejson... Kreci sie jak fryga; dopiero co byl na najwyzszej polce na prawo, juz jest przy najnizszej szufladzie na srodku i w tej samej chwili znowu gdzies pod sufitem na lewo. Kiedy zacznie rzucac sztuki, zdaje sie, ze to nie czlowiek, ale machina parowa; kiedy zacznie rozwijac i mierzyc, mysle, ze bestia ma ze trzy pary rak. Przy tym rachmistrz zawolany, a jak zacznie rekomendowac towary, podsuwac kupujacemu projekta, odgadywac gusta, wszystko niezmiernie powaznym tonem, to slowo honoru daje, ze Mraczewski w kat!... Szkoda tylko, ze jest taki maly i brzydki; musimy mu dodac jakiegos glupiego a przystojnego chlopaka za pomocnika dla dam. Bo wprawdzie z ladnym subiektem damy dluzej siedza, ale za to mniej grymasza i mniej sie targuja. (Swoja droga, niechaj nas Bog zachowa od damskiej klienteli. Ja moze dlatego nie mam odwagi do malzenstwa, ze ciagle widuje damy w sklepie. Stworca swiata formujac cud natury, zwany kobieta, z pewnoscia nie zastanowil sie, jakiej kleski narobi kupcom.) Otoz Szlangbaum jest w calym znaczeniu porzadnym obywatelem, a mimo to wszyscy go nie lubia, gdyz - ma nieszczescie byc starozakonnym... W ogole, moze od roku, uwazam, ze do starozakonnych rosnie niechec; nawet ci, ktorzy przed kilkoma laty nazywali ich Polakami mojzeszowego wyznania, dzis zwa ich Zydami. Zas ci, ktorzy niedawno podziwiali ich prace, wytrwalosc i zdolnosci, dzis widza tylko wyzysk i szachrajstwo. Sluchajac tego, czasem mysle, ze na ludzkosc spada jakis mrok duchowy, podobny do nocy. W dzien wszystko bylo ladne, wesole i dobre; w nocy wszystko brudne i niebezpieczne. Tak sobie mysle, ale milcze; bo coz moze znaczyc sad starego subiekta wobec glosu znakomitych publicystow, ktorzy dowodza, ze Zydzi krwi chrzescijanskiej uzywaja na mace i ze powinni byc w prawach swoich ograniczeni. Nam kule nad glowami inne wyswistywaly hasla, pamietasz, Katz?... Taki stan rzeczy w osobliwy sposob oddzialywa na Szlangbauma. Jeszcze w roku zeszlym czlowiek ten nazywal sie Szlangowskim, obchodzil Wielkanoc i Boze Narodzenie, i z pewnoscia najwierniejszy katolik nie zjadal tyle kielbasy co on. Pamietam, ze gdy raz w cukierni zapytano go: - Nie lubisz pan lodow, panie Szlangowski? Odpowiedzial : - Lubie tylko kielbase, ale bez czosnku. Czosnku zniesc nie moge. Wrocil z Syberii razem ze Stachem i doktorem Szumanem i zaraz wstapil do chrzescijanskiego sklepu, choc Zydzi dawali mu lepsze warunki. Od tej tez pory ciagle pracowal u chrzescijan i dopiero w roku biezacym wymowili mu posade. W poczatkach maja pierwszy raz przyszedl do Stacha z prosba. Byl bardziej skurczony i mial czerwiensze oczy niz zwykle. - Stachu - rzekl pokornym glosem - utone na Nalewkach, jezeli mnie nie przygarniesz. - Dlaczego zes od razu do mnie nie przyszedl? - spytal Stach. - Nie smialem... Balem sie, zeby nie mowili o mnie, ze Zyd musi sie wszedzie wkrecic. I dzis nie przyszedlbym, gdyby nie troska o dzieci. Stach wzruszyl ramionami i natychmiast przyjal Szlangbauma z pensja poltora tysiaca rubli rocznie. Nowy subiekt od razu wzial sie do roboty, a w pol godziny pozniej mruknal Lisiecki do Klejna: - Co tu, u diabla, tak czosnek zalatuje, panie Klejn?.. Zas w kwadrans pozniej, nie wiem juz z jakiej racji, dodal: - Jak te kanalie Zydy cisna sie na Krakowskie Przedmiescie! Nie moglby to parch, jeden z drugim, pilnowac sie Nalewek albo Swietojerskiej? Szlangbaum milczal, tylko drgaly mu czerwone powieki. Szczesciem, obie te zaczepki slyszal Wokulski. Wstal od biurka i rzekl tonem, ktorego, co prawda, nie lubie: - Panie... panie Lisiecki! Pan Henryk Szlangbaum byl moim kolega wowczas, kiedy dzialo mi sie bardzo zle. Czybys wiec pan nie pozwolil mu kolegowac ze mna dzis, kiedy mam sie troche lepiej?... Lisiecki zmieszal sie czujac, ze jego posada wisi na wlosku. Uklonil sie, cos mruknal, a wtedy Wokulski zblizyl sie do Szlangbauma i usciskawszy go powiedzial: - Kochany Henryku, nie bierz do serca drobnych przycinkow, bo my tu sobie po kolezensku wszyscy docinamy. Oswiadczam ci takze, ze jezeli opuscisz kiedy ten sklep; to chyba razem ze mna. Stanowisko Szlangbauma wyjasnilo sie od razu; dzis mnie predzej cos powiedza (ba! nawet zwymyslaja) anizeli jemu. Ale czy wynalazl kto sposob przeciw polslowkom, minom i spojrzeniom?... A to wszystko truje biedaka, ktory mi nieraz mowi wzdychajac: - Ach, gdybym sie nie bal, ze mi dzieci zzydzieja, jednej chwili ucieklbym stad na Nalewki... - Bo dlaczego, panie Henryku - spytalem go - raz sie, do licha, nie ochrzcisz?.. - Zrobilbym to przed laty, ale nie dzis. Dzis zrozumialem, ze jako Zyd jestem tylko nienawistny dla chrzescijan, a jako meches bylbym wstretny i dla chrzescijan, i dla Zydow. Trzeba przecie z kims zyc. Zreszta - dodal ciszej - mam piecioro dzieci i bogatego ojca, po ktorym bede dziedziczyc... Rzecz ciekawa. Ojciec Szlangbauma jest lichwiarzem, a syn, azeby od niego grosza nie wziac, bieduje po sklepach jako subiekt. Nieraz we cztery oczy rozmawialem o nim z Lisieckim. - Za co - pytam - przesladujecie go? Wszakze on prowadzi dom na sposob chrzescijanski, a nawet dzieciom urzadza choinke... - Bo uwaza - mowi Lisiecki - ze korzystniej jadac mace z kielbasa anizeli sama. - Byl na Syberii, narazal sie... - Dla geszeftu... Dla geszeftu nazywal sie tez Szlangowskim, a teraz znowu Szlangbaumem, kiedy jego stary ma astme. - Kpiliscie - mowie - ze stroi sie w cudze piora, wiec wrocil do dawnego nazwiska. - Za ktore dostanie ze sto tysiecy rubli po ojcu - odparl Lisiecki. Teraz i ja wzruszylem ramionami i umilklem. Zle nazywac sie Szlangbaumem, zle Szlangowskim; zle byc Zydem, zle mechesem... Noc zapada, noc, podczas ktorej wszystko jest szare i podejrzane! A swoja droga Stach na tym cierpi. Nie tylko bowiem przyjal do sklepu Szlangbauma, ale jeszcze daje towary zydowskim kupcom i paru Zydkow przypuscil do wspolki. Nasi krzycza i groza, ale nie jego straszyc; zacial sie i nie ustapi, chocby go piekli w ogniu. Czym sie to wszystko skonczy, Boze milosierny... Ale, ale!... Ciagle odbiegajac od przedmiotu zapomnialem kilku bardzo waznych szczegolow. Mam na mysli Mraczewskiego, ktory od pewnego czasu albo krzyzuje mi plany, albo wprowadza w blad swiadomie. Chlopak ten otrzymal u nas dymisje za to, ze w obecnosci Wokulskiego troche zwymyslal socjalistow. Pozniej jednakze Stach dal sie ublagac i zaraz po Wielkiejnocy wyslal Mraczewskiego do Moskwy podwyzszajac mu nawet pensje. Nie przez jeden wieczor zastanawialem sie nad znaczeniem owej podrozy czy zsylki. Lecz gdy po trzech tygodniach Mraczewski przyjechal stamtad do nas wybierac towary, natychmiast zrozumialem plan Stacha. Pod fizycznym wzgledem mlodzieniec ten niewiele sie zmienil: zawsze wygadany i ladny, moze cokolwiek bledszy. Mowi, ze Moskwa mu sie podobala, a nade wszystko tamtejsze kobiety, ktore maja miec wiecej wiadomosci i ognia, ale za to mniej przesadow anizeli nasze. Ja takze, poki bylem mlody, uwazalem, ze kobiety mialy mniej przesadow anizeli dzis. Wszystko to jest dopiero wstepem. Mraczewski bowiem przywiozl ze soba trzy bardzo podejrzane indywidua, nazywajac ich "prykaszczykami", i - cala pake jakichs broszur. Owi "prykaszczykowie" mieli niby cos ogladac w naszym sklepie, ale robili to w taki sposob, ze nikt ich u nas nie widzial: Wloczyli sie po calych dniach i przysiaglbym, ze przygotowywali u nas grunt do jakiejs rewolucji. Spostrzeglszy jednak, ze mam na nich zwrocone oko, ile razy przyszli do sklepu, zawsze udawali pijanych, a ze mna rozmawiali wylacznie o kobietach, twierdzac wbrew Mraczewskiemu, ze Polki to "sama prelest" - tylko bardzo podobne do Zydowek. Udawalem, ze wierze wszystkiemu, co mowia, i za pomoca zrecznych pytan przekonalem sie, iz - najlepiej znane im sa okolice blizsze Cytadeli. Tam wiec maja interesa: Ze zas domysly moje nie byly bezpodstawnymi, dowiodl fakt, iz owi "prykaszczykowie" zwrocili nawet na siebie uwage policji. W ciagu dziesieciu dni, nic wiecej, tylko trzy razy odprowadzano ich do cyrkulow. Widocznie jednak musza miec wielkie stosunki, poniewaz ich uwolniono. Kiedym zakomunikowal Wokulskiemu moje podejrzenia co do "prykaszczykow" - Stach tylko usmiechnal sie i odparl: - To jeszcze nic... Z czego wnosze, ze Stach musi byc grubo zaawansowany w stosunkach z nihilistami. Prosze sobie jednak wyobrazic moje zdziwienie, kiedy zaprosiwszy raz Klejna i Mraczewskiego do siebie na herbate przekonalem sie, ze Mraczewski jest gorszym socjalista od Klejna... Ten Mraczewski, ktory za wymyslanie na socjalistow stracil u nas posade!... Ze zdumienia przez caly wieczor nie moglem ust otworzyc; tylko Klejn cieszyl sie po cichu, a Mraczewski rozprawial. Jak zyje, nie slyszalem nic rownego. Mlodzieniec ten dowodzil mi przytaczajac nazwiska ludzi, podobno bardzo madrych, ze wszyscy kapitalisci to zlodzieje, ze ziemia powinna nalezec do tych, ktorzy ja uprawiaja, ze fabryki, kopalnie i maszyny powinny byc wlasnoscia ogolu, ze nie ma wcale Boga ani duszy, ktora wymyslili ksieza, aby wyludzac od ludzi dziesiecine. Mowil dalej, ze jak zrobia rewolucje (on z trzema "prykaszczykami"), to od tej pory wszyscy bedziemy pracowali tylko po osm godzin, a przez reszte czasu bedziemy sie bawili, mimo to zas kazdy bedzie mial emeryture na starosc i darmo pogrzeb. Wreszcie zakonczyl, ze dopiero wowczas nastanie raj na ziemi, kiedy wszystko bedzie wspolne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet zony. Poniewaz jestem kawalerem (nazywaja mnie nawet starym) i pisze ten pamietnik bez obludy, przyznam wiec, ze mi sie ta wspolnosc zon troche podobala. Powiem nawet, ze nabralem niejakiej zyczliwosci dla socjalizmu i socjalistow. Po co oni jednak koniecznie chca robic rewolucje, kiedy i bez niej ludzie miewali wspolne zony? Tak myslalem, ale tenze sam Mraczewski uleczyl mnie ze swoich teorii, a zarazem bardzo pokrzyzowal moje plany. Nawiasowo powiem, ze serdecznie chce, azeby sie Stach ozenil. Gdyby mial zone, nie moglby tak czesto naradzac sie z Colinsem i pania Meliton, a gdyby jeszcze przyszly dzieci, moze zerwalby wszystkie podejrzane stosunki. Bo co to, zeby taki czlowiek jak on, taka zolnierska natura, zeby kojarzyl sie z ludzmi, ktorzy badz jak badz nie wystepuja na plac z bronia przeciw broni. Wegierska piechota i wreszcie zadna piechota nie bedzie strzelac do rozbrojonego przeciwnika. Ale czasy zmieniaja sie. Otoz bardzo pragne, azeby sie Stach ozenil, i nawet mysle, ze upatrzylem mu partie. Bywa czasem w naszym magazynie (i bywala w tamtym sklepie) osoba dziwnej urody. Szatynka, szare oczy, rysy cudownie piekne, wzrost okazaly, a raczki i nozki - sam smak!... Patrzylem, jak raz wysiadala z dorozki, i powiem, ze mi sie goraco zrobilo wobec tego, com ujrzal... Ach, mialby poczciwy Stasiek wielki z niej pozytek, bo to i cialka w miare, i usteczka jak jagodki... A co za biust!... Kiedy wchodzi ubrana do figury, to mysle, ze wszedl aniol, ktory zleciawszy z nieba, na piersiach zlozyl sobie skrzydelka!... Zdaje mi sie, ze jest wdowa, gdyz nigdy nie widuje jej z mezem, tylko z mala coreczka Helunia, miluchna jak cukiereczek. Stach, gdyby sie z nia ozenil, od razu musialby zerwac z nihilistami, bo co by mu zostalo czasu od poslug przy zonie, to piescilby jej dziecine. Ale i taka zoneczka niewiele zostawilaby mu chwil wolnych. Juz ulozylem caly plan i rozmyslalem: w jaki by sposob zapoznac sie z ta dama, a pozniej przedstawic jej Stacha, gdy nagle - diabli przyniesli z Moskwy Mraczewskiego. Prosze zas sobie wyobrazic moj gniew, kiedy zaraz na drugi dzien po swoim przyjezdzie frant ten wchodzi do naszego sklepu z moja wdowa!... A jak skakal przy niej, jak wywracal oczyma, jak staral sie odgadywac jej mysli... Szczescie, ze nie jestem otyly, bo wobec tych bezczelnych zalotow dostalbym chyba apopleksji. Kiedy w pare godzin wrocil do nas, pytalem go z najobojetniejsza mina, kto jest owa dama. - Podobala sie panu - on mowi - co?... Szampan, nie kobieta dodal, bezwstydnie mrugajac okiem. - Ale na nic panski apetyt, bo ona szaleje za mna... Ach, panie, co to za temperament, co za cialo... A gdybys pan widzial, jak wyglada w kaftaniku!... - Spodziewam sie, panie Mraczewski... - odparlem surowo. - Ja przeciez nic nie mowie! - odpowiada zacierajac rece w sposob, ktory wydal mi sie lubieznym. - Ja nic nie mowie!... Najwieksza cnota mezczyzny, panie Rzecki, jest dyskrecja, panie Rzecki, szczegolniej w bardziej poufalych stosunkach... Przerwalem mu czujac, ze gdyby tak mowil dalej, musialbym pogardzic tym mlodziencem. Co za czasy, co za ludzie!... Bo ja, gdybym mial szczescie zwrocic na siebie uwage jakiej damy, nie smialbym nawet myslec o tym, a nie dopiero wrzeszczec na caly glos, jeszcze w tak wielkim, jakim jest nasz, magazynie. Gdy zas w dodatku wylozyl mi Mraczewski swoja teorie o wspolnosci zon, zaraz przyszlo mi do glowy: - Stach nihilista i Mraczewski nihilista... Niechze sie wiec pierwszy ozeni, to drugi zaraz mu zaprowadzi wspolnosc... A przecie szkoda byloby takiej kobiety dla takiego Mraczewskiego. W koncu maja Wokulski postanowil zrobic poswiecenie naszego magazynu. Przy tej sposobnosci zauwazylem, jak sie czasy zmieniaja... Za moich mlodych lat kupcy takze poswiecali sklepy troszczac sie o to, azeby ceremonii dopelnil ksiadz sedziwy a pobozny, azeby na miejscu byla autentyczna woda swiecona, nowe kropidlo i organista biegly w lacinie. Po skonczonym zas obrzadku, przy ktorym pokropiono i obmodlono prawie kazda szafe i sztuke towaru, przybijalo sie na progu sklepu podkowe, azeby zwabiala gosci, a dopiero potem - myslano o przekasce, zwykle zlozonej z kieliszka wodki, kielbasy i piwa. Dzis zas (co by powiedzieli na to rowiesnicy starego Mincla!) pytano przede wszystkim : ilu potrzeba kucharzy i lokajow, a potem : ile butelek szampana, ile wegrzyna i - jaki obiad? Obiad bowiem stanowil glowna wage uroczystosci, gdyz i zaproszeni nie o to troszczyli sie: kto bedzie swiecil, ale co podadza do stolu?... W wigilie ceremonii wpadl do naszego magazynu jakis jegomosc przysadkowaty, spocony, o ktorym nie moglbym powiedziec, czy kolnierzyki walaly mu szyje, czy tez dzialo sie na odwrot. Z wytartej surduciny wydobyl gruby notes, wlozyl na nos zatluszczone binokle i - poczal chodzic po pokojach z taka mina, ze mnie po prostu wziela trwoga. "Co, u diabla - mysle - czyby kto z policji, czy moze jaki sekretarz komornika spisuje nam ruchomosci?..." Dwa razy zastepowalem mu droge, chcac jak najgrzeczniej spytac: czego by sobie zyczyl? Ale on za pierwszym razem mruknal: "Prosze mi nie przeszkadzac!" - a za drugim bez ceremonii odsunal mnie na bok. Zdumienie moje bylo tym wieksze, ze niektorzy z naszych panow klaniali mu sie bardzo uprzejmie i zacierajac rece, jakby co najmniej przed dyrektorem banku, dawali wszelkie objasnienia. "No - mowie w duchu - juzci chyba ten biedaczysko nie jest z towarzystwa ubezpieczen. Ludzi tak obdartych tam nie trzymaja..." Dopiero Lisiecki szepnal mi, ze ten pan jest bardzo znakomitym reporterem i ze bedzie nas opisywal w gazetach. Cieplo mi sie zrobilo okolo serca na mysl, ze moge ujrzec w druku moje nazwisko, ktore raz tylko figurowalo w "Gazecie Policyjnej", gdym zgubil ksiazeczke. Jednej chwili spostrzeglem, ze w tym czlowieku jest wszystko wielkie: wielka glowa, wielki notes, a nawet - bardzo wielka przyszczypka u lewego buta. A on wciaz chodzil po pokojach nadety jak indyk i pisal, wciaz pisal... Nareszcie odezwal sie: - Czy w tych czasach nie bylo u panow jakiego wypadku?... Malego pozaru, kradziezy, naduzycia zaufania, awantury?... - Boze uchowaj!- osmielilem sie wtracic. - Szkoda - odparl. - Najlepsza reklama dla sklepu byloby, gdyby sie tak kto w nim powiesil... Struchlalem uslyszawszy to zyczenie. - Moze pan dobrodziej - odwazylem sie wtracic z uklonem - raczy wybrac sobie jaki przedmiocik, ktory odeslemy bez pretensji... - Lapowka?... - zapytal spogladajac na mnie jak figura Kopernika. - Mamy zwyczaj - dodal - to, co nam sie podoba, kupowac; prezentow nie przyjmujemy od nikogo. Wlozyl poplamiony kapelusz na glowe na srodku magazynu i z rekami w kieszeniach wyszedl jak minister. Jeszcze po drugiej stronie ulicy widzialem jego przyszczypke. Wracam do ceremonii poswiecenia. Glowna uroczystosc, czyli obiad, odbyla sie w wielkiej sali Hotelu Europejskiego. Sale ubrano w kwiaty, ustawiono ogromne stoly w podkowe, sprowadzono muzyke i o szostej wieczor zebralo sie przeszlo sto piecdziesiat osob. Kogo bo tam nie bylo!... Glownie kupcy i fabrykanci z Warszawy, z prowincji, z Moskwy, ba, nawet z Wiednia i z Paryza. Znalazlo sie tez dwu hrabiow, jeden ksiaze i sporo szlachty. O trunkach nie wspominam, gdyz naprawde nie wiem, czego bylo wiecej : listkow na roslinach zdobiacych sale czy butelek. Kosztowala nas ta zabawa przeszlo trzy tysiace rubli, ale widok tylu jedzacych osob byl zaiste okazaly. Kiedy zas wsrod ogolnej ciszy powstal ksiaze i wypil zdrowie Stacha, kiedy zagrala muzyka, nie wiem juz jaki kawalek, ale bardzo ladny, i stu piecdziesieciu ludzi huknelo: "Niech zyje"" - mialem lzy w oczach. Pobieglem do Wokulskiego i sciskajac go szepnalem: - Widzisz, jak cie kochaja... - Lubia szampana - odpowiedzial. Zauwazylem, ze wiwaty nic go nie obchodza. Nie rozchmurzyl sie nawet, choc jeden z mowcow (musial byc literat, bo gadal duzo i bez sensu) powiedzial, nie wiem, w swoim czy w Wokulskiego imieniu, ze... jest to najpiekniejszy dzien jego zycia. Uwazalem, ze Stach najwiecej kreci sie kolo pana Leckiego, ktory przed swym bankructwem ocieral sie podobno o europejskie dwory... Zawsze ta nieszczesliwa polityka!... Z poczatku uczty wszystko odbywalo sie bardzo powaznie; coraz ktorys z biesiadnikow zabieral glos i gadal tak, jakby chcial odgadac wypite wino i zjedzone potrawy. Lecz im wiecej wynoszono pustych butelek, tym dalej uciekala z tego zgromadzenia powaga, a w koncu- zrobil sie przecie taki halas, ze wobec niego prawie oniemiala muzyka. Bylem zly jak diabel i chcialem zwymyslac przynajmniej Mraczewskiego. Odciagnawszy go jednak od stolu zdobylem sie ledwie na te slowa : - No, i po co to wszystko?... - Po co?... - odparl patrzac na mnie blednymi oczyma. - To tak dla panny Leckiej... -Zwariowales pan!... Co dla panny Leckiej?.. - No... te spolki..: ten sklep... ten obiad... Wszystko dla niej... I ja przez nia wylecialem ze sklepu... - mowil Mraczewski opierajac sie na moim ramieniu, gdyz nie mogl ustac. - Co?... - mowie widzac, ze jest zupelnie pijany. - Wyleciales przez nia ze sklepu, wiec moze i przez nia dostales sie do Moskwy?.. - Rozu... rozumie sie... Szepnela slowko, takie... nieduze sloweczko i... dostalem trzysta rubli wiecej na rok... Zabcia ze starym wszystko zrobi, co jej sie podoba... - No, idz pan spac - rzeklem. - Wlasnie, ze nie pojde spac... Pojde do moich przyjaciol... Gdzie oni sa?... Oni by sobie z Zabcia predzej poradzili... Nie gralaby im po nosie jak staremu... Gdzie moi przyjaciele? - zaczal wrzeszczec. Naturalnie, ze kazalem go odprowadzic do numeru na gore. Domyslam sie jednak, ze udawal pijanego, azeby mnie otumanic. Okolo polnocy sala byla podobna do trupiarni albo do szpitala; coraz kogos trzeba bylo wyciagac do numeru albo do dorozki. Wreszcie odnalazlszy doktora Szumana, ktory byl prawie trzezwy, zabralem go do siebie na herbate. Doktor Szuman jest takze starozakonny, ale niezwykly to czlowiek. Mial nawet ochrzcic sie, gdyz zakochal sie w chrzescijance; ale ze umarla, wiec dal spokoj. Mowia nawet, ze trul sie z zalu, ale go odratowano. Dzis calkiem porzucil praktyke lekarska, ma spory majatek i tylko zajmuje sie badaniem ludzi czy tez ich wlosow. Maly, zolty, ma przejmujace spojrzenie, przed ktorym trudno by cos ukryc. A ze zna sie ze Stachem od dawna, wiec musi wiedziec wszystkie jego tajemnice. Po hucznym obiedzie bylem dziwnie zafrasowany i chcialem Szumana pociagnac troche za jezyk. Jezeli ten dzisiaj nie powie mi czego o Stachu, to juz chyba nigdy nic nie bede wiedzial. Kiedy przyszlismy do mego mieszkania i podano samowar, odezwalem sie : - Powiedz mi, doktorze, ale szczerze, co myslisz o Stachu?... Bo on mnie niepokoi. Widze, ze od roku rzuca sie na jakies po prostu awantury... Ten wyjazd do Bulgarii, a dzis ten magazyn... spolka... powoz... Jest dziwna zmiana w jego charakterze... - Nie widze zmiany - odparl Szuman. - Byl to zawsze czlowiek czynu, ktory, co mu przyszlo do glowy czy do serca, wykonywal natychmiast. Postanowil wejsc do uniwersytetu i wszedl, postanowil zrobic majatek i zrobil. Wiec jezeli wymyslil jakies glupstwo, to takze sie nie cofnie i zrobi glupstwo kapitalne. Taki juz charakter. - Z tym wszystkim - wtracilem - widze w jego postepowaniu wiele sprzecznosci... - Nic dziwnego - przerwal doktor. - Stopilo sie w nim dwu ludzi: romantyk sprzed roku szescdziesiatego i pozytywista z siedemdziesiatego. To, co dla patrzacych jest sprzeczne, w nim samym jest najzupelniej konsekwentne. - A czy nie wplatal sie w jakie nowe historie?.. - spytalem. - Nic nie wiem - odparl sucho Szuman. Umilklem i dopiero po chwili spytalem znowu: - Coz z nim jednak w rezultacie bedzie?... Szuman podniosl brwi i splotl rece. - Bedzie zle - odparl. - Tacy ludzie jak on albo wszystko naginaja do siebie, albo trafiwszy na wielka przeszkode rozbijaja sobie leb o nia. Dotychczas wiodlo mu sie, ale... nie ma przecie czlowieka, ktory by w zyciu wygrywal same dobre losy... - Wiec?.. - spytalem. - Wiec mozemy zobaczyc tragedie - zakonczyl Szuman. Wypil szklanke herbaty z cytryna i poszedl do siebie. Cala noc spac nie moglem. Takie straszne zapowiedzi w dzien triumfu... Eh! stary Pan Bog wiecej wie od Szumana ; a On chyba nie pozwoli zmarnowac sie Stachowi..." Pani Meliton przeszla twarda szkole zycia, w ktorej nauczyla sie nawet lekcewazyc powszechnie przyjete opinie. Za mlodu mowiono jej powszechnie, ze panna ladna i dobra, chocby nie miala majatku, moze jednak wyjsc za maz. Byla dobra i ladna, lecz za maz nie wyszla. Pozniej mowiono rowniez powszechnie, ze wyksztalcona nauczycielka zdobywa sobie milosc pupilow i szacunek ich rodzicow. Byla wyksztalcona, nawet zamilowana nauczycielka, lecz mimo to pupilki jej dokuczaly, a ich rodzice drwili z niej od pierwszego sniadania do kolacji. Potem czytala duzo romansow, w ktorych powszechnie dowodzono, ze zakochani ksiazeta, hrabiowie i baronowie sa ludzmi szlachetnymi, ktorzy w zamian za serce maja zwyczaj oddawac ubogim nauczycielkom reke. Jakoz oddala serce mlodemu i szlachetnemu hrabiemu, lecz - nie pozyskala jego reki. Juz po trzydziestym roku zycia wyszla za maz za podstarzalego guwernera, Melitona, w tym jedynie celu, azeby moralnie podzwignac czlowieka, ktory nieco sie upijal. Nowozeniec jednak po slubie wiecej pil anizeli przed slubem, a malzonke, dzwigajaca go moralnie, czasami okladal kijem. Gdy umarl, podobno na ulicy, pani Meliton odprowadziwszy go na cmentarz i przekonawszy sie, ze jest niezawodnie zakopany, wziela na opieke psa; znowu bowiem powszechnie mowiono, ze pies jest najwdzieczniejszym stworzeniem. Istotnie, byl wdziecznym, dopoki nie wsciekl sie i nie pokasal sluzacej, co sama pania Meliton przyprawilo o ciezka chorobe. Pol roku lezala w szpitalu, w osobnym gabinecie, samotna i zapomniana przez swoje pupilki, ich rodzicow i hrabiow, ktorym oddawala serce. Byl czas do rozmyslan. Totez gdy wyszla stamtad chuda, stara, z posiwialymi i przerzedzonymi wlosami, znowu zaczeto mowic powszechnie, ze - choroba zmienila ja do niepoznania. - Zmadrzalam - odpowiedziala pani Meliton. Nie byla juz nauczycielka, ale rekomendowala nauczycielki; nie myslala o zamazpojsciu, ale swatala mlode pary; nikomu nie oddawala swego serca, ale we wlasnym mieszkaniu ulatwiala schadzki zakochanym. Ze zas kazdy i za wszystko musial jej placic, wiec miala troche pieniedzy i z nich zyla. W poczatkach nowej kariery byla posepna i nawet cyniczna. - Ksiadz - mowila osobom zaufanym - ma dochody ze slubow, ja z zareczyn. Hrabia... bierze pieniadze za ulatwianie stosunkow koniom, ja za ulatwianie znajomosci ludziom. Z czasem jednak stala sie powsciagliwsza w mowie, a niekiedy nawet moralizujaca, spostrzeglszy, ze wyglaszanie zdan i opinii przyjetych przez ogol wplywa na wzrost dochodow. Pani Meliton od dawna znala sie z Wokulskim. A ze lubila widowiska publiczne i miala zwyczaj wszystko sledzic, wiec predko zauwazyla, ze Wokulski zbyt naboznie przypatruje sie pannie Izabeli. Zrobiwszy to odkrycie wzruszyla ramionami; coz ja mogl obchodzic kupiec galanteryjny zakochany w pannie Leckiej? Gdyby upodobal sobie jakas bogata kupcowne albo corke fabrykanta, pani Meliton mialaby material do swatow, Ale tak!... Dopiero gdy Wokulski powrocil z Bulgarii i przywiozl majatek, o ktorym opowiadano cuda, pani Meliton sama zaczepila go o panne Izabele ofiarowujac swoje uslugi. I stanal milczacy uklad: Wokulski placil hojnie, a pani Meliton udzielala mu wszelkich informacyj o rodzinie Leckich i zwiazanych z nimi osobach wyzszego swiata. Za jej nawet posrednictwem Wokulski nabyl weksle Leckiego i srebra panny Izabeli. Przy tej okazji pani Meliton odwiedzila Wokulskiego w jego prywatnym mieszkaniu, azeby mu powinszowac. - Bardzo rozsadnie przystepujesz pan do rzeczy - mowila.- Wprawdzie ze sreber i serwisu niewielka bedzie pociecha, ale skup weksli Leckiego jest arcydzielem... Znac kupca!... Uslyszawszy taka pochwale Wokulski otworzyl biurko, poszukal w nim i za chwile wydobyl paczke weksli. - Te same? - rzekl pokazujac je pani Meliton. - Tak. Chcialabym miec te pieniadze!... - odpowiedziala z westchnieniem. Wokulski ujal paczke w obie rece i rozdarl ja. - Znac kupca?... spytal. Pani Meliton przypatrzyla mu sie ciekawie i kiwajac glowa, mruknela : - Szkoda pana. - Dlaczegoz to, jezeli laska?... - Szkoda pana - powtorzyla. - Sama jestem kobieta i wiem, ze kobiet nie zdobywa sie ofiarami, tylko sila. - Czy tak? - Sila pieknosci, zdrowia, pieniedzy... - Rozumu... - wtracil Wokulski jej tonem. - Rozumu nie tyle, predzej piesci - dodala pani Meliton z szyderczym usmiechem. - Znam dobrze moja plec i nieraz mialam okazje litowac sie nad naiwnoscia meska. - Dla mnie niech pani sobie nie zadaje tego trudu. - Myslisz pan, ze nie bedzie potrzebny? - spytala patrzac mu w oczy. - Laskawa pani - odparl Wokulski - jezeli panna Izabela jest taka, jak mi sie wydaje, to moze mnie kiedys oceni. A jezeli nia nie jest, zawsze bede mial czas rozczarowac sie... - Zrob to wczesniej, panie Wokulski, zrob wczesnie; - rzekla podnoszac sie z fotelu. - Bo wierz mi, latwiej wyrzucic tysiace rubli z kieszeni anizeli jedno przywiazanie z serca. Szczegolniej, gdy sie juz zagniezdzi. A nie zapomnij pan - dodala - dobrze umiescic moj kapitalik. Nie darlbys paru tysiecy, gdybys wiedzial, jak ciezko nieraz trzeba na nie pracowac. W maju i czerwcu wizyty pani Meliton staly sie czestszymi, ku zmartwieniu Rzeckiego, ktory podejrzewal spisek. I nie mylil sie. Byl spisek, ale przeciw pannie Izabeli; stara dama dostarczala waznych informacyj Wokulskiemu, ale dotyczacych tylko panny Izabeli. Zawiadamiala go mianowicie: w ktorych dniach hrabina wybiera sie ze swoja siostrzenica na spacer do Lazienek. W takich wypadkach pani Meliton wpadala do sklepu i zrealizowawszy sobie wynagrodzenie w formie kilku lub kilkunastorublowego drobiazgu, mowila Rzeckiemu dzien i godzine. Dziwne to bywaly epoki dla Wokulskiego. Dowiedziawszy sie, ze jutro beda panie w Lazienkach, juz dzis tracil spokojnosc. Obojetnial dla interesow, byl rozdrazniony; zdawalo mu sie, ze czas stoi w miejscu i ze owe jutro nie nadejdzie nigdy. Noc mial pelna dzikich marzen; niekiedy w polsnie, poljawie szeptal: "Coz to jest w rezultacie?... nic!... Ach, jakiez ze mnie bydle..." Lecz gdy nadszedl ranek, bal sie spojrzec w okno, azeby nie zobaczyc zachmurzonego nieba, i znowu do poludnia czas rozciagal mu sie tak, ze w jego ramach mogl byl pomiescic cale swoje zycie, zatrute dzis okropna gorycza. "Czyliz to moze byc milosc?..." - zapytywal sam siebie z desperacja. Rozgoraczkowany, juz w poludnie kazal zaprzegac i jechac. Co chwile zdawalo mu sie, ze spotyka wracajacy powoz hrabiny, to znowu, ze jego rwace sie z cugli konie ida zbyt wolno. Znalazlszy sie w Lazienkach wyskakiwal z powozu i biegl nad sadzawke, gdzie zazwyczaj spacerowala hrabina lubiaca karmic labedzie. Przychodzil zawczasu, a wtedy padal gdzies na lawke, zalany zimnym potem, i siedzial bez ruchu, z oczyma skierowanymi w strone palacu, zapominajac o swiecie. Nareszcie na koncu alei ukazaly sie dwie kobiece figury, czarna i szara. Wokulskiemu krew uderzyla do glowy. "One!... Czy mnie choc zatrzymaja?.. " Podniosl sie z lawki i szedl naprzeciw nich jak lunatyk, bez tchu. Tak, to jest panna Izabela; prowadzi ciotke i o czyms z nia rozmawia. Wokulski przypatruje sie jej i mysli: "No i coz jest w niej nadzwyczajnego?... Kobieta jak inne... Zdaje mi sie, ze bez potrzeby szaleje na jej rachunek..." Uklonil sie, panie sie odklonily. Idzie dalej nie odwracajac glowy, azeby sie nie zdradzic. Nareszcie oglada sie: obie panie znikly miedzy zielonoscia. "Wroce sie - mysli - jeszcze raz spojrze... Nie, nie wypada!" I czuje w tej chwili, ze polyskujaca woda sadzawki ciagnie go z nieprzeparta sila. "Ach, gdybym wiedzial, ze smierc jest zapomnieniem... A jezeli nie jest?... Nie, w naturze nie ma milosierdzia... Czy godzi sie w nedzne ludzkie serce wlac bezmiar tesknoty, a nie dac nawet tej pociechy, ze smierc jest nicoscia?" Prawie w tym samym czasie hrabina mowila do panny Izabeli: - Coraz bardziej przekonywam sie, Belu, ze pieniadze nie daja szczescia. Ten Wokulski zrobil swietna jak dla niego kariere, lecz coz stad?... Juz nie pracuje w sklepie, ale nudzi sie w Lazienkach. Uwazalas, jaka on ma znudzona mine? - Znudzona? - powtorzyla panna Izabela. - Mnie on wydaje sie przede wszystkim zabawnym. - Nie dostrzeglam tego - zdziwila sie hrabina. - Wiec... nieprzyjemnym - poprawila sie panna Izabela. Wokulski nie mial odwagi wyjsc z Lazienek. Chodzil po drugiej stronie sadzawki i z daleka przypatrywal sie migajacej miedzy drzewami szarej sukni. Dopiero pozniej spostrzegl, ze przypatruje sie az dwom szarym sukniom, a trzeciej niebieskiej i ze zadna z nich - nie nalezy do panny Izabeli. "Jestem piramidalnie glupi" - pomyslal. Ale nic mu to nie pomoglo. Pewnego dnia, w pierwszej polowie czerwca, pani Meliton dala znac Wokulskiemu, ze jutro w poludnie panna Izabela bedzie na spacerze z hrabina i - z prezesowa. Drobny ten wypadek mogl miec pierwszorzedne znaczenie. Wokulski bowiem od pamietnej Wielkanocy pare razy odwiedzal prezesowa i poznal, ze staruszka jest mu bardzo zyczliwa. Zwykle sluchal jej opowiadan o dawnych czasach, rozmawial o swoim stryju, nawet ostatecznie umowil sie o nagrobek dla niego. W toku tej wymiany mysli, nie wiadomo skad, wplatalo sie imie panny Izabeli tak nagle, ze Wokulski nie mogl ukryc wzruszenia; twarz mu sie zmienila, glos stlumil sie. Staruszka przylozyla binokle do oczu i wpatrzywszy sie w Wokulskiego spytala : - Czy mi sie tylko wydaje, czyli tez panna Lecka nie jest ci obojetna.? - Prawie nie znam jej... Mowilem z nia raz w zyciu... - tlumaczyl sie zmieszany Wokulski. Prezesowa wpadla w zamyslenie i kiwajac glowa, szepnela: - Ha... Wokulski pozegnal ja, ale owe "ha!" utkwilo mu w pamieci. W kazdym razie byl pewny, ze w prezesowej nie ma nieprzyjaciolki. I otoz w niecaly tydzien po tej rozmowie dowiedzial sie, ze prezesowa jedzie z hrabina i z panna Izabela na spacer do Lazienek. Czyzby dowiedziala sie, ze panie go tam spotykaja?... A moze chce ich zblizyc? Wokulski spojrzal na zegarek; byla trzecia po poludniu. "Wiec to jutro - pomyslal - za godzin... dwadziescia cztery... Nie, nie tyle... Za ilez to?..." Nie mogl zrachowac, ile godzin uplynie od trzeciej do pierwszej w poludnie. Ogarnal go niepokoj ; nie jadl obiadu ; fantazja rwala sie naprzod, ale trzezwy rozum hamowal ja. "Zobaczymy, co bedzie jutro. A nuz bedzie deszcz albo ktora z pan zachoruje?" Wybiegl na ulice i blakajac sie bez celu, powtarzal: "No, zobaczymy, co bedzie jutro... A moze mnie nie zatrzymaja?.. Zreszta panna Izabela jest sobie piekna panna, przypuscmy, ze nawet niezwykle piekna, ale tylko panna, nie nadprzyrodzone zjawisko. Tysiace rownie ladnych chodzi po swiecie, a ja tez nie mysle czepiac sie zebami jednej spodnicy. Odepchnie mnie?... Dobrze!... Z tym wiekszym rozmachem padne w objecia innej..." Wieczorem poszedl do teatru, lecz opuscil go po pierwszym akcie. Znowu walesal sie po miescie, a gdzie stapil, przesladowala go mysl jutrzejszego spaceru i niejasne przeczucie, ze jutro zblizy sie do panny Izabeli. Minela noc, ranek. O dwunastej kazal zaprzac powoz. Napisal kartke do sklepu, ze przyjdzie pozniej, i poszarpal jedna pare rekawiczek. Nareszcie wszedl sluzacy. "Konie gotowe!" - blysnelo Wokulskiemu. Wyciagnal reke po kapelusz. - Ksiaze!... - zameldowal sluzacy. Wokulskiemu pociemnialo w oczach. - Pros. Ksiaze wszedl. - Dzien dobry, panie Wokulski - zawolal. - Pan gdzies wyjezdza? - Zapewne do skladow albo na kolej. Ale nic z tego. Aresztuje pana i zabieram do siebie. Bede nawet tak niegrzeczny, ze zakwateruje sie do panskiego powozu, bo dzis swego nie wzialem. Jestem jednak pewny, ze wszystko to wybaczy mi pan ze wzgledu na doskonale wiadomosci. - Raczy ksiaze spoczac?... - Na chwilke. Niech pan sobie wyobrazi - mowil ksiaze siadajac - ze dopoty dokuczalem naszym panom bratom... Czy dobrze powiedzialem?... Dopoty ich przesladowalem, az obiecali przyjsc w kilku do mnie i wysluchac projektu panskiej spolki. Natychmiast wiec pana zabieram, a raczej zabieram sie z panem i - jedziemy do mnie. Wokulski doznal takiego wrazenia jak czlowiek, ktory spadl z wysokosci i uderzyl piersiami o ziemie. Pomieszanie jego nie uszlo uwagi ksiecia, ktory usmiechnal sie przypisujac to radosci z jego wizyty i zaprosin. Przez glowe mu nawet nie przeszlo, ze dla Wokulskiego moze byc wazniejszym spacer do Lazienek anizeli wszyscy ksiazeta i spolki. - A wiec jestesmy gotowi? - spytal ksiaze powstajac z fotelu. Sekundy brakowalo, azeby Wokulski powiedzial, ze nie pojedzie i nie chce zadnych spolek. Ale w tym samym momencie przebiegla mu mysl: "Spacer - to dla mnie, spolka - dla niej." Wzial kapelusz i pojechal z ksieciem. Zdawalo mu sie, ze powoz nie jedzie po bruku, ale po jego wlasnym mozgu. "Kobiet nie zdobywa sie ofiarami, tylko sila, bodaj piesci..."- przypomnial sobie zdanie pani Meliton. Pod wplywem tego aforyzmu chcial porwac ksiecia za kolnierz i wyrzucic go na ulice. Ale trwalo to tylko chwile. Ksiaze przypatrywal mu sie spod rzes, a widzac, ze Wokulski to czerwienieje, to blednieje, myslal: "Nie spodziewalem sie, ze zrobie az taka przyjemnosc temu poczciwemu Wokulskiemu. Tak, trzeba zawsze podawac reke nowym ludziom..." W swoim towarzystwie ksiaze nosil tytul zagorzalego patrioty, prawie szowinisty; poza towarzystwem cieszyl sie opinia jednego z najlepszych obywateli. Bardzo lubil mowic po polsku, a nawet trescia jego francuskich rozmow byly interesa publiczne. Byl arystokrata od wlosow do nagniotkow, dusza, sercem, krwia. Wierzyl, ze kazde spoleczenstwo sklada sie z dwu materialow: zwyczajnego tlumu i klas wybranych. Zwyczajny tlum byl dzielem natury i mogl nawet pochodzic od malpy, jak to wbrew Pismu swietemu utrzymywal Darwin. Lecz klasy wybrane mialy jakis wyzszy poczatek i pochodzily, jezeli nie od bogow, to przynajmniej od pokrewnych im bohaterow, jak Herkules, Prometeusz, od biedy - Orfeusz. Ksiaze mial we Francji przyjaciela, hrabiego (w najwyzszym stopniu dotknietego zaraza demokratyczna), ktory drwil sobie z nadziemskich poczatkow arystokracji. - Moj kuzynie - mowil - mysle, ze nie zdajesz sobie nalezycie sprawy z kwestii rodow. Coz to sa wielkie rody? Sa nimi takie, ktorych przodkowie byli hetmanami, senatorami, wojewodami, czyli po dzisiejszemu: marszalkami, czlonkami izby wyzszej lub prefektami departamentow. No - a przecie takich panow znamy, nic w nich nadzwyczajnego... Jedza, pija, graja w karty, umizgaja sie do kobiet, zaciagaja dlugi - jak reszta smiertelnikow, od ktorych sa niekiedy glupsi. Ksieciu na twarz wystepowaly chorobliwe rumience. - Czy spotkales kiedy, kuzynie - odparl - prefekta lub marszalka z takim wyrazem majestatu, jaki widujemy na portretach naszych przodkow?... - Coz w tym dziwnego - smial sie zarazony hrabia. - Malarze nadawali obrazom wyraz, o jakim nie snilo sie zadnemu z oryginalow; tak jak heraldycy i historycy opowiadali o nich bajeczne legendy. To wszystko klamstwa, moj kuzynie!... To tylko kulisy i kostiumy, ktore z jednego Wojtka robia ksiecia, a z innego parobka. W rzeczywistosci jeden i drugi jest tylko lichym aktorem. - Z szyderstwem, kuzynie, nie ma rozprawy! - wybuchal ksiaze i uciekal. Biegl do siebie, kladl sie na szezlongu z rekoma splecionymi pod glowa i patrzac w sufit widzial przesuwajace sie na nim postacie nadludzkiego wzrostu, sily, odwagi, rozumu, bezinteresownosci. To byli - przodkowie jego i hrabiego; tylko ze hrabia zapieral sie ich. Czyzby istniala w nim jaka przymieszka krwi?... Tlumem zwyczajnych smiertelnikow ksiaze nie tylko nie gardzil, ale owszem: mial dla nich zyczliwosc, a nawet stykal sie z nimi i interesowal ich potrzebami. Wyobrazal sobie, ze jest jednym z Prometeuszow, ktorzy maja poniekad honorowy obowiazek sprowadzic tym biednym ludziom ogien z nieba na ziemie. Zreszta religia nakazywala mu sympatie dla maluczkich i ksiaze rumienil sie na sama mysl, ze wieksza czesc towarzystwa stanie kiedys przed boskim sadem bez tego rodzaju zaslugi. Wiec aby uniknac wstydu dla siebie, bywal i nawet zwolywal do swego mieszkania rozmaite sesje, wydawal po dwadziescia piec i po sto rubli na akcje rozmaitych przedsiebiorstw publicznych, nade wszystko zas - ciagle martwil sie nieszczesliwym polozeniem kraju; a kazda mowe swoja konczyl frazesem: - Bo, panowie, myslmy najpierw o tym, azeby podzwignac nasz nieszczesliwy kraj... A gdy to powiedzial, czul, ze z serca spada mu jakis ciezar; tym wiekszy, im wiecej bylo sluchaczow albo im wiecej rubli wydal na akcje. Zwolac sesje, zachecic do przedsiebiorstwa i cierpiec, wciaz cierpiec nad nieszczesliwym krajem, oto jego zdaniem byly obowiazki obywatela. Gdyby go jednak spytano, czy zasadzil kiedy drzewo, ktorego cien ochronilby ludzi i ziemie od spiekoty? albo czy kiedy usunal z drogi kamien raniacy koniom kopyta? - bylby szczerze zdziwiony. Czul i myslal, pragnal i cierpial - za miliony. Tylko - nic nigdy nie zrobil uzytecznego. Zdawalo mu sie, ze ciagle frasowanie sie calym krajem ma bez miary wyzsza wartosc od utarcia nosa zasmolonemu dziecku. W czerwcu fizjognomia Warszawy ulega widocznej zmianie. Puste przedtem hotele napelniaja sie i podwyzszaja ceny, na wielu domach ukazuja sie ogloszenia: "Apartament z meblami do wynajecia na kilka tygodni:" Wszystkie dorozki sa zajete, wszyscy poslancy biegaja. Na ulicach, w ogrodach, teatrach, w restauracjach, na wystawach, w sklepach i magazynach strojow damskich widac figury nie spotykane w zwyklym czasie. Sa nimi tedzy i opaleni mezczyzni w granatowych czapkach z daszkami, w zbyt obszernych butach, w ciasnych rekawiczkach, w garniturach pomyslu prowincjonalnego krawca. Towarzysza im gromadki dam, nie odznaczajacych sie pieknoscia ani warszawskim szykiem, tudziez niemniej liczne gromadki niezrecznych dzieci, ktorym z ust szeroko otwartych wyglada zdrowie. Jedni z wiejskich gosci przyjezdzaja tu z welna na jarmark, drudzy na wyscigi, inni, azeby zobaczyc welne i wyscigi; ci dla spotkania sie z sasiadami, ktorych na miejscu maja o wiorste drogi, tamci dla odswiezenia sie w stolicy metnej wody i pylu, a owi mecza sie przez kilkudniowa podroz sami nie wiedzac po co. Z podobnego zjazdu skorzystal ksiaze, azeby zblizyc Wokulskiego z ziemianstwem. Ksiaze we wlasnym palacu, na pierwszym pietrze, zajmowal ogromne mieszkanie. Czesc jego, zlozona z gabinetu pana, biblioteki i fajczarni, byla miejscem meskich zebran, na ktorych ksiaze przedstawial swoje lub cudze projekta dotyczace spraw publicznych. Zdarzalo sie to po kilka razy w roku. Ostatnia nawet sesja wiosenna byla poswiecona kwestii statkow srubowych na Wisle, przy czym bardzo wyraznie zarysowaly sie trzy stronnictwa. Pierwsze, zlozone z ksiecia i jego osobistych przyjaciol, koniecznie domagalo sie srubowcow, drugie zas, mieszczanskie, uznajac w zasadzie pieknosc projektu, uwazalo go jednak za przedwczesny i nie chcialo dac na ten cel pieniedzy. Trzecie stronnictwo skladalo sie tylko z dwu osob: pewnego technika, ktory twierdzil, ze srubowce nie moga plywac po Wisle, i pewnego gluchego magnata, ktory na wszystkie odezwy, skierowane do jego kieszeni, stale odpowiadal: - Prosze troche glosniej, bo nic nie slychac... Ksiaze z Wokulskim przyjechali o pierwszej, a w kwadrans po nich zaczeli schodzic sie i zjezdzac inni uczestnicy sesji. Ksiaze wital kazdego z uprzejma poufaloscia, prezentowal Wokulskiego, a nastepnie podkreslal przybysza na liscie zaproszonych bardzo dlugim i bardzo czerwonym olowkiem. Jednym z pierwszych gosci byl pan Lecki; wzial Wokulskiego na strone i jeszcze raz wypytal go o cel i znaczenie spolki, do ktorej nalezal juz cala dusza, ale nigdy nie mogl dobrze spamietac, o co chodzi. Tymczasem inni panowie przypatrywali sie intruzowi i znizonym glosem robili o nim uwagi. - Bycza mina! - szepnal otyly marszalek wskazujac okiem na Wokulskiego. - Szczec na glowie jezy mu sie jak dzikowi, piers upadam do nog, oko bystre... Ten by nie ustal na polowaniu! - I twarz, panie... - dodal baron z fizjognomia Mefistofelesa.- Czolo, panie... wasik, panie... mala hiszpanka, panie. Wcale, panie... wcale... Rysy troche, panie... ale calosc, panie... - Zobaczymy, jaki bedzie w interesach - dorzucil nieco przygarbiony hrabia. - Rzutki, ryzykowny, t e k - odezwal sie jakby z piwnicy drugi hrabia, ktory siedzial sztywnie na krzesle, nosil bujne faworyty i porcelanowymi oczyma patrzyl tylko przed siebie jak Anglik z "Tournal Amusant". Ksiaze powstal z fotelu i chrzaknal; zebrani umilkli, dzieki czemu mozna bylo uslyszec reszte opowiadania marszalka: - Wszyscy patrzymy na las, a tu cos skwierczy pod kopytami. Wyobraz sobie pan dobrodziej, ze chart idacy przy koniach na smyczy zdusil w bruzdzie szaraka!... To powiedziawszy marszalek uderzyl olbrzymia dlonia w udo, z ktorego mogl byl wyciac sobie sekretarza i jego pomocnika. Ksiaze chrzaknal drugi raz, marszalek zmieszal sie i niezwykle wielkim fularem otarl spocone czolo. - Szanowni panowie - odezwal sie ksiaze. - Powazylem sie fatygowac szanownych panow w pewnym... nader waznym interesie publicznym, ktory, jak to wszyscy czujemy, powinien zawsze stac na strazy naszych interesow publicznych... Chcialem powiedziec... naszych idei... to jest... Ksiaze zdawal sie byc zaklopotany; wnet jednak ochlonal i mowil dalej : - Chodzi o inte... to jest o plan, a raczej... o projekt zawiazania spolki do ulatwiania handlu... - Zbozem - wtracil ktos z kata. - Wlasciwie - ciagnal ksiaze - chodzi nie o handel zbozem, ale... - Okowita - pospieszyl ten sam glos. - Alez nie!... O handel, a raczej o ulatwienie handlu miedzy Rosja i zagranica towarami, no.:. towarami... Miasto zas nasze, pozadane jest, azeby sie stalo centrum takowego... - A jakiez to towary? - spytal przygarbiony hrabia. - Strone fachowa kwestii raczy objasnic nam laskawie pan Wokulski, czlowiek... czlowiek fachowy - zakonczyl ksiaze. - Pamietajmy jednak, panowie, o obowiazkach, jakie na nas wklada troska o interesa publiczne i ten nieszczesliwy kraj... - Jak Boga kocham, zaraz daje dziesiec tysiecy rubli!... - wrzasnal marszalek. - Na co? - spytal hrabia udajacy autentycznego Anglika. - Wszystko jedno!... - odparl wielkim glosem marszalek.- Powiedzialem: rzuce w Warszawie piecdziesiat tysiecy rubli, wiec niech dziesiec pojdzie na cele dobroczynne, bo kochany nasz ksiaze mowi cudownie!... z rozumu i z serca, jak Boga kocham... - Przepraszam - odezwal sie Wokulski - ale nie chodzi tu o spolke dobroczynna, tylko o spolke zapewniajaca zyski. - Otoz to!... - wtracil hrabia zgarbiony. - T e k!... - potwierdzil hrabia-Anglik. - Co mnie za zysk z dziesieciu tysiecy? - zaprotestowal marszalek. - Z torbami bym poszedl pod Ostra Brame przy takich zyskach. Zgarbiony hrabia wybuchnal: - Prosze o glos w kwestii : czy nalezy lekcewazyc male zyski!... To nas gubi!... to, panowie - wolal pukajac paznokciem w porecz fotelu. - Hrabio - przerwal slodko ksiaze - pan Wokulski ma glos. - T e k!... - poparl go hrabia-Anglik czeszac bujne faworyty. - Prosimy wiec szanownego pana Wokulskiego - odezwal sie nowy glos - azeby ten publiczny interes, ktory nas zgromadzil tu, do goscinnych salonow ksiecia, raczyl nam przedstawic z wlasciwa mu jasnoscia i zwiezloscia. Wokulski spojrzal na osobe przyznajaca mu jasnosc i zwiezlosc. Byl to znakomity adwokat, przyjaciel i prawa reka ksiecia; lubil mowic kwieciscie, wybijajac takt reka i przysluchujac sie wlasnym frazesom, ktore zawsze znajdowal wybornymi. - Tylko zebysmy zrozumieli wszyscy - mruknal ktos w kacie zajetym przez szlachte, ktora nienawidzila magnatow. - Wiadomo panom - zaczal Wokulski - ze Warszawa jest handlowa stacja miedzy Europa zachodnia i wschodnia. Tu zbiera sie i przechodzi przez nasze rece czesc towarow francuskich i niemieckich przeznaczonych dla Rosji, z czego moglibysmy miec pewne zyski, gdyby nasz handel... - Nie znajdowal sie w reku Zydow - wtracil polglosem ktos od stolu, gdzie siedzieli kupcy i przemyslowcy. - Nie - odparl Wokulski. - Zyski istnialyby wowczas, gdyby nasz handel byl prowadzony porzadnie. - Z Zydami nie moze byc porzadny... - Dzis jednak - przerwal adwokat ksiecia - szanowny pan Wokulski daje nam moznosc podstawienia kapitalow chrzescijanskich w miejsce kapitalu starozakonnych... - Pan Wokulski sam wprowadza Zydow do handlu - bryznal oponent ze stanu kupieckiego. Zrobilo sie cicho. - Ze sposobu prowadzenia moich interesow nie zdaje sprawy przed nikim - ciagnal dalej Wokulski. - Wskazuje panom droge uporzadkowania handlu Warszawy z zagranica, co stanowi pierwsza polowe mego projektu i jedno zrodlo zysku dla krajowych kapitalow. Drugim zrodlem jest handel z Rosja. Znajduja sie tam towary poszukiwane u nas i tanie. Spolka, ktora zajelaby sie nimi, moglaby miec pietnascie do dwudziestu procentow rocznie od wylozonego kapitalu. Na pierwszym miejscu stawiam tkaniny... - To jest podkopywanie naszego przemyslu - odezwal sie oponent z grupy kupieckiej. - Mnie nie obchodza fabrykanci, tylko konsumenci... - odpowiedzial Wokulski. Kupcy i przemyslowcy poczeli szeptac miedzy soba w sposob malo zyczliwy dla Wokulskiego. - Otoz i dotarlismy do interesu publicznego! zawolal wzruszonym glosem ksiaze. - Kwestia zarysowuje sie tak: czy projekta szanownego pana Wokulskiego sa objawem pomyslnym dla kraju?... Panie mecenasie... - zwrocil sie ksiaze do adwokata, czujac potrzebe wyreczenia sie nim w klopotliwej nieco sytuacji. - Szanowny pan Wokulski - zabral glos adwokat - z wlasciwa mu gruntownoscia raczy nas objasnic: czy sprowadzanie owych tkanin, az z tak daleka, nie przyniesie uszczerbku naszym fabrykom? - Przede wszystkim - rzekl Wokulski - owe nasze fabryki nie sa naszymi, lecz niemieckimi... - Oho!... - zawolal oponent z grupy kupcow. - Jestem gotow - mowil Wokulski - natychmiast wyliczyc fabryki, w ktorych cala administracja i wszyscy lepiej platni robotnicy sa Niemcami, ktorych kapital jest niemiecki, a rada zarzadzajaca rezyduje w Niemczech; gdzie nareszcie robotnik nasz nie ma moznosci uksztalcic sie wyzej w swoim fachu, ale jest parobkiem zle platnym, zle traktowanym i na dobitke germanizowanym... - To jest wazne!... - wtracil hrabia zgarbiony. - T e k... - szepnal Anglik. - Jak Boga kocham, doswiadczam emocji sluchajac!... - zawolal marszalek. - Nigdym nie myslal, ze tak mozna zabawic sie przy podobnej rozmowie... Zaraz wroce... I opuscil gabinet, az uginala sie pod jego stopami podloga. - Czy mam wyliczac nazwiska? - spytal Wokulski. Grupa kupcow. i przemyslowcow zlozyla w tej chwili dowod rzadkiej powsciagliwosci nie domagajac sie nazwisk. Adwokat szybko podniosl sie z Fotelu i zatrzepotawszy rekoma zawolal: - Sadze, ze nad kwestia miejscowych fabryk mozemy przejsc do porzadku. Teraz szanowny pan Wokulski raczy nam, z wlasciwa mu jedrnoscia, objasnic: jakie pozytywne korzysci z jego projektu odniesie... - Nasz nieszczesliwy kraj - zakonczyl ksiaze. - Prosze panow - mowil Wokulski - gdyby lokiec mego perkalu kosztowal tylko o dwa grosze taniej niz dzis, wowczas na kazdym milionie kupionych tu lokci ogol oszczedzilby dziesiec tysiecy rubli... - Coz to znaczy dziesiec tysiecy rubli?... - spytal marszalek, ktory juz powrocil do gabinetu, ale jeszcze nie wpadl w tok rozpraw. - To wiele znaczy... bardzo wiele! - zawolal hrabia zgarbiony.- Raz nauczmy sie szanowac zyski groszowe... - T e k... Pens jest ojcem gwinei... - dodal hrabia ucharakteryzowany na Anglika. - Dziesiec tysiecy rubli - ciagnal Wokulski - jest to fundament dobrobytu dla dwudziestu rodzin co najmniej... - Kropla w morzu - mruknal jeden z kupcow. - Ale jest jeszcze inny wzglad - mowil Wokulski - obchodzacy wprawdzie tylko kapitalistow. Mam do dyspozycji towaru za trzy do czterech milionow rubli rocznie... - Upadam do nog!... - szepnal marszalek. - To nie jest moj majatek - wtracil Wokulski - moj jest znacznie skromniejszy... - Lubie takich!... - rzekl zgarbiony hrabia. - T e k... - dodal Anglik. - Owe trzy miliony rubli stanowia moj osobisty kredyt i przynosza mi bardzo maly procent jako posrednikowi - mowil Wokulski.- Oswiadczam jednak, ze o ile w miejsce kredytu podstawiloby sie gotowke, zysk z niej wynosilby pietnascie do dwudziestu procentow, a moze wiecej Otoz ten punkt sprawy obchodzi panow, ktorzy skladacie pieniadze w bankach na niski procent. Pieniedzmi tymi obracaja inni i zyski ciagna dla siebie. Ja zas ofiaruje panom sposobnosc uzycia ich bezposredniego i powiekszenia wlasnych dochodow. Skonczylem. - Pysznie! - zawolal przygarbiony hrabia. - Czy jednak nie mozna by dowiedziec sie szczegolow blizszych? - O tych moge mowic tylko z moimi wspolnikami - odpowiedzial Wokulski: - Jestem - rzekl zgarbiony hrabia i podal mu reke. - T e k - dodal pseudo-Anglik wyciagnawszy do Wokulskiego dwa palce. - Moi panowie! - odezwal sie wygolony mezczyzna z grupy szlachty nienawidzacej magnatow. - Mowicie tu o handlu perkalami, ktory n a s nic nie obchodzi... Ale, panowie!... - ciagnal dalej placzliwym glosem - m y mamy za to zboze w spichlerzach, m y mamy okowite w skladach, na ktorej wyzyskuja nas posrednicy w sposob - ze nie powiem - niegodny... Obejrzal sie po gabinecie. Grupa szlachty gardzacej magnatami dala mu brawo. Promieniejaca dyskretna radoscia twarz ksiecia zajasniala w tej chwili blaskiem prawdziwego natchnienia. - Alez, panowie! - zawolal - dzis mowimy o handlu tkaninami, lecz jutro i pojutrze ktoz zabroni nam naradzic sie nad innymi kwestiami?... Proponuje wiec... - Jak Boga kocham, cudnie mowi ten kochany ksiaze - zawolal marszalek. - Sluchamy... sluchamy!... - poparl go adwokat, silnie okazujac, ze stara sie pohamowac zapal dla ksiecia. - A wiec, panowie - ciagnal wzruszony ksiaze - proponuje jeszcze nastepujace sesje: jedna w sprawie handlu zbozem, druga w sprawie handlu okowita... - A kredyt dla rolnikow?... - spytal ktos z nieprzejednanej szlachty. - Trzecia w sprawie kredytu dla rolnikow - mowil ksiaze.- Czwarta... Tu zacial sie. - Czwarta i piata - pochwycil adwokat - poswiecimy rozwazaniu ogolnej ekonomicznej sytuacji... - Naszego nieszczesliwego kraju - dokonczyl ksiaze prawie ze lzami w oczach. - Panowie!... - wrzasnal adwokat obcierajac nos z akcentem rozrzewnienia. - Uczcijmy naszego gospodarza, znakomitego obywatela, najzacniejszego z ludzi... - Dziesiec tysiecy rubli, jak Bo... - zawolal marszalek. - Przez powstanie! - szybko dokonczyl adwokat. - Brawo!... niech zyje ksiaze!... - zawolano przy akompaniamencie loskotu nog i krzesel. Grupa szlachty gardzacej arystokracja krzyczala najglosniej. Ksiaze zaczal sciskac swoich gosci nie panujac juz nad wzruszeniem; pomagal mu adwokat, wszystkich calowal, a sam bez ceremonii plakal. Kilka osob skupilo sie przy Wokulskim. - Przystepuje na poczatek z piecdziesiecioma tysiacami rubli mowil zgarbiony hrabia. - Na rok przyszly zas... zobaczymy... - Trzydziesci, panie... trzydziesci tysiecy rubli, panie... Bardzo, panie... bardzo! - dodal baron z fizjognomia Mefistofelesa. - I ja trzydziesci tysiecy... t e k!... - dorzucil hrabia-Anglik kiwajac glowa. - A ja dam dwa... trzy razy tyle, co... kochany ksiaze. Jak Boga kocham!... - rzekl marszalek. Paru oponentow z grupy kupieckiej rowniez zblizylo sie do Wokulskiego. Milczeli, lecz tkliwe ich spojrzenia stokroc wiecej mialy wymowy anizeli najczulsze slowa. Z kolei zblizyl sie do Wokulskiego czlowiek mlody, mizerny, z rzadkim zarostem na twarzy, ale z niewatpliwymi sladami przedwczesnego zniszczenia w calej postaci. Wokulski spotykal go na rozmaitych widowiskach, wreszcie i na ulicy, jezdzacego najszybszymi dorozkami. - Jestem Maruszewicz - rzekl zniszczony mlody czlowiek z milym usmiechem. - Wybaczy pan, ze prezentuje sie tak obcesowo i w dodatku przy pierwszej znajomosci bede mial prosbe... - Slucham pana. Mlodzieniec wzial Wokulskiego pod ramie i zaprowadziwszy go do okna mowil : - Klade od razu karty na stol; z takimi ludzmi jak pan nie mozna inaczej. Jestem niemajetny, mam dobre instynkta i chcialbym znalezc zajecie. Pan tworzy spolke, czy nie moglbym pracowac pod panskim kierunkiem?... Wokulski przypatrywal mu sie z uwaga. Propozycja, ktora slyszal, jakos nie pasowala do wyniszczonej figury i niepewnych spojrzen mlodzienca. Wokulski uczul niesmak, mimo to spytal: - Coz pan umie? jaki panski fach? - Fachu, uwaza pan, jeszcze nie wybralem, ale mam wielkie zdolnosci i moge podjac sie kazdego zajecia. - A na jaka pan liczy pensje? - Tysiac... dwa tysiace rubli... - odparl zaklopotany mlodzieniec. Wokulski mimo woli potrzasnal glowa. - Watpie - odparl - czy bedziemy mieli posady odpowiadajace panskim wymaganiom. Niech pan jednak wstapi kiedy do mnie... Na srodku gabinetu przygarbiony hrabia zabral glos. - A zatem - mowil - szanowni panowie, w zasadzie przystepujemy do spolki proponowanej przez pana Wokulskiego. Interes wydaje sie bardzo dobrym, a obecnie chodzi tylko o blizsze szczegoly i spisanie aktu. Zapraszam wiec panow, chcacych zostac uczestnikami, do mnie na jutro, o dziewiatej wieczorem... - Bede u ciebie, kochany hrabio, jak Boga kocham - odezwal sie otyly marszalek - i moze jeszcze przyprowadze ci z paru Litwinow; no, ale powiedz, dlaczegoz to my mamy zawiazywac spolki kupieckie?... Niechby juz sami kupcy... - Chocby dlatego - odparl hrabia goraco - azeby nie mowiono, ze nic nie robimy, tylko obcinamy kupony... Ksiaze poprosil o glos. - Zreszta - rzekl - mamy na widoku jeszcze dwie spolki: do handlu zbozem i - okowita. Kto nie zechce nalezec do jednej, moze nalezec do drugiej... Nadto zas prosimy szanownego pana Wokulskiego, zeby w innych naszych naradach chcial przyjac udzial... - T e k!... - wtracil hrabia-Anglik. - I z wlasciwym mu talentem raczyl oswietlac kwestie - dokonczyl adwokat. - Watpie, czy przydam sie panom na co - odparl Wokulski.- Mialem wprawdzie do czynienia ze zbozem i okowita, ale w wyjatkowych warunkach. Chodzilo o duze ilosci i pospiech, nie o ceny... Nie znam zreszta tutejszego handlu zbozem... - Beda specjalisci, szanowny panie Wokulski - przerwal mu adwokat. - Oni nam dostarcza szczegolow, ktore pan raczysz tylko uporzadkowac i rozjasnic z wlasciwa mu genialnoscia... - Prosimy. . bardzo prosimy!... - wolali hrabiowie, a za nimi jeszcze glosniej szlachta nienawidzaca magnatow. Byla blisko plata po poludniu i zgromadzeni poczeli sie rozchodzic. W tej chwili Wokulski spostrzegl, ze z dalszych pokojow zbliza sie do niego pan Lecki w towarzystwie mlodzienca, ktorego juz widzial obok panny Izabeli podczas kwesty i na swieconym u hrabiny. Obaj panowie zatrzymali sie przy nim. - Pozwolisz, panie Wokulski - odezwal sie Lecki - ze przedstawie ci pana Juliana Ochockiego. Nasz kuzyn... troche oryginal, ale... - Dawno juz chcialem poznac sie z panem i porozmawiac - rzekl Ochocki sciskajac go za reke. Wokulski w milczeniu przypatrywal sie. Mlody czlowiek nie dosiegnal jeszcze lat trzydziestu i rzeczywiscie odznaczal sie niezwykla fizjognomia. Zdawalo sie, ze ma rysy Napoleona Pierwszego, przysloniete jakims oblokiem marzycielstwa. - W ktora strone pan idzie? - spytal mlody czlowiek Wokulskiego. - Moge pana podprowadzic. - Bedzie sie pan fatygowal... - O, ja mam dosyc czasu - odpowiedzial mlody czlowiek. "Czego on chce ode mnie?" - pomyslal Wokulski, a glosno rzekl:- Mozemy pojsc w strone Lazienek... - Owszem - odparl Ochocki. - Wpadne jeszcze na chwile pozegnac sie z ksiezna i dogonie pana. Ledwie odszedl, pochwycil Wokulskiego adwokat. - Winszuje panu zupelnego triumfu - rzekl polglosem. - Ksiaze formalnie zakochany w panu, obaj hrabiowie i baron toz samo... Oryginaly to sa, jak pan widzial, ale ludzie dobrych checi... Chcieliby cos robic, maja nawet rozum i uksztalcenie, ale... energii brak!... Choroba woli, panie: cala klasa jest nia dotknieta... Wszystko maja: pieniadze, tytuly, powazanie, nawet powodzenie u kobiet, wiec niczego nie pragna. Bez tej zas sprezyny, panie Wokulski, musza byc narzedziem w reku ludzi nowych i ambitnych... My, panie, my jeszcze wielu rzeczy pragniemy - dodal ciszej. - Ich szczescie, ze trafili na nas... Poniewaz Wokulski nie odpowiedzial nic, wiec adwokat poczal uwazac go za bardzo przebieglego dyplomate i zalowal w duszy, ze sam byl zanadto szczery. "Zreszta - myslal adwokat, patrzac na Wokulskiego spod oka - chocby powtorzyl ksieciu nasza rozmowe, coz mi zrobi?... Powiem, ze chcialem go wybadac..." "O jakie on mnie ambicje posadza?..." - zapytywal sie w duchu Wokulski. Pozegnal ksiecia, obiecal przychodzic odtad na wszystkie sesje i wyszedlszy na ulice odeslal powoz do domu. "Czego chce ode mnie ten pan Ochocki? - myslal podejrzliwie.- Naturalnie, ze idzie mu o panne Izabele... Moze ma zamiar odstraszyc mnie od niej?... Glupi:.. Jezeli ona go kocha, nie potrzebuje tracic nawet slow; sam sie usune... Ale jezeli go nie kocha, niech sie strzeze usuwac mnie od niej... Zdaje sie, ze zrobie w zyciu jedno kapitalne glupstwo, zapewne dla panny Izabeli. Bodajby nie padlo na niego; szkoda chlopaka..." W bramie rozleglo sie pospieszne stapanie; Wokulski odwrocil sie i zobaczyl Ochockiego. - Pan czekal?... przepraszam!... - zawolal mlody czlowiek. - Idziemy ku Lazienkom? - spytal Wokulski. - Owszem. Jakis czas szli milczac. Mlody czlowiek byl zamyslony. Wokulski zirytowany. Postanowil od razu chwycic byka za rogi. - Pan jest bliskim kuzynem panstwa Leckich? - zapytal. - Troche - odpowiedzial mlody czlowiek. - Matka moja byla a z Lecka - rzekl z ironia - ale ojciec tylko Ochocki. To bardzo oslabia zwiazki rodzinne... Pana Tomasza, ktory jest dla mnie jakims ciotecznym stryjem, nie znalbym do dzis dnia, gdyby nie stracil majatku. - Panna Lecka jest bardzo dystyngowana osoba - rzekl Wokulski patrzac przed siebie. - Dystyngowana?... - powtorzyl Ochocki. - Powiedz pan: bogini!... Kiedy rozmawiam z nia, zdaje mi sie, ze potrafilaby mi zapelnic cale zycie. Przy niej jednej czuje spokoj i zapominam o trapiacej mnie tesknocie. Ale coz!... Ja nie umialbym siedziec z nia caly dzien w salonie ani ona ze mna w laboratorium... Wokulski stanal na ulicy. - Pan zajmuje sie fizyka czy chemia?... - spytal zdziwiony. - Ach, czym ja sie nie zajmuje!... - odparl Ochocki. - Fizyka, chemia i technologia... Przeciez skonczylem wydzial przyrodniczy w uniwersytecie i mechaniczny w politechnice... Zajmuje sie wszystkim; czytam i pracuje od rana do nocy, ale - nie robie nic. Udalo mi sie troche ulepszyc mikroskop, zbudowac jakis nowy stos elektryczny, jakas tam lampe... Wokulski zdumiewal sie coraz wiecej. - Wiec to pan jest tym Ochockim, wynalazca?... - Ja - odparl mlody czlowiek. - No, ale i coz to znaczy?... Razem nic. Kiedy pomysle, ze w dwudziestym osmym roku tylko tyle zrobilem, ogarnia mnie desperacja. Mam ochote albo porozbijac swoje laboratorium i utonac w zyciu salonowym, do ktorego mnie ciagna, albo - trzasnac sobie w leb... Ogniwo Ochockiego albo - lampa elektryczna Ochockiego... jakiez to glupie!... Rwac sie gdzies od dziecinstwa i utknac na lampie - to okropne... Dobiegac srodka zycia i nie znalezc nawet sladu drogi, po ktorej by sie isc chcialo - coz to za rozpacz!... Mlody czlowiek umilkl, a ze byli w Ogrodzie Botanicznym, wiec zdjal kapelusz. Wokulski przypatrywal mu sie z uwaga i zrobil nowe odkrycie. Mlody czlowiek, aczkolwiek wygladal elegancko, nie byl wcale elegantem; nawet nie zdawal sie troszczyc o swoja powierzchownosc. Mial rozrzucone wlosy, nieco zsuniety krawat, u kamizelki guzik nie zapiety. Mozna bylo domyslac sie, ze ktos bardzo starannie czuwa nad jego bielizna i garderoba, z ktora jednak on sam postepuje niedbale, i wlasnie to niedbalstwo, przejawiajace sie w dziwnie szlachetnych formach, nadawalo mu oryginalny wdziek. Kazdy jego ruch byl mimowolny, rozrzucony, lecz piekny. Rownie pieknym byl sposob patrzenia, sluchania, a raczej niesluchania, nawet - gubienia kapelusza. Weszli na wzgorze, skad widac studnie zwana Okraglakiem. Ze wszystkich stron otaczali ich spacerujacy, ale Ochocki nie krepowal sie ich obecnoscia i wskazawszy kapeluszem jedna z lawek, mowil: - Duzo czytalem, ze szczesliwy jest czlowiek, ktory ma wielkie aspiracje. To klamstwo. Ja przeciez mam niepowszednie pragnienia, ktore jednak robia mnie smiesznym i zrazaja do mnie najblizszych. Spojrzyj pan na te lawke... Tu, w poczatkach czerwca, okolo dziesiatej wieczorem, siedzielismy z kuzynka i z panna Florentyna. Swiecil jakis ksiezyc i nawet jeszcze spiewaly slowiki. Bylem rozmarzony. Nagle kuzynka odzywa sie: "Znasz, kuzynie, astronomie?" - "Troche."- "Wiec powiedz mi, jaka to gwiazda?" - "Nie wiem - odpowiedzialem - ale to jest pewne, ze nigdy nie dostaniemy sie na nia. Czlowiek jest przykuty do Ziemi jak ostryga do skaly..." W tej chwili - ciagnal dalej Ochocki - zbudzila sie we mnie moja idea czy moj obled... Zapomnialem o pieknej kuzynce, a zaczalem myslec o machinach latajacych. A poniewaz myslac, musze chodzic, wiec wstalem z lawki i bez pozegnania opuscilem kuzynke!... Na drugi dzien panna Flora nazwala mnie impertynentem, pan Lecki oryginalem, a kuzynka przez tydzien nie chciala ze mna rozmawiac... I zebym jeszcze co wymyslil; ale nic, literalnie nic, choc bylbym przysiagl, ze nim z tego pagorka zejde do studni, urodzi mi sie w glowie przynajmniej ogolny szkic machiny latajacej... Prawda, jakie to glupie?... "Wiec oni tu przepedzaja wieczory przy ksiezycu i spiewie slowika?... - pomyslal Wokulski i poczul straszny bol w sercu. - Panna Izabela juz kocha sie w Ochockim, a jezeli sie nie kocha, to tylko z winy jego dziwactw... No i ma slusznosc... piekny czlowiek i niezwykly..." - Naturalnie - prawil dalej Ochocki - ani slowka nie wspomnialem o tym mojej ciotce, ktora ile razy bodaj wpina mi jakas szpilke w odzienie, ma zwyczaj powtarzac: "Kochany Julku, staraj sie podobac Izabeli, bo to zona akurat dla ciebie... Madra i piekna; ona jedna wyleczylaby cie z twoich przywidzen..." A ja mysle: co to za zona dla mnie?... Gdyby chociaz mogla byc moim pomocnikiem, jeszcze pol biedy... Ale gdziezby ona dla laboratorium mogla opuscic salon!... Ma racje, to jej wlasciwe otoczenie; ptak potrzebuje powietrza, ryba wody... Ach, jaki piekny wieczor!... - dodal po chwili. - Jestem dzis podniecony jak rzadko. Ale... co panu jest, panie Wokulski?... - Troche zmeczylem sie - odparl glucho Wokulski. - Moze bysmy siedli, chocby o! tu... Usiedli na stoku wzgorza, na granicy Lazienek. Ochocki oparl brode na kolanach i wpadl w zadume, Wokulski przypatrywal mu sie z uczuciem, w ktorym podziw mieszal sie z nienawiscia. "Glupi czy przebiegly?... Po co on mi to wszystko opowiada?"- myslal Wokulski. Musial jednak przyznac, ze gadulstwo Ochockiego mialo te same cechy szczerosci i roztargnienia, jak jego ruchy i cala wreszcie osoba. Spotkali sie pierwszy raz i juz Ochocki tak z nim rozmawial, jak gdyby znali sie od dzieci. "Skoncze z nim" - rzekl do siebie Wokulski i gleboko odetchnawszy spytal glosno: - Zatem zeni sie pan, panie Ochocki?... - Chybabym zwariowal - mruknal mlody czlowiek wzruszajac ramionami. - Jak to?... Przeciez kuzynka panska podoba sie panu? - I nawet bardzo, ale to jeszcze nie wszystko. Ozenilbym sie z nia, gdybym mial pewnosc, ze juz nic w nauce nie zrobie... W sercu Wokulskiego obok nienawisci i podziwu blysnela radosc. W tej chwili Ochocki przetarl czolo jak zbudzony ze snu i patrzac na Wokulskiego nagle rzekl: - Ale, ale... Nawet zapomnialem, ze mam wazny interes do pana... "Czego on chce?..." - pomyslal Wokulski podziwiajac w duszy madre spojrzenie swego rywala i nagla zmiane tonu. Zdawalo sie, ze przez jego usta przemowil inny czlowiek. - Chce zadac panu pytanie... nie... dwa pytania, bardzo poufne, a moze nawet drazliwe - mowil Ochocki. - Czy nie obrazi sie pan?.. - Slucham - odparl Wokulski. Gdyby stal na szafocie, nie doznalby tak strasznych wrazen jak w tej chwili. Byl pewny, ze chodzi o panne Izabele i ze w tym samym miejscu zdecyduja sie jego losy. - Pan byl przyrodnikiem? - spytal Ochocki. - Tak. - I w dodatku przyrodnikiem entuzjasta. Wiem, co pan przeszedl, od dawna szanuje pana z tego powodu... To za malo; powiem wiecej... Od roku wspomnienie o trudnosciach, z jakimi szamotal sie pan, dodawalo mi otuchy... Mowilem sobie: zrobie przynajmniej to, co ten czlowiek, a poniewaz nie mam takich przeszkod, wiec - zajde dalej od niego... Wokulski sluchajac myslal, ze marzy albo ze rozmawia z wariatem. - Skad pan to wie?... - spytal Ochockiego. - Od doktora Szumana. - Ach, od Szumana. Ale do czego to wszystko prowadzi?... - Zaraz powiem - odparl Ochocki. - Byles pan przyrodnikiem entuzjasta i... w rezultacie rzuciles pan nauki przyrodnicze. Otoz w ktorym roku zycia oslabnal panski zapal w tym kierunku?... Wokulski poczul jakby uderzenie toporem w glowe. Pytanie bylo tak przykre i niespodziewane, ze przez chwile nie tylko nie umial odpowiedziec; ale nawet zebrac mysli. Ochocki powtorzyl, bystro przypatrujac sie swemu towarzyszowi. - W ktorym roku?... - rzekl Wokulski. - W zeszlym roku... Dzis mam czterdziesty szosty rok... - A zatem ja do kompletnego ochlodzenia sie mam jeszcze przeszlo pietnascie lat. To mi troche dodaje odwagi... - rzekl jakby do siebie Ochocki. I znowu po chwili dodal: - To jedno pytanie, a teraz drugie, ale - nie obraz sie pan. W ktorym roku zycia zaczynaja mezczyznie obojetniec kobiety?... Drugi cios. Byl moment, ze Wokulski chcial schwycic mlodzienca za gardlo i udusic. Upamietal sie jednak i odparl ze slabym usmiechem: - Mysle, ze one nigdy nie obojetnieja... Owszem, coraz wydaja sie drozszymi... - Zle! - szepnal Ochocki. - Ha, zobaczymy, kto mocniejszy. - Kobiety, panie Ochocki. - Jak dla kogo, panie - odpowiedzial mlody czlowiek wpadajac znowu w zamyslenie. I zaczal mowic jakby do siebie. - Kobiety, wazna rzecz. Kochalem sie juz, zaraz, ilez to?... Cztery... szesc... ze siedem, tak, siedem razy... Zabiera to duzo czasu i napedza desperackie mysli... Glupia rzecz, milosc... Poznajesz, kochasz, cierpisz... Potem jestes znudzony albo zdradzony... Tak, dwa razy bylem znudzony, a piec razy zdradzony... Potem znajdujesz nowa kobiete, doskonalsza od innych - a potem ona robi to samo, co mniej doskonale... Ach, jakiz podly gatunek zwierzat te baby!... Bawia sie nami, choc ograniczony ich mozg nawet nie jest w stanie nas pojac... No, prawda, ze i tygrys moze bawic sie czlowiekiem... Podle, ale mile... Mniejsza o nie! A tymczasem gdy raz opanuje czlowieka idea, juz go nie opuszcza i nie zdradza nigdy... Polozyl reke na ramieniu Wokulskiego i patrzac mu w oczy jakims rozstrzelonym i rozmarzonym wzrokiem spytal: - Wszakze pan myslal kiedys o machinach latajacych?... Nie o kierowaniu balonami, ktore sa lzejsze od powietrza, bo to blazenstwo, ale - o locie machiny ciezkiej, napelnionej i obwarowanej jak pancernik?... Czy pan rozumie, jaki nastapilby przewrot w swiecie po podobnym wynalazku?... Nie ma fortec, armii, granic... Znikaja narody, lecz za to w nadziemskich budowlach przychodza na swiat istoty podobne do aniolow lub starozytnych bogow... Juz ujarzmilismy wiatr, cieplo, swiatlo, piorun... Czy wiec nie sadzisz pan, ze nadeszla pora nam samym wyzwolic sie z okow ciezkosci?... To idea lezaca dzis w duchu czasu... Inni juz pracuja nad nia; mnie ona dopiero nasyca, ale od stop do glow... Co mnie ciotka z jej radami i prawidlami dobrego tonu!... Co mnie zeniaczka, kobiety, a nawet mikroskopy, stosy i lampy elektryczne?... Oszaleje albo... przypne ludzkosci skrzydla... - A gdybys pan je nawet przypial, to co?... - spytal Wokulski. - Slawa, jakiej nie dosiegnal jeszcze zaden czlowiek - odparl Ochocki. - To moja zona, to moja kobieta... Badz pan zdrow, musze isc... Uscisnal Wokulskiemu reke, zbiegl ze wzgorza i zniknal miedzy drzewami. Na Ogrod Botaniczny i na Lazienki zapadal juz mrok. "Wariat czy geniusz?... - szepnal Wokulski, czujac, ze sam jest w najwyzszym stopniu rozstrojony. - A jezeli geniusz?..." Wstal i poszedl w glab ogrodu, miedzy spacerujacych ludzi. Zdawalo mu sie, ze nad pagorkiem, z ktorego uciekl, unosi sie jakas swieta groza. W Ogrodzie Botanicznym bylo prawie ciasno; na kazdej ulicy tloczyly sie kolumny, gromady, a przynajmniej szeregi spacerujacych; kazda lawka uginala sie pod cizba osob. Zastepowano Wokulskiemu droge, deptano po pietach, potracano lokciami; rozmawiano i smiano sie ze wszystkich stron. Wzdluz Alei Ujazdowskiej, pod murem Belwederskiego ogrodu, pod sztachetami od strony szpitala, na ulicach najmniej uczeszczanych, nawet na zagrodzonych sciezkach, wszedzie bylo pelno i wesolo. Im wiecej ciemnialo w naturze, tym gesciej i halasliwiej robilo sie miedzy ludzmi. "Zaczyna mi juz braknac miejsca na swiecie!..." - szepnal. Przeszedl do Lazienek i tu znalazl spokojniejsze ustronie. Na niebie zaiskrzylo sie kilka gwiazd, przez powietrze, od Alei, ciagnal szmer przechodniow, a od stawu wilgoc. Czasem nad glowa przelecial mu huczny chrabaszcz albo cicho przemknal nietoperz; w glebi parku kwilil zalosnie jakis ptak, na prozno wzywajacy towarzysza; na stawie rozlegal sie daleki plusk wiosel i smiechy mlodych kobiet. Naprzeciw zobaczyl pare ludzi pochylonych ku sobie i szepczacych. Ustapili mu z drogi i ukryli sie w cieniu drzew. Opanowal go zal i szyderstwo. "Oto sa szczesliwi zakochani! - pomyslal. - Szepcza i uciekaja jak zlodzieje... Pieknie urzadzony swiat, co?... Ciekawym, o ile byloby lepiej, gdyby wladal nim Lucyper?... A gdyby mi zastapil droge jaki bandyta i zabil w tym kacie?..." I wyobrazal sobie, jaki to przyjemny musi byc chlod noza wbitego w rozgoraczkowane serce. "Na nieszczescie - westchnal - dzis nie wolno zabijac innych, tylko siebie mozna; byle od razu i dobrze. No!..." Wspomnienie o tak niezawodnym srodku ucieczki uspokoilo go. Stopniowo pograzal sie w jakims uroczystym nastroju; zdawalo mu sie, ze nadchodzi moment, w ktorym powinien zrobic rachunek sumienia czy tez ogolny bilans zycia. "Gdybym byl najwyzszym sedzia - myslal - i gdyby spytano mnie, kto jest wart panny Izabeli: Ochocki czy Wokulski, musialbym przyznac, ze - Ochocki... O osiemnascie lat mlodszy ode mnie (osiemnascie lat!...) i taki piekny... W dwudziestym osmym roku zycia skonczyl dwa fakultety (ja w tym wieku ledwie zaczynalem sie uczyc...) i juz zrobil trzy wynalazki (ja zadnego!). A nad to wszystko jest naczyniem, w ktorym wylega sie wielka idea... Dziwaczna to rzecz: machina latajaca, ale faktem jest, ze on znalazl dla niej genialny i jedynie mozliwy punkt wyjscia. Machina latajaca musi byc ciezsza, nie zas jak balon lzejsza od powietrza; boc wszystko, co prawidlowo lata, poczawszy od muchy, skonczywszy na olbrzymim sepie, jest od powietrza ciezsze. Ma prawdziwy punkt wyjscia, ma tworczy umysl, czego dowiodl bodajby swoim mikroskopem i lampa; ktoz wie zatem, czy nie uda mu sie zbudowac machiny latajacej? A w takim razie bedzie wiekszym dla ludzkosci od Newtona i Napoleona, razem wzietych... I ja mam z nim wspolzawodniczyc?... A jezeli stanie kiedy kwestia: ktory z nas dwu powinien sie usunac, czyliz bede sie wahal?... Coz to za pieklo powiedziec sobie, ze musze moja nicosc zlozyc na ofiare czlowiekowi ostatecznie takiemu jak ja, smiertelnemu, ulegajacemu chorobom i omylkom, a nade wszystko - tak naiwnemu... Boc to jeszcze dzieciak, co on mi nie wygadywal?..." Dziwny traf. Gdy Wokulski byl subiektem w sklepie kolonialnym, marzyl o perpetum mobile, machinie, ktora by sie sama poruszala. Gdy zas wstapiwszy do Szkoly Przygotowawczej poznal, ze taka machina jest niedorzecznoscia, wowczas najtajniejszym i najulubienszym jego pragnieniem bylo - wynalezc sposob kierowania balonami. To, co dla Wokulskiego bylo tylko fantastycznym cieniem, blakajacym sie po falszywych drogach, w Ochockim przybralo juz forme praktycznego zagadnienia. "Coz to za okrucienstwo losow! - myslal z gorycza. - Dwom ludziom dano prawie te same aspiracje, tylko jeden urodzil sie o osiemnascie lat wczesniej, drugi pozniej; jeden w nedzy, drugi w dostatku; jeden nie mogl wdrapac sie na pierwsze pietro wiedzy, drugi lekkim krokiem przeszedl dwa pietra... Jego nie zepchna z drogi burze polityczne, tak jak mnie; jemu nie przeszkodzi milosc, ktora traktuje jak zabawke; podczas gdy dla mnie, ktory szesc lat spedzilem na pustyni, uczucie to jest niebem i zbawieniem... Wiecej nawet!... No i on triumfuje nade mna na kazdym polu, choc przeciez ja mam te same uczucia, te sama swiadomosc polozenia, a prace z pewnoscia wieksza... Wokulski dobrze znal ludzi i czesto porownywal sie z nimi. Lecz gdziekolwiek byl, wszedzie widzial sie troche lepszym od innych. Czy jako subiekt, ktory spedzal noce nad ksiazka, czy jako student, ktory przez nedze szedl do wiedzy, czy jako zolnierz pod deszczem kul, czy jako wygnaniec, ktory w sniegiem zasypanej lepiance pracowal nad nauka - zawsze mial w duszy idee siegajaca poza kilka lat naprzod.- Inni zyli z dnia na dzien, dla swego zoladka albo kieszeni. I dopiero dzis spotkal czlowieka wyzszego od siebie, wariata, ktory chce budowac machiny latajace!... "A ja czy dzisiaj nie mam idei, dla ktorej pracuje przeszlo rok, zdobylem majatek, pomagam ludziom i zmuszam ich do szacunku?..." "Tak, ale milosc to uczucie osobiste; wszystkie zaslugi towarzyszace jej sa jak ryby zaplatane w odmet morskiego cyklonu. Gdyby na swiecie zniknela jedna kobieta, a w tobie pamiec o niej, czymze bys zostal?... Zwyczajnym kapitalista, ktory z nudow grywa w karty w resursie. A tymczasem Ochocki ma idee, ktora bedzie rwala go zawsze naprzod, chyba ze umysl mu zagasnie..." "Dobrze, a jezeli on nic nie zrobi i zamiast zbudowac machine latajaca pojdzie do szpitala wariatow?... Ja tymczasem faktycznie cos zrobie, a mikroskop, stos czy nawet lampa elektryczna z pewnoscia nie znacza wiecej od setek ludzi, ktorym ja daje byt. Skadze wiec we mnie ta ultrachrzescijanska pokora?... Co kto zrobi, jeszcze nie wiadomo. Ja tymczasem jestem dzis czlowiek czynu, a on marzyciel... Zaczekajmy z rok..." Rok! Wokulski wstrzasnal sie. Zdawalo mu sie, ze w koncu drogi nazwanej rokiem widzi tylko niezmierna otchlan, ktora pochlania wszystko, ale nie miesci w sobie nic... "Wiec nic?... nic!... Instynktownie rozejrzal sie. Byl w glebi Lazienkowskiego parku, na jakiejs ulicy, do ktorej zaden szmer nie dolatywal. Nawet gestwina ogromnych drzew stala cicho. - Ktora godzina? - zapytal go nagle jakis glos zachrypniety. - Godzina?... Wokulski przetarl oczy. Przed nim, z mroku, wynurzyl sie obdarty czlowiek. - Kiedy grzecznie pytaja, to trzeba grzecznie odpowiadac - rzekl czlowiek i podszedl blizej. - Zabij mnie, to sam zobaczysz - odparl Wokulski. Obdarty czlowiek cofnal sie. Na lewo od drogi widac bylo pare ludzkich cieni. - Glupcy! - zawolal Wokulski idac naprzod - mam zloty zegarek i kilkaset rubli gotowka... Bronic sie nie bede, no!... Cienie usunely sie miedzy drzewa i ktorys rzekl znizonym glosem: - Taki to, psiakrew, zejdzie, gdzie go nie posieja... - Bydleta!... tchorze!... - krzyczal Wokulski prawie nieprzytomny. Odpowiedzial mu tetent uciekajacych. Wokulski zebral mysli. "Gdzie ja jestem?...Juzci, w Lazienkach, ale w ktorym miejscu?...Trzeba isc w druga strone" Obrocil sie pare razy i juz nie wiedzial, dokad idzie. Serce zaczelo mu bic gwaltownie, zimny pot wystapil na czolo, pierwszy raz w zyciu uczul obawe nocy i zblakania... Przez pare minut biegl bez celu, prawie bez tchu; dzikie mysli wirowaly mu w glowie. Wreszcie na lewo zobaczyl mur, a dalej budynek. "Aha, Pomaranczarnia... Potem doszedl do jakiegos mostka, odpoczal i oparlszy sie na barierze myslal : "Wiec do tego doszedlem?... Niebezpieczny rywal... rozbite nerwy... Zdaje mi sie, ze juz dzis moglbym napisac ostatni akt tej komedii!..." Prosta droga doprowadzila go do stawu, pozniej do lazienkowskiego palacu. We dwadziescia minut byl w Alejach Ujazdowskich i siadl w przejezdzajaca dorozke; w kwadrans pozniej znalazl sie we wlasnym mieszkaniu. Na widok swiatel i ulicznego ruchu odzyskal wesolosc; nawet usmiechal sie i szeptal: "Coz znowu za przywidzenia?... Jakis Ochocki... samobojstwo!... Ach, glupota... Dostalem sie przeciez miedzy arystokracje, a co bedzie dalej - zobaczymy..." Gdy wszedl do gabinetu, sluzacy oddal mu list pisany na jego wlasnym papierze przez pania Meliton. - Ta pani byla tu dzis dwa razy - rzekl wierny sluga. - Raz o piaty, drugi raz o oszmy... Wokulski powoli otwieral list pani Meliton przypominajac sobie niedawne wypadki. Zdawalo sie mu, ze w nieoswietlonej czesci gabinetu jeszcze widzi ciemna gestwine lazienkowskich drzew, niewyrazne sylwetki obdartusow, ktorzy mu zastapili droge, a pozniej wzgorek ze studnia, gdzie Ochocki zwierzal mu sie ze swych pomyslow. Lecz gdy spojrzal na swiatlo, mgliste obrazy znikaly. Widzial lampe z zielonym daszkiem, stos papierow, brazy stojace na biurku i chwilami myslal, ze Ochocki ze swymi machinami latajacymi i jego wlasna rozpacz byly tylko snem. "Co on za geniusz? - mowil do siebie Wokulski - to zwyczajny marzyciel!... I panna Izabela taka sama kobieta jak inne... Wyjdzie za mnie - dobrze; nie wyjdzie - to przeciez nie umre." Rozlozyl list i czytal: "Panie! Wazna wiadomosc: za kilka dni Leckim sprzedaja kamienice, a jedynym kupcem bedzie baronowa Krzeszowska, ich kuzynka i nieprzyjaciolka. Wiem z pewnoscia, ze zaplaci za dom tylko szescdziesiat tysiecy rubli; a w takim razie resztka posagu panny Izabeli, w kwocie trzydziestu tysiecy rubli, przepadnie. Chwila jest bardzo pomyslna, gdyz panna Izabela, postawiona miedzy bieda a wyjsciem za marszalka, chetnie zgodzi sie na kazda inna kombinacje. Domyslam sie, ze tym razem nie postapisz Pan z nastreczajaca sie okazja jak z wekslami Leckiego, ktore podarles w moich oczach. Pamietaj Pan: kobiety tak lubia byc sciskane, ze dla spotegowania efektu trzeba je niekiedy przydeptac noga. Im zrobisz Pan to bezwzgledniej, tym pewniej cie pokocha. Pamietaj Pan !... Zreszta mozesz Pan sprawic Beli mala przyjemnosc. Baron Krzeszowski przycisniety potrzeba sprzedal wlasnej zonie swoja ulubiona klacz, ktora w tych dniach ma sie scigac i na ktora wiele rachowal. O ile znam stosunki, Bela bylaby szczerze kontenta, gdyby ani baron, ani jego zona nie posiadali tej klaczy w dniu wyscigow. Baron bylby zawstydzony, ze sprzedal klacz, a baronowa- zrozpaczona, gdyby klacz wygrawszy, komu innemu przyniosla zysk. Bardzo subtelne sa te wielkoswiatowe komeraze, ale sprobuj je Pan zuzytkowac. Okazja zas nastrecza sie, gdyz o ilem slyszala, niejaki Maruszewicz, przyjaciel obojga Krzeszowskich, ma Panu zaproponowac kupno tej klaczy. Pamietaj Pan, ze kobiety sa niewolnicami tylko tych, ktorzy potrafia je mocno trzymac i dogadzac ich kaprysom. Doprawdy, zaczynam wierzyc, ze urodziles sie Pan pod szczesliwa gwiazda. Szczerze zyczliwa A.M." Wokulski gleboko odetchnal; obie wiadomosci byly wazne. Drugi raz przeczytal list, podziwiajac szorstki styl pani Meliton i usmiechajac sie przy uwagach, jakie robila nad swoja plcia. Mocno trzymac ludzi czy okolicznosci to lezalo w naturze Wokulskiego; wszystko i wszystkich chwytalby za kark, wyjawszy - panne Izabele. Ona jedna byla istota, ktorej wobec siebie chcial zostawic absolutna wolnosc, jezeli nie panowanie. Mimo woli spojrzal na bok; sluzacy stal przy drzwiach. - Idz spac - rzekl. - Zaraz pojde, tylko byl tu jeszcze pan - odparl sluzacy. - Jaki pan? - Zostawil bilet, lezy na biurku. Na biurku lezal bilet Maruszewicza. - Aha!... Coz ten pan mowil? - On niby, zeby tak, to nic nie mowil. Tylko pytal sie: kiedy pan jest w domu? A .ja powiedzialem: kolo dziesiaty z rana, i wtedy on powiedzial, ze przyjdzie jutro o dziesiaty, ino na minutke. - Dobrze, dobranoc ci! - Upadam do nog, prosze laski pana. Sluzacy wyszedl, Wokulski czul sie zupelnie otrzezwionym. Ochocki i jego latajace maszyny zmalaly mu w oczach. Mial znowu energie jak wowczas, kiedy wyjezdzal do Bulgarii. Wtedy szedl po majatek, a dzis ma okazje rzucic jego czesc dla panny Izabeli. Kluly go wyrazy listu pani Meliton: "postawiona miedzy bieda i wyjsciem za marszalka Otoz ona nigdy nie znajdzie sie w tym polozeniu... A wydzwignie ja nie jakis tam Ochocki, za pomoca swojej maszyny, ale on... Czul w sobie taka sile, iz gdyby w tej chwili sufit z dwoma pietrami spadl mu na glowe, chyba utrzymalby go. Wydobyl z biurka swoj notatnik i poczal rachowac: "Klacz wyscigowa - glupstwo... Wydam najwyzej tysiac rubli, z ktorych wroci sie przynajmniej czesc... Dom rs. 60 000, posag panny Izabeli rs. 30 000, razem rs. 90 000. Bagatela... prawie trzecia czesc mego majatku... W kazdym razie za dom wroci mi sie ze 60 000 albo i wiecej... No!... trzeba sklonic Leckiego, azeby te 30 000 mnie powierzyl, bede mu placil 5 000 rubli rocznie jako dywidende... Chyba im wystarczy?.. Konia oddam berejterowi, niech on zajmie sie puszczeniem go na wyscigi... O dziesiatej bedzie u mnie Maruszewicz, o jedenastej pojade do adwokata... Pieniadze dostane na osmy procent - 7200 rubli rocznie; a ze mam na pewno pietnascie procent... No i dom cos przynosi... A co powiedza moi wspolnicy?,.. Ach, duzo mnie to obchodzi!... Mam 45 000 rubli rocznie, ubedzie 12-13 000 rubli, zostanie 32 000 rubli... Zona moja nudzic by sie nie powinna... W ciagu roku wycofam sie z tej kamienicy, chocby ze strata 30 000 rubli... Wreszcie to nie jest strata, to jej posag..." Polnoc. Wokulski zaczal sie rozbierac. Pod wplywem jasno okreslonego celu uspokoily sie rozstrojone nerwy. Zgasil swiatlo, polozyl sie i patrzac na firanki, ktorymi bujal wiatr wpadajacy przez otwarte okno, zasnal jak kamien. Wstal o siodmej rano tak rzeski i wesoly, ze zwrocilo to uwage sluzacego, ktory zaczal krecic sie po pokoju. - Czegoz to chcesz? - zapytal Wokulski. - Ja nicz. Ino, prosze pana, stroz chce, ale nie smie prosic, zeby pan pofatygowal sie i potrzymal mu dziecko do krztu. - A a a!... A pytal sie, czy ja chce, azeby on mial dziecko? - Nie pytal sie, bo pan byl wtedy na wojnie. - No dobrze. Bede jego kumem. - To moze by mnie pan teraz podarowal stary szurdut, bo jakze ja bede na krzcinach?... - Dobrze, wez ten surdut. - A reperaczyja?... - O, glupi jestes, nie nudz mnie... Kaz zreperowac, choc nie wiem co... - Bo ja chcialbym, prosze pana, akszamitny kolmirz. - Przyszyj sobie aksamitny kolnierz i idz do diabla. - Czalkiem bez potrzeby gniewa sie pan, bo przecie to dla panszkiego honoru, nie dla mego - odparl sluzacy i wychodzac trzasnal drzwiami. Czul, ze jego pan jest w wyjatkowo dobrym usposobieniu. Ubrawszy sie, Wokulski usiadl do rachunkow, pijac przy tym czysta herbate. Po ukonczeniu ich napisal depesze do Moskwy o asygnacje na sto tysiecy rubli i druga do ajenta w Wiedniu, azeby wstrzymal pewne obstalunki. Na kilka minut przed dziesiata wszedl Maruszewicz. Mlody czlowiek wydawal sie jeszcze bardziej zniszczonym i oniesmielonym anizeli wczoraj. - Pozwoli pan - odezwal sie Maruszewicz po kilku slowach powitania - ze od razu poloze karty na stol... Chodzi o oryginalna propozycje... - Slucham najoryginalniejszej... - Pani baronowa Krzeszowska (jestem przyjacielem obojga baronostwa) - mowil zniszczony mlodzieniec - pragnie zbyc klacz wyscigowa, Zaraz pomyslalem, ze pan przy swoich stosunkach moze zyczylby sobie posiadac podobnego konia... Jest ogromna szansa wygranej, gdyz biegaja procz niej w wyscigu tylko dwa konie, znacznie slabsze... - Dlaczegoz pani baronowa sama nie puszcza tej klaczy? - Ona?... Ona jest smiertelna nieprzyjaciolka wyscigow! - Po coz wiec kupila klacz wyscigowa? - Dla dwu przyczyn - odparl mlody czlowiek. - Naprzod baron, potrzebujac pieniedzy na pokrycie dlugu honorowego, oswiadczyl, ze zastrzeli sie, jezeli nie dostanie osmiuset rubli, chocby za swoja ukochana klacz, a po wtore, baronowa nie zyczy sobie, aby jej maz przyjmowal udzial w wyscigach. Wiec kupila klacz, ale dzis biedaczka choruje ze wstydu i rozpaczy i chcialaby pozbyc sie jej za jakakolwiek badz cene. - Mianowicie? - Osiemset rubli - odparl mlody czlowiek, spuszczajac oczy. - Gdzie jest kon?. - W manezu Millera. - A dokumenta? - Oto sa - odpowiedzial juz weselej mlody czlowiek wydobywajac paczke papierow z bocznej kieszeni surduta. - Mozemy zaraz skonczyc? - spytal Wokulski przegladajac papiery. - Natychmiast. - Po obiedzie pojdziemy obejrzec konia? - O, naturalnie... - Niech pan pisze kwit - rzekl Wokulski i wydobyl pieniadze z biurka. - Na osmset?... naturalnie!... - mowil mlody czlowiek. Szybko wzial papier i pioro i zaczal pisac. Wokulski zauwazyl, ze mlodziencowi troche drzaly rece i twarz mu sie mienila. Kwit byl napisany wedlug wszelkich form. Wokulski polozyl osiem sturublowek i schowal papiery. W chwile pozniej mlody czlowiek, ciagle zmieszany, opuscil gabinet ; zbiegajac zas ze schodow, myslal : "Podly jestem, tak, podly... Ale ostatecznie za kilka dni zwroce babie dwiescie rubli i powiem, ze dolozyl je Wokulski poznawszy blizej zalety konia. Oni przeciez nie zetkna sie, ani baron z zona, ani ten... kupczyk z nimi... Kwit kazal sobie pisac... wyborny!... Jak to znac geszefciarza i parweniusza... O! strasznie jestem ukarany za moja lekkomyslnosc..." O jedenastej Wokulski wyszedl na ulice z zamiarem udania sie do adwokata. Ledwie jednak stanal przed brama, wnet trzej dorozkarze na widok jasnego paltota i bialego kapelusza wspolczesnie zacieli konie. Jeden wjechal drugiemu dyszlem w otwarty powoz, trzeci zas chcac ich wyminac o malo nie rozbil tragarza niosacego ciezka szafe. Wszczal sie halas, bitwa na baty, swistanie policjantow, zbiegowisko i w rezultacie - dwaj najgoretsi dorozkarze sami siebie wlasnymi powozami odwiezli do cyrkulu. "Zla wrozba - pomyslal Wokulski i nagle uderzyl sie w czolo.- Pyszny interes! - mowil sobie - ide do adwokata, azeby mi kupil dom, a nie wiem, ani jak dom wyglada, ani nawet gdzie lezy." Wrocil na powrot do swego mieszkania i w kapeluszu na glowie, z laska pod pacha, poczal przerzucac kalendarz. Szczesciem slyszal, ze dom Leckich znajduje sie gdzies w okolicach Alei Jerozolimskiej; pomimo to uplynelo kilka minut, nim odszukal ulice i numer. "Ladnie bym sie zarekomendowal adwokatowi! - myslal schodzac ze schodow. - Jednego dnia namawiam ludzi, aby mi powierzyli kapitaly, a drugiego kupuje kota w worku. Naturalnie, ze od razu skompromitowalbym albo siebie, albo... panne Izabele." Skoczyl w przejezdzajaca dorozke i kazal skrecic ku Alei Jerozolimskiej. Na rogu wysiadl i poszedl piechota w jedna z poprzecznych ulic. Dzien byl piekny, niebo prawie bez obloku, bruk bez kurzu. Okna domow pootwierane, niektore dopiero myto; figlarny wiatr miotal spodnicami pokojowek; przy czym mozna bylo spostrzec, ze warszawska sluzba latwiej odwaza. sie myc okna na trzecim pietrze anizeli wlasne nogi. z wielu mieszkan odzywaly sie fortepiany, z wielu podworek katarynki albo monotonne nawolywania piaskarzy, szczotkarzy, tandeciarzy i im podobnych przedsiebiorcow. Tu i owdzie pod brama ziewal stroz odziany w niebieska bluze; kilka psow gonilo sie po ulicy, ktora nikt nie przejezdzal; male dzieci bawily sie odzieraniem kory z mlodych kasztanow, ktorym jeszcze nie :dazyly pociemniec jasnozielone liscie. W ogole ulica przedstawiala sie czysto, spokojnie i wesolo. Na drugim jej koncu widac nawet bylo odrobine horyzontu i kepe drzew ; lecz wiejski ten pejzaz, niestosowny dla Warszawy, zaslaniano teraz rusztowaniami i sciana z cegly. Idac prawym chodnikiem dostrzegl Wokulski na lewo, mniej wiecej w polowie ulicy, dom niezwykle zoltej barwy. Warszawa posiada bardzo wiele zoltych domow; jest to chyba najzolciejsze miasto pod sloncem. Ta jednak kamienica wydawala sie zolciejsza od innych i na wystawie przedmiotow zoltych (jakiej zapewne doczekamy sie kiedys) otrzymalaby pierwsza nagrode. Podszedlszy blizej Wokulski przekonal sie, ze nie tylko on zwrocil uwage na szczegolna kamienice, nawet psy, czesciej tu niz na jakimkolwiek innym murze, skladaly wizytowe bilety. "Do licha! - szepnal - zdaje mi sie, ze to wlasnie jest ow dom... Istotnie, byla to kamienica Leckich, Zaczal sie przypatrywac. Dom byl trzypietrowy; mial pare zelaznych balkonow i kazde pietro zbudowane w innym stylu. Za to w architekturze bramy panowal tylko jeden motyw, mianowicie: wachlarz. Gorna czesc wrot miala forme rozlozonego wachlarza, ktorym moglaby sie chlodzic przedpotopowa olbrzymka. Na obu skrzydlach bramy byly wyrzezbione ogromne prostokaty, ktore w rogach rowniez ozdobiono do polowy otwartymi wachlarzami. Najcenniejszym jednak upiekszeniem bramy byly umieszczone w posrodku jej skrzydel dwie rzezby przedstawiajace glowki gwozdzi, ale tak wielkich, jakby nimi byla przytwierdzona brama do kamienicy, a kamienica do Warszawy. Prawdziwa osobliwosc stanowila sien wjazdowa posiadajaca bardzo licha podloge, ale za to bardzo ladne krajobrazy na scianach. Bylo tam tyle wzgorz, lasow, skal i potokow, ze mieszkancy domu smialo mogli nie wyjezdzac na letnie mieszkania. Podworko, otoczone ze wszystkich stron trzypietrowymi oficynami, wygladalo jak dno obszernej studni, napelnionej wonnym powietrzem. W kazdym rogu byly drzwi, a w jednym az dwoje drzwi; pod oknem mieszkania stroza znajdowal sie smietnik i wodociag. Wokulski mimochodem spojrzal w klatke glownych schodow, do ktorych prowadzily szklane drzwi. Schody zdawaly sie byc mocno brudnymi; za to obok znajdowala sie nisza, a w niej - nimfa z dzbankiem nad glowa i utraconym nosem. Poniewaz dzbanek mial zabarwienie amarantowe, twarz nimfy zolte, piersi zielone, a nogi niebieskie, mozna bylo odgadnac, ze nimfa stoi naprzeciw okna posiadajacego kolorowe szyby. "No, tak!..." - mruknal Wokulski tonem, ktory nie zdradzal zbyt wielkiego zachwytu. W tej chwili z prawej oficyny wyszla piekna kobieta z mala dziewczynka: - Teraz, prosze mamy, pojdziemy do ogrodu? - pytalo dziecko. - Nie, kochanie. Teraz pojdziemy do sklepu, a do ogrodu po obiedzie - odpowiedziala pani bardzo przyjemnym glosem. Byla to wysoka szatynka z szarymi oczami, o klasycznych rysach. Spojrzeli na siebie oboje z Wokulskim i - dama zarumienila sie. "Skad ja ja znam?" - pomyslal Wokulski wychodzac z bramy na ulice. Dama obejrzala sie, lecz spostrzeglszy go odwrocila glowe. "Tak - myslal - widzialem ja w kwietniu na grobach, a pozniej w sklepie. Nawet Rzecki zwracal mi na nia uwage i mowil, ze ma sliczne nogi. Istotnie ladne." Cofnal sie znowu w brame i poczal czytac spis mieszkancow. "Co?... Baronowa Krzeszowska na drugim pietrze!... Co?... co?.. Maruszewicz w lewej oficynie na pierwszym?... Szczegolny zbieg okolicznosci. Trzecie pietro od frontu studenci... Ale kto moze byc ta pieknosc? Prawa oficyna, pierwsze pietro - Jadwiga Misiewicz, emerytka, i Helena Stawska z coreczka. Z pewnoscia ona." Wszedl na podworko i ogladal sie. Prawie wszystkie okna byly otwarte. W tylnej oficynie na dole byla pralnia zatytulowana paryska; na trzecim pietrze bylo slychac kucie szewskiego mlotka, ponizej na gzemsie gruchalo pare golebi, a na drugim pietrze tej samej oficyny od kilku minut rozlegaly sie miarowe dzwieki fortepianu i krzykliwy sopran spiewajacy game. - A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... Wysoko nad soba, na trzecim pietrze, Wokulski uslyszal silny bas meski, ktory mowil: - O! znowu zazyla kussiny... Juz z niej wylazi soliter... Marysiu!... chodz no do nas... Jednoczesnie z okna na drugim pietrze wychylila sie glowa kobiety wolajacej: - Marysiu!... wracaj mi zaraz do domu... Marysiu!... "Slowo daje, ze to pani Krzeszowska" - szepnal Wokulski. W tej chwili uslyszal charakterystyczny szelest: z trzeciego pietra padl strumien wody, trafil na wychylona glowe pani Krzeszowskiej i rozprysnal sie po podworku. - Marysiu!... chodz do nas... - wolal bas. - Nikczemnicy!... - odpowiedziala pani Krzeszowska odwracajac twarz w gore.-Socjalisci!... nihil... Nowy strumien wody lunal z trzeciego pietra i zatamowal jej mowe. Zarazem wychylil sie stamtad mlody czlowiek z czarnym zarostem i zobaczywszy cofajaca sie fizjognomia pani Krzeszowskiej zawolal pieknym basem : - Ach, to pani dobrodziejka!... Bardzo przepraszam... Odpowiedzial mu z mieszkania pani Krzeszowskiej spazmatyczny placz niewiesci : - O, ja nieszczesliwa!... Przysiegne, ze to on, nikczemnik, nasadzil na mnie tych bandytow... Wywdziecza mi sie, zem go wydobyla z nedzy!... Zem kupila jego konia!... Tymczasem na dole praczki praly bielizne, na trzecim pietrze szewc kul, a na drugim w tylnej oficynie dzwieczal fortepian i rozlegala sie wrzaskliwa gama : - A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... "Wesoly dom, nie ma co... - szepnal Wokulski otrzepujac krople wody, ktore mu spadly na rekaw. Wyszedl z podworza na ulice i jeszcze raz obejrzawszy nieruchomosc, ktorej mial zostac panem, skrecil w Aleje Jerozolimska. Tu wzial dorozke i pojechal do adwokata. W przedpokoju adwokata zastal paru obdartych Zydkow i stara kobiete w chustce na glowie. Przez otwarte drzwi na lewo widac bylo szafy zapelnione aktami, trzech dependentow szybko piszacych i kilku gosci z waszecia, z ktorych jeden mial fizjognomie kryminalna, a reszta - bardzo znudzone. Stary lokaj z siwymi wasami i podejrzliwym wejrzeniem zdjal z Wokulskiego palto i zapytal: - Wielmozny pan na dluzszy interes? - Na krotszy. Wprowadzil Wokulskiego do sali na prawo. - Jak mam zameldowac? Wokulski podal bilet i zostal sam. W sali byly sprzety kryte amarantowym utrechtem jak w wagonach pierwszej klasy - kilka ozdobnych szaf z pieknie oprawnymi ksiazkami, ktore tak wygladaly, jakby ich nigdy nie czytano - na stole zas pare ilustracyj i albumow, ktore, zdaje sie, ogladali wszyscy. W jednym rogu sali stal gipsowy posag bogini Temidy z mosieznymi wagami i brudnymi kolanami. - Pan mecenas prosi!... - odezwal sie sluzacy przez uchylone drzwi. Gabinet znakomitego adwokata mial sprzety kryte brazowa skora, w oknach brazowego koloru firanki, a na sciennych obiciach brazowe desenie. Sam gospodarz odziany byl w brazowy surdut i trzymal w reku bardzo dlugi cybuch, u gory zakonczony funtowym bursztynem i piorkiem. - Bylem pewny, ze dzis powitam szanownego pana u siebie - rzekl adwokat, podsuwajac Wokulskiemu fotel na kolkach i prostujac noga dywan, ktory sie nieco zmarszczyl. - Jednym wyrazem - ciagnal adwokat - mozemy rachowac na jakies trzysta tysiecy rubli udzialow w naszej spolce. A ze do rejenta pojdziemy jak najrychlej i gotowke sciagniemy co do grosza, w tym moze pan rachowac na mnie... Wszystko to mowil akcentujac wazniejsze wyrazy, sciskal Wokulskiego za reke i obserwowal go spod oka. - A tak... spolka!... - powtorzyl Wokulski usiadlszy na fotelu.- To rzecz tych panow, ile zbiora gotowki. - No, zawsze kapital... - wtracil adwokat. - Mam go bez spolki. - Dowod zaufania... - Wystarcza mi wlasne. Adwokat umilkl i pospiesznie zaczal ssac dym z piorka. - Mam prosbe do mecenasa - rzekl po chwili Wokulski. Adwokat utopil w nim spojrzenie, pragnac odgadnac: co to za prosba? Od natury jej bowiem zalezal sposob sluchania. Widocznie jednak nie odkryl nic groznego, gdyz jego fizjognomia przybrala wyraz powaznej, lecz serdecznej zyczliwosci. - Chce kupic kamienice - ciagnal Wokulski. - Juz?.. - spytal mecenas podnoszac brwi i schylajac glowe- Winszuje, bardzo winszuje... Dom handlowy nie na prozno nazywa sie d o m e m... Kamienica dla kupca jest jak strzemie dla jezdzca; pewniej siedzi na interesach. Handel nie oparty na tak realnej podstawie, jaka jest d o m, jest tylko kramarstwem. O jakaz to chodzi kamienice, jezeli szanowny pan raczysz mnie juz zaszczycac swoim zaufaniem? - Ma byc w tych dniach licytowany dom pana Leckiego... - Znam - przerwal adwokat. - Mury wcale dobre, rzeczy drewniane nalezaloby stopniowo zmienic, w rezerwie ogrod... Licytuje baronowa Krzeszowska do szescdziesieciu tysiecy rubli, konkurentow zapewne nie bedzie, kupimy najwyzej za szescdziesiat tysiecy rubli. - Chocby za dziewiecdziesiat tysiecy. a nawet i wiecej - wtracil Wokulski. - Po co?... - skoczyl na fotelu adwokat. - Baronowa poza szescdziesiat tysiecy nie wyjdzie, domow nikt dzis nie kupuje... Wcale dobry interes... - Dla mnie bedzie dobrym nawet za dziewiecdziesiat tysiecy. - Ale lepszym za szescdziesiat piec tysiecy... - Nie chce obdzierac mego przyszlego wspolnika. - Wspolnika?... - zawolal adwokat. - Alez szanowny pan Lecki jest stanowczym bankrutem; po prostu skrzywdzilbys go pan, naddajac mu jakies kilka tysiecy rubli. Znam poglad jego siostry; hrabiny, na te sprawe... W chwili gdy pan Lecki zostanie bez grosza przy duszy, jego urocza corka, ktora wszyscy uwielbiamy, wyjdzie za barona albo marszalka... Oczy Wokulskiego tak dziko blysnely, ze adwokat umilkl. Przypatrywal mu sie, rozmyslal... Nagle uderzyl sie reka w czolo. - Szanowny pan - rzekl - jestes zdecydowany dac dziewiecdziesiat tysiecy rubli za te rudere?... - Tak - odparl glucho Wokulski. - Szescdziesiat od dziewiecdziesieciu... posag panny Izabeli...- mruknal adwokat. - Aha!... Fizjognomia i cala postawa jego zmienila sie do niepoznania. Pociagnal z wielkiego bursztynu ogromny klab dymu, rozparl sie na fotelu i trzesac reka w strone Wokulskiego mowil: - Rozumiemy sie, panie Wokulski. Wyznam ci, ze jeszcze przed piecioma minutami podejrzewalem cie, sam nie wiem o co, bo interesa twoje sa czyste. Ale w tej chwili, wierz mi, masz we mnie tylko czlowieka zyczliwego i... sprzymierzenca... - Toraz ja pana nie rozumiem - szepnal, spuszczajac oczy Wokulski. Adwokatowi na policzkach wystapily ceglaste rumience. Zadzwonil - wszedl sluzacy. - Nie wpuszczac tu nikogo, dopoki nie zawolam - rzekl. - Slucham pana mecenasa - odparl markotny lokaj. Znowu zostali we dwu. - Panie... Stanislawie - zaczal adwokat. - Pan wie, co to jest nasza arystokracja i jej dodatki?... Jest to pare tysiecy ludzi, ktorzy wysysaja caly kraj, topia pieniadze za granica, przywoza stamtad najgorsze nalogi, zarazaja nimi klasy srednie, niby to zdrowe, i - sami gina bez ratunku: ekonomicznie, fizjologicznie i moralnie Gdyby zmusic ich do pracy, gdyby skrzyzowac z innymi warstwami, moze... bylby z tego jaki pozytek, bo juzci sa to organizacje subtelniejsze od naszych. Rozumie pan... skrzyzowac, ale... nie wyrzucac na podtrzymanie ich trzydziestu tysiecy rubli. Otoz do skrzyzowania pomagam panu, ale do strwonienia trzydziestu tysiecy rubli - nie!... - Nic nie rozumiem pana - odparl cicho Wokulski. - Rozumiesz, tylko nie ufasz mi. Wielka to cnota nieufnosc, leczyc z niej pana nie bede. Tyle ci powiem : Lecki - bankrut moze zostac... krewnym nawet kupca, a tym bardziej kupca - szlachcica. Ale Lecki z trzydziestoma tysiacami rubli w kieszeni!... - Panie mecenasie - przerwal Wokulski - czy zechce pan w moim imieniu stanac do licytacji tego domu? - Stane, lecz ponad to, co da pani Krzeszowska, postapie najwyzej pare tysiecy. Wybacz pan, panie Wokulski, ale sam z soba licytowac sie nie bede. - A jezeli znajdzie sie trzeci licytant? - Ha! w takim razie i jego zdystansuje, azeby dogodzic panskiemu kaprysowi. Wokulski wstal. - Dziekuje panu - rzekl - za pare slow szczerszych. Ma pan racje, ale i ja mam moje racje... Pieniadze przyniose panu jutro; teraz do widzenia. - Zal mi pana - odpowiedzial adwokat sciskajac go za reke. - Dlaczegoz to? - Dlatego, panie, ze kto chce zdobyc, musi zwyciezyc, zdusic przeciwnika, nie zas karmic go z wlasnej spizarni. Popelniasz pan blad, ktory cie raczej odsunie, anizeli zblizy do celu. - Myli sie pan. - Romantyk!... romantyk!... - powtarzal adwokat z usmiechem. Wokulski wybiegl z domu adwokata i wsiadlszy w dorozke kazal sie wiezc w strone ulicy Elektoralnej. Byl zirytowany tym, ze adwokat odkryl jego tajemnice, i tym, ze krytykowal jego metode postepowania. Naturalnie, ze kto chce zdobyc, musi zdusic przeciwnika; alez tu zdobycza miala byc panna Izabela!... Wysiadl przed niepozornym sklepikiem, nad ktorym wisial czarny szyld z zoltawym napisem: "Kantor wekslu i loterii S. Szlangbauma." Sklep byl otwarty; za kontuarem, obitym blacha i od publicznosci oddzielonym druciana siatka, siedzial stary Zyd z lysa glowa i siwa broda, jakby przylepiona do "Kuriera". - Dzien dobry, panie Szlangbaum! - zawolal Wokulski. Zyd podniosl glowe i z czola zsunal okulary na oczy. - Ach, to pan dobrodziej?... - odparl sciskajac go za reke. - Co to, czy juz i pan potrzebuje pieniedzy?... - Nie - odpowiedzial Wokulski rzucajac sie na wyplatane krzeslo przed kontuarem. A poniewaz wstyd mu bylo od razu objasnic, po co przyszedl, wiec spytal: - Coz slychac, panie Szlangbaum? - Zle! - odpowiedzial starzec. - Na Zydow zaczyna sie przesladowanie. Moze to i dobrze. Jak nas beda kopac i pluc, i dreczyc, wtedy moze upamietaja sie i te mlode Zydki, co jak moj Henryk poubierali sie w surduty i nie zachowuja swoje religie. - Kto was przesladuje! - odparl Wokulski. - Pan chce dowody?... - spytal Zyd. - Ma pan dowod w ten "Kurieru". Ja onegdaj poslalem do nich szarade. Pan zgaduje szarady?. Poslalem taka: Pierwsze i drugie - to zwierz kopytkowy, Pierwsze i trzecie - ozdabia damskie glowy ; Wszystkie razem na wojnie strasznie goni, Niech nas Pan Bog od tego zabroni. Pan wie, co to?... Pierwsze i drugie - to jest: koza; pierwsze i trzecie - to jest koki, a wszystkie - to sa: Kozaki. A pan wie, co oni mi odpisali?... Zaraz... Podniosl "Kurier" i czytal: - "Odpowiedzie od redakcje. Panu W. W. Encyklopedie wieksze Orgelbranda..." Nie to... "Panu Motylkowi. Frak kladzie sie Nie to... A, jest!... "Panu S. Szlangbaumowi: Panska szarada polityczna nie jest gramatyczna." - Prosze pana: co tu jest z polityki? Zebym ja napisal szarade o Dizraeli albo o Bismarck, to bylaby polityka, ale o Kozaki to przecie nie jest polityka, tylko wojskowosc. - Ale gdziez w tym przesladowanie Zydow,? - spytal Wokulski. - Zaraz powiem. Pan sam musial bronic od przesladowcy mego Henryka; ja to wszystko wiem, choc nie on mi mowil. A teraz o szarade. Jak ja pol roku temu odnioslem moja szarade do pana Szymanowskiego, to on mnie powiedzial: "Panie Szlangbaum, my te szarade drukowac nie bedziemy, ale ja panu radze, co lepiej bys pan pisal szarade, anizeli bral procentow." A ja mowie: "Panie redaktorze, jak mnie pan da tyle za szarady, co ja mam z procenty, to ja bede pisal." A pan Szymanowski na to: "My, panie Szlangbaum, nie mamy takie pieniadze, zeby za panskie szarady placic." To powiedzial sam pan Szymanowski, slyszy pan? Nu, a oni mnie dzisiaj pisza w "Kurierku", ze to niepolitycznie i niegramatycznie!... Jeszcze pol roku temu gadali inaczej. A co teraz drukuja w gazety na Zydkow!... Wokulski sluchal historii o przesladowaniu Zydow patrzac na sciane, gdzie wisiala tabelka loteryjna, i bebniac palcami w kontuar. Ale myslal o czym innym i wahal sie. - Wiec ciagle zajmujesz sie szaradami, panie Szlangbaum?- spytal. Co to ja!... - odparl stary Zyd. - Ale ja, panie, mam po Henryku wnuczka, co mu dopiero dziewiec lat, i niech no pan slucha, jaki on do mnie w tamten tydzien list napisal. "Moj dziadku - on pisal, ten maly Michas - ja potrzebuje takie szarade: Pierwsze znaczy dol, drugie - przeczenie. Wszystko razem kortowe odzienie. A jak dziadzio - on pisal, Michas - zgadnie, to niech mi dziadzio przyszle szesc rubli na ten kortowy interes." Ja sie rozplakalem, panie Wokulski, jakiem przeczytal. Bo ten pierwszy, dol, to znaczy: spod, a przeczenie to jest nie - a wszystkie razem to sa spodnie. Ja sie splakalem, panie Wokulski, co takie madre dziecko przez upartosc Henryka chodzi bez spodnie. Ale ja mu odpisalem: "Moj kochaneczku. Bardzo jestem kontent, ze ty od dziadusia nauczyles sie ukladac szarady. Ale zebys ty jeszcze nauczyl sie oszczednosci, to ja tobie na te kortowe odzienie posylam tylko cztery ruble. A jak ty sie bedziesz dobrze uczyl, to ja tobie po wakacje sprawie takie szarade: Pierwsze znaczy po niemiecku usta, drugie godzina. Wszystkie kupuje sie dziecku - jak do gimnazje chodzic zaczyna. To znaczy: mundur ; pan od razu zgadl, panie Wokulski? - Wiec i cala panska rodzina bawi sie szaradami? - wtracil Wokulski. - Nie tylko moja - odpowiedzial Szlangbaum. - U nas, panie, niby u Zydow, jak sie mlodzi zejda, to oni nie zajmuja sie, jak u panstwo, tancami, komplementami, ubiorami, glupstwami, ale oni albo robia rachunki, albo ogladaja uczone ksiazki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiazuja sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciagle jest zajety rozum i dlatego Zydzi maja rozum, i dlatego, niech sie pan nie obrazi, oni caly swiat zawojuja. U panstwa wszystko sie robi przez te sercowe goraczke i przez wojne, a u nas tylko przez madrosc i cierpliwosc, Ostatnie wyrazy uderzyly Wokulskiego. On przeciez zdobywal panne Izabele madroscia i cierpliwoscia... Jakas otucha wstapila mu w serce, przestal wahac sie i nagle rzekl: - Mam do pana prosbe, panie Szlangbaum... - Panskie prosbe tyle znaczy dla mnie co rozkaz, panie Wokulski. - Chce kupic dom Leckiego... - Znam go. On pojdzie za szescdziesiat pare tysiecy. - Chce, zeby poszedl za dziewiecdziesiat tysiecy, i potrzebuje kogos, kto by licytowal do tej sumy. Zyd szeroko otworzyl oczy. - Jak to?... Pan chce zaplacic drozej o trzydziesci tysiecy rubli?... spytal. - Tak. - Przepraszam, ale nie rozumiem. Bo zeby panu dom sprzedawali, a Lecki chcial jego kupic, wtedy pan mialby interes podbijac cene. Ale jak pan kupuje, to pan ma interes znizyc wartosc... - Mam interes zaplacic drozej. Starzec potrzasnal glowa i odezwal sie po chwili: - Zebym ja pana nie znal, tobym myslal, ze pan robi zly interes; ale ze ja pana znam, wiec ja sobie mysle, co pan robi... dziwny interes. Nie tylko pan zakopuje w mury gotowke i traci na tym z dziesiec procentow rocznie, ale jeszcze chce pan zaplacic trzydziesci tysiecy rubli wiecej..: Panie Wokulski - dodal biorac go za reke - nie zrob pan takie glupstwo. Ja pana prosze... Stary Szlangbaum pana prosi... - Wierz mi pan, ze dobrze na tym wyjde... Zyd nagle podniosl palec do czola. Blysnely mu oczy i zeby biale jak perly. - Ha! Ha!... - zasmial sie. - Nu, jaki ja juz stary jestem, zem od razu tego nie pomiarkowal. Pan panu Leckiemu da trzydziesci tysiecy rubli... a on panu ulatwi interes moze na sto tysiecy rubli... Git!... Ja panu dam licytanta, co on za pietnascie rubelkow podbije cene domu. Bardzo porzadny pan, katolik, tylko jemu nie mozna dawac wadium do reki... Ja panu dam jeszcze jakie dystyngowane dame, co takze za dziesiec rubelkow bedzie podbijac... Ja moge dac jeszcze z pare Zydki, po piec rubelkow... Zrobi sie taka licytacja, co pan moze zaplacic za ten dom chocby sto piecdziesiat tysiecy i nikt nie zmiarkuje, jaki jest interes... Wokulskiemu bylo troche przykro. - W kazdym razie sprawa zostaje miedzy nami - rzekl. - Panie Wokulski - odparl Zyd uroczyscie - ja mysle, ze pan nie potrzebowal to powiedziec. Panski sekret to moj sekret. Pan ujal sie za moj Henryczek, pan nie przesladuje Zydow... Pozegnali sie i Wokulski wrocil do swego mieszkania. Tam zastal juz Maruszewicza, z ktorym pojechal do rajtszuli obejrzec kupiona klacz. Rajtszula skladala sie z dwu polaczonych ze soba budynkow, tworzacych jedna calosc w formie szlify. W czesci okraglej miescil sie manez, w prostokatnej stajnie. W chwili gdy Wokulski z Maruszewiczem weszli tam, odbywala sie lekcja konnej jazdy. Czterech panow i jedna dama jezdzili, kon za koniem, wzdluz scian manezu; na srodku stal dyrektor zakladu, mezczyzna z mina wojskowa, w granatowej kurtce, bialych obcislych spodniach i wysokich butach z ostrogami. Byl to pan Miller ; komenderowal jezdzcami pomagajac sobie w tej czynnosci dlugim batem, ktorym od czasu do czasu podcinal zle manewrujacego konia, przy czym krzywil sie jezdziec. Wokulski zauwazyl napredce, ze jeden z panow, ktory jezdzil bez strzemion, trzymajac prawa reke za plecami, ma mine lobuza, ze drugi z nich pragnie zajac na koniu stanowisko srodkujace miedzy szyja a zadem, a czwarty wyglada tak, jakby w kazdej chwili usilowal zsiasc z konia i juz do konca zycia nie cwiczyc sie w ekwitacji. Tylko dama w amazonce jezdzila smialo i zrecznie, co Wokulskiemu nasunelo mysl, ze na swiecie nie ma dla kobiet pozycji ani niewygodnej, ani niebezpiecznej. Maruszewicz zapoznal swego towarzysza z dyrektorem. - Wlasnie czekalem na panow i natychmiast sluze. Panie Szulc!... Wbiegl pan Szulc, mlody blondyn, odziany rowniez w granatowa kurtke, lecz jeszcze wyzsze buty i obcislejsze spodnie. Z wojskowym uklonem wzial do reki symbol dyrekrorskiej wladzy i zanim Wokulski opuscil manez, przekonal sie, ze Szulc mimo mlodego wieku energiczniej wlada batem anizeli sam dyrektor. Drugi bowiem pan az syknal, a czwarty rozpoczal formalna klotnie. - Pan - rzekl dyrektor do Wokulskiego - przyjmuje klacz barona ze wszelkimi przynaleznosciami : siodlami, derami i tam dalej?... - Naturalnie. - W takim razie mam u pana szescdziesiat rubli za stajnie, ktorej pan Krzeszowski nie oplacil. - Trudna rada. Weszli do stajenki widnej jak pokoj, nawet ozdobionej dywanami, niezbyt zreszta cennymi. Zlob byl nowy i pelny, drabina toz samo, na podlodze lezala swieza sloma. Pomimo to bystre oko dyrektora dojrzalo jakas niestosownosc, krzyknal bowiem: - Coz to za porzadek. panie Ksawery, do stu par diablow!... Czy i w panskiej sypialni konserwuja sie takie rzeczy? Drugi pomocnik dyrektora ukazal sie tylko na chwile. Spojrzal, zniknal i z korytarza zawolal: - Wojciech!... do stu tysiecy diablow... Zaraz mi zrob porzadek, bo ci to wszystko kaze polozyc na stole... - Szczepan!... cholero jakis... - odezwal sie trzeci glos za przepierzeniem. - Jak mi jeszcze raz, pieskie nasienie, tak stajnie zostawisz, to ci kaze zbierac zebami... Jednoczesnie rozleglo sie kilka tepych uderzen, jakby ktos pochwycil kogos drugiego za glowe i uderzal nia o sciane. Niebawem zas przez okno stajni zobaczyl Wokulski mlodzienca z metalowymi guzikami przy kurtce, ktory wybiegl na podworze po miotle i znalazlszy takowa, mimochodem zwalil przez leb gapiacego sie Zydka. Jako przyrodnik, podziwial Wokulski te nowa forme prawa zachowania sily, gdzie gniew dyrektora w tak szczegolny sposob zawedrowal az do istoty znajdujacej sie poza rajtszula. Tymczasem dyrektor kazal wyprowadzic klacz na korytarz. Bylo to piekne zwierze na cienkich nozkach, z mala glowka i oczyma, z ktorych przegladal dowcip i rzewnosc. Klaczka w przechodzie zwrocila sie do Wokulskiego wachajac go i chrapiac, jakby w nim odgadla pana. - Juz pana poznala - rzekl dyrektor. - Niech jej pan da cukru... Piekna klacz!... To mowiac wydobyl z kieszeni kawalek brudnej substancji, nieco zalatujacej tytuniem. Wokulski podal to klaczy, ktora bez namyslu zjadla. - Zakladam sie o piecdziesiat rubli, ze wygra! - zawolal dyrektor. - Trzyma pan? - Owszem - odpowiedzial Wokulski. - Wygra niezawodnie. Dam doskonalego dzokeja, a ten poprowadzi ja wedlug mojej instrukcji. Ale gdyby zostala przy baronie Krzeszowskim, niech mnie piorun trzasnie, przywloklaby sie trzecia do mety. Zreszta nawet nie trzymalbym jej na stajni... - Dyrektor jeszcze nie moze uspokoic sie - wtracil ze slodkim usmiechem Maruszewicz. - Uspokoic sie!... - krzyknal dyrektor czerwieniejac z gniewu.- No, niech pan Wokulski osadzi, czy moge nadal utrzymywac stosunki z czlowiekiem, ktory opowiadal, ze ja sprzedalem w Lubelskie konia, co mial koler!... Takich rzeczy - wolal, coraz mocniej podnoszac glos - nie zapomina sie, panie Maruszewicz. I gdyby hrabia nie zalagodzil afery, pan Krzeszowski mialby dzis kule w udzie... Ja sprzedalem konia, co mial koler!... Zebym mial zaplacic od siebie sto rubli, klacz wygra... Zeby miala pasc... Przekona sie pan baron... Kon mial koler!... Ha! Ha! Ha!... - wybuchnal demonicznym smiechem dyrektor. Po obejrzeniu klaczy panowie udali sie do kancelarii, gdzie Wokulski uregulowal nalezne rachunki przysiegajac sobie nie mowic o zadnym koniu, ze ma koler. Na pozegnanie zas odezwal sie: - Czy nie moglbym, dyrektorze, wprowadzic te klacz na wyscigi bezimiennie? - Zrobi sie. - Ale... - O! niech pan bedzie spokojny - odparl dyrektor sciskajac go za reke. - Dla dzentelmena dyskrecja jest pierwsza cnota. Spodziewam sie, ze i pan Maruszewicz... - O!... - potwierdzil Maruszewicz trzesac glowa i reka w taki sposob, ze o tajemnicy pogrzebanej w jego piersiach nic mozna bylo watpic. Wracajac obok manezu Wokulski znowu uslyszal trzasniecie batem, po ktorym czwarty pan znowu rozpoczal klotnie z zastepca dyrektora. - To jest niedelikatnosc, moj panie!... - krzyczal czwarty.- Odzienie mi popeka... - Wytrzyma - odparl flegmatycznie pan Szulc trzaskajac batem w kierunku drugiego pana. Wokulski opuscil rajtszule. Gdy, pozegnawszy sie z Maruszewiczem, siadal w dorozke, przyszla mu szczegolna mysl do glowy: "Jezeli ta klacz wygra, to panna Izabela pokocha mnie..." I nagle zawrocil sie; jeszcze przed chwila obojetne zwierze stalo mu sie sympatycznym i interesujacym. Wchodzac powtornie do stajenki uslyszal znowu charakterystyczny loskot glowy ludzkiej uderzanej o sciane. Jakoz istotnie z sasiedniego przedzialu wybiegl mocno zarumieniony chlopak stajenny, Szczepan, z wlosami ulozonymi w taki wicherek, jakby mu dopiero co wyjeto z nich reke, a zaraz po nim ukazal sie i furman, Wojciech, ktory ocieral o kurtke nieco zatluszczone palce. Wokulski dal starszemu trzy ruble, mlodszemu rubla i obiecal im na przyszlosc gratyfikacje, byle tylko klaczka nie miala krzywdy. - Bede jej, panie, dogladal lepiej niz wlasnej zony - odpowiedzial Wojciech z niskim uklonem. - Ale i stary jej nie skrzywdzi, owszem... Na wyscigu, panie, pojdzie kobylka jak szklo... Wokulski wszedl do stajenki i z kwadrans przypatrywal sie klaczy. Niepokoily go jej delikatne nozki i sam drzal na widok dreszczow przebiegajacych jej aksamitna skore, myslal bowiem, ze moze zachorowac. Potem objal ja za szyje, a gdy oparla mu na ramieniu glowke, calowal ja i szeptal: - Gdybys ty wiedziala, co od ciebie zalezy!... gdybys wiedziala... Odtad po pare razy na dzien jezdzil do manezu, karmil klacz cukrem i piescil sie z nia. Czul, ze w jego realnym umysle zaczyna kielkowac cos jakby przesad. Uwazal to za dobra wrozbe, gdy klacz witala go wesolo, lecz gdy byla smutna, niepokoj poruszal mu serce. Juz bowiem jadac do manezu mowil sobie: "Jezeli zastane ja wesola, to mnie panna Izabela pokocha." Niekiedy budzil sie w nim rozsadek; wowczas opanowywal go gniew i pogarda dla samego siebie. "Coz to - myslal - czy moje zycie ma zalezec od kaprysu jednej kobiety?... Czy nie znajde stu innych?... Alboz pani Meliton nie obiecywala, ze mnie zapozna z trzema, z czterema rownie pieknymi?... Raz, do licha, musze sie ocknac!..." Ale zamiast ocknac sie, coraz glebiej zapadal w opetanie. Zdawalo mu sie w chwilach swiadomosci, ze na ziemi jeszcze chyba istnieja czarodzieje i ze jeden z nich rzucil na niego klatwe. Wtedy mowil z trwoga: "Ja nie jestem ten sam... Ja robie sie jakims innym czlowiekiem... Zdaje mi sie, ze mi ktos zamienil dusze!..." Chwilami znowu zabieral w nim glos przyrodnik i psycholog: "Oto - szeptal mu gdzies w glebi mozgu - oto jak msci sie natura za pogwalcenie jej praw. Za mlodu lekcewazyles serce, drwiles z milosci, sprzedales sie na meza starej kobiecie, a teraz masz!... Przez dlugie lata oszczedzany kapital uczuc zwraca ci sie dzis z procentem..." .,Dobrze to - myslal - ale w takim razie powinienem zostac rozpustnikiem; dlaczegoz wiec mysle o niej jednej?" "Licho wie - odpowiadal oponent. - Moze wlasnie ta kobieta najlepiej nadaje sie do ciebie. Moze naprawde, jak mowi legenda, dusze wasze stanowily kiedys, przed wiekami, jedna calosc..." "Wiec i ona powinna by mnie kochac... - mowil Wokulski. A potem dodawal: - Jezeli klacz wygra na wyscigach, bedzie to znakiem, ze mnie panna Izabela pokocha... Ach! stary glupcze, wariacie, do czego ty dochodzisz?..." Na pare dni przed wyscigami zlozyl mu w mieszkaniu wizyte hrabia-Anglik, z ktorym zaznajomil sie podczas sesji u ksiecia. Po zwyklym powitaniu hrabia usiadl sztywnie na krzesle i rzekl: - Z wizyta i z interesem - t e k!...Czy wolno?... - Sluze hrabiemu. - Baron Krzeszowski - ciagnal hrabia - ktorego klacz nabyl pan, zreszta najzupelniej prawidlowo - t e k - osmiela sie najuprzejmiej prosic pana o ustapienie mu jej. Cena nie stanowi nic... Baron porobil duze zaklady... Proponuje tysiac dwiescie rubli... Wokulskiemu zrobilo sie zimno; gdyby sprzedal klacz; panna Izabela moglaby nim pogardzic. - A jezeli i ja mam moje widoki na te klacz, panie hrabio? odparl. - W takim razie pan ma sluszne pierwszenstwo, tek - wycedzil hrabia. - Zdecydowal pan kwestie - rzekl Wokulski z uklonem. - Czy tek?... Bardzo zaluje barona, ale panskie prawa sa lepsze. Wstal z krzesla jak automat na sprezynach pozegnawszy sie dodal : - Kiedyz do rejenta, drogi panie, z nasza spolka?... Namysliwszy sie przystepuje z piecdziesiecioma tysiacami rubli... Tek. - To juz zalezy od panow. - Bardzo pragnalbym widziec ten kraj kwitnacym i dlatego, panie Wokulski, posiada pan cala moja sympatie i szacunek, tek, bez wzgledu na zmartwienie, jakie pan robi baronowi. Tek, byl pewnym, ze mu pan ustapi konia... - Nie moge. - Pojmuje pana - zakonczyl hrabia. - Szlachcic, chocby sie odzial w skore przemyslowca, musi wylezc z niej przy lada okazji. Pan zas, prosze mi wybaczyc smialosc, jestes przede wszystkim szlachcicem, i to w angielskiej edycji, jakim kazdy z nas byc powinien. Mocno uscisnal mu reke i wyszedl. Wokulski przyznawal w duszy, ze ten oryginal, udajacy marionetke, ma jednak duzo sympatycznych przymiotow. "Tak - szepnal - z tymi panami przyjemniej zyc anizeli z kupcami. Oni sa naprawde ulepieni z innej gliny..." A potem dodal: "I dziwic sie, ze panna Izabela pogardza takim jak ja, wychowawszy sie wsrod takich jak oni... No, ale co oni robia na swiecie i dla swiata?... Szanuja ludzi, ktorzy moga dac pietnasty procent od ich kapitalow... To jeszcze nie zasluga." "Tam do licha! - mruknal strzelajac z palcow - a skad oni wiedza, ze ja kupilem klacz?... Bagatela!... przeciez kupilem ja od pani Krzeszowskiej za posrednictwem Maruszewicza... Zreszta za czesto bywam w manezu, wie o mnie cala sluzba... Eh! zaczynam juz palic glupstwa, jestem nieostrozny... Nie podobal mi sie ten Maruszewicz..." Nareszcie nadszedl dzien wyscigow, pogodny, ale nie goracy; wlasnie jak potrzeba. Wokulski zerwal sie o piatej i natychmiast pojechal odwiedzic swoja klacz. Przyjela go dosc obojetnie, ale byla zdrowa, a pan Miller pelen otuchy: - Co?... - smial sie tracajac Wokulskiego w ramie. - Palisz sie pan, co?... Ocknal sie w panu sportsmen!... My, panie, przez caly czas wyscigow jestesmy w goraczce. Nasz zakladzik o piecdziesiat rubli stoi, co?... Jakbym je mial w kieszeni; moglbys je pan natychmiast zaplacic. - Zaplace z najwieksza przyjemnoscia - odparl Wokulski i myslal: "Czy klacz wygra?... czy go panna Izabela kiedy pokocha? czy sie cos nie stanie?... A jezeli klacz zlamie noge!..." Ranne godziny wlokly mu sie, jakby do nich zaprzezono woly. Wokulski na chwile tylko wpadl do sklepu, przy obiedzie nie mogl jesc, potem poszedl do Saskiego Ogrodu ciagle myslac: "Czy klacz wygra i czy go panna Izabela pokocha?..." Przemogl sie jednak i wyjechal z domu dopiero okolo piatej. W Alejach Ujazdowskich byl juz taki natlok powozow i dorozek, ze miejscami nalezalo jechac stepa, przy rogatce zas utworzyl sie formalny zator i musial czekac z kwadrans, pozerany niecierpliwoscia, zanim ostatecznie powoz jego wydostal sie na mokotowskie pola. Na skrecie drogi Wokulski wychylil sie i przez mgle zoltawego kurzu, ktory gesto osiadal mu twarz i odzienie, przypatrywal sie wyscigowemu polu. Plac wydawal mu sie dzisiaj nieskonczenie wielkim i przykrym, jakby nad nim unosilo sie widmo niepewnosci Z daleka przed soba widzial dlugi sznur ludzi uszykowanych w polkole, ktore ciagle zwiekszalo sie doplywajacymi gromadami. Nareszcie dojechal na miejsce i znowu uplynelo z dziesiec minut, nim sluzacy powrocil z kasy z biletem. Dokola powozu tloczyla sie cizba bezplatnych widzow i huczal gwar tysiaca glosow, a Wokulskiemu zdawalo sie, ze wszyscy mowia tylko o jego klaczy i drwia z kupca, ktory bawi sie w wyscigi. Nareszcie powoz puszczono wewnatrz toru. Wokulski zeskoczyl na ziemie i pobiegl do swej klaczy usilujac zachowac powierzchownosc obojetnego widza. Po dlugim szukaniu znalazl ja na srodku wyscigowego placu, a przy niej panow Millera i Szulca tudziez dzokeja z wielkim cygarem w ustach, w czapce zoltej z niebieskim i w paltocie narzuconym na ramiona. Jego klacz wobec ogromnego placu i niezliczonych tlumow wydala mu sie tak mala i mizerna, ze zdesperowany chcial wszystko rzucic i wracac do domu. Ale panowie Miller i Szulc mieli fizjognomie jasniejace nadzieja. - Nareszcie jest pan - zawolal dyrektor manezu i wskazujac oczyma na dzokeja dodal: - Zapoznam panow: pan Yung, najznakomitszy w kraju dzokej - pan Wokulski. Dzokej podniosl dwa palce do zolto-niebieskiej czapki, a wyjawszy druga reka cygaro z ust plunal przez zeby. Wokulski przyznal w duchu, ze tak chudego i tak malego czlowieka jeszcze w zyciu nie widzial. Zauwazyl przy tym, ze dzokej oglada go jak konia: ode lba do pecin, i wykonywa krzywymi nogami ruchy, jakby mial zamiar wsiasc i przejechac sie na nim. - Niechze pan powie, panie Yung, czy nie wygramy? - spytal dyrektor. - Och! - odpowiedzial dzokej. - Tamte dwa konie sa niezle, ale nasza klacz znakomita - mowil dyrektor. - Och! - potwierdzil dzokej. Wokulski odprowadzil go na strone i rzekl: - Jezeli wygramy, bede panu winien piecdziesiat rubli ponad umowe. - Och! - odparl dzokej, a przypatrzywszy sie Wokulskiemu dodal: - Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu goraczkuje. Na przyszly rok bedzie spokojniejszy. Znowu plunal na dlugosc konia i poszedl w strone trybuny, a Wokulski, pozegnawszy panow Millera i Szulca, popiesciwszy klaczke, wrocil do swego powozu. Teraz zaczal szukac panny Izabeli. Obszedl dlugi lancuch powozow ustawionych wzdluz toru, przypatrywal sie koniom, sluzbie, zagladal pod parasolki damom, ale panny Izabeli nie dostrzegl., "Moze nie przyjedzie?" - szepnal i zdawalo mu sie, ze caly ten plac napelniony ludzmi zapada wraz z nim pod ziemie. Mial tez po co wyrzucac tyle pieniedzy, jezeli jej tu nie bedzie! A moze pani Meliton, stara intrygantka, oklamala go na spolke z Maruszewiczem?... Wszedl na schodki wiodace do trybuny sedziow i ogladal sie na wszystkie strony. Na prozno. Gdy schodzil stamtad, zatamowali mu droge dwaj tylem stojacy panowie, z ktorych jeden, wysoki, z wszelkimi cechami sportsmena, mowil podniesionym glosem: - Czytajac od dziesieciu lat, jak laja nas za zbytki, juz chcialem poprawic sie i sprzedac stajnie. Tymczasem widze, ze czlowiek, ktory wczoraj dorobil sie majatku, dzis puszcza konia na wyscigach... Ha! mysle, toscie wy takie ptaszki?... Nas moralizujecie, a gdy sie uda, robicie to samo?.. Otoz nie poprawie sie, nie sprzedam stajni, nie... Jego towarzysz spostrzeglszy Wokulskiego tracil mowce, ktory nagle urwal. Korzystajac z chwili Wokulski chcial ich minac, ale wysoki pan zatrzymal go. - Przepraszam - odezwal sie dotykajac kapelusza - ze osmielilem sie robic tego rodzaju uwagi... Jestem Wrzesinski... . - Z przyjemnoscia sluchalem ich - odpowiedzial z usmiechem Wokulski - poniewaz w duchu mowie sobie to samo. Zreszta - staje na wyscigach pierwszy i ostatni raz w zyciu. Podali sobie rece z wysokim sportsmenem, ktory gdy Wokulski odsunal sie na pare krokow, mruknal: - Dziarski chlop... Teraz dopiero Wokulski kupil program i z uczuciem jakby wstydu czytal, ze w trzeciej gonitwie biega klacz Sultanka po Alim i Klarze, nalezaca do X. X., jezdzona przez dzokeja Yunga w zoltej kurtce z niebieskimi rekawami. Nagroda trzysta rubli; kon wygrywajacy ma byc na miejscu sprzedany. "Oszalalem!" - mruknal Wokulski dazac w strone galerii. Myslal, ze chyba tam jest panna Izabela, i projektowal, ze natychmiast wroci do domu, jezeli jej nie znajdzie. Opanowal go pesymizm. Kobiety wydawaly mu sie brzydkimi, ich barwne stroje dzikimi, ich kokieteria wstretna. Mezczyzni byli glupi, tlum ordynaryjny, muzyka wrzaskliwa. Wchodzac na galerie smial sie z jej skrzypiacych schodow i starych scian, na ktorych bylo widac slady deszczowych zaciekow. Znajomi klaniali mu sie, kobiety usmiechaly sie do niego, tu i owdzie szeptano: "Patrz! patrz!..." Ale on nie uwazal. Stanal na najwyzszej lawie galerii i ponad pstrym a huczacym tlumem patrzyl przez lornete na droge, az hen pod rogatke, widzac tylko kleby zoltego kurzu. "Co te galerie robia przez caly rok?" - myslal. I przywidzialo mu sie, ze na prochniejacych lawach zasiadaja tu co noc wszyscy zmarli bankruci, pokutujace kokoty, wszelkiego stanu prozniacy i utracjusze, ktorych wypedzono nawet z piekla, i przy smutnym blasku gwiazd przypatruja sie wyscigom szkieletow koni, ktore poginely na tym torze. Zdawalo mu sie, ze nawet w tej chwili widzi przed soba zbutwiale stroje i czuje zapach stechlizny. Zbudzil go okrzyk tlumu, dzwonek i brawo... To odbyl sie pierwszy wyscig. Nagle spojrzal na tor i zobaczyl wjezdzajacy do szrankow powoz hrabiny. Siedzialy hrabina z prezesowa, a na przodzie pan Lecki z corka. Wokulski sam nie wiedzial, kiedy zbiegl z galerii i kiedy wszedl do kola. Kogos potracil, ktos pytal go o bilet... Pedzil prosto przed siebie i od razu wpadl na powoz. Lokaj hrabiny uklonil mu sie z kozla, a pan Lecki zawolal: - Otoz i pan Wokulski!... Wokulski przywital sie z paniami, przy czym prezesowa znaczaco scisnela go za reke, a pan Lecki spytal: - Czy naprawde kupiles, panie Stanislawie, klacz Krzeszowskiego? - Tak jest. - No, wiesz co, zes mu splatal figla, a mojej corce zrobiles mila niespodzianke... Panna Izabela zwrocila sie do niego z usmiechem. - Zalozylam sie z ciocia - rzekla - ze baron nie utrzyma swojej klaczy do wyscigow i wygralam, a drugi raz zalozylam sie z pania prezesowa, ze klacz wygra... Wokulski okrazyl powoz i zblizyl sie do panny Izabeli, ktora mowila dalej: - Naprawde to przyjechalysmy tylko na ten wyscig: pani prezesowa i ja. Bo ciocia udaje, ze gniewa sie na wyscigi... Ach, panie, pan musi wygrac... - Jezeli pani zechce, wygram - odparl Wokulski patrzac na nia ze zdumieniem... Nigdy nie wydala mu sie tak piekna jak teraz w wybuchu niecierpliwosci. Nigdy tez nie marzyl, azeby rozmawiala z nim tak laskawie. Spojrzal po obecnych. Prezesowa byla wesola, hrabina usmiechnieta, pan Lecki promieniejacy. Na kozle lokaj hrabiny polglosem zakladal sie z furmanem, ze Wokulski wygra. Dokola nich kipialy smiech i radosc. Radowal sie tlum, galerie, powozy; kobiety w barwnych strojach byly piekne jak kwiaty i ozywione jak ptaki. Muzyka grala falszywie, ale raznie; konie rzaly, sportsmeni zakladali sie, przekupnie zachwalali piwo, pomarancze i pierniki. Radowalo sie slonce, niebo i ziemia, a Wokulski poczul sie w tak dziwnym nastroju, ze chcialby wszystko i wszystkich porwac w objecia. Odbyl sie drugi wyscig, muzyka znowu zagrala. Wokulski pobiegl do trybuny, a spotkawszy Yunga, ktory z siodlem w reku powracal w tej chwili od wagi, szepnal mu: - Panie Yung, musimy wygrac... Sto rubli nad umowe... Niech bodaj klacz padnie... - Och!... - jeknal dzokej przypatrujac mu sie z odcieniem chlodnego podziwu. Wokulski kazal dojechac swemu powozowi blizej hrabiny i wrocil do pan. Uderzylo go to, ze przy nich nikt nie stal. Wprawdzie marszalek i baron zblizyli sie do ich powozu, ale obojetnie przyjeci przez panne Izabele niebawem odsuneli sie. Lecz mlodziez klaniala sie z daleka i omijala. "Rozumiem - pomyslal Wokulski. - Oziebila ich wiadomosc o licytacji domu. A teraz - dodal w duchu, patrzac na panne Izabele- przekonaj sie, kto naprawde kocha ciebie, nie twoj majatek." Zadzwoniono na trzeci wyscig. Panna Izabela stanela na siedzeniu; na twarz jej wystapily rumience. O pare krokow od niej przejechal na Sultance Yung z mina czlowieka, ktory sie nudzi. - Spraw sie dobrze, ty sliczna!... - zawolala panna Izabela. Wokulski wskoczyl do swego powozu i otworzyl lornete. Byl tak pochloniety wyscigiem, ze na chwile zapomnial o pannie Izabeli. Sekundy rozciagaly mu sie w godziny; zdawalo mu sie, ze jest przywiazany do trzech koni majacych sie scigac i ze kazdy ich ruch niepotrzebny szarpie mu cialo. Uwazal, ze jego klacz nie ma dosc ognia i ze Yung jest zanadto obojetny. Mimo woli slyszal rozmowy otaczajacych go: - Yung wezmie.., - Ale... Przypatrz sie pan temu gniademu... - Dalbym dziesiec rubli, zeby Wokulski wygral... Utarlby nosa hrabiom... - Krzeszowski wscieklby sie... Dzwonek. Trzy konie z miejsca ruszyly cwalem. - Yung na przodzie... - To wlasnie glupstwo... - Juz mineli zakret... - Pierwszy zakret, a gniady tuz za nim. - Drugi... Znowu wysunal sie... - Ale gniady idzie... - Pasowa kurtka w tyle... - Trzeci zakret... Alez Yung nic sobie z nich nie robi... - Gniady dopedza... - Patrzcie!... patrzcie!... Pasowy bierze gniadego... - Gniady na koncu... Przegrales pan... - Pasowy bierze Yunga... - Nie wezmie, juz cwiczy konia... - Ale... ale... Brawo Yung!... Brawo Wokulski!... Klacz idzie jak woda!... Brawo!... - Brawo!... brawo!.:. Dzwonek. Yung wygral. Wysoki sportsmen wzial klacz za uzde i zaprowadziwszy przed trybune sedziow zawolal: - Sultanka!... Jezdziec Yung!... Wlasciciel anonim... - Co to anonim... Wokulski... Brawo Wokulski!... - wrzeszczal tlum. - Wlasciciel pan Wokulski! - powtorzyl wysoki dzentelmen i odeslal klacz na licytacje. Wsrod tlumu zbudzil sie szalony zapal dla Wokulskiego. Jeszcze zaden wyscig tak nie rozruszal widzow: cieszono sie, ze warszawski kupiec pobil dwu hrabiow. Wokulski zblizyl sie do powozu hrabiny. Pan Lecki i damy starsze winszowaly mu; panna Izabela milczala. W tej chwili przybiegl wysoki sportsmen. - Panie Wokulski - rzekl - oto sa pieniadze. Trzysta rubli nagrody, osmset za klacz, ktora ja kupilem... Wokulski z paczka banknotow zwrocil sie do panny Izabeli: - Czy pozwoli pani, azebym na jej rece zlozyl to dla ochrony pan?... Panna Izabela przyjela paczke z usmiechem i przeslicznym spojrzeniem. Wtem ktos potracil Wokulskiego. Byl to baron Krzeszowski. Blady z gniewu zblizyl sie do powozu i wyciagajac reke do panny Izabeli zawolal po francusku: - Ciesze sie, kuzynko, ze twoi wielbiciele triumfuja... Przykro mi tylko, ze na moj koszt... Witam panie! - dodal klaniajac sie hrabinie i prezesowej. Twarz hrabiny powlokla sie chmura; pan Lecki byl zaklopotany, panna Izabela zbladla. Baron w impertynencki sposob osadzil spadajace mu binokle i ciagle patrzac na panne Izabele mowil: - Tak jest... Mam szczegolniejsze szczescie do wielbicieli kuzynki... - Baronie... - wtracila prezesowa. - Przeciez nie mowie nic zlego... Mowie tylko, ze mam szczescie do... Stojacy za nim Wokulski dotknal jego ramienia. - Slowko, panie baronie - rzekl. - Ach, to pan - odparl baron przypatrujac mu sie. Odeszli na bok. - Pan mnie potracil, panie baronie... - Bardzo przepraszam... - To mi nie wystarcza... - Czyzby pan chcial satysfakcji? - spytal baron. - Wlasnie. - W takim razie sluze - rzekl baron szukajac biletu. - Ach, do licha! Nie wzialem biletow... Moze pan ma notatnik z olowkiem, panie Wokulski?... Wokulski podal mu bilet i notatnik, w ktorym baron zapisal adres i swoje nazwisko nie omieszkawszy zrobic przy nim zakretu. - Milo mi bedzie - dodal klaniajac sie Wokulskiemu - dokonczyc rachunku za moja Sultanke... - Postaram sie zadowolic pana barona. Rozstali sie wymieniajac najpiekniejsze uklony. - Rzeczywiscie, awantura! - rzekl zmartwiony pan Lecki, ktory widzial wymiane grzecznosci. Zirytowana hrabina kazala jechac do domu nie czekajac konca wyscigow. Wokulski ledwo mial czas dopasc powozu i pozegnac sie z damami. Nim konie ruszyly, panna Izabela wychylila sie i podajac Wokulskiemu konce palcow szepnela: -Mersi, monsieur... Wokulski oslupial z radosci. Byl jeszcze na jednym wyscigu nie widzac, co sie kolo niego dzieje, i korzystajac z pauzy opuscil tor. Prosto z wyscigow Wokulski pojechal do Szumana. Doktor siedzial przy otwartym oknie, w watowanym obdartym szlafroku, i robil korekte trzydziestostronicowej broszurki etnograficznej, do napisania ktorej uzyl przeszlo tysiaca obserwacyj i czterech lat czasu. Byla to rozprawa o kolorze i formie wlosow ludnosci zamieszkujacej Krolestwo Polskie. Uczony doktor glosno twierdzil, ze praca ta rozejdzie sie najwyzej w kilkunastu egzemplarzach, ale po cichu - kazal odbic ich cztery tysiace i byl pewnym drugiej edycji. Pomimo drwin ze swej ulubionej specjalnosci i narzekan, iz nikogo nie interesuje, w glebi duszy Szuman wierzyl, ze w swiecie ucywilizowanym nie ma czlowieka, ktorego by w najwyzszym stopniu nie interesowala kwestia koloru wlosow i stosunki dlugosci ich srednic. I w tej wlasnie chwili zastanawial sie, czyby na czele rozprawy nie nalezalo napisac aforyzmu: "Pokaz mi twoje wlosy, a powiem ci, kim jestes." Gdy Wokulski wszedl do jego pokoju i zmeczony upadl na kanape, doktor zaczal: - Co to za profany z tych korektorow... Mam tu pareset cyfr o trzech znakach dziesietnych i wyobraz sobie, polowa jest bledna... Oni mysla, ze jakas tysiaczna albo nawet setna czesc milimetra nic nie znaczy, a nie wiedza, laiki, ze tam wlasnie miesci sie caly sens. Niech mnie diabli porwa, jezeli w Polsce byloby mozliwym nie tylko wynalezienie, ale nawet drukowanie tablic logarytmicznych. Dobry Polak poci sie juz przy drugiej cyfrze dziesietnej, przy piatej dostaje goraczki, a przy siodmej zabija go apopleksja... Coz u ciebie slychac? - Mam pojedynek - odparl Wokulski. Doktor zerwal sie z fotelu i tak predko przybiegl do kanapy, ze rozrzucone poly szlafroka robily go podobnym do nietoperza. - Co?... pojedynek?! - krzyknal z blyszczacymi oczyma. - I moze myslisz, ze pojade z toba w roli lekarza?... - Bede patrzyl, jak dwu dudkow strzela sobie we lby, i moze jeszcze bede musial ktorego z nich opatrywac?... Ani mysle mieszac sie do tych blazenstw!... - wrzeszczal chwytajac sie za glowe. - Zreszta nie jestem chirurgiem i od dawna pozegnalem sie z medycyna... - Totez nie bedziesz lekarzem, tylko sekundantem. - A... to co innego - odparl doktor bez zajaknienia. - Z kimze?... - Z baronem Krzeszowskim. - Dobrze strzela! - mruknal doktor wysuwajac dolna warge.- O coz to? - Potracil mnie na wyscigach. - Na wysci...?. - A cozes ty robil na wyscigach?... - Puszczalem konia i nawet wzialem nagrode. Szuman -uderzyl sie reka w tyl glowy i nagle rozsunawszy Wokulskiemu jedna i druga powieke zaczal mu pilnie badac oczy. - Myslisz, zem zwariowal? - spytal go Wokulski. - Jeszcze nie. Czy to - dodal po chwili - ma byc zart, czy serio? - Zupelnie serio. Nie chce absolutnie zadnych ukladow i prosze o ostre warunki. Doktor wrocil do swego biurka, usiadl, oparl brode na reku i rzekl po namysle: - Spodnica, co?... Nawet koguty bija sie tylko... - Szuman... strzez sie!... - przerwal mu Wokulski zduszonym glosem, prostujac sie na kanapie. Doktor znowu przypatrzyl mu sie badawczo. - Wiec juz tak?... - mruknal. - Dobrze. Bede twoim sekundantem. Masz rozbic leb, rozbij go przy mnie; moze ci co pomoge... - Przysle ci tu zaraz Rzeckiego - odezwal sie Wokulski sciskajac go za reke. Od doktora udal sie do swego sklepu, krotko rozmowil sie z panem Ignacym i wrociwszy do mieszkania polozyl sie przed dziesiata. Znowu spal jak kamien. Dla jego lwiej natury potrzebne byly silne wzruszenia; przy nich dopiero dusza szarpana namietnoscia odzyskiwala rownowage. Na drugi dzien, okolo piatej po poludniu, Rzecki z Szumanem jechali juz do hrabiego-Anglika, ktory byl swiadkiem Krzeszowskiego. Obaj przyjaciele Wokulskiego milczeli w drodze; raz tylko odezwal sie pan Ignacy: - I coz doktor na to wszystko? - To co juz raz powiedzialem - odparl Szuman. - Zblizamy sie do piatego aktu. Jest to albo koniec dzielnego czlowieka, albo poczatek calego szeregu glupstw... - Najgorszych, bo politycznych - wtracil Rzecki. Doktor wzruszyl ramionami i patrzyl na druga strone dorozki; pan Ignacy ze swoja wieczna polityka wydawal mu sie nieznosnym. Hrabia-Anglik czekal na nich w towarzystwie innego dzentelmena, ktory nieustannie wygladal przez okno na obloki i co kilka minut poruszal krtania w taki sposob, jakby cos przelykal z trudnoscia. Mial mine nieprzytomnego; w rzeczywistosci byl niepospolitym czlowiekiem, jako mysliwiec na lwy i gleboki znawca egipskich starozytnosci. W gabinecie hrabiego-Anglika stal na srodku stol przykryty zielonym suknem i otoczony czterema wysokimi krzeslami; na stole lezaly cztery arkusze papieru, cztery olowki, dwa piora i kalamarz tak wielkich rozmiarow, jakby byl przeznaczony do sitzbadow. Gdy wszyscy usiedli, hrabia zabral glos. - Prosze panow - rzekl - baron Krzeszowski przyznaje, ze mogl potracic pana Wokulskiego, poniewaz jest roztargniony, czlek. W konsekwencji zas, na nasze zadanie... Tu hrabia spojrzal na swego towarzysza, ktory z uroczysta mina cos przelknal. - Na nasze zadanie - ciagnal hrabia - baron jest gotow... przeprosic nawet listownie pana Wokulskiego, ktorego wszyscy szanujemy - tek... Coz panowie na to? - Nie mamy upowaznienia do zadnych krokow pojednawczych odparl Rzecki, w ktorym ocknal sie byly oficer wegierski. Uczony egiptolog szeroko otworzyl oczy i przelknal dwa razy, raz po raz. Na twarzy hrabiego mignelo zdumienie; w tej chwili jednak opanowal sie i odpowiedzial tonem suchej grzecznosci: - W takim razie sluchamy warunkow... - Niech panowie racza je podac - odparl Rzecki. - O! bardzo prosimy panow - rzekl hrabia. Rzecki odchrzaknal. - W takim razie osmiele sie proponowac... przeciwnicy staja o dwadziescia piec krokow, ida naprzod po piec krokow... - Tek. - Pistolety gwintowane z muszami... Strzaly do pierwszej krwi...- zakonczyl Rzecki ciszej. - Tek. - Termin, jezeli mozna, jutro przed poludniem... - Tek. Rzecki uklonil sie, nie wstajac z krzesla. Hrabia wzial arkusz papieru i wsrod ogolnego milczenia przygotowal protokol, ktory Szuman natychmiast przepisal. Oba dokumenty poswiadczono i niespelna w trzy kwadranse interes byl gotowy. Swiadkowie Wokulskiego pozegnali gospodarza i jego towarzysza, ktory znowu zatopil sie w rozpatrywaniu oblokow. Gdy juz byli na ulicy, Rzecki odezwal sie do Szumana: - Bardzo mili ludzie ci panowie z arystokracji... - Niech ich diabli porwa!... Niech was wszystkich diabli porwa z waszymi glupimi przesadami!... - wrzeszczal doktor wywijajac kulakiem. Wieczorem pan Ignacy sprowadziwszy pistolety wstapil do Wokulskiego. Zastal go samotnego przy herbacie. Rzecki nalal sobie herbaty i odezwal sie: - Uwazasz, Stachu, to sa ludzie wysoce honorowi. Baron, ktory jak wiesz, jest bardzo roztargniony, gotow cie przeprosic... - Zadnych przeprosin. Rzecki umilkl. Pil herbate i tarl czolo. Po dlugiej pauzie rzekl: - Naturalnie, zapewnes pomyslal o interesach... na wypadek... - Nie spotka mnie zaden wypadek - odparl z gniewem Wokulski. Pan Ignacy posiedzial jeszcze z kwadrans w milczeniu. Herbata nie smakowala mu, glowa go bolala. Dokonczyl szklanki i spojrzawszy na zegarek, opuscil mieszkanie przyjaciela mowiac na pozegnanie: - Jutro wyjedziemy o wpol do osmej rano. - Dobrze. Gdy pan Ignacy wyszedl, Wokulski usiadl do biurka, na arkusiku listowego papieru napisal kilkadziesiat wierszy, a na kopercie polozyl adres Rzeckiego. Zdawalo mu sie, ze wciaz slyszy niemily glos barona: "Ciesze sie, kuzynko, ze triumfuja twoi wielbiciele... Przykro mi tylko, ze na moj koszt..." A gdziekolwiek spojrzal, widzial piekna twarz panny Izabeli oblana rumiencem wstydu. W sercu gotowala mu sie glucha wscieklosc. Czul, ze jego rece staja sie jak zelazne sztaby, a cialo nabiera tak dziwnej tegosci, ze chyba nie ma kuli, ktora by uderzywszy go nie odskoczyla. Przemknal mu przez glowe wyraz: smierc, i na chwile usmiechnal sie. Wiedzial, ze smierc nie rzuca sie na odwaznych; staje tylko naprzeciw nich jak zly pies i patrzy zielonymi oczyma: czy nie zmruza powieki? Tej samej nocy; jak kazdej zreszta innej nocy, baron gral w karty. Maruszewicz, ktory rowniez byl w klubie, przypominal mu o dwunastej, o pierwszej i o drugiej, azeby szedl spac, gdyz z rana zbudzi go o siodmej ; roztargniony baron odpowiadal: "Zaraz! Zaraz!...", ale przesiedzial do trzeciej, o ktorej to godzinie odezwal sie jeden z jego partnerow: - Basta! baronie. Przespij sie choc pare godzin, bo beda ci drzaly rece i spudlujesz. Slowa te, a jeszcze bardziej opuszczenie stolika przez partnerow, otrzezwily barona. Wyszedl z klubu, wrocil do domu i swemu kamerdynerowi, Konstantemu, kazal zbudzic sie o siodmej rano. - Pewnie jasnie pan robi jakies glupstwo... - mruknal obrazony sluga. - Coz tam znowu?... - pytal gniewnie, rozbierajac barona: - A, ty blaznie jakis - oburzyl sie baron - myslisz, ze ja bede sie przed toba tlumaczyl? - Mam pojedynek, no?... bo mi sie tak podoba. O dziewiatej rano bede sie strzelal z jakims szewcem czy fryzjerem, no?... Moze mi zabronisz?... - A niech sie jasnie pan strzela nawet ze starym diablem!- odparl Konstanty. - Tylkom ciekawy, kto weksle jasnie pana zaplaci?... A komorne... a utrzymanie domu?... Dlatego, ze jasnie pan co kwartal ma ciekawosc na Powazki, to gospodarz nasyla nam rejentow, a ja boje sie, zebym z glodu nie umarl... Dobra sluzba!... - Pojdziesz mi ty!... - wrzasnal baron i pochwyciwszy kamasz rzucil nim za cofajacym sie kamerdynerem. Kamasz trafil w sciane i o malo nie zwalil brazowego posazka Sobieskiego. Zalatwiwszy sie z wiernym sluga, baron legl na lozku i poczal zastanawiac sie nad swoim oplakanym polozeniem. "Trzeba szczescia - wzdychal - azeby miec pojedynek z kupczykiem. Jezeli ja go trafie, bede jak mysliwiec, ktory wyszedl na niedzwiedzie, a zabil chlopu cielna krowe. Jezeli on mnie trafi, wyjdzie na to, jak gdyby mnie zwalil batem dorozkarz. Jezeli z obu stron pudlo... Nie, mamy przeciez strzelac sie do krwi. Niech mnie roztratuja, jezeli nie wolalbym tego osla przeprosic, chocby w kancelarii rejenta, ubrawszy sie na te uroczystosc we frak i bialy krawat. Ach, podle czasy liberalne!... Moj ojciec kazalby takiego zucha ocwiczyc swoim psiarczykom, a ja musze dawac mu satysfakcje, jak gdybym sam sprzedawal cynamon... Niechze juz raz przyjdzie ta glupia rewolucja socjalna i wytlucze albo nas, albo liberalow..." Poczal usypiac i marzyl, ze Wokulski zabil go. Widzial, jak jego trupa dwu poslancow niesie do mieszkania zony, jak zona mdleje i rzuca mu sie na zakrwawione piersi... Jak placi wszystkie jego dlugi i asygnuje tysiac rubli na pogrzeb i... jak on zmartwychwstaje i zabiera owe tysiac rubli na drobne wydatki... Blogi usmiech zaigral na zniszczonej twarzy barona i - zasnal jak dziecie. O siodmej ledwie go zbudzili Konstanty i Maruszewicz. Baron w zaden sposob nie chcial wstawac mruczac, ze woli byc zhanbionym i niehonorowym anizeli zrywac sie tak wczesnie. Dopiero widok karafki z zimna woda upamietal go. Baron wyskoczyl z lozka, uderzyl Konstantego, zwymyslal Maruszewicza, a w duchu przysiagl, ze Wokulskiego zabije. Lecz gdy juz byl ubrany, wyszedl na ulice, zobaczyl piekna pogode i wyobrazil sobie, ze widzi wschod slonca, nienawisc do Wokulskiego oslabla w nim i postanowil tylko przestrzelic mu noge. "A tak!... - dodal po chwili. - Drasne go, a on bedzie kulal do konca zycia i bedzie opowiadal: te smiertelna rane otrzymalem w pojedynku z baronem Krzeszowskim!... To mnie urzadzi... Co oni mi narobili, ci moi kochani sekundanci?... Jezeli juz jakis kupczyk gwaltem chce do mnie strzelac, niech strzela przynajmniej wtedy, kiedy ide na spacer, ale nie w pojedynku... Straszne polozenie!... Wyobrazam sobie, jak moja droga malzonka bedzie opowiadac, ze bije sie z kupcami..." Zajechaly powozy. Do jednego wsiadl baron z hrabia-Anglikiem, do drugiego milczacy egiptolog z pistoletami i chirurgiem. Ruszyli w strone Bielan, a w pare minut popedzil za nimi lokaj barona, Konstanty, w dorozce. Wierny sluga klal na czym swiat stoi i obiecywal, ze w dwojnasob policzy swemu panu koszta tej wycieczki. Byl jednak niespokojny. W lasku bielanskim baron i trzej jego towarzysze znalezli juz partie przeciwna i dwoma grupami udali sie w gestwine tuz nad brzegiem Wisly. Doktor Szuman byl zirytowany, Rzecki sztywny, Wokulski posepny. Baron gladzac swoj rzadki zarost przypatrywal mu sie z uwaga i myslal: "On musi dobrze karmic sie, ten kupczyk. Wygladam przy nim jak austriackie cygaro przy byku. Niech mnie diabli wezma, jezeli nie strzele temu blaznowi nad glowa albo... wcale nie strzele... Tak bedzie najlepiej..." Ale wnet przypomnial sobie, ze pojedynek ma doprowadzic do pierwszej krwi. Wtedy baron rozzloscil sie i nieodwolalnie postanowil zabic Wokulskiego z miejsca. "Niech raz te lyki oducza sie wyzywac nas..." - mowil sobie baron. O kilkadziesiat krokow od niego Wokulski chodzil miedzy dwoma sosnami tam i na powrot jak wahadlo. Teraz nie myslal o pannie Izabeli; sluchal swiergotu ptakow, ktorym kipial caly las, i pluskania Wisly podmywajacej brzegi. Na tle odglosow spokojnego szczescia natury dziwnie odbijalo szczekanie stempli w pistoletach i trzask odwodzonych kurkow. W Wokulskim obudzilo sie drapiezne zwierze; caly swiat zniknal mu sprzed oczu, a zostal tylko jeden czlowiek, baron, ktorego trupa mial zawlec do nog obrazonej panny Izabeli. Postawiono ich na mecie. Baron byl ciagle zaklopotany niepewnoscia, co zrobic z kupczykiem, i ostatecznie zdecydowal sie przestrzelic mu reke. Na twarzy Wokulskiego malowala sie tak dzika zajadlosc, ze zdumiony hrabia-Anglik pomyslal: "Tu chyba nie chodzi ani o klacz, ani o potracenie na wyscigach!..." Milczacy dotychczas egiptolog zakomenderowal, przeciwnicy wycelowawszy pistolety ruszyli. Baron zmierzyl Wokulskiemu w prawy obojczyk i znizajac pistolet, delikatnie przycisnal cyngiel. W ostatniej chwili pochylily mu sie binokle; pistolet zboczyl na wlos, wypalil i - kula przeleciala o kilka cali od ramienia Wokulskiego. Baron zaslonil twarz lufa i patrzac spoza niej myslal: Nie trafi osiol... Mierzy w glowe..." Nagle uczul mocne uderzenie w skron; zaszumialo mu w uszach, czarne platki przelecialy przed oczyma... Wypuscil bron z reki i przykleknal. - W glowe!... - krzyknal ktos. Wokulski rzucil pistolet na ziemie i zeszedl z mety. Wszyscy pobiegli do kleczacego barona, ktory jednakze zamiast umierac, mowil wrzaskliwym glosem: - Szczegolny wypadek! Mam dziure w twarzy, zab wybity, a kuli nie widac... Przecie jej nie polknalem... Wtedy egiptolog podniosl i obejrzal starannie pistolet barona. - A!... - zawolal - to jasne... Kula w pistolet, a zamek w szczeke... Pistolet zdezelowany; bardzo interesujacy strzal... - Czy pan Wokulski jest zadowolony? - spytal hrabia-Anglik. - Tak. Baronowi chirurg obandazowal twarz. Spomiedzy drzew nadbiegl wystraszony Konstanty, - A co! - mowil. - Przepowiadalem, ze sie jasnie pan doigra. - Milcz, blaznie!... - wybelkotal baron. - Jedz mi zaraz do pani baronowej i powiedz kucharce, ze jestem ciezko ranny... - Prosze - rzekl uroczyscie hrabia-Anglik - azeby przeciwnicy podali sobie rece. Wokulski zblizyl sie do barona i uscisnal go. - Piekny strzal, panie Wokulski - mowil z trudnoscia baron, mocno potrzasajac Wokulskiego za reke. - Zastanwia mnie, ze czlowiek panskiego fachu... Ale moze pana to obraza?... - Wcale nie! - Otoz, ze czlowiek panskiego fachu, bardzo zreszta szanownego, tak dobrze strzela... Gdzie moje binokle?... Ach, sa... Panie Wokulski, prosze o slowko na osobnosci... Oparl sie na ramieniu Wokulskiego i odeszli kilkanascie krokow w las. - Jestem oszpecony - mowil baron - wygladam jak stara malpa chora na fluksje. Nie chce z panem drugiej awantury, bo widze, ze masz szczescie... Wiec powiedz mi pan: za co wlasciwie zostalem kaleka?... Bo nie za potracenie... - dodal patrzac mu w oczy. - Obraziles pan kobiete... - odparl cicho Wokulski. Baron cofnal sie o krok. - Ach... c'est ca!... - rzekl. - Rozumiem... Jeszcze raz przepraszam pana, a tam... wiem, co mi nalezy zrobic... - I pan mi przebacz, baronie - odpowiedzial Wokulski. - Mala rzecz... bardzo prosze... nic nie szkodzi - mowil baron targajac go za reke. - Nie powinienem byc oszpecony, a co do zeba... Gdzie moj zab, doktorze?... prosze zawinac go w papierek... A co do zeba, od dawna . juz powinienem wprawic sobie nowe. Nie uwierzysz pan, panie Wokulski, jak mam popsute zeby... Pozegnali sie wszyscy bardzo zadowoleni, Baron dziwil sie, skad czlowiek tego fachu tak dobrze strzela, hrabia-Anglik wiecej niz kiedykolwiek byl podobny do marionetki, a egiptolog znowu zaczal obserwowac obloki. W drugiej zas partii - Wokulski byl zamyslony, Rzecki zachwycony odwaga i uprzejmoscia barona, a tylko Szuman zly. I dopiero gdy ich kareta zjechala z gorki obok klasztoru kamedulow, doktor spojrzal na Wokulskiego i mruknal: - A to bydleta!... I ze ja na takich blaznow nie sprowadzilem policji... W trzy dni po dziwnym pojedynku siedzial Wokulski zamkniety w gabinecie z niejakim panem Wiliamem Colins. Sluzacy, ktorego od dawna intrygowaly te konferencje odbywajace sie po kilka razy na tydzien, scieral kurze w pokoju obocznym i od czasu do czasu przysuwal badz oko, badz ucho do dziurki od klucza. Widzial na stole jakies ksiazki i to, ze jego pan cos pisze na kajecie; slyszal, ze gosc zadaje Wokulskicmu jakies pytania, na ktore on odpowiada czasem glosno i od razu, czasem polglosem i niesmialo... Ale o czym by rozmawiali w tak niezwykly sposob? lokaj nie mogl odgadnac, poniewaz rozmowa toczyla sie w obcym jezyku. "Juzci, to nie po niemieczku - mruczal sluzacy - bo przecie wiem, ze sie mowi po niemiecku: bite majn her... I nie po francuszku, bo nie mowia masie, bazur, jendi... I nie po zydowszku, i nie po nijakiemu, wiec po jakiemu.?... Musi stary wymyslac teraz fajn spekulacje, kiedy gada tak, ze go sam diabel nie zrozumie... i wspolnika znalazl... Niech go watroba!... Wtem zadzwoniono. Czujny sluga odsunal sie na palcach ode drzwi gabinetu, z halasem wszedl do przedpokoju i po chwili wrociwszy zapukal do pana. - Czego chcesz? - niecierpliwie zapytal go Wokulski wychylajac glowe spomiedzy drzwi. - Przyszedl ten pan, czo juz u nas bywal - odparl sluzacy i zapuscil wzrok do pracowni. Ale oprocz kajetu na stole i rudych faworytow na obliczu pana Colinsa nie dopatrzyl nic szczegolnego. - Dlaczegoz nie powiedziales, ze mnie nie ma w domu? - spytal gniewnie Wokulski. - Zapomnialem - odparl sluzacy marszczac brwi i machajac reka. - Prosze go, osle, do sali - rzekl Wokulski i zatrzasnal drzwi gabinetu. Niebawem w sali ukazal sie Maruszewicz. Juz byl zmieszany, a zmieszal sie jeszcze bardziej, poznawszy, ze Wokulski wita go z wyrazna niechecia. - Przepraszam... moze przeszkadzam... moze wazne zajecia... - Nie mam w tej chwili zadnego zajecia - odpowiedzial pochmurnie Wokulski i lekko zarumienil sie. Maruszewicz dostrzegl to. Byl pewny, ze w mieszkaniu albo kluje sie cos, albo - jest kobieta. W kazdym razie odzyskal odwage, ktora zreszta mial zawsze wobec ludzi zaklopotanych. - Chwileczke tylko zabiore szanownemu panu - mowil juz smielej zniszczony mlody czlowiek, wdziecznie wywijajac laseczka i kapeluszem. - Chwileczke. - Slucham - rzekl Wokulski. Usiadl z impetem na fotelu i wskazal gosciowi drugi. - Przychodze przeprosic drogiego pana - mowil z afektacja Maruszewicz - ze nie moge sluzyc mu w sprawie licytacji domu panstwa Leckich... - A pan skad wiesz o tej licytacji?.. - nie na zarty zdziwil sie Wokulski. - Nie domysla sie pan? - zapytal z cala swoboda przyjemny mlody czlowiek nieznacznie mrugajac okiem, bo jeszcze nie byl pewnym swego. - Nie domysla sie drogi pan?.. To ten poczciwy Szlangbaum... Nagle zamilkl, jakby w otwartych ustach ugrzazl mu nie dokonczony frazes, a lewa reka z laseczka i prawa z kapeluszem opadly na porecze fotelu. Tymczasem Wokulski nawet nie poruszyl sie, tylko utopil w nim jasne spojrzenie. Sledzil nieznacznie fale przebiegajace po obliczu Maruszewicza, jak mysliwy sledzi ugor, po ktorym przebiegaja plochliwe zajace. Przypatrywal sie mlodziencowi i myslal: "Ach, wiec to on jest tym porzadnym katolikiem, ktorego Szlangbaum wynajmuje do licytacji za pietnascie rubelkow, ale nie radzi dawac mu wadium do reki?... Oho!... I przy odbiorze osmiuset rubli za klacz Krzeszowskiego byl jakis zmieszany... Aha!... I wiadomosc o nabyciu przeze mnie klaczy on rozglosil... Sluzy od razu dwom bogom: baronowi i jego malzonce... Tak, ale on za duzo wie o moich interesach... Szlangbaum popelnil nieostroznosc." Tak rozmyslal Wokulski i spokojnym wzrokiem przypatrywal sie Maruszewiczowi. Zniszczony zas mlody czlowiek, ktory w dodatku byl bardzo nerwowy, wil sie pod jego spojrzeniem jak golabek pod wzrokiem okularnika. Naprzod nieco pobladl, potem chcial oprzec znuzone oczy na jakims obojetnym przedmiocie, ktorego na prozno szukal po suficie i scianach pokoju, a nareszcie, oblany zimnym potem, uczul, ze nie moze wyrwac swego blednego wzroku spod wplywu Wokulskiego. Zdawalo mu sie, ze chmurny kupiec kleszczami pochwycil mu dusze i ze niepodobna mu sie oprzec. Wiec jeszcze pare razy ruszyl glowa i nareszcie z calym zaufaniem utonal w spojrzeniu Wokulskiego. - Panie - rzekl slodkim glosem. - Widze, ze z panem musze grac w otwarte karty... Wiec powiem od razu... - Niech sie pan nie fatyguje, panie Maruszewicz. Ja juz wiem, co potrzebuje wiedziec. - Bo pan dobrodziej zludzony plotkami wyrobil sobie o mnie nieprzychylna opinia... A tymczasem ja, slowo honoru, mam jak najlepsze sklonnosci... - Niech pan wierzy, panie Maruszewicz, ze moich opinii nie opieram na plotkach. Wstal z fotelu i spojrzal w inna strone, co pozwolilo Maruszewiczowi nieco oprzytomniec. Mlody czlowiek szybko pozegnal Wokulskiego, opuscil mieszkanie i pedem biegnac przez schody, myslal: "No, slyszal kto?... Taki kramarz chce mi imponowac! Byla chwila, slowo honoru, ze chcialem go uderzyc kijem... Impertynent, slowo honoru... Gotow pomyslec, ze ja sie go boje, slowo honoru... O Boze, jak ciezko karzesz mnie za lekkomyslnosc!... Podli lichwiarze nasylaja mi komornika, za pare dni musze splacic dlug honorowy, a ten kupczyk, ten... lajdak!... Ja bym tylko chcial wiedziec: co sie takiemu zdaje, co on sobie o mnie wyobraza?.Nic, tylko to.Ale, slowo honoru, on musial kogos zamordowac, bo takiego spojrzenia nie moze miec czlowiek przyzwoity. Naturalnie, przecie o malo nie zabil Krzeszowskiego. Ach, nedzny zuchwalec!... on smial w taki sposob patrzec na mnie... na mnie, jak Boga kocham!..." Mimo to na drugi dzien przyjechal znowu z wizyta do Wokulskicgo, a nie znalazlszy go w mieszkaniu, kazal dorozkarzowi stanac przed sklepem. W sklepie przywital go pan Ignacy rozkladajac rece w taki sposob, jakby caly sklep oddawal mu do rozporzadzenia. Wewnetrzny glos jednak mowil staremu subiektowi, ze gosc ten nie kupi przedmiotu drozszego nad piec rubli i kto wie, czy jeszcze nie kaze zapisac sobie na rachunek. - Pan Wokulski?... - spytal Maruszewicz nie zdejmujac kapelusza z glowy. - W tej chwili nadejdzie - odpowiedzial pan Ignacy z niskim uklonem. - W tej chwili, to znaczy?... - Najpozniej za kwadransik - odparl Rzecki. - Zaczekam. Kaz pan wyniesc rubla dorozkarzowi - mowil mlody czlowiek, niedbale rzucajac sie na krzeslo. Nogi mu jednakze zastygly na mysl, ze stary subiekt moze nie kazac wyniesc rubla dorozkarzowi. Ale Rzecki polecenie spelnil, choc juz nie klanial sie gosciowi. W pare minut wszedl Wokulski. Maruszewicz zobaczywszy wstretna figure kupczyka, doswiadczyl tak rozmaitych uczuc, ze nie tylko nie wiedzial, co mowi, ale nawet o czym mysli. Pamietal tylko, ze Wokulski zaprowadzil go do gabinetu za sklepem, gdzie znajdowala sie zelazna kasa, i powiedzial sobie, ze uczucia,jakich doznaje na widok Wokulskiego, sa lekcewazeniem pomieszanym ze wzgarda. Pozniej przypomnial sobie, ze afekta te staral sie zamaskowac wyszukana grzecznoscia, ktora nawet w jego oczach wygladala na pokore. - Co pan kaze? - spytal go Wokulski, gdy juz usiedli. (Maruszewicz nie umialby scisle oznaczyc chwili aktu zajmowania miejsca w przestrzeni) Mimo to zaczal, niekiedy zacinajac sie: - Chcialem szanownemu panu dac dowod zyczliwosci... Pani baronowa Krzeszowska, jak pan wie, chce kupic dom panstwa Leckich... Otoz jej malzonek, baron, polozyl veto na pewnej czesci jej funduszow, bez ktorych kupno nie moze miec miejsca... Otoz... dzis... baron chwilowo znajduje sie w klopocie... Brak mu... brak mu tysiaca rubli... chcialby zaciagnac pozyczke, bez ktorej... bez ktorej, pojmuje pan, nie bedzie mogl dosc energicznie opierac sie woli zony... Maruszewicz otarl pot z czola widzac, ze Wokulski znowu przypatruje mu sie badawczo. - Wiec to baron potrzebuje pieniedzy? - Tak - szybko odparl mlody czlowiek. - Tysiaca rubli nie dam, ale tak trzysta... czterysta... I to na kwit z podpisem barona. - Czterysta! - powtorzyl machinalnie mlody czlowiek i nagle dodal: - Za godzine przywioze kwit barona... Pan tu bedzie? - Bede... Maruszewicz opuscil gabinet i za godzine istotnie wrocil z kwitem podpisanym przez barona Krzeszowskiego. Wokulski przeczytawszy dokument wlozyl go do kasy i w zamian dal Maruszewiczowi czterysta rubli. - Baron postara sie w jak najkrotszym czasie... - mruczal Maruszewicz. - Nic pilnego - odpowiedzial Wokulski. - Podobno baron chory? - Tak... troche... Jutro lub pojutrze wyjezdza... Zwroci w najkrotszym... Wokulski pozegnal go bardzo obojetnym ruchem glowy. Mlody czlowiek predko opuscil sklep, zapomniawszy nawet zwrocic Rzeckiemu rubla wzietego na dorozke. Gdy zas znalazl sie na ulicy, odetchnal i poczal myslec: "Ach, podly kupczyk!... Osmielil sie dac mi czterysta rubli zamiast tysiaca... Boze, jak srogo karzesz mnie za lekkomyslnosc... Bylem sie odegral, slowo honoru, cisne mu w oczy te czterysta rubli i tamtych dwiescie... Boze, jak nisko upadlem... Przyszli mu na mysl kelnerzy roznych restauracyj, markierzy bilardow i szwajcarzy hotelowi, od ktorych rowniez bardzo rozmaitymi sposobami wydobywal pieniadze. Ale zaden z nich nie wydal mu sie tak wstretnym i godnym pogardy jak Wokulski. "Slowo honoru - myslal - dobrowolnie wlazlem mu w te obrzydliwe lapy... Boze, jak karzesz mnie za lekkomyslnosc..." Lecz Wokulski po odejsciu Maruszewicza byl kontent. "Zdaje mi sie - myslal - ze jest to hultaj duzej reki, a przy czym sprytny. Chcial ode mnie posady, lecz sam ja znalazl: sledzi mnie i donosi innym. Moglby mi narobic klopotu, gdyby nie te czterysta rubli, ktore wzial, jestem pewny, za sfalszowanym podpisem. Krzeszowski przy calym swoim bzikostwie i prozniactwie jest czlowiek uczciwy... (Czy prozniak moze byc uczciwym?...) W zadnym razie nie poswiecilby interesow czy kaprysow swojej zony za pozyczke wzieta ode mnie..." Zrobilo mu sie przykro; oparl glowe na rekach i przymknawszy oczy marzyl dalej: "Co ja jednak wyrabiam?... Swiadomie pomagam hultajowi do zrobienia lotrostwa. Gdybym dzis umarl, pieniadze te musialby masie zwrocic Krzeszowski... Nie, to Maruszewicz poszedlby do kozy... No, to go nie minie..." Po chwili ogarnal go jeszcze czarniejszy pesymizm. "Cztery dni temu o malo nie zabilem czlowieka, dzis dla drugiego postawilem most do wiezienia i - wszystko dla niej za jedno: merci... No, dla niej takze zrobilem majatek, daje prace kilkuset ludziom, pomnoze bogactwa kraju... Czymze bylbym bez niej? Malym, galanteryjnym kupcem. A dzis mowia o mnie w calej Warszawie, ba!... Odrobina wegla porusza okret dzwigajacy dole kilkuset ludzi, a milosc porusza mnie. A jezeli mnie spali tak, ze zostane tylko garscia popiolu?... O Boze jaki to nedzny swiat... Ma racje Ochocki. Kobieta jest podlym zwierzeciem: bawi sie tym, czego nawet nie moze zrozumiec..." Byl tak pograzony w bolesnych medytacjach, ze nie uslyszal otwierania drzwi do pokoju i szybkich krokow za soba. Dopiero ocknal sie poczuwszy dotkniecie czyjejs reki. Odwrocil glowe i zobaczyl mecenasa z duza teka pod pacha i posepnym wyrazem na twarzy. Wokulski zerwal sie zmieszany, posadzil goscia na fotelu ; znakomity adwokat ostroznie polozyl swoja reke na stole i szybko pocierajac sobie jednym palcem kark rzekl polglosem: - Panie... panie... panie Wokulski! Kochany panie Stanislawie!... Co to... co to - wyrabiasz pan dobrodziej?... Protestuje... replikuje... zakladam apelacje od wielmoznego pana Wokulskiego, letkiewicza, do kochanego pana Stanislawa, ktory z chlopca sklepowego zostal uczonym i mial nam zreformowac handel zagraniczny. Panie... panie Stanislawie - tak nie mozna To mowiac pocieral sobie kark z obu stron i krzywil sie, jakby mial pelne usta chininy. Wokulski spuscil oczy i mruczal; adwokat mowil dalej: - Panie drogi - jednym slowem - zle slychac. Hrabia Sanocki, pamieta pan, ten stronnik groszowych oszczednosci, chce zupelnie wycofac sie ze spolki... A wie pan dlaczego? Dla dwu powodow: naprzod, bawisz sie pan w wyscigi, a po wtore - bijesz go pan na wyscigach. Razem z panska klacza scigal sie jego kon i - przegral. Hrabia jest bardzo zmartwiony i mruczy: "Po diabla mam skladac kapitaly? Czy po to, azeby kupcom dawac moznosc scigania sie ze mna i chwytania mi nagrod sprzed nosa?..." Na prozno przekonywalem go - ciagnal odpoczawszy adwokat ze przeciez wyscigi sa takim dobrym interesem jak kazdy inny, a nawet lepszym, gdyz w ciagu kilku dni na osmiuset rublach zarobiles pan trzysta; ale hrabia od razu zamknal mi usta: "Wokulski - odparl - cala wygrana i wartosc konia oddal damom na ochronke, a oprocz tego Bog wie ile zaplacil Yungowi i Millerowi..." - Czy mi nawet tego robic nie wolno! - wtracil Wokulski. - Wolno, panie, wolno - potakiwal slodko znakomity adwokat.- Wolno robic, ale robiac to - powtarzasz pan tylko stare grzechy, zreszta daleko lepiej spelniane przez innych. Ani zas ja, ani ksiaze, ani ci hrabiowie nie po to zblizyli sie do pana, azebys odgrzewal dawne potrawy, tylko - azebys wskazal nam nowe drogi. - Wiec niech sie cofna od spolki - odburknal Wokulski - ja ich nie wabie... - I cofna sie - mowil adwokat trzesac reka - zrob no pan tylko jeszcze jeden blad... - Albozem narobil ich tak wiele!... - Pyszny pan jestes - zloscil sie mecenas uderzajac reka w kolano. -- A pan wiesz, co mowi hrabia Licinski, ten niby-Anglik, ten: "t e k"?. On mowi: "Wokulski jest to skonczony dzentelmen, strzela jak Nemrod, ale... to zaden kierownik interesu kupieckiego. Bo dzisiaj rzuci miliony w przedsiebiorstwo, a jutro wyzwie kogo na pojedynek i wszystko narazi..." Wokulski az cofnal sie z fotelem. Ten zarzut nawet nie przyszedl mu do glowy. Mecenas spostrzeglszy wrazenie postanowil kuc zelazo, poki gorace, - Jezeli tedy, kochany panie Stanislawie, nie chcesz zmarnowac tak pieknie rozpoczetej sprawy, wiec juz nie brnij dalej. A nade wszystko nie kupuj kamienicy Leckich. Bo gdy wlozysz w nia dziewiecdziesiat tysiecy rubli, daruj, ale spolka rozwieje sie jak dym z fajki. Ludzie widzac, ze umieszczasz duzy kapital na szesc lub siedem procent, straca wiare do owych procentow, jakies im obiecywal, a nawet... Pojmujesz... Gotowi podejrzewac... Wokulski zerwal sie od stolu. - Nie chce zadnych spolek!... - krzyknal. - Nie zadam od nikogo laski, raczej wyswiadczam ja innym. Kto mi nie ufa, niech sprawdzi caly interes... Przekona sie, zem go nie mistyfikowal, ale - i nie bedzie moim wspolnikiem. Hrabiowie i ksiazeta nie maja monopolu na fantazje... Ja mam takze moje fantazje i nie lubie, azeby mi sie wtracano... - Powoli... powoli... uspokoj sie, kochany panie Stanislawie - mitygowal adwokat, na powrot sadowiac go na fotelu. - Wiec nie cofasz sie od kupna?... - Nie; ta kamienica ma dla mnie wieksza wartosc anizeli spolka z panami calego swiata. - Dobrze... dobrze... Wiec moze bys na pewien czas podstawil kogo zamiast siebie. W razie ostatecznym nawet ja pozycze ci firmy, a o zabezpieczenie wlasnosci nie ma klopotu. Najwazniejsza rzecz- nie zniechecac ludzi, ktorzy juz sa. Arystokracja, raz zasmakowawszy w interesach publicznych, moze do nich przylgnie, a za rok, za pol roku pan staniesz sie i nominalnym wlascicielem kamienicy. Coz, zgoda? - Niech i tak bedzie - odparl Wokulski. - Tak - mowil adwokat - tak bedzie najlepiej. Gdybys pan sam kupil ten budynek, znalazlbys sie w falszywej pozycji nawet wobec panstwa Leckich. Zazwyczaj nie lubimy tych, ktorzy cos po nas dziedzicza, to jedno. A po wtore - kto zareczy, ze nie zaczelyby snuc im sie rozne kombinacje po glowach?... Nuzby pomysleli: kupil za drogo albo za tanio?... Jezeli za drogo - jak smie robic nam laske, a jezeli za tanio, to - wyzyskal nas... Ostatnich wyrazow adwokata Wokulski prawie nie slyszal pochloniety innymi myslami, ktore go jeszcze mocniej opanowaly po odejsciu goscia. "Juzci - mowi do siebie - adwokat ma racje. Ludzie mnie sadza i nawet wyrokuja: ale ze robia to poza moimi plecami, wiec nie wiem o niczym. Dzis dopiero przychodzi mi na mysl wiele szczegolow. Juz od tygodnia kupcy zwiazani ze mna maja kwasne miny, a przeciwnicy- triumfuja. W sklepie takze cos jest... Ignacy chodzi smutny, Szlangbaum zamyslony. Lisiecki stal sie opryskliwszy niz dawniej, jakby przypuszczal, ze niedlugo wylece z budy. Klejn ma mine zalosna (socjalista! gniewa sie na wyscigi i pojedynki...), a frant Zieba juz zaczyna krecic sie przy Szlangbaumie... Moze przeczuwa w nim przyszlego wlasciciela sklepu?... Ach, wy kochani ludzie!..." Stanal na progu gabinetu i kiwnal na Rzeckiego; stary subiekt istotnie byl jakis niewyrazny i swemu pryncypalowi nie patrzyl w oczy. Wokulski wskazal mu krzeslo i przeszedlszy sie pare razy po ciasnym pokoju, rzekl: - Stary!... Powiedz otwarcie: co mowia o mnie? Rzecki rozlozyl rece. - Ach, Boze, co mowia... - Gadaj prosto z mostu - zachecal go Wokulski. - Prosto z mostu?... Dobrze. Jedni mowia, ze zaczynasz wariowac... - Brawo!... - Drudzy, ze... drudzy, ze chcesz zrobic szwindel... - Niech mnie... - A wszyscy - ze zbankrutujesz, i to w niedlugim czasie. - Jak wyzej - wtracil Wokulski - a ty, Ignacy, co sam myslisz? - Ja mysle - odparl bez wahania - ze wklepales sie w jakas gruba awanture... z ktorej nie wyjdziesz caly... Chyba ze cofniesz sie w pore, na co zreszta masz dosyc rozumu. Wokulski wybuchnal. - Nie cofne sie! - zawolal. - Czlowiek spragniony nie cofa sie od krynicy. Mam zginac, niech zgine pijac... Czego wy zreszta chcecie ode mnie?... Od dziecinstwa zylem jak ptak spetany: w sluzbach, w wiezieniach, a chocby i w tym nieszczesnym malzenstwie, do ktorego zaprzedalem sie... A dzis, kiedy rozwinely mi sie skrzydla, zaczynacie na mnie wrzeszczec jak swojskie gesi na dzika, ktora zerwala sie do lotu... Co mi tam jakis glupi sklep albo spolka!... Ja chce zyc, ja chce... W tej chwili zapukano do drzwi gabinetu. Ukazal sie Mikolaj, sluzacy Leckiego, z listem. Wokulski goraczkowo pochwycil pismo, rozerwal koperte i przeczytal: "Szanowny Panie! Corka moja koniecznie zyczy sobie blizej poznac Pana. Wola kobiety jest swieta: ja wiec prosze Pana na jutro do nas, na obiad (okolo szostej), a Pan - nawet nie probuj wymawiac sie. Prosze przyjac zapewnienie wysokiego szacunku. T. Lecki" Wokulski tak oslabl, ze musial usiasc. Przeczytal list drugi, trzeci, czwarty raz... Nareszcie oprzytomniawszy odpisal panu Leckiemu, a Mikolajowi dal piec rubli. Pan Ignacy wybiegl tymczasem na pare minut do sklepu, a gdy Mikolaj wyszedl na ulice, wrocil do Wokulskiego i rzekl, jakby na nowo zaczynajac rozmowe: - Zawsze jednak, kochany Stachu, rozejrzyj sie w sytuacji, a moze sam sie cofniesz... Wokulski cicho gwizdzac zasadzil kapelusz i oparlszy reke na ramieniu starego przyjaciela, odparl: - Posluchaj. Gdyby mi sie ziemia rozstapila pod nogami... rozumiesz?... Gdyby mi niebo mialo zawalic sie na leb - nie cofne sie, rozumiesz?... Za takie szczescie oddam zycie... - Za jakie szczescie?.. - spytal Ignacy. Ale Wokulski juz wyszedl przez tylne drzwi. Od Wielkiejnocy panna Izabela czesto myslala o Wokulskim, a we wszystkich medytacjach uderzal ja niezwykly szczegol: czlowiek ten przedstawial sie coraz inaczej. Panna Izabela miala duzo znajomosci i niemaly spryt do charakteryzowania ludzi. Otoz kazdy z jej dotychczasowych znajomych posiadal te wlasnosc, ze mozna go bylo strescic w jednym zdaniu. Ksiaze byl to patriota, jego adwokat - bardzo zreczny, hrabia Licinski pozowal na Anglika, jej ciotka byla dumna, prezesowa - dobra, Ochocki - dziwakiem, a Krzeszowski - karciarzem. Slowem: czlowiek - byla to jakas zaleta albo wada, niekiedy zasluga, najczesciej tytul lub majatek, ktory mial glowe, rece i nogi i ubieral sie wiecej albo mniej modnie. Dopiero w Wokulskim poznala nie tylko nowa osobistosc, ale niespodziewane zjawisko. Jego niepodobna bylo okreslic jednym wyrazem, a nawet stoma zdaniami. Nie byl tez do nikogo podobny, a jezeli w ogole mozna go bylo z czyms porownywac, to chyba z jakas okolica, przez ktora jedzie sie caly dzien i gdzie spotyka sie rowniny i gory, lasy i laki, wody i pustynie, wsie i miasta. I gdzie jeszcze, spoza mgiel horyzontu, wynurzaja sie jakies niejasne widoki, juz niepodobne do zadnej rzeczy znanej. Ogarnialo ja zdumienie i pytala sie: czy to jest gra podnieconej imaginacji, czy naprawde istota nadludzka, a przynajmniej - poza salonowa? Wtedy zaczela sobie rejestrowac doznane wrazenia. Pierwszy raz - wcale go nie widziala, czula tylko zblizajacy sie jakis ogromny cien. Byl ktos, ktory rzucil pare tysiecy rubli na dobroczynnosc i na ochrone jej ciotki; potem ktos gral z jej ojcem w karty w resursie i co dzien przegrywal; potem ktos, ktory wykupil weksle jej ojca (moze to nie Wokulski?...), nastepnie jej serwis, a nastepnie dostarczyl roznych rzeczy do przyozdobienia grobu Panskiego. Ten ktos byl to zuchwaly dorobkiewicz, ktory od roku scigal ja spojrzeniami w teatrach i na koncertach. Byl to cyniczny brutal, ktory dorobil sie majatku na podejrzanych spekulacjach po to, azeby kupic sobie reputacje u ludzi, a ja, panne Izabele Lecka, u jej ojca!... Z tej epoki pamietala tylko jego grubo ciosana figure, czerwone rece i szorstkie obejscie, ktore obok grzecznosci innych kupcow wydawalo sie nieznosnym, a na tle wachlarzy, sakwojazow, parasoli, lasek i tym podobnych galanteryj - po prostu smieszne. Byl to przebiegly i bezczelny kupczyk, ktory w swoim sklepie pozowal na upadlego ministra. Byl wstretny, nawet smiertelnie nienawistny, gdyz powazyl sie udzielac im zasilki w formie kupna serwisu albo przegranych w karty do ojca. Dzis jeszcze myslac o tym, panna Izabela szarpala na sobie suknie. Niekiedy rzuciwszy sie na szezlong bila piesciami sprezyny i szeptala: - Nikczemnik!... nikczemnik!... Sam widok niedoli, w jaka staczal sie jej dom, juz napelnial ja rozpacza. A coz dopiero, gdy ktos wdarl sie za zaslone jej najskrytszych tajemnic i smial opatrywac rany, ktore ukrylaby przed samym Bogiem. Wszystko moglaby przebaczyc, oprocz tego ciosu, jaki zadano jej dumie. Tu zaszla zmiana dekoracji. Wystapil inny czlowiek, ktory bez cienia dwuznacznej mysli powiedzial jej w oczy, ze kupil serwis, zeby zrobic na nim interes. A zatem on czul, ze panny Izabeli Leckiej wspierac nie wolno, i gdyby to nawet zrobil, nie tylko nie szukalby rozglosu albo wdziecznosci, ale nawet - nie smialby myslec o tym. Ten sam czlowiek wypedzil ze sklepu Mraczewskiego, ktory powazyl sie zlosliwie o niej mowic. Na prozno wrogowie panny Izabeli, baron i baronowa Krzeszowscy, wstawiali sie za tym mlodziencem; na prozno odezwala sie za nim hrabina ciotka, ktora rzadko dziekowala, a jeszcze rzadziej prosila. Wokulski nie ustapil... Lecz jedno slowko jej, panny Izabeli, pokonalo nieugietego czlowieka; nie tylko cofnal sie, ale nawet dal Mraczewskiemu lepsza posade. Nie robi sie takich ustepstw dla kobiety, ktorej sie nie czci. Szkoda tylko, ze prawie w tej samej chwili w jej czcicielu odezwal sie pyszny dorobkiewicz, ktory na kwestyjna tace rzucil rulon polimperialow. Ach, jakiez to bylo kupieckie!... I jak on nic nie rozumie po angielsku, nie ma wyobrazenia o jezyku, ktory jest modnym!... Trzecia faza. Zobaczyla Wokulskiego w salonie ciotki w pierwszy dzien Wielkiejnocy i spostrzegla, ze on o cala glowe przerasta towarzystwo. Najarystokratyczniejsi ludzie ubiegali sie o znajomosc z nim, a on, ten brutalny parweniusz, odrzynal sie od nich jak ogien od dymu. Chodzil niezrecznie, ale smialo, jakby salon ten byl jego niezaprzeczona wlasnoscia i posepnie sluchal komplimentow, ktorymi go zasypywano. Potem wezwala go do siebie najczcigodniejsza z matron, prezesowa, i po kilku minutach rozmowy z nim rzewnie zaplakala... Czyzby ten z czerwonymi rekoma parweniusz?... Teraz dopiero spostrzegla panna Izabela, ze Wokulski ma twarz niepospolita. Rysy wyraziste i stanowcze, wlos jakby najezony gniewem, maly was, slad brodki, ksztalty posagowe, wejrzenie jasne i przejmujace... Gdyby ten czlowiek zamiast sklepu posiadal duze dobra ziemskie - bylby bardzo przystojnym; gdyby urodzil sie ksieciem - bylby imponujaco piekny. W kazdym razie przypominal Trostiego, pulkownika strzelcow, i - naprawde - posag gladiatora zwyciezcy. W tym czasie od panny Izabeli odsuneli sie prawie wszyscy. Wprawdzie starsi panowie jeszcze obsypywali ja grzecznosciami z powodu pieknosci i elegancji, za to mlodzi, szczegolnie utytulowani lub majetni, traktowali ja chlodno a krotko; gdy zas, zmeczona samotnoscia i banalnymi frazesami, nieco zywiej odezwala sie do ktorego, patrzyl na nia z wyraznym przestrachem jakby lekajac sie, ze ona chwyci go za szyje i natychmiast pociagnie do oltarza. Swiat salonow kochala panna Izabela na smierc i zycie, wyjsc z niego mogla tylko do grobu, ale z kazdym rokiem, a nawet miesiacem, mocniej gardzila ludzmi; pojac nie mogla, azeby kobiete, tak jak ona piekna, dobra i dobrze wychowana, swiat opuszczal dlatego tylko, ze nie ma majatku!.,. "Coz to za ludzie, Boze milosierny!..." - szeptala nieraz, patrzac spoza firanek na przejezdzajace powozy elegantow, ktorzy pod rozmaitymi pozorami odwracali glowe od jej okien, azeby sie nie klaniac. Czyzby sadzili, ze ona wyglada ich?... A przeciez istotnie ona do nich wygladala!... Wowczas gorace lzy naplywaly jej do oczu; gryzla z gniewu piekne usta i szarpiac tasmy zaslaniala okna firankami. "Coz to za ludzie!... Coz to za ludzie!..." - powtarzala, wstydzac sie jednak sama przed soba rzucic na nich jakis ostrzejszy epitet, gdyz nalezeli do swiata. Nikczemnikiem, wedlug jej wyobrazen, mozna bylo nazwac tylko Wokulskiego. Na domiar szyderstwa losu z calej niegdys falangi zostalo jej tylko dwu wielbicieli. Ochockim nie ludzila sie: on wiecej zajmowal sie jakas latajaca maszyna (co za obled!) anizeli nia. Za to asystowali jej, zreszta nie narzucajac sie zbytecznie, marszalek i baron. Marszalek nasuwal jej na mysl zabitego i oparzonego wieprza, jakie czasem spotykala w rzezniczych furgonach na ulicy; baron znowu wydawal sie jej podobnym do niewyprawionej skory, ktorych cale stosy mozna widywac na wozach. Obaj stanowili dzis ostatnie jej otoczenie, nawet skrzydla, jezeli jak mowiono, byla naprawde aniolem!... Okropna kombinacja dwu tych starcow przesladowala panne Izabele dniem i noca. Czasem zdawalo sie jej, ze jest potepiona i ze juz za zycia rozpoczelo sie dla niej pieklo. W podobnych chwilach jak topielec, ktory zwraca oczy do swiatla na dalekim brzegu, panna Izabela myslala o Wokulskim. I w bezmiarze goryczy doznawala cienia ulgi wiedzac, ze jednak szaleje za nia czlowiek niepospolity, o ktorym duzo mowiono w towarzystwie. Wtedy przychodzili jej na mysl slawni podroznicy albo zbogaceni przemyslowcy amerykanscy, ktorzy przez szereg lat ciezko pracowali w kopalniach, a ktorych od czasu do czasu z daleka pokazywano jej na paryskich salonach. "Widzi pani tego - szczebiotala jakas hrabianka, niedawno wypuszczona z klasztoru, pochylajac wachlarz w pewnym kierunku - widzi pani tego pana, ktory wyglada, na woznice omnibusow... To podobno jakis wielki czlowiek, ktory cos odkryl, tylko nie wiem co: kopalnie zlota czy tez biegun polnocny... Nawet nie pamietam, jak sie nazywa, ale zapewnil mnie jeden margrabia z akademii, ze ten pan mieszkal dziesiec lat pod biegunem, nie... mieszkal pod ziemia... Okropny czlowiek!... Ja bedac na jego miejscu umarlabym z samego strachu... A pani czy takze by umarla?... Gdyby Wokulski byl takim podroznikiem, a przynajmniej gornikiem, ktory zrobil miliony, dziesiec lat mieszkajac pod ziemia!... Ale on byl tylko kupcem, w dodatku - galanteryjnym!... Nie umial nawet po angielsku, co chwile odzywal sie w nim dorobkiewicz, ktory w mlodym wieku restauracyjnym gosciom przynosil jedzenie z kuchni. Taki czlowiek, co najwyzej, mogl by byc dobrym doradca, nawet nieocenionym przyjacielem (w gabinecie, gdy nie ma gosci). Nawet... mezem, boc spotykaja ludzi straszne nieszczescia. Ale kochankiem... No, to byloby po prostu smieszne... W razie potrzeby najarystokratyczniejsze damy kapia sie w blotnych wannach; lecz bawic sie w blocie moglby tylko szaleniec. Czwarta faza. Panna Izabela kilka razy spotkala Wokulskiego w Lazienkach i nawet raczyla odpowiadac na jego uklony. Miedzy zielonymi drzewami i obok posagow grubianin ten wydal jej sie znowu innym anizeli za kontuarem sklepu. Gdybyz on mial dobra ziemskie, z parkiem, palacem, sadzawka?... Prawda, ze dorobkiewicz, ale podobno szlachcic, synowiec oficera... Przy marszalku i baronie wyglada jak Apollo, arystokracja coraz wiecej mowi o nim, a ten wybuch lez prezesowej?... Nadto prezesowa w oczywisty sposob popierala Wokulskiego u swojej przyjaciolki hrabiny i jej siostrzenicy, panny Izabeli. Parogodzinne spacery z ciotka po Lazienkach byly tak nudne, a pogadanki o modach, ochronach i projektowanych w swiecie malzenstwach tak dokuczliwe, iz panna Izabela miala nawet troche zalu do Wokulskiego, ze nie zbliza sie do nich w czasie spaceru i choc z kwadrans nie porozmawia. Dla osoby z towarzystwa ciekawa jest rozmowa z tego rodzaju ludzmi, a pannie Izabeli chlopi na przyklad wydawali sie nawet zabawnymi swym odrebnym jezykiem i logika. Chociaz kupiec galanteryjny, a do tego jezdzacy wlasnym powozem, nie musi byc tak zabawny jak chlop... Badz co badz panna Izabela nie doznala przykrej niespodzianki uslyszawszy pewnego dnia od prezesowej, ze pojedzie z nia i z hrabina do Lazienek i - ze zatrzyma Wokulskiego. - Nudzimy sie, niech wiec nas bawi - mowila staruszka. Gdy zas okolo pierwszej wjezdzajac do lazienkowskiego parku prezesowa ze znaczacym usmiechem rzekla do panny Izabeli: - Mam przeczucie, ze go tu gdzies spotkamy... Panna Izabela lekko zarumienila sie i postanowila wcale nie rozmawiac z Wokulskim, a przynajmniej traktowac go z gory, azeby sobie nic nie wyobrazal. O milosci, naturalnie, w owym "wyobrazaniu sobie" mowy byc nie moglo. Panna Izabela jednak nie zyczyla sobie nawet poufalej zyczliwosci. "I ogien jest przyjemny, szczegolnie w zimie - myslala - ale... w pewnym oddaleniu." Tymczasem Wokulskiego nie bylo w Lazienkach. "Jak to, on nie czekal? - mowila do siebie panna Izabela - chyba jest chory..." Nie sadzila, azeby Wokulski mial jakis pilniejszy interes na swiecie anizeli widzenie sie z nia; gdyby sie zas spoznil, postanowila nie tylko traktowac go z gory, ale nawet okazac mu niezadowolenie. "Jezeli punktualnosc - mowila sobie dalej - jest grzecznoscia krolow, to juz co najmniej powinna byc obowiazkiem kupcow!.. " Uplynelo pol godziny, godzina, dwie - nalezalo wracac do domu, a Wokulski nie przychodzil ; nareszcie panie wsiadly do karety: hrabina zimna jak zwykle, prezesowa nieco roztargniona, a panna Izabela rozgniewana. Oburzenie nie zmniejszylo sie, gdy wieczorem ojciec powiedzial jej, ze od poludnia byl na sesji u ksiecia, gdzie Wokulski przedstawil projekt olbrzymiej spolki handlowej i w zblazowanych magnatach obudzil formalny zapal, - Od dawna przeczuwalem - zakonczyl pan Lecki - ze przy pomocy tego czlowieka uwolnie sie od troskliwosci mojej familii i znowu stane, jak powinienem! - Ale do spolki, ojcze, potrzeba pieniedzy - odparla panna Izabela lekko wzruszajac ramionami. - Dlatego tez pozwalam sprzedac nasza kamienice; wprawdzie dlugi pochlona ze szescdziesiat tysiecy rubli, ale zawsze zostanie mi jeszcze - co najmniej - czterdziesci. - Ciotka mowila, ze za kamienice nikt nie da wiecej nad szescdziesiat... - Ach, ciotka!... - oburzyl sie pan Tomasz. - Ona zawsze mowi to, co mogloby mnie zmartwic albo ponizyc. Szescdziesiat tysiecy daje Krzeszowska, ktora utopilaby nas w lyzce wody... mieszczanka!... Ale rozumie sie, ciotka jej potakuje, bo tu chodzi o moj dom, o moje stanowisko... Zarumienil sie i zaczal sapac; lecz nie chcac gniewac sie przy corce, pocalowal ja w czolo i poszedl do swego gabinetu. "A moze ojciec ma racje?... - myslala panna Izabela. - Moze on naprawde jest praktyczniejszy od wszystkich, ktorzy go tak surowo sadza? Przeciez ojciec pierwszy poznal sie na tym... Wokulskim... A jednak coz za gbur z tego czlowieka. Nie przyszedl do Lazienek, choc prezesowa z pewnoscia musiala go zaangazowac. Zreszta moze i lepiej: pieknie bysmy wygladaly, gdyby spotkal nas kto znajomy na spacerze z kupcem galanteryjnym!" Przez pare dni nastepnych panna Izabela slyszala tylko o Wokulskim. Salony rozbrzmiewaly jego nazwiskiem. Marszalek przysiegal, ze Wokulski musi pochodzic ze starozytnego rodu, a baron, znawca meskiej pieknosci (po pol dnia spedzal przed lustrem), twierdzil, ze Wokulski jest - "wcale... wcale..." Hrabia Sanocki zakladal sie, ze jest to pierwszy rozumny czlowiek w kraju - hrabia Licinski glosil, ze ten kupiec wzorowal sie na angielskich przemyslowcach, a ksiaze - tylko zacieral rece i usmiechajac sie mowil: "Aha?..." Nawet Ochocki, odwiedziwszy ktoregos dnia panne Izabele, opowiedzial jej, ze byli z Wokulskim na spacerze w Lazienkach. - O czymzescie rozmawiali?... - zapytala zdziwiona. - Bo chyba nie o machinach latajacych... - Bah! - odmruknal zamyslony kuzynek. - Wokulski jest chyba jedynym czlowiekiem w Warszawie, z ktorym mozna o tym mowic. To numer... "Jedyny rozumny... jedyny kupiec... jedyny, ktory moze dogadac sie z Ochockim?.. - myslala panna Izabela. - Czymze jest naprawde ten czlowiek?... Ach! juz wiem..." Zdawalo jej sie, ze odgadla Wokulskiego. Jest to ambitny spekulant, ktory chcac wedrzec sie do salonow pomyslal o ozenieniu sie z nia, zubozala panna znakomitego rodu. Nie w innym tez celu skarbil sobie wzgledy jej ojca, hrabiny ciotki i calej arystokracji. Przekonawszy sie jednak, ze i bez niej wcisnie sie miedzy wielkich panow, nagle ostygnal w milosci i... nawet nie przyszedl do Lazienek!... "Winszuje mu - mowila sobie. - Ma wszystkie zalety potrzebne do zrobienia kariery: niebrzydki, zdolny, energiczny, a nade wszystko bezczelny i nikczemny... Jak on smial udawac zakochanego we mnie i z jaka latwoscia... Doprawdy, ze ci parweniusze zdystansuja nas nawet w obludzie... Coz to za nedznik!..." Oburzona chciala zapowiedziec Mikolajowi, azeby nigdy nie wpuscil Wokulskiego za prog salonu... Najwyzej do gabinetu pana, gdyby do nich przyszedl z interesem. Lecz przypomniawszy sobie, ze Wokulski wcale nie zapraszal sie do nich, zarumienila sie ze wstydu. Wtem dowiedziala sie od pani Meliton o nowym zatargu barona Krzeszowskiego z zona i o tym, ze baronowa kupila od niego klacz za osiemset rubli, ale - ze pewnie ja zwroci, gdyz za kilka dni ma odbyc sie wyscig, a baron porobil duze zaklady. - Moze nawet panstwo baronowie pogodza sie przy tej okazji zauwazyla pani Meliton. - Ach, coz bym dala za to, azeby baron nie dostal klaczy i przegral zaklady!.. - zawolala panna Izabela. W pare zas dni dowiedziala sie pod wielkim sekretem od panny Florentyny, ze baron nie odzyska swojej klaczy, gdyz kupil ja Wokulski... Tajemnica byla jeszcze tak zachowywana, ze kiedy panna Izabela poszla z wizyta do ciotki, zastala hrabine i prezesowe naradzajace sie nad pogodzeniem panstwa Krzeszowskich za pomoca owej klaczy. - Nic z tego nie bedzie - wtracila ze smiechem panna Izabela.- Baron nie dostanie swojej klaczy. - Moze zalozysz sie? - spytala chlodno hrabina. - Owszem, jezeli wygram od cioci te bransolete z szafirow... Zaklad stanal, dzieki czemu hrabina i panna Izabela byly wysoce zainteresowane w wyscigach. Przez chwile panna Izabela lekala sie: powiedziano jej, ze baron daje Wokulskiemu czterysta rubli odstepnego i ze hrabia Licinski podjal sie miedzy nimi posrednictwa. Nawet szeptano w salonie hrabiny, ze Wokulski nie dla pieniedzy, ale dla hrabiego musi zgodzic sie na ten uklad. A wowczas panna Izabela pomyslala: "Zgodzi sie, jezeli jest chciwym parweniuszem, ale nie zgodzi sie, jezeli..." Nie smiala dokonczyc frazesu. Wyreczyl ja Wokulski. Nie sprzedal klaczy i sam puscil ja w szranki. "On jednakze nie jest tak nikczemnym" - rzekla do siebie. I pod wplywem tej idei rozmawiala z Wokulskim na wyscigach bardzo laskawie. Jednakze nawet za ten drobny objaw zyczliwosci panna Izabela robila sobie w duchu wymowki: "Po co on ma wiedziec, ze nas interesuje jego wyscig?.., Nie wiecej od innych. A po co ja mu powiedzialam, ze "musi wygrac..."? Albo co znaczyla jego odpowiedz: "wygram, jezeli pani zechce..."? On juz zapomina, kim jest. Ale mniejsza, jezeli za pare grzecznych slowek Krzeszowski rozchoruje sie ze zlosci." Krzeszowskiego nienawidzila panna Izabela. Kiedys umizgal sie do niej, a odtracony, mscil sie. Wiedziala, ze nazywal ja za oczy - starzejaca sie panna, ktora wyjdzie za swego lokaja. Tego bylo dosyc, azeby pamietac mu cale zycie. Lecz baron, nie poprzestajac na nieszczesnym frazesie, nawet wobec niej zachowywal sie cynicznie, drwiac z jej starych wielbicieli i robiac aluzje do ich majatkowej ruiny. Ze zas i panna Izabela od niechcenia przypominala mu jego zone, mieszczanke, z ktora polaczyl sie dla pieniedzy, a nic od niej nie mogl wydobyc, wiec toczyla sie miedzy nimi walka ostra, czasami nawet przykra. Dzien wyscigow byl dla panny Izabeli triumfem, dla barona - kleska i wstydem. Wprawdzie przyjechal na plac i udawal bardzo wesolego, ale w sercu kipial mu gniew. Gdy zas jeszcze zobaczyl, ze Wokulski nagrode i cene konia zlozyl na rece panny Izabeli, stracil wladze nad soba i przybieglszy do powozu zrobil skandal. Dla panny Izabeli impertynenckie spojrzenia barona i otwarte nazwanie Wokulskiego jej wielbicielem byly strasznym ciosem. Zabilaby barona, gdyby to uchodzilo dobrze wychowanym kobietom. Cierpienie jej bylo tym dokuczliwsze, ze hrabina sluchala jego wybuchu spokojnie, prezesowa z zaklopotaniem, a ojciec nie odzywal sie nawet, od dawna uwazajac Krzeszowskiego za wariata, ktorego nalezy nie draznic, ale traktowac poblazliwie. W takiej chwili (kiedy juz zaczeto spogladac na nich z innych powozow) przyszedl pannie Izabeli na pomoc Wokulski. I nie tylko przerwal baronowi tok jego niezadowolen, ale wyzwal go na pojedynek. O tym zadne z nich nie watpilo; prezesowa wprost zlekla sie o swego faworyta, a hrabina zrobila uwage, ze Wokulski nie mogl postapic inaczej, poniewaz baron zblizajac sie do powozu potracil go i nie przeprosil. - Wiec sami powiedzcie - mowila wzruszonym glosem prezesowa - czy godzi sie pojedynkowac o taka drobnostke? Wszyscy przeciez wiemy, ze Krzeszowski jest roztargniony i polglowek... Najlepszy dowod w tym, co nam nagadal... - To prawda - odezwal sie pan Tomasz - alez Wokulski nie ma obowiazku wiedziec o tym, a upomniec sie musial. - Pogodza sie! - wtracila niedbale hrabina i kazala jechac do domu. Wtedy to panna Izabela dopuscila sie najgorszego wykroczenia przeciw swoim pojeciom i... w znaczacy sposob scisnela Wokulskiego za reke. Juz dojezdzajac do rogatek, nie mogla sobie tego darowac. "Jak mozna bylo zrobic cos podobnego?... Co sobie taki czlowiek pomysli?..." - mowila w duchu. Ale wnet ocknelo sie w niej uczucie sprawiedliwosci i musiala przyznac, ze t e n czlowiek nie jest byle jakim. "Azeby zrobic mi przyjemnosc (bo z pewnoscia nie mial innych powodow), podstawil baronowi noge kupujac konia... Cala wygrana (stanowczy dowod bezinteresownosci) zlozyl na ochrone, i to na moje rece (baron widzial to). A nade wszystko, jakby odgadujac moje mysli, wyzwal go na pojedynek... No, dzisiejsze pojedynki koncza sie zwykle szampanem; ale zawsze baron przekona sie, ze jeszcze nie jestem tak stara... Nie, w tym Wokulskim jest cos... Szkoda tylko, ze jest galanteryjnym kupcem. Przyjemnie byloby miec takiego wielbiciela, gdyby... gdyby zajmowal inne stanowisko w swiecie." Wrociwszy do domu, panna Izabela opowiedziala pannie Florentynie o wyscigowych przygodach, a w godzine - juz nie myslala o nich. Gdy zas ojciec pozno w nocy doniosl jej, ze Krzeszowski wybral na sekundanta hrabiego Licinskiego, ktory bezwarunkowo zada, azeby Wokulski zostal przeproszony przez barona, panna Izabela zrobila pogardliwy grymas ustami. "Szczesliwy czlowiek! - myslala. - Mnie obrazaja, a jego beda przepraszac. Ja, gdyby ktos przy mnie obrazil ukochana, nie pozwolilabym sie przeprosic. On, naturalnie, zgodzi sie..." Gdy juz polozyla sie do lozka i zaczela usypiac, nagle przyszla jej nowa mysl: "A jezeli Wokulski nie zechce przeprosin?... Przeciez ten sam hrabia Licinski ukladal sie z nim o klacz i nic nie wskoral!... Ach, Boze, co tez mi sie snuje po glowie" - odpowiedziala sobie wzruszajac ramionami i zasnela. Na drugi dzien do poludnia ojciec, ona i panna Florentyna byli pewni, ze Wokulski pogodzi sie z baronem i ze nawet inaczej nie wypada mu postapic. Dopiero po poludniu pan Tomasz wyszedl na miasto i wrocil na obiad bardzo zaklopotany. - Coz to, ojcze? - spytala go panna Izabela, uderzona wyrazem jego twarzy. - Fatalna historia! - odparl pan Tomasz rzucajac sie na skorzany fotel. - Wokulski odrzucil przeproszenie, a jego sekundanci postawili ostre warunki. - I kiedyz to?... - spytala ciszej. - Jutro przed dziewiata - odpowiedzial pan Tomasz i otarl pot z czola. - Fatalna historia - ciagnal dalej. - Miedzy naszymi wspolnikami poploch, bo Krzeszowski strzela doskonale... Gdyby zas ten czlowiek zginal, wszystkie moje rachuby na nic. Stracilbym w nim prawa reke... jedynego mozliwego wykonawce moich planow... Jemu jednemu powierzylbym kapitaly i jestem pewny, ze mialbym co najmniej osiem tysiecy rubli rocznie... Los przesladuje mnie nie na zarty!... Zly humor pana domu zle oddzialal na innych; obiadu nikt nie jadl. Po obiedzie pan Tomasz zamknal sie w gabinecie i chodzil wielkimi krokami, co bylo dowodem niezwyklego wzruszenia. Panna Izabela takze poszla do swego gabinetu i jak zwykle w chwilach zdenerwowania polozyla sie na szezlongu. Opanowaly ja posepne mysli. "Krotko trwal moj triumf - mowila sobie. - Krzeszowski naprawde dobrze strzela... Jezeli zabije jedynego czlowieka, ktory dzis ujmuje sie za mna, to co? Pojedynek jest istotnie barbarzynskim zabytkiem. Bo Wokulski (biorac go ze strony moralnej) wiecej jest wart od Krzeszowskiego, a jednak... moze zginac!... Ostatni czlowiek, w ktorym pokladal nadzieje moj ojciec." Tu odezwala sie w pannie Izabeli rodowa pycha. "No - moj ojciec nie potrzebuje przeciez laski Wokulskiego; powierzylby mu swoj kapital, otoczylby go protekcja, a on placilby mu procenta; w kazdym razie szkoda go..." Przyszedl jej na mysl stary rzadca ich niegdys majatku, ktory sluzyl u nich trzydziesci lat i ktorego bardzo lubila, bardzo mu ufala; moze Wokulski obojgu im zastapilby nieboszczyka, a jej rozsadnego powiernika i - zginie!... Jakis czas lezala z zamknietymi oczyma nie myslac o niczym; potem przyszly jej do glowy nieslychanie dziwne kombinacje. "Co za szczegolny traf! - mowila w sobie. - Jutro walczyc beda z jej powodu dwaj ludzie, ktorzy ja smiertelnie obrazili: Krzeszowski zlosliwymi drwinami, Wokulski - ofiarami, jakie osmielil sie ponosic dla niej. Ona mu juz prawie przebaczyla i kupno serwisu, i owe weksle, i owe przegrane w karty do ojca, z ktorych przez pare tygodni utrzymywal sie caly dom... (Nie, jeszcze mu nie przebaczyla i nie przebaczy nigdy!...) Ale chocby nawet, to jednak - za jej obraze ujela sie sprawiedliwosc boska... I kto jutro zginie?... Moze obaj. W kazdym razie ten, ktory powazyl sie pannie Izabeli Leckiej ofiarowac pomoc pieniezna. Czlowiek taki, jak kochanek Kleopatry, zyc nie moze..." Tak myslala zanoszac sie od placzu; zal jej bylo oddanego slugi, a moze powiernika; ale korzyla sie przed wyrokami Opatrznosci, ktora nie przebacza obrazy wyrzadzonej pannie Leckiej. Gdyby Wokulski mogl w tej chwili zajrzec w jej dusze, ucieklby z przestrachem i uleczylby sie ze swego obledu. Swoja droga panna Izabela nie spala przez cala noc. Ciagle stal jej przed oczyma obraz jakiegos francuskiego malarza przedstawiajacy pojedynek. Pod grupa zielonych drzew dwaj czarno ubrani mezczyzni mierzyli do siebie z pistoletow. Potem (czego juz nie bylo na obrazie) jeden z nich padl uderzony kula w glowe. Byl to Wokulski. Panna Izabela nawet nie poszla na jego pogrzeb nie chcac zdradzic sie ze wzruszeniem. Ale w nocy pare razy plakala. Zal jej bylo tego nadzwyczajnego parweniusza, tego wiernego niewolnika, ktory swoje zbrodnie wzgledem niej odpokutowal smiercia dla niej. Zasnela dopiero o siodmej rano i spala jak drewno do poludnia. Przed sama dwunasta obudzilo ja nerwowe pukanie do drzwi sypialni. - Kto tam? - Ja - odpowiedzial jej ojciec radosnym glosem. - Wokulski nietkniety, baron raniony w twarz! - Czy tak?... Miala migrene, wiec zostala w lozku do czwartej po poludniu. Byla kontenta, ze baron zostal ranny, a zdziwiona, ze oplakany przez nia Wokulski nie zginal. Wstawszy tak pozno panna Izabela wyszla przed obiadem na krotki spacer w Aleje. Widok pogodnego nieba, pieknych drzew, przelatujacych ptakow i wesolych ludzi zatarl slady jej nocnych przywidzen; gdy zas jeszcze z kilku przejezdzajacych powozow spostrzezono ja i powitano, w sercu jej ocknelo sie zadowolenie. "Jednakze Pan Bog jest laskawy - myslala - gdy ocalil czlowieka, ktory moze sie nam przydac. Ojciec tak liczy na niego, a i ja nabieram ufnosci. O ilez mniej w zyciu doznalabym zawodow majac rozumnego i energicznego przyjaciela." Slowko "przyjaciel" nie podobalo sie jej. Przyjacielem panny Izabeli moglby byc czlowiek co najmniej posiadajacy majatek ziemski. Ale kupiec galanteryjny kwalifikowal sie tylko na doradce i wykonawce. Po powrocie do domu zaraz poznala, ze jej ojciec jest w wybornym humorze. - Wiesz - mowil - bylem z powinszowaniem u Wokulskiego. To dzielny czlowiek, istotny dzentelmen! Juz ani mysli o pojedynku i nawet zdaje sie zalowac barona. Nic nie pomoze, szlachecka krew musi sie odezwac, bez wzgledu na kondycje... A potem odprowadziwszy corke do gabinetu i rzuciwszy pare razy okiem w zwierciadlo dodal: - No i powiedz sama, czy mozna nie ufac w opieke boska? Smierc tego czlowieka bylaby dla mnie ciezkim ciosem - i - zostal uratowany! Musze z nim zawiazac blizsze stosunki, a wtedy zobaczymy, kto wyjdzie lepiej: czy ksiaze na swoim wielkim adwokacie, czy ja na moim Wokulskim. Jak sadzisz? - To samo myslalam przed chwila - odpowiedziala panna Izabela uderzona zgodnoscia przeczuc jej wlasnych i ojca - papus koniecznie powinien miec przy sobie zdolnego i zaufanego czlowieka. - Ktory w dodatku sam garnie sie do mnie - dodal pan Tomasz.- Bystry czlowiek! on to pojmuje, ze wiecej zrobi i lepsza zyska reputacje pomagajac dzwigac sie dawnemu rodowi, anizeli gdyby sam wyrywal sie naprzod. Bardzo rozumny czlowiek - powtorzyl pan Tomasz. - Choc chwilowo zdobyl sobie ksiecia i cala arystokracje, mnie jednak okazuje najwiecej przywiazania. I nie bedzie tego zalowal, gdy odzyskam stanowisko... Panna Izabela patrzyla na cacka ustawione na biurku i myslala, ze jednak ojciec ludzi sie troche, sadzac, iz Wokulski garnie sie do niego. Nie prostowala jednak omylki, a na odwrot, przyznawala w duchu, ze nalezy troche wiecej zblizyc sie z tym kupcem i przebaczyc mu jego stanowisko spoleczne. Adwokat... kupiec... to prawie na jedno wychodzi: jezeli zas adwokat moze byc poufalym ksiecia, dlaczegoz by... kupiec (ach, jakie to niesmaczne!) nie mogl zostac powiernikiem domu Leckich? Obiad, wieczor i kilka dni nastepnych zeszly pannie Izabeli bardzo przyjemnie. Zastanowila ja jedna okolicznosc, ze w ciagu tak krotkiego czasu odwiedzilo ich wiecej osob anizeli dawniej w ciagu miesiaca. Bywaly godziny, ze w pustym niegdys salonie teraz rozlegal sie gwar smiechow i rozmow, az wypoczete meble dziwily sie natlokowi, a w kuchni szeptano, ze pan Lecki musial odebrac jakies wielkie pieniadze. Nawet damy, ktore jeszcze na wyscigach nie mogly poznac panny Izabeli, przyszly teraz do niej z wizytami; mlodzi zas panowie, aczkolwiek nie przychodzili, poznawali ja na ulicy i klaniali sie z szacunkiem. I pan Tomasz miewal teraz gosci. Odwiedzil go hrabia Sanocki zaklinajac, azeby Wokulski przestal juz bawic sie wyscigami i pojedynkami, a zajal sie spolka. Byl hrabia Licinski i opowiadal dziwy o dzentelmenerii Wokulskiego. Lecz nade wszystko przyjezdzal tu pare razy ksiaze z prosba do pana Tomasza, azeby Wokulski bez wzgledu na zajscie z baronem nie zniechecal sie do arystokracji i pamietal o nieszczesliwym kraju. - I niech mu tez kuzyn - zakonczyl ksiaze - wyperswaduje pojedynki. To niepotrzebne; to dobre dla ludzi mlodych, ale nie dla powaznych i zasluzonych obywateli... Pan Tomasz byl zachwycony, szczegolnie gdy pomyslal, ze wszystkie te owacje spotykaja go w przeddzien sprzedazy domu; rok temu bliskosc podobnego wypadku odstraszala ludzi... "Zaczynam odzyskiwac nalezne mi stanowisko" - szepnal pan Tomasz i nagle obejrzal sie. Zdawalo mu sie, ze za nim stoi Wokulski. Wiec dla uspokojenia sie powtorzyl pare razy: "Wynagrodze go... wynagrodze... moze byc pewnym mego poparcia" Trzeciego dnia po pojedynku Wokulskiego pannie Izabeli przyniesiono kosztowne pudelko i list, ktory ja wstrzasnal. Poznala pismo barona. "Kochana kuzyneczko! Jezeli przebaczysz mi moje nieszczesne ozenienie, ja w zamian daruje ci moja malzonke, ktora juz mnie samemu dokuczyla. Jako zas materialny symbol zawartego miedzy nami pokoju na zawsze, posylam ci zab, ktory mi wystrzelil W-ny Wokulski, zdaje mi sie - za to, co osmielilem sie powiedziec ci na wyscigach. Upewniam cie, kochana kuzynko, ze jest to ten sam zab, ktorym cie dotychczas gryzlem i juz gryzc nigdy nie bede. Mozesz go wyrzucic na ulice, lecz pudeleczko racz zachowac na pamiatke. Przyjmij ten drobiazg od czlowieka dzis troche chorego i wierzaj - nie najgorszego, a bede mial nadzieje, ze kiedys zapomnisz mi moich niedorzecznych zlosliwosci. Kochajacy cie i pelen glebokiego szacunku kuzyn Krzeszowski. P. S. Jezeli mego zeba nie wyrzucisz za okno, przyszlij mi go na powrot, abym mogl ofiarowac go mojej niezapomnianej malzonce. Bedzie miala martwic sie czym przez kilka dni, co podobno biedaczce jest zalecone przez doktorow. Ten zas pan Wokulski jest bardzo milym i dystyngowanym czlowiekiem i wyznaje, ze serdecznie go polubilem, choc mi taka zrobil krzywde." W kosztownym pudelku znajdowal sie istotnie zab owiniety w bibulke. Panna Izabela po krotkim namysle odpisala bardzo zyczliwy list baronowi oswiadczajac, ze juz nie gniewa sie i ze przyjmuje pudeleczko, a zab z nalezyta czcia odsyla jego wlascicielowi. Tu juz nie mozna bylo watpic, ze tylko dzieki Wokulskiemu baron pojednal sie z nia i prosil o przebaczenie. Panna Izabela nieledwie roztkliwila sie swoim triumfem, a dla Wokulskiego uczula jakby wdziecznosc. Zamknela sie w swoim gabinecie i poczela marzyc. Marzyla, ze Wokulski sprzedal swoj sklep, a kupil dobra ziemskie, lecz pozostal naczelnikiem spolki handlowej przynoszacej ogromne zyski. Cala arystokracja przyjmowala go u siebie, ona zas, panna Izabela, zrobila go swoim powiernikiem. On podzwignal ich majatek i podniosl go do dawnej swietnosci; on spelnial wszystkie jej zlecenia; on narazal sie, ile razy byla tego potrzeba. On wreszcie wyszukal jej meza, odpowiedniego znakomitosci domu Leckich. Wszystko to robil, poniewaz kochal ja miloscia idealna, wiecej niz wlasne zycie. I czul sie zupelnie szczesliwym, jezeli usmiechnela sie do niego, zyczliwiej spojrzala albo po jakiejs wyjatkowej zasludze serdecznie uscisnela go za reke. Gdy zas Pan Bog dal jej dzieci, on wyszukiwal im bony i nauczycieli, powiekszal ich majatek, a nareszcie, gdy ona zmarla (w tym miejscu lzy zakrecily sie w pieknych oczach panny Izabeli), on zastrzelil sie na jej grobie... Nie, przez delikatnosc, ktora ona w nim rozwinela, zastrzelil sie o kilka grobow dalej. Wejscie ojca przerwalo ciag jej fantazji. - Podobno pisal do ciebie Krzeszowski? - zapytal ciekawie pan Tomasz. Corka wskazala mu list lezacy na biurku i zlote pudelko. Pan Tomasz krecil glowa Czytajac list, a nareszcie rzekl: - Zawsze wariat, chociaz dobry chlopak. Ale... Wokulski oddal ci rzeczywista przysluge: zwyciezylas smiertelnego wroga. - Mysle, ojcze, ze nalezaloby tego pana zaprosic kiedy na obiad... Chcialabym go poznac blizej. - Wlasnie od kilku dni mialem cie o to samo prosic!... - odpowiedzial uradowany pan Tomasz - niepodobna trzymac sie na zbyt etykietalnej stopie z czlowiekiem tak uzytecznym. - Naturalnie - wtracila panna Izabela - przeciez nawet wierna sluzbe dopuszczamy do niejakiej poufalosci. Uwielbiam twoj rozum i takt, Belu!... - zawolal pan Tomasz i zachwycony, pocalowal ja naprzod w reke, potem w czolo. Otrzymawszy od pana Leckiego zaproszenie na obiad, Wokulski wybiegl ze sklepu na ulice. Ciasny pokoj dusil go, a rozmowa z Rzeckim, w ciagu ktorej subiekt udzielal mu przestrog i upomnien, wydawala mu sie nadzwyczajnie glupia; nie jestze to smieszne, azeby stary i wystygly kawaler, wierzacy tylko w sklep i w Bonapartych, zarzucal mu szalenstwo!... "Coz ja robie zlego - myslal Wokulski - ze sie kocham?... Moze troche za pozno, alez przez cale zycie nie pozwalalem sobie na podobny zbytek. Kochaja sie miliony ludzi, kocha sie caly swiat czujacy, dlaczegoz mnie jednemu mialoby to byc zabronione? Jezeli zas ten zasadniczy punkt ma racje bytu, to ma ja wszystko, co robie. Kto sie chce zenic, musi posiadac majatek, wiec - zdobylem majatek. Musi zblizyc sie do wybranej kobiety - ja tez zblizylem sie. Musi troszczyc sie o jej byt materialny i chronic od nieprzyjaciol - a ja robie i jedno, i drugie. Czy zas w tym dobijaniu sie o szczescie skrzywdzilem kogo? czy zaniedbuje obowiazkow wzgledem spoleczenstwa i bliznich?... Ach, ci kochani blizni i to spoleczenstwo, ktore nigdy nie troszczylo sie o mnie i stawialo mi wszelkie przeszkody, a zawsze upomina sie o ofiary z mojej strony... Lecz wlasnie to, co oni dzis nazywaja szalenstwem, popycha mnie do pelnienia jakichs fikcyjnych obowiazkow. Gdyby nie ono, siedzialbym dzis jak mol w ksiazkach i kilkaset osob mialoby mniejsze zarobki. Wiec czego oni chca ode mnie?" - pytal sam siebie w rozdraznieniu. Ruch na swiezym powietrzu uspokoil go; doszedl do Alei Jerozolimskiej i skrecil nia ku Wisle. Owial go rzeski wiatr wschodni i zbudzil te nieokreslone uczucia, ktore tak zywo przypominaja wiek dziecinny. Zdawalo mu sie, ze jeszcze na Nowym Swiecie byl dzieckiem i ze jeszcze czuje w sobie drgajace fale mlodej krwi. Usmiechal sie do piaskarza wiozacego swoj towar nedznym koniem w podlugowatej skrzyni, a zebrzaca wiedzma wydala mu sie bardzo mila staruszka; cieszyl go swist rozlegajacy sie w fabryce i chcial pogadac z gromadka rozkosznych malcow, ktorzy ustawiwszy sie na przydroznym pagorku ciskali kamieniami na przechodzacych Zydow. Uporczywie odsuwal od siebie mysl o dzisiejszym liscie i jutrzejszej wizycie u Leckich; chcial byc trzezwym, ale namietnosc przemogla. "Dlaczego oni mnie zaprosili? - pytal czujac lekki dreszcz wewnetrzny. - Panna Izabela chce sie ze mna poznac... Alez oczywiscie daja mi do zrozumienia, ze moge sie zenic!... Byliby chyba slepi albo idioci, zeby nie spostrzegli, co sie ze mna dzieje wobec niej..." Poczal tak drzec, ze mu zeby szczekaly; wtedy odezwal sie przygluszony rozsadek. "Za pozwoleniem. Od jednego obiadu i jednej wizyty jeszcze bardzo daleko do dluzszej znajomosci. Na tysiac zas dluzszych znajomosci ledwie jedna prowadzi do oswiadczyn; na dziesiec oswiadczyn - ledwie jedne sa przyjete, a i z tych ledwie polowa konczy sie malzenstwem. Trzeba wiec byc zupelnym wariatem, azeby nawet przy dluzszej znajomosci myslec o malzenstwie, za ktorym jest ledwie jedna, a przeciw ktoremu ze dwadziescia tysiecy szans... Jasne czy niejasne?" Wokulski musial przyznac, ze jest jasne. Gdyby wszelka znajomosc prowadzila do malzenstwa, kazda kobieta musialaby miec po kilkudziesieciu mezow, kazdy mezczyzna po kilkadziesiat zon, ksieza nie daliby sobie rady ze slubami, a caly swiat zamienilby sie w jeden wielki szpital wariatow. On zas, Wokulski, nie tylko nie byl jeszcze dobrym znajomym panny Leckiej, ale dopiero znajdowal sie w przededniu do zrobienia z nia znajomosci. "Wiec coz zyskalem - spytal - po bulgarskich niebezpieczenstwach i tutejszych wyscigach lub pojedynkach?..." "Zyskales wieksza szanse - objasnil rozsadek - przed rokiem miales moze jedna sto - albo jedna dwudziestomilionowa prawdopodobienstwa, ze sie z nia ozenisz, a za rok mozesz miec jedna dwudziestotysieczna..." "Za rok?... - powtorzyl Wokulski i znowu owional go jakis chlod surowy. Wydarl mu sie jednak i zapytal: - A jezeli panna Izabela pokocha mnie albo juz kocha?..." "Naprzod - nalezaloby wiedziec, czy panna Izabela moze kochac kogokolwiek..." "Alboz nie jest kobieta?" "Trafiaja sie kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochac nici nikogo, procz swoich przelotnych kaprysow, podobniez i mezczyzni; jest to tak dobra wada, jak: gluchota, slepota albo paraliz, tylko mniej widoczna." "Przypuscmy..." "Dobrze - mowil dalej glos, ktory Wokulskiemu przypominal zgryzliwe zrzedzenie doktora Szumana - gdyby wiec ta pani w ogole mogla kogos kochac, to nasuwa sie drugie pytanie: czy pokocha ciebie?" "Przeciez tak wstretny nie jestem." "Owszem, mozesz nim byc, jak najpiekniejszy lew jest wstretnym dla krowy albo orzel dla gesi. Widzisz, mowie ci nawet komplimenta: porownywam cie ze lwem i orlem, ktore mimo wszystkich zalet budza jednak odraze w samicach innego gatunku. Unikaj zatem samic innego niz twoj gatunku... "Wokulski ocknal sie i rozejrzal. Byl juz niedaleko Wisly, obok drewnianych spichrzow, a przejezdzajace furmanki zasypywaly go czarnym pylem. Szybko zwrocil sie ku miastu i poczal rozwazac samego siebie. "We mnie jest dwu ludzi - mowil - jeden zupelnie rozsadny, drugi wariat. Ktory zas zwyciezy?... Ach, o to sie juz nie troszcze. Ale co zrobie, jezeli wygra ten madry?... Coz to za okropna rzecz posiadajac wielki kapital uczuc zlozyc go samicy innego gatunku: krowie, gesi albo czemus jeszcze gorszemu?... Coz to za upokorzenie smiac sie z triumfow jakiegos byka albo gasiora, a jednoczesnie plakac nad wlasnym sercem, tak bolesnie rozdartym, tak haniebnie podeptanym?... Czy warto zyc dalej w podobnych warunkach?" I na sama mysl o tym Wokulski uczul pragnienie smierci, ale tak zupelnej, zeby nawet resztki jego popiolow nie zostaly na ziemi. Stopniowo jednak uspokoil sie i wrociwszy do domu poczal zastanawiac sie juz calkiem chlodno nad tym: czy na jutrzejszy obiad wlozyc frak, czy surdut?... Albo czy do jutra nie zajdzie jakas nieprzewidziana przeszkoda, ktora znowu mu nie pozwoli zblizyc sie do panny Izabeli? Potem jeszcze zrobil rachunek ostatnich handlowych obrotow, wyslal pare telegramow do Moskwy i Petersburga, a nareszcie napisal list do starego Szlangbauma proponujac, azeby mu pozyczyl swego nazwiska w celu nabycia kamienicy Leckich. "Mecenas ma racje - myslal. - Lepiej kupic ten dom pod cudza firma. Inaczej mogliby mnie podejrzewac o chec wyzyskania ich albo - co gorsze - posadzic o zamiar robienia im laski!..." Jednakze pod powloka obojetnych zajec kipiala w nim burza. Rozsadek glosno wolal, ze jutrzejszy obiad niczego nie oznacza i nie zapowiada. A nadzieja cicho... cicho szeptala, ze - moze jest kochanym, a moze dopiero nim bedzie. Ale cicho... tak cicho, ze Wokulski z najwieksza uwaga musial sie przysluchiwac jej szeptowi. Dzien nastepny, pelen znaczenia dla Wokulskiego, nie odznaczyl sie zadna osobliwoscia ani w Warszawie, ani w naturze. Tu i owdzie na ulicy klebil sie kurz wzniecony miotlami strozow, dorozki pedzily bez pamieci albo zatrzymywaly sie bez powodu, a nieskonczony potok przechodniow ciagnal sie w jedna i druga strone chyba po to, azeby utrzymywac ruch w miescie. Niekiedy pod sciana domow przesuwali sie ludzie obdarci, skuleni, z rekami wbitymi w rekawy, jakby to byl nie czerwiec, ale styczen. Czasem na srodku ulicy przewinal sie chlopski wozek napelniony blaszanymi konwiami, a powozony przez zuchowata babe w granatowym kaftanie i czerwonej chustce na glowie. Wszystko to roilo sie miedzy dwoma dlugimi scianami kamienic pstrej barwy, nad ktorymi gorowaly wyniosle fronty swiatyn. Na obu zas koncach ulicy, niby pilnujace miasta szyldwachy, wznosily sie dwa pomniki. Z jednej strony krol Zygmunt, stojacy na olbrzymiej swiecy, pochylal sie ku Bernardynom, widocznie pragnac cos zakomunikowac przechodniom. Z drugiego konca nieruchomy Kopernik, z nieruchomym globusem w reku, odwrocil sie tylem do slonca, ktore na dzien wychodzilo spoza domu Karasia, wznosilo sie nad palac Towarzystwa Przyjaciol Nauk i krylo sie za dom Zamoyskich jakby na przekor aforyzmowi: "Wstrzymal slonce, wzruszyl ziemie." Wokulski, ktory w tym wlasnie kierunku wygladal ze swego balkonu, mimo woli westchnal przypomniawszy sobie, ze jedynymi wiernymi przyjaciolmi astronoma byli tragarze i tracze, nie odznaczajacy sie, jak wiadomo, zbyt dokladna znajomoscia zaslugi Kopernika. "Wiele mu z tego - myslal - ze w kilku ksiazkach nazywaja go chluba narodu... Prace dla szczescia - rozumiem, ale pracy dla fikcji nazywajacej sie spoleczenstwem czy slawa - juz bym sie nie podjal. Spolecznosc niech sama mysli o sobie, a slawa... Co mi przeszkadza wyobrazac sobie, ze juz posiadam slawe na przyklad na Syriuszu? A przeciez Kopernik nie jest dzis w lepszym polozeniu odnosnie do ziemi i tyle go obchodzi statua w Warszawie, co mnie piramida na jakiejs Wedze!... Trzy wieki slawy oddam za chwile szczescia i dziwie sie tylko mojej glupocie, ze kiedys inaczej myslalem." Jakby w odpowiedzi na to spostrzegl po drugiej stronie ulicy Ochockiego; wielki maniak szedl wolno, ze spuszczona glowa i rekoma w kieszeniach. Prosty ten zbieg wypadkow gleboko wstrzasnal Wokulskim; przez chwile uwierzyl nawet w przeczucia i pomyslal z radosnym zdumieniem: "Czy mi to nie zapowiada, ze on bedzie mial slawe Kopernika, a ja - szczescie?... A budujze sobie machiny latajace, tylko zostaw mi swoja kuzynke!... - Coz znowu za przesady?.. - opamietal sie po chwili. - Ja i przesady!..." W kazdym razie bardzo podobalo mu sie zdanie, ze Ochocki bedzie mial niesmiertelna slawe, a on - zywa panne Izabele. Serce napelnila mu otucha. Zartowal z siebie, lecz mimo to czul, ze jakos wiecej ma spokoju i odwagi. "Wiec przypuscmy - mowil - ze w rezultacie po wszystkich moich zabiegach - odtraci mnie... No?... slowo honoru, ze natychmiast wezme utrzymanke i bede z nia siadal w teatrze obok lozy panstwa Leckich. Zacna pani Meliton, a moze i ten... Maruszewicz wynajda mi kobiete majaca podobne do niej rysy (za kilkanascie tysiecy rubli mozna i to nawet znalezc). Od stop do glow owine ja w koronki, zasypie klejnotami, a wtedy przekonamy sie, czy wobec niej nie zblednie panna Izabela. -Niechze sobie potem idzie za maz, chocby za marszalka i barona..." Ale na mysl o zamazpojsciu panny Izabeli opanowala go wscieklosc i rozpacz. W takiej chwili - chcialby caly swiat nabic dynamitem i rozsadzic. Lecz znowu oprzytomnial: "No i coz bym zrobil, gdyby podobalo sie jej wyjsc za maz?... Nie, nawet gdyby podobalo sie jej miec kochankow: raz mego subiekta, drugi raz jakiego oficera, trzeci raz furmana albo lokaja... No i coz bym na to poradzil?..." Poszanowanie cudzej osobistosci i swobody bylo w nim tak wielkie, ze przed nim uginal sie nawet jego obled. "Coz zrobie?... coz zrobie?..." - powtarzal sciskajac dlonmi rozgoraczkowana glowe. Na godzine wpadl do sklepu, zalatwil kilka interesow i wrocil do siebie; o czwartej sluzacy wydobyl mu z komody bielizne i przyszedl fryzjer ogolic go i uczesac. - Coz slychac, panie Fitulski? - zapytal fryzjera. - Nic, a bedzie gorzej; kongres berlinski mysli o zduszeniu Europy, Bismarck o zduszeniu kongresu, a Zydzi - o ogoleniu do reszty nas...opowiadal mlody artysta, piekny jak serafin, zreczny - jakby uciekl z zurnala krawcow. Zawiazal Wokulskiemu recznik na szyi i mydlac mu policzki z szybkoscia piorunu, mowil dalej: - W miescie, panie, cicho do czasu, a zreszta nic. Bylem wczoraj z towarzystwem na Saskiej Kepie, ale coz to, , panie, za ordynaryjna mlodziez!... Poklocili sie w tancu i prosze mego pana wyobrazic sobie...Glowke troche wyzej s'il vous plait... Wokulski podniosl glowe troche wyzej i zobaczyl, ze jego operator nosi zlote spinki przy bardzo brudnych mankietach. - Poklocili sie w tancu - ciagnal elegant blyskajac mu brzytwa przed oczyma - i prosze sobie wyobrazic, ze jeden chcac kopnac drugiego w wystawe - uderzyl dame!... Zrobil sie halas... pojedynek...Mnie naturalnie wybrano na sekundanta i wlasnie bylem dzis w klopocie, bom mial tylko jeden pistolet, kiedy przed polgodzina przychodzi do mnie obrazajacy i mowi, ze nie glupi strzelac sie i ze obrazony - moze mu oddac, byle tylko raz... Glowke na prawo, s'il vous plait... No wie pan, bylem tak oburzony (przed polgodzina), ze porwalem faceta za galeryjke, kolanem w antresole i - won! za drzwi. Z takim blaznen strzelac sie niepodobna, n'est-ce pas?... Teraz na lewo, s'il vous plait . Skonczyl golic, umyl Wokulskiemu twarz i owinawszy go w stroj podobny do smiertelnej koszuli delikwentow, mowil dalej: - Ze tez nigdy u pana dobrodzieja nie spostrzeglem ani sladu kobiety: przychodze przeciez w rozmaitych godzinach... Wzial do rak grzebien i szczotke i zaczal czesac. - Przychodze w rozmaitych godzinach, a oko, panie, mam na te rzeczy... no!... Pomimo to nigdy ani rabka spodniczki, ani pantofelka, ani kawalka wstazki! A przeciez nawet raz u jednego kanonika zdarzylo mi sie widziec gorset; prawda, ze znalazl go na ulicy i wlasnie chcial bezimiennie odeslac do redakcji. A, panie, u oficerow, szczegolniej zas u huzarow!... (Glowke na dol, s'il vous plait...) Czyste zatrzesienie!...U jednego, panie, spotkalem az cztery mlode damy i wszystkie - usmiechniete... Od tej pory, daje slowo honoru, zawsze klaniam mu sie na ulicy, choc mnie opuscil i winien mi piec rubli. Ale, panie, jezeli za krzeslo na koncert Rubinsteina moglem dac szesc rubli, toz bym chyba nie zalowal pieciu rubli dla takiego wirtuoza... Moze by troche poczernic wlosy, je suppose pue oui? - Bardzo panu dziekuje - odparl Wokulski. - Domyslalem sie tego - westchnal fryzjer. - W szanownym panu nie ma sladu pretensji, a to zle!... Znam kilka baletniczek, ktore chetnie zawarlyby z panem stosuneczki, a slowo honoru daje, ze warto! Przeslicznie zbudowane, muskulatura debowa, biust jak materac na sprezynach, ruchy pelne gracji i wcale nie przesadzone wymagania, szczegolniej za mlodu. Bo kobieta, panie, im starsza, tym drozsza, zapewne i dlatego nikt nie ciagnie na szescdziesieciolatki, ze juz nie ma na nie ceny. Rotszyld by zbankrutowal!... Poczatkujacej zas da pan trzy tysiace rubelkow na rok, kilka prezencikow i bedzie panu wierna.:. Ach, te kobietki!... Dostalem przez nie scjatyki, lecz nie moge sie na nie gniewac... Skonczyl swoja sztuke, uklonil sie wedlug najpiekniejszych zasad i wyszedl z usmiechem; patrzac na jego wspaniala mine i portfel, w ktorym nosil szczotki i brzytwy, mozna by go wziac za urzednika z ministerium. Wokulski po jego odejsciu nawet nie pomyslal o mlodych i niewymagajacych baletniczkach; zajmowalo go wielkiej donioslosci pytanie, ktore strescil w dwu wyrazach, frak czy surdut? "Jezeli wloze frak, wyjde na eleganta pilnujacego sie przepisow. ktore mnie w rezultacie nic nie obchodza. A jezeli wloze surdut, moge Leckich obrazic. Zreszta niechze znajdzie sie ktos obcy... Nie ma rady, jezeli zdobylem sie na takie blazenstwa, jak wlasny powoz i kon wyscigowy, to juz frak musze wlozyc!" Tak medytujac smial sie z tej otchlani dziecinstw, do ktorej spychala go znajomosc z panna Izabela. "Ach, moj stary Hopferze! - mowil - o wy, moi koledzy uniwersyteccy i syberyjscy, czy ktory z was wyobrazal sobie mnie zajmujacego sie podobnymi kwestiami?..." Ubral sie w garnitur frakowy i stanawszy przed lustrem uczul zadowolenie. Ten obcisly stroj najlepiej uwydatnial jego atletyczne ksztalty. Konie czekaly od kwadransa i bylo juz wpol do szostej. Wokulski wlozyl lekki paltot i opuscil mieszkanie. Siadajac do powozu byl bardzo blady i bardzo spokojny, jak czlowiek, ktory idzie naprzeciw niebezpieczenstwu. Tego dnia, kiedy Wokulski mial przyjsc na obiad, panna Izabela wrocila od hrabiny o piatej. Byla troche rozgniewana i bardzo rozmarzona, razem - przesliczna. Spotkalo ja dzis szczescie i zawod. Wielki tragik wloski, Rossi, znany jej i ciotce jeszcze z Paryza, przyjechal na wystepy do Warszawy. Natychmiast odwiedzil hrabine i troskliwie wypytywal sie o panne Izabele. Mial byc dzis drugi raz i hrabina specjalnie dla niego zaprosila siostrzenice. Tymczasem Rossi nie przyszedl; przyslal tylko list, w ktorym przepraszal za zawod i usprawiedliwial sie niespodziewana wizyta jakiejs wysoko polozonej osoby. Przed paroma laty, wlasnie w Paryzu, Rossi byl idealem panny Izabeli; kochala sie w nim, i nawet nie kryla swych uczuc, o ile, rozumie sie, bylo to mozliwym dla panienki jej stanowiska. Znakomity artysta wiedzial o tym, bywal co dzien w domu hrabiny, gral i deklamowal wszystko, co mu kazala panna Izabela, a wyjezdzajac do Ameryki ofiarowal jej wloski egzemplarz Romea i Julii z dedykacja: "Mdla mucha wiecej ma mocy, czci i szczescia anizeli Romeo..." Wiadomosc o przybyciu Rossiego do Warszawy i o tym, ze jej nie zapomnial, wzruszyla panne Izabele. Juz o pierwszej w poludnie byla u ciotki. Co chwile wstawala do okna, kazdy turkot przyspieszal bicie jej serca, za kazdym uderzeniem dzwonka drgala; zapominala sie w rozmowie, na twarz jej wystapily silne rumience... No - i Rossi nie przyszedl!... A tak dzis byla piekna. Ubrala sie umyslnie dla niego, w jedwabna sukienke kremowej barwy (z daleka wygladalo to jak zmiete plotno), miala brylantowe kolczyki (nie wieksze od ziarn grochu) w uszach i pasowa roze na ramieniu. I tyle. Ale niech zaluje Rossi, ze jej nie widzial! Po czterogodzinnym oczekiwaniu wrocila do domu oburzona. Mimo jednak gniewu wziela do rak egzemplarz Romea i Julii i przegladajac go myslala : ,,Gdyby tez nagle wszedl tu Rossi?" Nawet byloby lepiej tu niz u hrabiny. Bez swiadkow moglby jej szepnac jakies goretsze slowko; przekonalby sie, ze ona szanuje jego pamiatki, a nade wszystko - przekonalby sie (o czym tak glosno mowi duze lustro), ze w tej sukni, z ta roza i na tym blekitnym fotelu wyglada jak bostwo. Przypomniala sobie, ze na obiedzie ma byc Wokulski, i mimo woli wzruszyla ramionami. Galanteryjny kupiec po Rossim, ktorego podziwial caly swiat, wydal jej sie tak smiesznym, ze po prostu ogarnela ja litosc. Gdyby Wokulski w tej chwili znalazl sie u jej nog, ona moze nawet wsunelaby mu palce we wlosy i bawiac sie nim jak wielkim psem czytalaby te oto skarge Romea przed Laurentym: "Niebo jest tu, gdzie mieszka Julia. Lada pies, kot, lada mysz marna zyje w niebie, moze patrzec na nia; tylko - Romeo nie moze! Mdla mucha wiecej ma mocy, wiecej czci i szczescia anizeli Romeo. Jej wolno dotykac drogiej reki Julii i z plonacych ust krasc niesmiertelne zbawienie. Mucha ma te wolnosc, ale Romeo nie ma, bo on wygnany!... O ksieze, zle duchy wyja, gdy w piekle uslysza ten wyraz; maszze ty serce, ty, swiety spowiednik i przyjaciel, drzec ze mnie pasy tym strasznym slowem - wygnanie..." Westchnela. - Kto wie, ile razy powtarza sobie te zdania wielki tulacz myslac o niej?... I moze nawet nie ma powiernika!... Wokulski moglby byc takim powiernikiem; on chyba wie, jak za nia mozna rozpaczac, bo on narazal dla niej zycie. Odwrociwszy kilka kartek wstecz znowu czytala: "Romeo! czemuz ty jestes Romeo? Rzuc te nazwe albo... przysiegnij byc wiernym mojej milosci, a wtedy ja wypre sie rodu Kapuletow...Zreszta - tylko twoje nazwisko jest dla mnie nieprzyjazne, bos ty w istocie dla mnie nie Monteki... O, wez inna nazwe, bo czym jest nazwa?:.. To, co zwiemy roza, pod inna nazwa rowniez by pachnialo: tak i Romeo, bez nazwy Romeo, przeciezby cala swa wartosc zatrzymal. Wiec, Romeo - rzuc twoja nazwe, a w zamian za to, co nawet nie jest czastka ciebie, wez mnie... ach!... cala..." Jakiez bylo dziwne miedzy nimi podobienstwo: on - Rossi, aktor, a ona - panna Lecka. Rzuc nazwisko, rzuc swoj zawod... Tak, ale cozby wtedy zostalo... Zreszta nawet ksiezniczka krwi moglaby wyjsc za Rossiego i swiat tylko podziwialby jej poswiecenie... Wyjsc za Rossiego?... Dbac o jego garderobe teatralna, a moze przyszywac mu guziki do nocnych koszul?... Panna Izabela wstrzasnela sie. Kochac go bez nadziei - to dosyc...Kochac i czasami porozmawiac z kim o tej tragicznej milosci... Mozeby z panna Florentyna. Nie, ona nie ma dosyc uczucia. Daleko lepiej nadawalby sie do tego Wokulski. Patrzylby jej w oczy, cierpialby za siebie i za nia, ona opowiadalaby mu bolejac nad wlasnym i nad jego cierpieniem i w taki sposob bardzo przyjemnie uplywalyby im godziny. Kupiec galanteryjny w roli powiernika!... Mozna by zreszta zapomniec o tym kupiectwie. W tej samej porze pan Tomasz zakrecajac siwego wasa spacerowal po swym gabinecie i myslal: "Wokulski jest to czlowiek ogromnie zreczny i energiczny! Gdybym mial takiego plenipotenta (tu westchnal), nie pozbylbym sie majatku...No, juz stalo sie: za to dzis go mam... Z kamienicy zostanie mi czterdziesci, nie - piecdziesiat, a moze i szescdziesiat tysiecy rubli... Nie, nie przesadzajmy, niech piecdziesiat tysiecy, no - niechby tylko czterdziesci tysiecy... Dam mu to, on bedzie mi placil z osiem tysiecy rubli rocznie, reszte zas (jezeli interes pojdzie w jego rekach, jak sie spodziewam), reszte procentow - kaze kapitalizowac... Za piec, szesc lat suma podwoi sie, a juz za dziesiec - moze wzrosnac w czwornasob... Bo to w operacjach handlowych pieniadze szalenie sie mnoza... Ale co ja mowie!... Wokulski, jezeli jest naprawde genialnym kupcem, powinien miec i z pewnoscia ma sto za sto. A w takim razie spojrze mu w oczy i powiem bez ogrodki: "Dawaj ty innym, moj dobrodzieju, pietnascie albo dwadziescia procent rocznie, ale nie mnie, ktory sie na tym rozumiem." I on, naturalnie, zobaczywszy, z kim ma do czynienia, zmieknie od razu i moze nawet wykaze taki dochod, o jakim mi sie nie snilo.." Dzwonek w przedpokoju uderzyl dwa razy. Pan Tomasz cofnal sie w glab gabinetu i usiadlszy na fotelu wzial do rak tom przygotowanej na ten cel ekonomii Supinskiego. Mikolaj otworzyl drzwi i za chwile ukazal sie Wokulski. - A... witam!... - zawolal pan Tomasz wyciagajac do niego reke. Wokulski nisko uklonil sie przed bialymi wlosami czlowieka, ktorego rad byl nazywac swoim ojcem. - Siadajze, panie Stanislawie... Moze papierosa?... Prosze cie... Coz tam slychac?... Czytam wlasnie Supinskiego: tega glowa!... Tak, narody nie umiejace pracowac i oszczedzac zniknac musza z powierzchni ziemi...Tylko oszczednosc i praca!... Pomimo to nasi wspolnicy zaczynaja grymasic, co?... - Niech robia, jak im wygodniej - odparl Wokulski. - Ja na nich nie zyskam ani jednego rubla. - Ale ja nie opuszcze cie, panie Stanislawie - rzekl pan Tomasztonem przekonania. I dodal po chwili: - W tych dniach sprzedaje, to jest dopuszczam do sprzedazy mego domu. Mialem z nim duzy klopot: lokatorowie nie placa, rzadcy zlodzieje, a wierzycieli hipotecznych musialem zaspokajac z wlasnej kieszeni. Nie dziw sie, ze mnie to w koncu znudzilo... - Naturalnie - wtracil Wokulski. - Mam nadzieje - ciagnal pan Tomasz - ze zostanie mi z niego piecdziesiat, a chocby czterdziesci tysiecy rubli... - Ile ma pan nadzieje wziac za ten dom? - Sto, do stu dziesieciu tysiecy rubli... Cokolwiek jednakze dostane, tobie oddam, panie Stanislawie. Wokulski pochylil glowe na znak zgody i pomyslal, ze jednak pan Tomasz za swoja kamienice nie dostanie wiecej nad dziewiecdziesiat tysiecy rubli. Tyle bowiem mial w tej chwili do dyspozycji, a nie mogl zaciagac dlugow bez narazania swego kredytu. - Tobie oddam, panie Stanislawie - mowil pan Lecki. - I wlasnie chcialem zapytac sie, czy przyjmiesz?... - Alez rozumie sie... - I jaki mi dasz procent? - Gwarantuje dwudziesty, a jezeli interesa pojda lepiej, to i wyzszy - odparl Wokulski dodajac w duchu, ze wiecej nad pietnascie procent nie moglby dac komu innemu. "Filut!... - pomyslal pan Tomasz. - Sam ma ze sto procentow, a mnie daje dwadziescia..." Glosno jednak rzekl: - Dobrze, kochany panie Stanislawie. Przyjmuje dwadziescia procent, bylebys mi mogl wyplacic z gory. - Bede placil z gory... co pol roku - odpowiedzial Wokulski lekajac sie, azeby pan Tomasz nie wydal pieniedzy zbyt predko. - I na to zgoda - rzekl pan Tomasz tonem wielkiej serdecznosci. - Wszystkie zas zyski - dodal z lekkim akcentem - wszystkie zyski wyzsze nad dwadziescia procent, prosze cie, azebys nie dawal mi ich do reki, chocbym... blagal, rozumiesz?... ale zebys dolaczal do kapitalu. Niech rosnie, prawda?... - Panie prosza - rzekl w tej chwili Mikolaj ukazujac sie we drzwiach gabinetu. Pan Tomasz uroczyscie podniosl sie z fotelu i ceremonialnym krokiem wprowadzil goscia do salonu. Pozniej niejednokrotnie Wokulski usilowal zdac sobie sprawe z salonu i ze sposobu, w jaki tam wszedl; ale calosci faktu nie mogl sobie przypomniec. Pamietal, ze przede drzwiami uklonil sie pare razy panu Tomaszowi, ze potem owionela go jakas mila won, skutkiem czego uklonil sie damie w kremowej sukni z pasowa roza przy ramieniu, a potem - innej damie wysokiej i czarno ubranej, ktora patrzyla na niego z przestrachem. Przynajmniej tak mu sie zdawalo. Dopiero po chwili spostrzegl, ze dama w kremowej sukni byla panna Izabela. Siedziala na fotelu, z nieporownanym wdziekiem pochylona w jego strone, i lagodnie patrzac mu w oczy mowila: - Ojciec moj, jako panski wspolnik, bedzie musial odbyc dluga praktyke, zanim potrafi zadowolnic pana. W jego imieniu prosze o poblazliwosc. Wyciagnela reke, ktorej Wokulski ledwo smial dotknac. - Pan Lecki - odparl - jako wspolnik, potrzebuje miec tylko zaufanego adwokata i buchaltera, ktorzy co pewien czas skontroluja rachunki. Reszta nalezy do nas. Zdawalo mu sie, ze powiedzial cos bardzo glupiego, i zarumienil sie. - Pan musi miec duzo zajecia przy takim magazynie... - wtracila czarno ubrana panna Florentyna i przestraszyla sie jeszcze mocniej. - Nie tak wiele. Do mnie nalezy dostarczanie funduszow obrotowych i zawiazywanie stosunkow z nabywcami i odbiorcami. Rodzajem zas towaru i ocena jego wartosci zajmuje sie administracja sklepu. - Czy to mozna w kazdym razie spuscic sie na obcych - westchnela panna Florentyna. - Mam doskonalego plenipotenta, a zarazem przyjaciela, ktory lepiej prowadzi interesa, nizbym ja to potrafil. - Szczesliwy jestes, panie Stanislawie... - pochwycil pan Lecki. - Nie wyjezdzasz w tym roku za granice? - Chce byc w Paryzu na wystawie. - Zazdroszcze panu - odezwala sie panna Izabela. - Od dwu miesiecy marze tylko o wystawie paryskiej, ale papo jakos nie okazuje sklonnosci do wyjazdu... - Nasz wyjazd calkowicie zalezy od pana Wokulskiego - odpowiedzial ojciec. - Radze ci wiec jak najczesciej zapraszac go na obiad i podawac smaczny, azeby mial dobry humor. - Zareczam, ze ile razy bedzie pan na nas laskaw, sama zajrze do kuchni. Czy jednak dobre checi wystarcza w tym wypadku... - Z wdziecznoscia przyjmuje obietnice - odparl Wokulski. - Nie wplynie to jednak na termin wyjazdu panstwa do Paryza, poniewaz zalezy on tylko od ich woli. - Merci... - szepnela panna Izabela. Wokulski schylil glowe. "Znam ja to "merci"! - pomyslal - placi sie za nie kulami..." - Panstwo pozwola do stolu?... - wtracila panna Florentyna. Przeszli do jadalnego pokoju, gdzie na srodku stal okragly stol nakryty na cztery osoby. Wokulski znalazl sie przy nim miedzy panna Izabela i jej ojcem, naprzeciw panny Florentyny. Juz byl zupelnie spokojny, tak spokojny, ze az go to przerazalo. Opuscil go szal milosci nawet pytal sam siebie: czy ona jest kobieta, ktora kochal?... Bo czy podobna kochac sie tak jak on i siedzac o krok od przyczyny swego obledu czuc taka cisze w duszy, tak niezmierna cisze?... Mysl mial tak swobodna, ze nie tylko dokladnie widzial kazde drgnienie fizjognomii swoich wspolbiesiadnikow, ale jeszcze (co juz bylo zabawne), patrzac na panne Izabele, robil sobie nastepujacy rachunek: "Suknia. Pietnascie lokci surowego jedwabiu po rublu - pietnascie rubli... Koronki z dziesiec rubli, a robota z pietnascie... Razem-czterdziesci rubli suknia, ze sto piecdziesiat rubli kolczyki i dziesiec groszy roza..." Mikolaj zaczal podawac potrawy. Wokulski bez najmniejszego apetytu zjadl kilka lyzek chlodniku, zapil portweinem, potem sprobowal poledwicy i zapil ja piwem. Usmiechnal sie, sam nie wiedzac czemu, i w przystepie jakiejs zakowskiej radosci postanowil robic bledy przy stole. Na poczatek skosztowawszy poledwicy polozyl noz i widelec na podstawce obok talerza. Panna Florentyna az drgnela, a pan Tomasz z wielka werwa poczal opowiadac o wieczorze w Tuileriach, podczas ktorego na zadanie cesarzowej Eugenii tanczyl z jakas marszalkowa menueta. Podano sandacza, ktorego Wokulski zaatakowal nozem i widelcem. Panna Florentyna o malo nie zemdlala, panna Izabela spojrzala na sasiada z poblazliwa litoscia, a pan Tomasz... zaczal takze jesc sandacza nozem i widelcem. "Jacyscie wy glupi!" - pomyslal Wokulski czujac, ze budzi sie w nim cos niby pogarda dla tego towarzystwa. Na domiar odezwala sie panna Izabela, zreszta bez cienia zlosliwosci: - Musi mnie papa kiedy nauczyc, jak sie jada ryby nozem. Wokulskiemu wydalo sie to wprost niesmaczne. "Widze, ze odkocham sie tu przed koncem obiadu..." - rzekl do siebie. - Moja droga - odpowiedzial pan Tomasz corce - niejadanie ryb nozem to doprawdy przesad... Wszak mam racje, panie Wokulski? - Przesad?... nie powiem - rzekl Wokulski. - Jest to tylko przeniesienie zwyczaju z warunkow, gdzie on jest stosowny, do warunkow, gdzie nim nie jest. Pan Tomasz az poruszyl sie na krzesle. - Anglicy uwazaja to prawie za obraze... - wydeklamowala panna Florentyna. - Anglicy maja ryby morskie, ktore mozna jadac samym widelcem; nasze zas ryby osciste moze jedliby innym sposobem... - O, Anglicy nigdy nie lamia form - bronila sie panna Florentyna. - Tak - mowil Wokulski - nie lamia form w warunkach zwyklych, ale w niezwyklych stosuja sie do prawidla: robic, jak wygodniej. Sam zreszta widywalem bardzo dystyngowanych lordow, ktorzy baranine z ryzem jedli palcami, a rosol pili prosto z garnka. Lekcja byla ostra. Pan Tomasz jednak przysluchiwal sie jej z zadowoleniem, a panna Izabela prawie z podziwem. Ten kupiec, ktory jadal baranine z lordami i wyglaszal tak smialo teorie poslugiwania sie nozem przy rybach, urosl w jej wyobrazni. Kto wie, czy teoria nie wydala sie jej wazniejsza anizeli pojedynek z Krzeszowskim. - Wiec pan jest nieprzyjacielem etykiety? - spytala. - Nie. Nie chce tylko byc jej niewolnikiem. - Sa jednak towarzystwa, w ktorych ona przestrzega sie zawsze. - Tego nie wiem. Ale widzialem najwyzsze towarzystwa, w ktorych o niej zapominano w pewnych warunkach. Pan Tomasz lekko schylil glowe; panna Florentyna zsiniala, panna Izabela patrzyla na Wokulskiego prawie zyczliwie. Nawet wiecej niz-prawie... Bywaly mgnienia, w ktorych marzylo sie jej, ze Wokulski jest jakims Harun-al-Raszydem ucharakteryzowanym na kupca. W sercu jej budzil sie podziw, nawet - sympatia. Z pewnoscia ten czlowiek moze byc jej powiernikiem; z nim bedzie mogla rozmawiac o Rossim. Po lodach zupelnie zdetonowana panna Florentyna zostala w jadalni, a reszta towarzystwa przeszla na kawe do gabinetu pana. Wlasnie Wokulski skonczyl swoja filizanke, kiedy Mikolaj przyniosl panu Tomaszowi na tacy list mowiac: - Czeka na odpowiedz, jasnie panie. - Ach, od hrabiny... - rzekl pan Tomasz spojrzawszy na adres. -Pozwolicie panstwo... - Jezeli pan nie ma nic przeciw temu - przerwala panna Izabela usmiechajac sie do Wokulskiego - to przejdziemy do salonu, a ojciec tymczasem odpisze... Wiedziala, ze list ten napisal pan Tomasz sam do siebie; koniecznie bowiem potrzebowal choc pol godziny przedrzemac sie po obiedzie. - Nie obrazi sie pan? - spytal pan Tomasz sciskajac Wokulskiego za reke. Opuscili z panna Izabela gabinet i weszli do salonu. Ona z gracja jej tylko wlasciwa usiadla na fotelu wskazujac mu drugi, zaledwie o pare krokow odlegly. Wokulskiemu, kiedy znalazl sie z nia sam na sam, krew uderzyla do glowy. Wzburzenie spotegowalo sie, gdy spostrzegl, ze panna Izabela patrzy na niego jakims dziwnym wzrokiem, jakby go chciala przeniknac do dna i przykuc do siebie. To juz nie byla ta panna Izabela z kwesty wielkotygodniowej ani nawet z wyscigow; to byla osoba rozumna i czujaca, ktora ma go o cos serio zapytac i chce mu cos szczerego powiedziec. Wokulski byl tak ciekawy tego, co mu powie, i tak stracil wszelka wladze nad soba, ze chyba zabilby czlowieka, ktory by m w tej chwili przeszkodzil. Patrzyl na panne Izabele w milczeniu i czekal. Panna Izabela byla zaklopotana: dawno juz nie doznala takiego zametu uczuc jak w tej chwili. Przez mysl przebiegaly jej zdania: "kupil serwis" - "przegrywal umyslnie w karty do ojca" - "zniewazyl mnie", a potem: "kocha mnie" - "kupil konia wyscigowego" - "pojedynkowal sie" - "jadal baranine z lordami w najwyzszych towarzystwach..." Pogarda, gniew, podziw, sympatia kolejno potracaly jej dusze jak krople gesto padajacego deszczu; na dnie zas tej burzy nurtowala potrzeba zwierzenia sie komus ze swych klopotow codziennych i ze swych rozmaitych powatpiewan, i ze swej tragicznej milosci do wielkiego aktora. "Tak, on moze byc... on bedzie moim powiernikiem!..." - myslala panna Izabela topiac slodkie spojrzenie w zdumionych oczach Wokulskiego i lekko pochylajac sie naprzod, jakby chciala go pocalowac w czolo. Potem ogarnial ja bezprzyczynowy wstyd : cofala sie na porecz fotelu, rumienila sie i z wolna opuszczala dlugie rzesy, jakby ja sen morzyl. Patrzac na gre jej fizjognomii Wokulskiemu przypomnialy sie cudowne falowania zorzy polnocnej i owe dziwne melodie, bez tonow i bez slow, ktore niekiedy odzywaja sie w ludzkiej duszy niby echa lepszego swiata. Rozmarzony, przysluchiwal sie goraczkowemu tykotaniu stolowego zegara i biciu wlasnych pulsow i dziwil sie, ze te dwa tak szybkie zjawiska prawie wloka sie w porownaniu z biegiem jego mysli. "Jezeli jest jakie niebo - mowil sobie - blogoslawieni nie doznaja wyzszego szczescia anizeli ja w tej chwili." Milczenie trwalo juz tak dlugo, ze zaczelo byc nieprzyzwoitym. Panna Izabela opamietala sie pierwsza. - Pan mial - rzekla - nieporozumienie z panem Krzeszowskim. - O wyscigi... - wtracil pospiesznie Wokulski. - Baron nie mogl mi darowac, ze kupilem jego konia... Chwile patrzyla na niego z lagodnym usmiechem. - Potem mial pan pojedynek, ktory... bardzo nas zaniepokoil...-dodala ciszej. - A potem... baron przeprosil mnie - zakonczyla szybko, spuszczajac oczy. - W liscie napisanym z tego powodu do mnie baron mowi o panu z wielkim szacunkiem i przyjaznia... - Jestem bardzo... bardzo szczesliwy.- bakal Wokulski. - Z czego, panie? - Ze okolicznosci zlozyly sie w taki sposob... Baron jest czlowiekiem dystyngowanym... Panna Izabela wyciagnela reke i zostawiwszy ja na chwile w rozpalonej dloni Wokulskiego rzekla: - Pomimo niewatpliwej dobroci barona ja jednak tylko panu dziekuje. Dziekuje... Sa przyslugi, ktorych sie niepredko zapomina, i doprawdy... - tu zaczela mowic wolniej i ciszej - doprawdy, ulzylby pan memu sumieniu zadajac czegos, co by zrownowazylo panska...uprzejmosc... Wokulski puscil jej reke i wyprostowal sie na krzesle. Byl tak odurzony, ze nie zwrocil uwagi na ten maly wyraz "uprzejmosc". - Dobrze - odparl. - Jezeli pani kaze, przyznam sie nawet... do zaslugi. Czy w zamian wolno mi zaniesc prosbe do pani?... - Tak. - A wiec - mowil rozgoraczkowany - prosze o jedno: azebym mogl sluzyc pani, o ile mi sily starcza. Zawsze i we wszystkim. - Panie!... - przerwala z usmiechem panna Izabela - alez to jest podstep. Ja chce splacic jeden dlug, a pan chce mnie zmusic do zaciagania nowych. Czy to wlasciwe?... - Co w tym niewlasciwego?... Alboz nie przyjmuje pani uslug nawet od poslancow publicznych?... - Ale im placi sie za to - odpowiedziala figlarnie patrzac mu w oczy. - I ta tylko jest miedzy mna i nimi roznica, ze im placic potrzeba, a mnie nie wypada. Nawet nie mozna. Panna Izabela krecila glowa. - To, o co prosze - mowil dalej Wokulski - nie przechodzi granicy najzwyklejszych stosunkow ludzkich. Panie zawsze rozkazujecie - my zawsze spelniamy, oto wszystko. Ludzie nalezacy do tej co i pani sfery towarzyskiej wcale nie potrzebowaliby prosic o podobna laske; dla nich jest ona codziennym obowiazkiem, nawet prawem. Ja zas dobijalem sie, a dzisiaj blagam o nia, gdyz spelnianie zlecen pani byloby dla mnie pewnym rodzajem nobilitacji. Boze milosierny! Jezeli furmani i lokaje moga nosic barwy pani, z jakiej racji ja nie mialbym zaslugiwac na ten zaszczyt? - Ach, o tym pan mowi?... Dawac panu mojej szarfy nie potrzebuje; pan sam wzial ja gwaltem. A odbierac?... Juz za pozno, chocby ze wzgledu na list barona. Znowu podala mu reke, ktora Wokulski ze czcia ucalowal. W obocznym pokoju rozlegly sie kroki i wszedl pan Tomasz wyspany, promieniejacy. Jego piekna twarz miala tak serdeczny wyraz, ze Wokulski pomyslal : "Nedznikiem bede, jezeli twoje trzydziesci tysiecy rubli, przyniosa ci dziesieciu tysiecy rocznie." Jeszcze z kwadrans posiedzieli we troje, rozmawiajac o niedawnej zabawie w Dolinie Szwajcarskiej na cel dobroczynny, o przybyciu Rossiego i o wyjezdzie do Paryza. Nareszcie Wokulski z zalem opuscil mile towarzystwo obiecujac przychodzic czesciej i wspolczesnie z nimi jechac do Paryza. - Zobaczy pan, jak tam bedzie wesolo - rzekla panna Izabela na pozegnanie. Bylo juz wpol do dziewiatej wieczorem, kiedy Wokulski wracal do domu. Slonce niedawno zaszlo, lecz silny wzrok mogl juz dopatrzec wieksze gwiazdy przeblyskujace na zlotawolazurowym niebie. Po ulicach rozlegal sie wesoly gwar przechodniow; w sercu Wokulskiego zasiadl radosny spokoj. Przypominal sobie kazdy ruch, kazdy usmiech, kazde spojrzenie i kazdy wyraz panny Izabeli, z podejrzliwa troskliwoscia wyszukujac w nich sladu niecheci albo dumy. Na prozno. Traktowala go jak rownego sobie i jak przyjaciela, zapraszala, aby ich czesciej odwiedzal, ba!... nawet zadala, aby ja o co prosil... "A gdybym sie byl w tej chwili oswiadczyl - przyszlo mu na mysl - to co?..." I pilnie wpatrywal sie w rysy jej widma, ktore mu napelnialo dusze; ale - znowu nie dostrzegl ani sladu niecheci. Owszem - figlarny usmiech. "Odpowiedzialaby - myslal - ze za malo jeszcze sie znamy, ze powinienem zasluzyc na nia... Tak... niezawodnie tak by odpowiedziala" - powtarzal, ciagle przypominajac sobie niewatpliwe oznaki sympatii. "W ogole - mowil - bylem niesprawiedliwie uprzedzony do wielkich panow. A oni sa przecie takimi jak i my ludzmi; moze nawet maja wiecej subtelnych uczuc. Wiedzac, ze jestesmy goniacymi za zyskiem gburami, unikaja nas. Ale poznawszy w nas uczciwe serca, przygarniaja do siebie... Coz to za rozkoszna zona moze byc z takiej kobiety! Naturalnie, ze powinienem na nia zasluzyc. Jeszcze jak!..." I pod wplywem tych mysli czul, ze budzi sie w nim jakas wielka zyczliwosc, ktora ogarnia naprzod dom Leckich, potem dalsza ich rodzine, potem jego sklep i wszystkich ludzi, ktorzy w nim pracowali, potem wszystkich kupcow, ktorzy mieli z nim stosunki, a nareszcie - caly kraj i cala ludzkosc. Zdawalo sie Wokulskiemu, ze kazdy uliczny przechodzien jest jego krewnym, blizszym lub dalszym; wesolym lub smutnym. I niewiele brakowalo, azeby stanawszy na chodniku zaczepial jak zebrak ludzi i pytal: "Moze ktory z was czego potrzebuje?... Zadajcie, rozkazujcie, prosze was... w j e j imieniu..." "Podle mi dotychczas zycie schodzilo - mowil sobie. - Bylem egoista. Ochocki - oto wspaniala dusza: chce przypiac skrzydla ludzkosci i dla tej idei zapomina o wlasnym szczesciu. Slawa, naturalnie, jest glupstwem, ale praca dla pomyslnosci ogolu - to grunt... - A potem dodal z usmiechem: - Ta kobieta juz zrobila ze mnie bogacza i czlowieka z reputacja, lecz jezeli uprze sie, zrobi ze mnie - czy ja wiem co?... Chyba swietego meczennika, ktory swoja prace, nawet zycie odda dla dobra innych... Naturalnie, ze oddam, gdy ona tego zechce!..." Sklep jego byl juz zamkniety, ale przez otwory okiennic wygladalo swiatlo. Cos jeszcze robia" - pomyslal Wokulski. Skrecil w brame i przez tylne drzwi wszedl do sklepu. Na progu zetknal sie z wychodzacym Zieba, ktory pozegnal go niskim uklonem; w glebi zas sklepu bylo jeszcze kilka osob. Klejn wdrapywal sie na drabinke, azeby cos poprawic na polkach. Lisiecki ubieral sie w palto, za kantorem nad ksiega siedzial Rzecki, a przed, nim stal jakis czlowiek plakal. - Stary jedzie! - zawolal Lisiecki. Rzecki przyslaniajac oczy reka spojrzal na Wokulskiego; Klejn uklonil mu sie pare razy ze szczytu drabinki, a placzacy czlowiek zwrocil sie nagle i z glosnym jekiem objal go za nogi. - Co to jest?... - spytal zdziwiony Wokulski poznajac w placzacym starego inkasenta Obermana. - Zgubil czterysta kilkadziesiat rubli - odparl Rzecki surowo. - Naturalnie, ze nie bylo naduzycia, glowe dam za to, ale i firma tracic nie moze, tym bardziej ze pan Oberman ma u nas kilkaset rubli oszczednosci. Jedno wiec z dwojga - prawil rozdrazniony Rzecki - albo pan Oberman zaplaci, albo pan Oberman straci miejsce... Piekne robilibysmy interesa majac wszystkich takich inkasentow jak pan Oberman... - Zaplace, panie - mowil szlochajac inkasent - zaplace, ale niech mi pan rozlozy choc na pare lat. Toz te piecset rubli, co mam u panow, to moj caly majatek. Chlopiec skonczyl szkoly i chce uczyc sie na doktora, a i starosc za pasem... Bog i pan wie, co sie czlowiek napracuje, nim zbierze taki grosz... Musialbym sie drugi raz urodzic, azeby znowu go zebrac... Klejn i Lisiecki, obaj ubrani, czekali na wyrok pryncypala. - Tak - odezwal sie Wokulski - firma nie moze tracic. Oberman zaplaci. - Slucham pana - wyszeptal nieszczesliwy inkasent. Panowie Klejn i Lisiecki pozegnali sie i wyszli. Za nimi, wzdychajac zabieral sie i Oberman do opuszczenia sklepu. Lecz gdy zostali tylko we trzech, Wokulski dodal szybko: - Oberman, zaplacisz, a ja ci zwroce... Inkasent rzucil mu sie do nog. - Za pozwoleniem!... za pozwoleniem - przerwal Wokulski podnoszac go. - Jezeli slowko powiesz komu o naszym ukladzie, cofne prezent, uwazasz, Oberman?... Inaczej wszyscy zechca gubic pieniadze. Idz wiec do domu i milcz... - Rozumiem. Niech Bog zeszle na pana wszystko najlepsze-odparl inkasent i wyszedl, na prozno starajac sie ukryc radosc. - Juz zeslal najlepsze - rzekl Wokulski myslac o pannie Izabeli. Rzecki byl niekontent. - Wiesz, moj Stachu - odezwal sie, gdy zostali sami - ze lepiej zrobisz nie mieszajac sie do sklepu. Z gory wiedzialem, ze calej sumy nie kazesz mu zwracac; ja sam nie zadalbym tego., Ale ze sto rubli, tytulem kary, powinien byl galgan zaplacic... Zreszta, pal diabli, mozna mu bylo i wszystko darowac: ale nalezalo choc z pare tygodni utrzymac w niepewnosci... Inaczej lepiej od razu zamknac bude. Wokulski smial sie. - Lekalbym sie - odparl - gniewu boskiego, gdybym w takim dniu skrzywdzil czlowieka. - W jakim dniu?... - spytal Rzecki, szeroko otwierajac oczy. - Mniejsza o to. Dzis dopiero widze, ze trzeba byc litosciwym. - Byles nim zawsze i az zanadto - oburzyl sie pan Ignacy-i przekonasz sie, ze dla ciebie ludzie takimi nie beda. - Juz sa - rzekl Wokulski i podal mu reke na pozegnanie. - Juz sa?... - powtorzyl pan Ignacy przedrzezniajac go. - Juz sa!... Nie zycze ci, abys potrzebowal kiedy wystawiac na probe ich wspolczucia... - Mam je bez prob. Dobranoc. - Masz!... masz!:. Zobaczymy, jak ono bedzie wygladalo w razie potrzeby. Dobranoc, dobranoc... - mowil stary subiekt, z halasem chowajac ksiegi. Wokulski szedl do swego mieszkania i myslal: "Trzeba nareszcie zlozyc wizyte Krzeszowskiemu... Pojde jutro...W calym znaczeniu przyzwoity czlowiek... przeprosil panne Izabele. Jutro podziekuje mu i - niech mnie licho wezmie - jezeli nie sprobuje dopomoc. Choc z takim prozniakiem i letkiewiczem ciezka sprawa...Ale mniejsza o to, sprobuje... On przeprosil panne Izabele, ja wydobede go z dlugow." Uczucia spokoju i niezachwianej pewnosci tak w tej chwili gorowaly nad wszelkimi innymi w duszy Wokulskiego, ze gdy wrocil do domu, zamiast marzyc (co mu sie zwykle zdarzalo), wzial sie do roboty. Wydobyl gruby kajet, juz w wiekszej czesci zapisany, potem ksiazke z polsko-angielskimi cwiczeniami i zaczal pisac zdania wymawiajac je polglosem i usilujac jak najdokladniej nasladowac nauczyciela swego, pana Wiliama Colinsa. W kilkuminutowych zas przerwach myslal to o jutrzejszej wizycie u barona Krzeszowskiego i o sposobie wydobycia go z dlugow, to o Obermanie, ktorego wybawil z nieszczescia. "Jezeli blogoslawienstwo ma jaka wartosc - mowil do siebie-caly kapital blogoslawienstw Obermana, wraz ze skladanym procentem, ceduje jej..." Potem przyszlo mu na mysl, ze nie jest to zbyt swietnym prezentem dla panny Izabeli - uszczesliwic jednego tylko czlowieka. Calego swiata - nie moze; ale warto by z okazji blizszego poznania sie z panna Izabela podzwignac bodaj kilka osob. "Drugim bedzie Krzeszowski - myslal - ale ratowac takich zuchow - zadna zasluga... Aha!..." Uderzyl sie reka w czolo i porzuciwszy cwiczenia angielskie wydobyl archiwum swoich korespondencyj prywatnych. Byla to safianowa okladka, gdzie podlug dat umieszczal nadchodzace listy, ktorych spis znajdowal sie na poczatku. "Aha! - mowil - list mojej magdalenki i jej opiekunek, stronica szescset trzy..." Znalazl stronice i z uwaga przeczytal dwa listy: jeden pisany elegancko, drugi - jakby go kreslila dziecinna reka. W pierwszym zawiadomiono go, ze taka to a taka Maria, niegdys dziewczyna zlego prowadzenia, obecnie nauczyla sie szyc bielizny, krawiectwa i odznacza sie poboznoscia, posluszenstwem, lagodnoscia i dobrymi obyczajami. W drugim liscie sama owa Maria... dziekowala mu za dotychczasowa pomoc i prosila tylko o wyszukanie jakiego zajecia. "Niech juz wielmozny i dobrotliwy pan - pisala - kiedy z laski Boga ma takie duze fundusze, na mnie grzeszna ich nie wydaje. Bo ja teraz sama sobie poradze, bylem miala o co rece zaczepic, a ludzi, co potrzebuja gorzej niz ja, nieszczesliwa, zhanbiona, w Warszawie nie brak..." Wokulskiemu przykro sie zrobilo, ze podobna prosba kilka dni czekala na odpowiedz. Natychmiast odpisal i zawolal sluzacego. - List ten - rzekl - odeslesz rano do magdalenek... - Zrobi sie - odparl sluzacy usilujac zapanowac nad ziewaniem. - Sprowadzisz mi takze furmana Wysockiego, tego z Tamki, wiesz?... - O jeszcze nie mialbym wiedziec. Ale pan slyszal... - Tylko zeby mi tu przyszedl z rana... - O!... czemu nie. Ale pan slyszal, ze Oberman zgubil wielkie pieniadze? Byl tu z wieczora i przysiegal, ze zabije sie albo zrobi sobie co zlego, jezeli pan nie okaze nad nim litosci. Ja mowie: "Nie badzcie glupi, nie zabijajcie sie, poczekajcie... Nasz stary ma mietkie szercze..."A on gada: "Ja se tez tak kalkuluje, ale zawsze bedzie heca, bo mi choc troche straca, a tu syn idzie na medyka, a tu starosc chwyta czlowieka za poly..." - Prosze cie, idz spac - przerwal mu Wokulski. - Pojsc pojde - odparl z gniewem sluzacy - ale u pana to taka sluzba, ze gorzej niz w kryminale: nawet szpac nie mozna isc, kiedy sie chce... Zabral list i wyszedl. Na drugi dzien okolo dziewiatej rano sluzacy obudzil Wokulskiego, donoszac mu, ze czeka Wysocki. - Niech no wejdzie. Po chwili wszedl furman. Byl przyzwoicie ubrany, mial czerstwa cere i wesole spojrzenie. Zblizyl sie do lozka i ucalowal Wokulskiemu rece. - Moj Wysocki, podobno przy twoim mieszkaniu jest wolny pokoj? - A tak, wielmozny panie, bo mi stryjek umarl, a jego bestie lokatory nie chcialy placic, wiecem wygnal. Na wodke to lobuz ma, a na komorne go nie stac... - Ja wynajme od ciebie ten pokoj - mowil Wokulski - tylko trzeba go odczyscic... Furman patrzyl na Wokulskiego zdziwiony. - Bedzie tam mieszkac mloda szwaczka - mowil dalej Wokulski. - Niech stoluje sie u was, niech jej twoja zona pierze bielizne...Niech zobaczy czego jej brak? Na sprzety i na bielizne ja dam pieniedzy... Potem bedziecie uwazali, czy nie sprowadza kogo do domu... - O ni! - zawolal z ozywieniem furman. - Ile razy bedzie wielmoznemu panu potrzebna, ja ja sam zawiode; ale zeby kto zas z miasta - to ni!... Z takiego interesu wielmozny pan moglby sie tylko nabawic nieszczescia... - Glupis, moj Wysocki. Ja jej widywac nie potrzebuje. Byle byla porzadna w domu, schludna, pracowita, to niech sobie chodzi, gdzie chce. Tylko niech do niej nie chodza. Wiec rozumiesz: trzeba w pokoju odswiezyc sciany, umyc podloge, kupic sprzety tanie, ale nowe i dobre, znasz sie na tym?... - I jak jeszcze. Ilem sie w zyciu mebli nawozil... - Dobrze. A twoja zona niech zobaczy, co jej potrzeba z bielizny i odzienia, i da mi znac. - Rozumiem wszystko, wielmozny panie - odparl Wysocki, znowu calujac go w reke. - Ale... A coz z twoim bratem?... - Niezgorzej, wielmozny panie. Siedzi, dziekowac Bogu i wielmoznemu panu, w Skierniewicach, ma grunt, najal parobka i tera z niego wielki pan. Za pare lat jeszcze ziemi dokupi, bo stoluje sie u niego jeden droznik i stroz, i dwa smarowniki. Nawet mu tera kolej pensji dodala... Wokulski pozegnal furmana i zaczal sie ubierac. "Chcialbym przespac ten czas, dopoki znowu jej nie zobacze" - myslal Wokulski. Do sklepu nie chcialo mu sie isc. Wzial jakas ksiazke i czytal postanawiajac sobie miedzy pierwsza i druga wybrac sie do barona Krzeszowskiego. O jedenastej w przedpokoju rozlegl sie dzwonek i trzask otwieranych drzwi. Wszedl sluzacy. - Jakas panna czeka... - Pros do sali - rzekl Wokulski. W sali zaszelescila kobieca suknia. Wokulski, stanawszy na progu, zobaczyl swoja magdalenke. Zdumialy go nadzwyczajne zmiany w niej. Dziewczyna byla czarno ubrana, miala bladawa, ale zdrowa cere i niesmiale spojrzenie. Spostrzeglszy Wokulskiego zarumienila sie i zaczela drzec. - Niech pani siadzie, panno Mario - odezwal sie wskazujac jej krzeslo. Usiadla na brzegu aksamitnego sprzetu, jeszcze mocniej zawstydzona. Powieki szybko zamykaly sie jej i otwieraly; patrzyla w ziemie, a na rzesach jej blysnely krople lez. Inaczej wygladala przed dwoma miesiacami. - Wiec juz pani umie krawieczyzne, panno Mario? - Tak. - I gdziez pani ma zamiar umiescic sie? - Moze by do jakiego magazynu albo w sluzbe... do Rosji... - Dlaczegoz tam? - Tam podobno latwiej dostac robote, a tu... ktoz mnie przyjmie? - szepnela. - A gdyby tu jaki sklad bral u pani bielizne, czy nie oplaciloby sie zostac? - O tak... Ale tu trzeba miec wlasna maszyne i mieszkanie; i wszystko... Kto tego nie ma, musi isc w sluzbe. Nawet glos jej sie zmienil. Wokulski pilnie przypatrywal sie jej, nareszcie rzekl: - Zostanie pani tymczasem w Warszawie. Mieszkac bedzie pani na Tamce, przy rodzinie furmana Wysockiego. To bardzo dobrzy ludzie. Pokoj bedzie pani miala osobny, stolowac sie bedzie pani u nich, a maszyna i wszystko, co sie okaze potrzebnym do szycia bielizny, znajdzie sie takze. Rekomendacje do skladu bielizny dam pani, a po paru miesiacach zobaczymy, czy utrzyma sie pani z tej roboty. - Oto adres Wysockich. Prosze tam zaraz pojsc, kupic z Wysocka sprzety, dopilnowac, azeby uporzadkowali pokoj. Maszyne przysle pani jutro... A oto pieniadze na zagospodarowanie sie. Pozyczam je; zwroci mi je pani ratami, jak juz zacznie isc robota. Podal jej kilkadziesiat rubli zawinietych w kartke do Wysockiego. A kiedy ona wahala sie, czy ma brac, wcisnal jej zwitek w reke i rzekl: - Prosze, bardzo prosze natychmiast isc do Wysockich. Za pare dni on przyniesie pani list do skladu bielizny. W naglym wypadku prosze odwolac sie do mnie. Zegnam pania... Uklonil sie i cofnal do swego gabinetu. Dziewczyna chwile jeszcze postala na srodku sali; potem otarla lzy i wyszla pelna jakiegos uroczystego zdziwienia. "Zobaczymy, jak powiedzie sie jej w nowych warunkach" - rzekl do siebie Wokulski i znowu zasiadl do czytania. O pierwszej w poludnie udal sie Wokulski do barona Krzeszowskiego, po drodze wyrzucajac sobie, ze tak pozno sklada wizyte swojemu eks-przeciwnikowi. "Mniejsza o to - pocieszal sie. - Nie moglem go przecie nachodzic, kiedy byl chory. A bilet poslalem." Zblizywszy sie do domu, w ktorym lokowal sie baron, Wokulski mimochodem zauwazyl, ze sciany kamienicy maja tak niezdrowa barwe zielonawa, jak Maruszewicz zoltawa, i ze rolety w mieszkaniu Krzeszowskiego sa podniesione: "Widac juz zdrow - myslal. - Nie wypada jednak od razu pytac o jego dlugi. Zrobie to za druga lub trzecia wizyta; potem, splace lichwiarzy i biedny baron odetchnie. Nie moge byc obojetnym dla czlowieka, ktory przeprosil panne Izabele..." Wszedl na pietro i zadzwonil. W mieszkaniu slychac bylo kroki, ale nie spieszono sie z otwieraniem. Zadzwonil drugi raz. Chodzenie, a nawet przesuwanie sprzetow odbywalo sie w dalszym ciagu za drzwiami, ale znow nie otwierano. Zniecierpliwiony, szarpnal dzwonek tak gwaltownie, ze o malo go nie urwal. Wowczas dopiero zblizyl sie ktos do drzwi i poczal flegmatycznie zdejmowac lancuszek, krecic kluczem i odciagac zasuwke mruczac: - Widac swoj... Zyd by tak nie dzwonil... Nareszcie otworzyly sie drzwi i stanal w progu lokaj Konstanty. Na widok Wokulskiego przymruzyl oczy i wysunawszy dolna warge spytal: - A co to?... Wokulski odgadl, ze nie cieszy sie laskami wiernego slugi, ktory byl przy pojedynku. - Pan baron w domu? - spytal. - Pan baron lezy chory i nikogo nie przyjmuje, bo teraz jest doktor. Wokulski wydobyl swoj bilet i dwa ruble. - Kiedyz mniej wiecej mozna odwiedzic pana? - Bardzo, bardzo nie zaraz... - odparl troche lagodniej Konstanty. - Bo pan jest chory z postrzalu i doktorzy kazali mu dzis - jutro jechac do cieplych krajow albo na wies. - Wiec przed wyjazdem nie mozna widziec sie?... - O, wcale nie mozna... - Doktorzy ostro nakazali nie przyjmowac nikogo. Pan ciagle w goraczce... Dwa stoliki do kart, z ktorych jeden mial zlamana noge, a drugi gesto zapisane sukno, tudziez kandelabry z niedopalkami swiec woskowych kazaly powatpiewac o dokladnosci patologicznych okreslen Konstantego. Mimo to Wokulski jeszcze dodal mu rubla i odszedl, bynajmniej niezadowolony z przyjecia. "Moze baron - myslal - po prostu nie chce mojej wizyty? Ha! w takim razie niech placi lichwiarzom i zabezpiecza sie od nich az czterema sposobami zamkniec..." , Wrocil do siebie. Baron istotnie mial zamiar wyjechac na wies i nie byl zdrow, ale i nie tak chory. Rana w policzku goila mu sie bardzo powoli; nie dlatego, azeby miala byc ciezka, ale ze organizm pacjenta byl mocno podszarpany. W chwili wizyty Wokulskiego baron byl wprawdzie obwiazany jak stara kobieta na mrozie, ale nie lezal w lozku, tylko siedzial na fotelu i mial przy sobie nie doktora, ale hrabiego Licinskiego. Wlasnie narzekal przed hrabia na oplakany stan zdrowia. - Niech diabli wezma - mowil - tak podle zycie! Ojciec zostawil mi wprawdzie pol miliona rubli w dziedzictwie, ale zarazem cztery choroby, z ktorych kazda warta milion... Co za niewygoda bez binoklil...No i wyobraz sobie hrabia: pieniadze rozeszly sie, ale choroby zostaly. Ze zas ja sam dorobilem sobie pare nowych chorob i troche dlugow, wiec - sytuacja jasna: bylem sie szpilka zadrasnal, musze posylac po trumne i rejenta. - Tek! - odezwal sie hrabia. - Nie sadze jednak, azebys pan w podobnej sytuacji rujnowal sie na rejentow. - Wlasciwie to mnie rujnuja komornicy... Baron, opowiadajac, niecierpliwie chwytal odglosy dolatujace go z przedpokoju, ale - nic nie mogl zmiarkowac. Dopiero gdy uslyszal zamykanie drzwi, zasuwanie zatrzasku i zakladanie lancucha, nagle wrzasnal: - Konstanty ... Po chwili wszedl sluzacy nie zdradzajac zbytecznego pospiechu. - Kto byl?... Pewnie Goldcygier... Powiedzialem ci, azebys z tym lotrem nie wdawal sie w zadne rozprawy, tylko porwal za leb i zrzucil ze schodow. Wyobraz pan sobie - zwrocil sie do Licinskiego - ten podly Zyd nachodzi mnie ze sfalszowanym wekslem na czterysta rubli I ma bezczelnosc zadac zaplaty!... - Trzeba wytoczyc proces, tek... - Ja nie wytocze... Nie jestem prokuratorem, ktory ma obowiazek scigac falszerzy. Zreszta nie chce dawac inicjatywy do gubienia jakiegos zapewne biedaka, ktory zabija sie praca nad nasladowaniem cudzych podpisow... Czekam wiec, azeby Goldcygier wystapil z akcja, a dopiero wowczas nikogo nie oskarzajac przyznam, ze to nie moj podpis. - A wlasnie, ze to nie byl Goldcygier - odezwal sie Konstanty. - Wiec kto?... Rzadca... moze krawiec?... - Nie... Ten pan... - rzekl sluzacy i podal bilet Krzeszowskiemu. - Porzadny czlowiek, alem go wygnal, kiedy tak pan baron kazal... - Co?.- spytal zdziwiony hrabia spogladajac na bilet. - Nie kazales pan przyjmowac Wokulskiego?... - Tak - potwierdzil baron. - Licha figura, a przynajmniej... nie do towarzystwa... Hrabia Licinski z pewnym akcentem poprawil sie na fotelu. - Nie spodziewalem sie uslyszec takiego zdania o tym panu... od pana... Tek... - Nie bierz pan tego, co mowie, w jakims hanbiacym znaczeniu - pospieszyl objasnic baron. - Pan Wokulski nie zrobil nic podlego, tylko... takie male swinstewko, ktore moze uchodzic w handlu, ale nie w towarzystwie... Hrabia z fotelu, a Konstanty z progu uwaznie przypatrywali sie Krzeszowskiemu. - Sam hrabia osadz - mowil dalej baron. - Klacz moja ustapilem pani Krzeszowskiej (przed Bogiem i ludzmi prawnie zaslubionej mi malzonce) za osiemset rubli. Pani Krzeszowska na zlosc mnie (nie wiem nawet za co!) postanowila koniecznie ja sprzedac. No i trafil sie nabywca, pan Wokulski, ktory korzystajac z afektu kobiety postanowil zarobic na klaczy... dwiescie rubli!... dal bowiem za nia tylko szescset... - Mial prawo, tek - wtracil hrabia. - Eh! Boze... Wiem, ze mial prawo... Ale czlowiek, ktory dla pokazania sie wyrzuca tysiace rubli, a gdzies w kacie zarabia na histeryczkach po dwadziescia piec procent, taki czlowiek nie jest smaczny... To nie dzentelmen... Zbrodni nie popelnil, ale... jest tak nierowny w stosunkach, jak ktos, kto rozdajac znajomym w prezencie dywany i szale wyciagalby nieznajomym chustki do nosa. Zaprzeczy pan temu... Hrabia milczal i dopiero po chwili odezwal sie: - Tek!... Czy to jednak pewne? - Najpewniejsze. Uklady miedzy pania Krzeszowska i tym panem prowadzil moj Maruszewicz i wiem to od niego. - Tek. W kazdym razie pan Wokulski jest dobrym kupcem i nasza spolke poprowadzi... - Jezeli was nie okpi... Tymczasem Konstanty, wciaz stojac na progu, zaczal z politowaniem kiwac glowa, az zniecierpliwiony odezwal sie: - Eh!... co tez pan wygaduje... Tfy... zupelnie jak dziecko... Hrabia spojrzal na niego ciekawie, a baron wybuchnat: - A ty co, blaznie, odzywasz sie, kiedy cie nie pytaja?... - Naturalnie, ze sie odzywam, bo pan i gada, i robi calkiem jak dziecko...,ja jestem tylko lokaj, ale przecie wolalbym wierzyc takiemu, co mi daje dwa ruble za wizyte, anizeli takiemu, co ode mnie po trzy ruble pozycza i wcale nie spieszy sie z oddawaniem. Ot, co jest, dzis pan Wokulski dal mi dwa ruble, a pan Maruszewicz... - Won!... - wrzasnal baron chwytajac za karafke, na widok ktorej Konstanty uznal za pozyteczne oddzielic sie od swego pana gruboscia drzwi. - A to lotr fagas!... - dodal baron, widocznie bardzo zirytowany. - Pan ma slabosc do tego Maruszewicza? - spytal hrabia. - Ale bo to poczciwy chlopak... Z jakich on mnie sytuacji nie wyprowadzal... ile daje mi dowodow nieledwie psiego przywiazania ... - Tek!... - mruknal zamyslony hrabia. Posiedzial jeszcze kilka minut, nic nie mowiac, i nareszcie pozegnal barona. Idac do domu hrabia Licinski kilka razy powracal mysla do Wokulskiego. Uwazal za rzecz naturalna, ze kupiec zarabia nawet na wyscigowym koniu; swoja droga czul jakis niesmak do podobnych operacyj, a juz calkiem mial za zle Wokulskiemu, ze wdaje sie z Maruszewiczem, figura co najmniej podejrzana. "Zwyczajnie, zbogacony parweniusz! - mruknal hrabia. - Przedwczesnie zachwycalismy sie nim, chociaz... spolke moze prowadzic...Rozumie sie, przy pilnej kontroli z naszej strony." W pare dni, okolo dziewiatej rano, Wokulski odebral dwa listy: jeden od pani Meliton, drugi od ksiazecego adwokata. Niecierpliwie otworzyl pierwszy, w ktorym pani Meliton napisala tylko te slowa: "Dzis w Lazienkach o zwyklej godzinie." Przeczytal go pare razy, po czym z niechecia wzial sie do listu adwokata, ktory zapraszal go rowniez dzisiaj na godzine jedenasta rano na konferencje w sprawie kupna domu Leckich. Wokulski gleboko odetchnal; mial czas. Punkt o jedenastej byl w gabinecie mecenasa, gdzie juz zastal starego Szlangbauma. Mimo woli zauwazyl, ze siwy Zyd bardzo powaznie wyglada na tle brazowych sprzetow i obic i ze mecenasowi jest bardzo do twarzy w pantoflach z brazowego safianu. - Pan ma szczescie, panie Wokulski - odezwal sie Szlangbaum. - Ledwie panu zachcialo sie kupic dom, a juz domy ida w gore. Ja powiadam, slowo daje, ze pan w pol roku odzyska swoj naklad na te kamienice i jeszcze co zarobi! A ja przy panu... - Myslisz pan? - odparl niedbale Wokulski. - Ja nie mysle - mowil Zyd - ja juz zarabiam. Wczoraj adwokat pani baronowej Krzeszowskiej pozyczyl ode mnie dziesiec tysiecy rubli do Nowego Roku i dal osiemset rubli procentu. - Coz to, i ona juz nie ma pieniedzy? - spytal Wokulski adwokata. - Ma w banku dziewiecdziesiat tysiecy rubli, ale na tym baron polozyl areszt. Piekna napisali intercyze, co?... - zasmial sie adwokat. - Maz kladzie areszt na pieniadzach bedacych niewatpliwa wlasnoscia zony, z ktora toczy proces o separacje... Ja, co prawda, takich intercyz nie pisywalem, cha, cha!... - smial sie adwokat ciagnac dym z wielkiego bursztyna. - Na coz baronowa pozycza od pana te dziesiec tysiecy, panie Szlangbaum? - rzekl Wokulski. - Pan nie wie? - odparl Zyd. - Domy ida w gore, i adwokat wytlumaczyl pani baronowej, ze kamienicy pana Leckiego nie kupi taniej niz za siedemdziesiat tysiecy rubli. Ona wolalaby kupic ja za dziesiec tysiecy, no, ale co zrobi?... Mecenas usiadl przed biurkiem i zabral glos. - Zatem, szanowny panie Wokulski, kamienice panstwa Leckich (lekko schylil glowe) kupuje, w imieniu panskim, nie ja, tylko obecny tu (uklonil sie) pan S. Szlangbaum - Moge kupic, czemu nie - szepnal Zyd. - Ale za dziewiecdziesiat tysiecy rubli, nie taniej - wtracil Wokulski - i przez li-cy-ta-cje... - dodal z naciskiem. - Czemu nie? To nie moje pieniadze!.. Chce pan placic, bedzie pan mial konkurentow do licytacji... Zebym ja mial tyle tysiecy, ile tu w Warszawie, mozna wynajac do kazdy interes bardzo porzadne osoby i katoliki, to ja bym byl bogatszy od Rotszylda. -Wiec beda porzadni konkurenci - powtorzyl mecenas. - Doskonale. Teraz ja oddam panu Szlangbaumowi pieniadze... - To niepotrzebne - wtracil Zyd. - A nastepnie spiszemy akcik, moca ktorego pan S. Szlangbaum zaciaga od wielmoznego S. Wokulskiego dlug w kwocie dziewiecdziesieciu tysiecy rubli i takowy zabezpiecza na nowo nabytej przez siebie kamienicy. Gdyby zas pan S. Szlangbaum do dnia 1 stycznia 1879 roku powyzszej sumy nie zwrocil... - I nie wroce. - W takim razie kupiona przez niego kamienica po jasnie wielmoznych Leckich przechodzi na wlasnosc wielmoznego S. Wokulskiego. - W tej chwili moze przejsc... Ja nawet do niej nie zajrze - odparl Zyd machajac reka. - Wybornie! - zawolal mecenas. - Na jutro bedziemy mieli akcik, a za tydzien... dziesiec dni, kamienice. Bodajbys pan tylko nie stracil na niej z kilkunastu tysiecy rubli, szanowny panie Stanislawie. - Tylko zyskam - odparl Wokulski i pozegnal mecenasa i Szlangbauma. - Ale, ale... - pochwycil mecenas odprowadziwszy Wokulskiego do salonu. - Nasi hrabiowie tworza spolke, tylko nieco zmniejszaja udzialy i zadaja bardzo szczegolowej kontroli interesu. - Maja racje. - Szczegolniej ostroznym okazuje sie hrabia Licinski. Nie rozumiem, co sie z nim stalo... - Daje pieniadze, wiec jest ostrozny. Dopoki dawal tylko slowo, byl smielszy... - Nie, nie, nie!... - przerwal mu adwokat. - W tym cos jest i ja to wysledze... Ktos nam buty uszyl... - Nie wam, ale mnie - usmiechnal sie Wokulski. - W rezultacie, wszystko mi jedno i nawet wcale bym sie nie gniewal, gdyby panowie ci nie przystepowali do spolki... Jeszcze raz pozegnal adwokata i pobiegl do sklepu. Tam znalazlo sie kilka waznych interesow, ktore zatrzymaly go nadspodziewanie dlugo. Dopiero o wpol do drugiej byl w Lazienkach. Surowy chlod parku, zamiast uspokoic, podniecal go. Biegl tak szybko, ze chwilami przychodzilo mu na mysl: czy nie zwraca uwagi przechodniow? Wtedy zwalnial kroku i czul, ze niecierpliwosc piersi mu rozsadza. "Juz ich pewno nie spotkam!" - powtarzal z rozpacza. Tuz nad sadzawka, na tle zielonych klombow, spostrzegl popielaty plaszczyk panny Izabeli. Stala nad brzegiem w towarzystwie hrabiny i ojca i rzucala pierniki labedziom, z ktorych jeden nawet wyszedl z wody na swoich brzydkich lapach i umiescil sie u stop panny Izabeli. Pierwszy zobaczyl go pan Tomasz. - Coz za wypadek! - zawolal do Wokulskiego. - Pan o tej porze w Lazienkach?.. Wokulski uklonil sie paniom zauwazywszy z rozkosznym zdziwieniem rumieniec na twarzy panny Izabeli. - Bywam tu, ile razy przepracuje sie... To jest dosyc czesto... - Szanuj sily, panie Wokulski... - ostrzegl go pan Tomasz; uroczyscie grozac palcem... - A propos - dodal polglosem - wyobraz pan sobie, ze za moja kamienice juz baronowa Krzeszowska chce dac siedemdziesiat tysiecy rubli... Z pewnoscia wezme sto tysiecy, a moze i sto dziesiec... Blogoslawione sa te licytacje!... - Tak rzadko widuje pana, panie Wokulski - wtracila hrabina - ze musze zaraz zalatwic interes... - Do uslug pani... - Panie! - zawolala z komiczna pokora skladajac rece - prosze o sztuke perkalu dla moich sierot... Widzi pan, jak nauczylam sie przymawiac o jalmuzne? - Pani hrabina raczy przyjac dwie sztuki?... - Tylko w takim razie, jezeli druga bedzie sztuka grubego plotna... - O ciociu, tego juz za wiele!... - przerwala jej panna Izabela ze smiechem. - Jezeli pan nie chce stracic majatku - zwrocila sie do Wokulskiego - niech pan stad ucieka. Zabieram pana w strone Pomaranczarni, a ci panstwo niech tu odpoczywaja... - Belu, nie boisz sie?... - odezwala sie ciotka. - Chyba ciocia nie watpi, ze w towarzystwie pana nie spotka mnie nic zlego... Wokulskiemu uderzyla krew do glowy; na ustach hrabiny mignal niedostrzegalny usmiech. Byla to jedna z tych chwil, kiedy natura hamuje swoje wielkie sily i zawiesza odwieczne prace, azeby uwydatnic szczescie istot drobnych i znikomych. Wiatr zaledwie dyszal, i tylko po to, azeby chlodzic spiace w gniazdach piskleta i ulatwic lot owadom spieszacym na weselne gody. Liscie drzew chwialy sie tak delikatnie, jakby poruszal je nie materialny podmuch, ale cicho przeslizgujace sie promienie swiatla. Tu i owdzie, w przesiaklych wilgocia gestwinach, mienily sie barwne krople rosy jak odpryski spadlej z nieba teczy. Zreszta wszystko stalo na miejscu: slonce i drzewa, snopy swiatla i cienie, labedzie na stawie, roje komarow nad labedziami, nawet polyskujaca fala na lazurowej wodzie. Wokulskiemu zdawalo sie; ze w tej chwili odjechal z ziemi bystry prad czasu zostawiajac tylko pare bialych smug na niebie - i od tej pory nie zmieni sie juz nic; wszystko zostanie tak samo na wieki. Ze on z panna Izabela bedzie wiecznie chodzil po oswietlonej lace, oboje otoczeni zielonymi oblokami drzew, sposrod ktorych gdzieniegdzie, jak para czarnych brylantow, blyskaja ciekawe oczy ptaka. Ze on juz zawsze bedzie pelen niezmiernej ciszy, ona zawsze tak rozmarzona i oblana rumiencem, ze przed nimi zawsze, jak teraz, beda leciec calujace sie w powietrzu te oto dwa biale motyle. Byli w polowie drogi do Pomaranczarni, kiedy panna Izabela, widac juz zaklopotana tym spokojem w naturze i miedzy nimi, poczela mowic: -Prawda, jaki ladny dzien? W miescie upal, tu przyjemny chlod. Bardzo lubie Lazienki o tej godzinie: malo osob, wiec kazdy moze znalezc kacik wylacznie dla siebie. Pan lubi samotnosc? - Nawyklem do niej. - Pan nie byl na Rossim?.. - dodala rumieniac sie jeszcze mocniej. - Rossiego nie widzial pan?... - powtorzyla patrzac mu w oczy ze zdziwieniem. - Nie bylem, ale... bede... - My z ciocia bylysmy juz na dwu przedstawieniach. - Bede na kazdym... - Ach, jak to dobrze! Przekona sie pan, co to za wielki artysta. Szczegolniej znakomicie gra Romea, chociaz... juz nie jest pierwszej mlodosci... Ciocia i ja znamy go osobiscie jeszcze z Paryza... Bardzo mily czlowiek, ale nade wszystko genialny tragik... W jego grze najprawdziwszy realizm kojarzy sie z najpoetyczniejszym idealizmem... - Musi byc istotnie wielkim - wtracil Wokulski - jezeli budzi w pani tyle podziwu i sympatii. - Ma pan slusznosc. Wiem, ze w zyciu nie zrobie nic nadzwyczajnego, ale umiem przynajmniej oceniac ludzi niezwyklych... Na kazdym polu... nawet - na scenie... Niech pan sobie jednak wyobrazi, ze Warszawa nie ocenia go jak nalezy?... - Czy podobna?... Jest przecie cudzoziemcem... - A pan jest zlosliwy - odparla z usmiechem - ale policze to na karb Warszawy, nie Rossiego... Doprawdy, wstydze sie za nasze miasto!... Ja gdybym byla publicznoscia (ale publicznoscia rodzaju meskiego!), zasypalabym go wiencami, a rece spuchlyby mi od oklaskow...Tu zas oklaski sa dosc skape, a o wiencach nikt nie mysli... My istotnie jestesmy jeszcze barbarzyncami... - Oklaski i wience sa rzecza tak drobna, ze... na najblizszym przedstawieniu Rossi moze miec ich raczej za wiele anizeli za malo-rzekl Wokulski. - Jest pan pewny? - spytala, wymownie patrzac mu w oczy. - Alez... gwarantuje, ze tak bedzie... - Bede bardzo zadowolona, jezeli spelni sie panskie proroctwo; moze juz wrocimy do tamtych panstwa? - Ktokolwiek robi pani przyjemnosc, zasluguje na najwyzsze uznanie... - Za pozwoleniem!- przerwala mu smiejac sie. - W tej chwili powiedzial pan kompliment samemu sobie... Zwrocili sie od Pomaranczarni z powrotem. - Wyobrazam sobie zdumienie Rossiego - mowila dalej panna Izabela - jezeli spotkaja go owacje. On juz zwatpil i - prawie zaluje, ze przyjechal do Warszawy... Artysci nie wylaczajac najwiekszych sa to szczegolni ludzie: bez slawy i holdow nie moga zyc, jak my bez pokarmu i powietrza. Praca, chocby najplodniejsza, ale cicha, albo poswiecenie to nie dla nich. Oni koniecznie musza wysuwac sie na pierwszy plan, zwracac na siebie spojrzenia wszystkich, panowac nad sercami tysiecy... Sam Rossi mowi, ze wolalby o rok wczesniej umrzec na scenie wobec pelnego i wzruszonego teatru anizeli o rok pozniej w nielicznym otoczeniu. Jakie to dziwne!... - Ma racje, jezeli pelny teatr jest dla niego najwyzszym szczesciem. - Pan sadzi, ze sa szczescia, ktore warto oplacic krotszym zyciem? - spytala panna Izabela. - I nieszczescia, ktorych warto uniknac w ten sposob - odpowiedzial Wokulski. Panna Izabela zamyslila sie i od tej pory szli oboje w milczeniu. Tymczasem siedzac nad sadzawka i w dalszym ciagu karmiac labedzie hrabina rozmawiala z panem Tomaszem. - Nie uwazasz - mowila - ze ten Wokulski jest jakby zajety Bela?.. - Nie sadze. - Nawet bardzo; dzisiejsi kupcy umieja robic smiale projekta. - Od projektu do wykonania ogromnie daleko - odparl nieco zirytowany pan Tomasz. - Chocby jednakze nawet tak bylo, nic mnie to nie obchodzi. Nad myslami pana Wokulskiego nie panuje, a o Belcie jestem spokojny. - Ja, w rezultacie, nic mam nic przeciw temu - dodala hrabina.-Cokolwiek nastapi, oczywiscie zgadzam sie z wola boska, jezeli zyskuja na tym ubodzy... Ciagle zyskuja... Moja ochrona bedzie niedlugo pierwsza w miescie, i tylko dlatego, ze ten pan ma slabosc do Belci... - Dajze spokoj... Wracaja!... - przerwal pan Tomasz. Istotnie panna Izabela z Wokulskim ukazali sie na koncu drogi. Pan Tomasz przypatrzyl im sie z uwaga i dopiero teraz spostrzegl, ze dwoje tych ludzi harmonizuja ze soba wzrostem i ruchami. On, o glowe wyzszy i silnie zbudowany, stapal jak eks-wojskowy; ona, nieco drobniejsza, lecz ksztaltniejsza, posuwala sie jakby plynac. Nawet bialy cylinder i jasny paltot Wokulskiego godzil sie z popielatym plaszczykiem panny Izabeli. "Skad mu ten bialy cylinder?.. " - pomyslal pan Tomasz z gorycza. Potem nasunela mu sie dziwna kombinacja: ze Wokulski jest to parweniusz, ktory za prawo noszenia bialego cylindra powinien by mu placic przynajmniej piecdziesiat procent od wypozyczonego kapitalu. - Az sam wzruszyl ramionami. - Jak tam pieknie, ciociu, w tamtych alejach! - zawolala zblizajac sie panna Izabela. - My z ciocia nigdy nie bywamy w tamtej stronie. Lazienki tylko wtedy sa przyjemne. kiedy mozna chodzic po nich szybko i daleko. - W takim razie popros pana Wokulskiego, azeby ci czesciej towarzyszyl - odpowiedziala hrabina tonem jakiejs osobliwej slodyczy. Wokulski uklonil sie, panna Izabela nieznacznie sciagnela brwi, a pan Tomasz rzekl: - Moze bysmy wrocili do domu... - Ja mysle - odparla hrabina. - Pan jeszcze zostaje, panie Wokulski? - Tak. Czy moge panie odprowadzic do powozu? - Prosimy. Belu, podaj mi reke. Hrabina z panna Izabela poszly naprzod, za nimi pan Tomasz z Wokulskim. Pan Tomasz czul w sobie tyle goryczy, kwasu i ciezaru na widok bialego cylindra, ze nie chcac byc niegrzecznym zmuszal sie do usmiechu. A nareszcie, pragnac w jakiskolwiek sposob zabawic Wokulskiego, znowu zaczal mowic mu o swej kamienicy, z ktorej ma nadzieje otrzymac czterdziesci albo i piecdziesiat tysiecy czystego zysku. Cyfry te ze swej strony zle podzialaly na humor Wokulskiego, ktory mowil sobie, ze ponad trzydziesci tysiecy rubli juz nic nie jest w stanie dolozyc. Dopiero gdy podjechal powoz i pan Tomasz usadowiwszy damy i siebie zawolal: "Ruszaj" w Wokulskim zniklo uczucie niesmaku, a ocknal sie zal po pannie Izabeli. "Tak krotko!" - szepnal patrzac z westchnieniem na lazienkowska szose, na ktora w tej chwili wjechala zielona beczka strazy polewajaca droge. Poszedl jeszcze w strone Pomaranczarni, ta sama sciezka co pierwej, upatrujac na mialkim piasku sladu bucikow panny Izabeli. Cos sie tu zmienilo. Wiatr dal silniej, zmacil wode w sadzawce, porozganial motyle i ptaki, a za to napedzil wiecej oblokow, ktore raz po raz przycmiewaly blask slonca. "Jak tu nudno!" - szepnal i zawrocil do szosy. Wsiadl do swego powozu i przymknawszy oczy nasycal sie jego lekkim kolysaniem. Zdawalo mu sie; ze jak ptak siedzi na galezi, ktora wiatr chwieje w prawo i w lewo, do gory i na dol, a potem nagle rozesmial sie przypomniawszy sobie, ze to lekkie kolysanie kosztuje go okolo tysiaca rubli rocznie. "Glupiec jestem, glupiec! - powtarzal. - Po co ja sie pne miedzy ludzi, ktorzy albo nie rozumieja moich ofiar, albo smieja sie z niezgrabnych wysilkow. Na co mi ten powoz?... Czy nie moglbym jezdzic dorozka albo tym oto trajkoczacym omnibusem z plociennymi firanami?.. " Stanawszy przed domem przypomnial sobie obietnice dana pannie Izabeli co do owacyj dla Rossiego. "Naturalnie, ze bedzie mial owacje, ba! jeszcze jakie... Jutro przedstawienie... Nad wieczorem poslal sluzacego do sklepu po Obermana. Siwy inkasent przybiegl natychmiast, z trwoga pytajac sie w duszy: czy Wokulski nie rozmyslil sie i nie kaze mu zwrocic zgubionych pieniedzy?... Ale Wokulski przywital go bardzo laskawie i nawet zabral do swego gabinetu, gdzie z pol godziny rozmawiali. O czym.?... Pytanie: o czym Wokulski mogl rozmawiac z Obermanem, bardzo zaciekawialo lokaja. Juzci, o zgubionych pieniadzach... Troskliwy sluga przykladal kolejno oko i ucho do dziurki od klucza, duzo widzial, duzo slyszal, ale nic nie mogl zrozumiec. Widzial, ze Wokulski daje Obermanowi cala paczke pieciorublowek i slyszal takie oto wyrazy: - W Teatrze Wielkim... na balkonie i paradyzie... woznemu wieniec, bukiet przez orkiestre... .,Co ta besztyja, stary, juz zaczyna handlowac biletami do teatru czy co?.. Uslyszawszy w gabinecie szmer uklonow sluzacy uciekl do przedpokoju, aby tam przylapac Obermana. Gdy zas inkasent wyszedl, odezwal sie: - Coz, skonczylo sie z pieniadzmi?... Duzom ja tu sliny zepszul azeby stary pofolgowal panu Obermanowi, i nareszcie wymoglem nanim, ze mi powiedzial: "Zobaczymy, zrobi sie, co sie da!." No i widze, pan Oberman dobil dzis targu... Coz, stary w dobrym humorze!... - Jak zwykle - odparl inkasent. - Alescie sie nagadali z nim. Musi, ze o czyms wiecej niz o pieniadzach... Moze i o teatrze, bo stary paszjami lubi teatr... Ale Oberman spojrzal na niego wilczym okiem i wyszedl milczac. Sluzacy w pierwszej chwili otworzyl usta ze zdumienia, lecz ochlonawszy pogrozil za nim piescia. - Poczekaj!... - mruknal - zaplacze ja ci... Wielki pan, patrzcie go... Ukradl czterysta rubli i juz nie chce gadac z czlowiekiem!. Dla pana Ignacego Rzeckiego nadeszla znowu epoka niepokojow i zdumien. Ten sam Wokulski, ktory rok temu polecial do Bulgarii, a przed kilkoma tygodniami jak magnat bawil sie w wyscigi i pojedynki, ten sam Wokulski nabral dzis nadzwyczajnego gustu do widowisk teatralnych. I jeszcze zeby choc polskich, ale - wloskich... On, ktory nie rozumial po wlosku ani wyrazu! Juz blisko tydzien trwala ta nowa mania, ktora dziwila i gorszyla nie samego tylko pana Ignacego. Raz na przyklad stary Szlangbaum, oczywiscie w jakiejs waznej sprawie, przez pol dnia szukal Wokulskiego. Byl w sklepie - Wokulski dopiero co wyszedl ze sklepu kazawszy pierwej odniesc aktorowi Rossiemu duzy wazon z saskiej porcelany. Pobiegl do mieszkania - Wokulski dopiero co opuscil mieszkanie i pojechal do Bardeta po kwiaty. Stary Zyd azeby go dopedzic, krzywiac sie wzial dorozke; ale poniewaz ofiarowywal dorozkarzowi zloty i groszy osiem za kurs, zamiast czterdziestu groszy, wiec nim dobili targu za zloty i groszy osiem - i dojechali do Bardeta, Wokulski juz opuscil zaklad ogrodniczy. - A gdzie on pojechal, nie wie pan? - zapytal Szlangbaum ogrodniczka, ktory za pomoca krzywego noza miedzy najpiekniejszymi kwiatami szerzyl zniszczenie. - Czy ja wiem, podobno do teatru - odparl ogrodniczek z taka mina, jakby owym krzywym nozem chcial gardlo poderznac Szlangbaumowi. Zyd, ktoremu to wlasnie przyszlo na mysl, cofnal sie czym predzej z oranzerii i jak kamien wyrzucony z procy wpadl w dorozke. Ale woznica (porozumiawszy sie juz widac z krwiozerczymi ogrodnikami) oswiadczyl, iz za zadne w swiecie skarby nie pojedzie dalej, chyba ze kupiec da mu czterdziesci groszy za kurs i jeszcze zwroci dwa grosze urwane przy pierwszym kursie. Szlangbaum poczul slabosc okolo serca i w pierwszej chwili chcial albo wysiasc, albo zawolac policji. Przypomniawszy sobie jednak, jaka teraz w swiecie chrzescijanskim panuje zlosc i niesprawiedliwosc, i zajadlosc na Zydow, zgodzil sie na wszystkie warunki bezwstydnego dorozkarza i jeczac pojechal do teatru. Tu - naprzod nie mial z kim gadac, potem nie chciano z nim gadac, az nareszcie dowiedzial sie, ze pan Wokulski byl dopiero co, ale ze w tej chwili pojechal w Aleje Ujazdowskie. Slychac nawet turkot jego powozu w bramie... Szlangbaumowi opadly rece. Piechota wrocil do sklepu Wokulskiego, przy okazji po raz setny z rzedu wyklal swego syna za to, ze nazywa sie Henrykiem, chodzi w surducie i jada trefne potrawy, a nareszcie poszedl zalic sie przed panem Ignacym. - Nu - mowil lamentujacym glosem - co ten pan Wokulski wyrabia najlepszego!... Ja mialem taki interes, zeby on za piec dni mogl od swego kapitalu zarobic trzysta rubli... I ja zarobilbym ze sto rubli...Ale on sobie jezdzi teraz po miescie, a ja na same dorozki wydalem dwa zlote i groszy dwadziescia... Aj! co to za rozbojniki te dorozkarze... Naturalnie, ze pan Ignacy upowaznil Szlangbauma do zrobienia interesu i nie tylko zwrocil mu pieniadze wydane na dorozki, ale jeszcze na wlasny koszt kazal go odwiezc na ulice Elektoralna, co tak rozczulilo starego Zyda, ze odchodzac zdjal ze swego syna rodzicielskie przeklenstwo i nawet zaprosil go do siebie na szabasowy obiad. "Badz jak badz - mowil do siebie Rzecki - glupia historia z tym teatrem, nade wszystko z tym, ze Stach zaniedbuje interesa..." Innym razem wpadl do sklepu powszechnie szanowany mecenas, prawa reka ksiecia, prawny doradca calej arystokracji, zapraszajac Wokulskiego na jakas wieczorna sesje. Pan Ignacy nie wiedzial, gdzie posadzic znakomita osobe i jak cieszyc sie z honoru wyrzadzonego przez mecenasa jego Stachowi. Tymczasem Stach nie tylko nie wzruszyl sie dostojnymi zaprosinami na wieczor, ale wprost odmowil, co nawet troche dotknelo mecenasa, ktory zaraz wyszedl i pozegnal ich obojetnie. - Dlaczegozes nie przyjal zaprosin?... - zapytal zrozpaczony pan Ignacy. - Bo musze byc dzisiaj w teatrze - odpowiedzial Wokulski. Prawdziwa wszelako zgroza opanowala Rzeckiego, gdy w tym samym dniu inkasent Oberman przyszedl do niego przed siodma wieczorem proszac o zrobienie dziennego obrachunku . - Po osmej... po osmej.. - odpowiedzial mu pan Ignacy. - Teraz nie ma czasu. - A po osmej ja nie bede mial czasu - odparl Oberman. - Jak to?... co to?... - A tak, ze o wpol do osmej musze byc z naszym panem w teatrze... - mruknal Oberman, nieznacznie wzruszajac ramionami. W tej samej chwili przyszedl pozegnac go usmiechniety pan Zieba. - Pan juz wychodzi, panie Zieba, ze sklepu?... O trzy kwadranse na siodma?... - spytal zdumiony pan Ignacy, szeroko otwierajac oczy. - Ide z wiencami dla Rossiego - szepnal grzeczny pan Zieba z jeszcze milszym usmiechem. Rzecki schwycil sie obu rekoma za glowe. - Powariowali z tym teatrem! - zawolal. - Moze jeszcze i mnie tam wyciagna?... No, ale to ze mna sprawa!... Czujac, ze lada dzien i jego zechce namawiac Wokulski, ulozyl sobie pan Ignacy mowe, w ktorej nie tylko mial oswiadczyc, ze nie pojdzie na Wlochow, ale jeszcze mial zreflektowac Stacha mniej wiecej tymi slowy: - Daj spokoj... co ci po tych glupstwach!... - i tak dalej. Tymczasem Wokulski, zamiast namawiac go, przyszedl raz okolo szostej do sklepu, a zastawszy Rzeckiego nad rachunkami - rzekl: - Moj drogi, dzis Rossi gra Makbeta, siadz z laski swej w pierwszym rzedzie krzesel (masz tu bilet) i po trzecim akcie podaj mu to album... I bez zadnych ceremonii, a nawet bez dalszych wyjasnien doreczyl panu Ignacemu album z widokami Warszawy i warszawianek, co razem moglo kosztowac z piecdziesiat rubli!... Pan Ignacy uczul sie gleboko obrazony. Wstal ze swego fotela, zmarszczyl brwi i juz otworzyl usta, azeby wybuchnac, kiedy Wokulski opuscil nagle sklep nawet nie patrzac na niego. No i naturalnie pan Ignacy musial pojsc do teatru, azeby nie zrobic przykrosci Stachowi. W teatrze trafil sie panu Ignacemu caly szereg niespodzianek. Przede wszystkim wszedl on na schody prowadzace na galerie, gdzie bywal zwykle za swoich dawnych, dobrych czasow. Dopiero wozny przypomnial mu, ze ma bilet do pierwszego rzedu krzesel, obrzucajac go przy tym spojrzeniami, ktore mowily, ze ciemnozielony surdut pana Rzeckiego, album pod pacha, a nawet fizjognomia a la Napoleon III wydaja sie nizszym organom wladzy teatralnej mocno podejrzanymi. Zawstydzony, zeszedl pan Ignacy na dol do frontowego przysionka sciskajac pod pacha album i klaniajac sie wszystkim damom, okolo ktorych mial zaszczyt przechodzic. Ta uprzejmosc, do ktorej nie nawykli warszawiacy, juz w przysionku zrobila wrazenie. Zaczeto pytac sie: kto to jest? a chociaz nie poznano osoby, w lot jednakze spostrzezono ze, cylinder pana Ignacego pochodzi sprzed lat dziesieciu, krawat sprzed pieciu, a ciemnozielony surdut i obcisle spodnie w kratki siegaja nierownie dawniejszej epoki. Powszechnie brano go za cudzoziemca; lecz gdy spytal kogos ze sluzby: ktoredy isc do krzesel? - wybuchnal smiech. - Pewnie jakis szlachcic z Wolynia - mowili eleganci. - Aleco on ma pod pacha?... - Moze bigos albo pneumatyczna poduszke... Osmagany szyderstwem, oblany zimnym potem, dostal sie nareszcie pan Ignacy do upragnionych krzesel. Bylo ledwie po siodmej i widzowie dopiero zaczeli sie gromadzic; ten i ow wchodzil do krzesel w kapeluszu na glowie, loze byly puste i tylko na galeriach czerniala masa ludu, a na paradyzie juz wymyslano i wolano policji. "O ile sie zdaje, zebranie bedzie bardzo ozywione" - mruknal z bladym usmiechem nieszczesliwy pan Ignacy sadowiac sie w pierwszym rzedzie. Z poczatku patrzyl tylko na prawa dziurke w kurtynie slubujac, ze nie oderwie od niej oczu. W pare minut jednakze ochlonal ze wzruszenia, a nawet nabral takiego animuszu, ze poczal ogladac sie. Sala wydala mu sie jakas niewielka i brudna i dopiero gdy zastanawial sie nad przyczynami tych zmian, przypomnial sobie, ze ostatni raz byl w teatrze na wystepie Dobrskiego w Halce, mniej wiecej przed szesnastoma laty. Tymczasem sala napelniala sie, a widok pieknych kobiet, zasiadajacych w lozach, do reszty orzezwil pana Ignacego. Stary subiekt wydobyl nawet mala lornetke i zaczal przypatrywac sie fizjognomiom; przy tej zas okazji zrobil smutne odkrycie, ze i jemu przypatruja sie z amfiteatru, z dalszych rzedow krzesel, bal nawet z loz... Gdy zas przeniosl swoje zdolnosci psychiczne od oka do ucha, pochwycil wyrazy latajace jak osy: - Coz to za oryginal?... - Ktos z prowincji. - Ale skad on wyrwal taki surdut?... - Uwazasz pan jego breloki przy dewizce? Skandal!... - Albo kto sie tak dzis czesze?... Niewiele brakowalo, azeby pan Ignacy upuscil swoje album i cylinder i uciekl z gola glowa z teatru. Na szczescie, w osmym rzedzie krzesel zobaczyl znajomego fabrykanta piernikow, ktory w odpowiedzi na uklon Rzeckiego opuscil swoje miejsce i zblizyl sie do pierwszego rzedu. - Na milosc boska, panie Pifke - szepnal zalany potem - usiadz pan na moim miejscu i oddaj mi swoje . - Z najwieksza checia - odparl glosno rumiany fabrykant. - Coz, zle tu panu?... Pyszne miejsce!... - Doskonale. Ale ja wole dalej... Goraco mi... - Tam tak samo, ale moge usiasc. A co to masz pan za paczke?... Teraz dopiero Rzecki przypomnial sobie obowiazek. - Uwaza pan, drogi panie Pifke, jakis wielbiciel tego... tego Rossiego... - Ba, ktoz by Rossiego nie uwielbial! - odpowiedzial Pifke. - Mam libretto do Makbeta, moze panu dac?... - Owszem. Ale... ten wielbiciel, uwaza pan, kupil u nas kosztowne album i prosil, azeby po trzecim akcie wreczyc je Rossiemu... - Zrobie to z przyjemnoscia! - zawolal otyly Pifke pchajac sie na miejsce Rzeckiego. Pan Ignacy mial jeszcze kilka bardzo przykrych chwil. Musial wydobyc sie z pierwszego rzedu krzesel, gdzie zebrani eleganci spogladali na jego surdut i na jego krawat, i na jego aksamitna kamizelke z ironicznymi usmiechami. Potem musial wejsc do osmego rzedu krzesel, gdzie wprawdzie bez ironii patrzono na jego garnitur, ale gdzie musial potracac o kolana siedzacych dam... - Stokrotnie przepraszam - mowil zawstydzony. - Ale tak ciasno... - Potrzebujesz pan nie mowic brzydkie slowo - odpowiedziala mu jedna z dam, w ktorej nieco podmalowanych oczach pan Ignacy nie dojrzal jednak gniewu za swoj postepek. Byl przeciez tak zazenowany, ze chetnie poszedlby do spowiedzi, byle oczyscic sie z plamy owych potracan. Nareszcie znalazl krzeslo i odetchnal. Tu przynajmniej nie zwracano na niego uwagi, czescia z powodu skromnego miejsca, jakie zajmowal, czescia, ze teatr byl przepelniony i juz zaczelo sie widowisko. Gra artystow z poczatku nie obchodzila go, ogladal sie wiec po sali i przede wszystkim spostrzegl Wokulskiego. Siedzial on w czwartym rzedzie i wpatrywal sie bynajmniej nie w Rossiego, ale w loze, ktora zajmowala panna Izabela z panem Tomaszem i hrabina. Rzecki pare razy w zyciu widzial ludzi zamagnetyzowanych i zdawalo mu sie, ze Wokulski ma taki wyraz fizjognomii, jak gdyby byl zamagnetyzowany przez owa loze. Siedzial bez ruchu, jak czlowiek spiacy z szeroko otwartymi oczyma. Kto by jednakze tak oczarowal Wokulskiego? Pan Ignacy nie mogl sie domyslic. Zauwazyl przecie inna rzecz: ile razy nie bylo Rossiego na scenie, panna Izabela obojetnie ogladala sie po sali albo rozmawiala z ciotka. Lecz gdy wyszedl Makbet-Rossi, przyslaniala twarz do polowy wachlarzem i cudownymi, rozmarzonymi oczyma zdawala sie pozerac aktora. Czasami wachlarz z bialych pior opadal jej na kolana, a wtedy Rzecki na twarzy panny Izabeli spostrzegal ten sam wyraz zamagnetyzowania, ktory go tak zdziwil w fizjognomii Wokulskiego. Spostrzegl jeszcze inne rzeczy. Kiedy piekne oblicze panny Izabeli wyrazalo najwyzszy zachwyt, wtedy Wokulski pocieral sobie reka wierzch glowy. A wowczas, jakby na komende, z galerii i z paradyzu odzywaly sie gwaltowne oklaski i wrzaskliwe okrzyki: "Brawo, brawo Rossi!..." Zdawalo sie nawet panu Ignacemu, ze gdzies w tym chorze odroznia zmeczony glos inkasenta Obermana, ktory pierwszy zaczynal wrzeszczec a ostatni milknac. "Do diabla! - pomyslal - czyzby Wokulski dyrygowal klakierami?" Ale wnet odpedzil to nieusprawiedliwione podejrzenie. Rossi bowiem gral znakomicie i klaskali mu wszyscy z rownym zapalem. Najmocniej jednak pan Pifke, jowialny fabrykant piernikow, ktory stosownie do umowy po trzecim akcie z wielkim halasem podal Rossiemu album. Wielki aktor nie kiwnal nawet glowa Pifkemu; natomiast zlozyl gleboki uklon w kierunku lozy, gdzie siedziala panna Izabela, a moze-tylko w tym kierunku. "Przywidzenia!... przywidzenia!... - myslal pan Ignacy opuszczajac teatr po ostatnim akcie. - Stach przecie nie bylby az tak glupi..." W rezultacie jednak pan Ignacy nie byl niezadowolony z pobytu w teatrze. Gra Rossiego podobala mu sie; niektore sceny, jak morderstwo krola Dunkana albo ukazanie sie ducha Banka, zrobily na nim potezne wrazenie, a juz calkiem byl oczarowany zobaczywszy, jak Makbet bije sie na rapiery. Totez wychodzac z teatru nie mial pretensji do Wokulskiego; owszem, zaczal nawet podejrzewac, ze kochany Stach tylko dla zrobienia mu przyjemnosci wymyslil komedie z wreczeniem podarunku Rossiemu. "On wie, poczciwy Stach - myslal - ze tylko przynaglony moglem pojsc na wloskich aktorow... No i dobrze sie stalo. Pysznie gra ten facet i musze zobaczyc go drugi raz... Zreszta - dodal po chwili - kto ma tyle pieniedzy co Stach, moze robic prezenta aktorom. Ja wprawdzie wolalbym jaka ladnie zbudowana aktorke, ale... Ja jestem czlowiek innej epoki, nawet nazywaja mnie bonapartysta i romantykiem..." Myslal tak i mruczal po cichu, gdyz nurtowala go inna mysl, ktora chcial w sobie zagluszyc: "Dlaczego Stach tak dziwnie przypatrywal sie lozy, w ktorej siedziala hrabina, pan Lecki i panna Lecka?... Czylizby?... Eh! coz znowu...Wokulski ma przeciez zbyt wiele rozumu, azeby mogl przypuszczac, ze cos z tego byc moze... Kazde dziecko pojeloby od razu, ze ta panna, w ogole zimna jak lod, dzis szaleje za Rossim... Jak ona na niego patrzyla, jak sie nawet czasami zapominala i jeszcze gdzie, w teatrze, wobec tysiaca osob!... Nie, to glupstwo. Slusznie nazywaja mnie romantykiem..." I znowu usilowal myslec o czym innym. Poszedl nawet (mimo poznej nocy) do restauracji, gdzie grala muzyka zlozona ze skrzypcow, fortepianu i arfy. Zjadl pieczen z kartoflami i z kapusta, wypil kufel piwa, potem drugi kufel, potem trzeci i czwarty... nawet siodmy... Zrobilo mu sie tak jakos raznie, ze cisnal arfiarce na talerz dwie czterdziestowki i zaczal spiewac pod nosem. A potem przyszlo mu do glowy, ze - koniecznie, ale to koniecznie powinien zaprezentowac sie czterem Niemcom, ktorzy przy bocznym stoliku jedza pekeflejsz z grochem. "Dlaczego ja mialbym sie im prezentowac?... Niech oni mnie sie zaprezentuja" - myslal pan Ignacy. I w tej chwili opanowala go idea, ze tamci czterej panowie powinni mu sie zaprezentowac, jako starszemu wiekiem tudziez bylemu oficerowi wegierskiej piechoty, ktora przeciez porzadnie bila Niemcow. Zawolal nawet uslugujaca dziewczyne w celu wyslania jej do owych czterech panow jedzacych pekeflejsz, gdy wtem muzyka zlozona ze skrzypcow, arfy i fortepianu zagrala... Marsylianke. Pan Ignacy przypomnial sobie Wegry, piechote, Augusta Katza i czujac, ze mu lzy nabiegaja do oczu, ze sie lada chwile rozplacze, porwal ze stolu swoj cylinder sprzed wojny francusko -pruskiej i rzuciwszy na stol rubla wybiegl z restauracji. Dopiero gdy na ulicy owionelo go swieze powietrze, oparl sie o slup latarni gazowej i spytal: - Do diabla, czyzbym sie upil?... Ba! siedm kufli... Wrocil do domu starajac sie isc jak najprosciej i teraz dopiero przekonal sie, ze warszawskie chodniki sa nadzwyczaj nierowne: co kilkanascie krokow bowiem musial zbaczac albo w strone rynsztoka, albo w strone kamienic. Potem (dla przekonania samego siebie, ze jego umyslowe zdolnosci znajduja sie w kwitnacym stanie) zaczal rachowac gwiazdy na niebie. - Raz... dwa... trzy... siedm... siedm... Co to jest siedm?... Ach, siedem kufli piwa... Czyzbym naprawde?... Po co ten Stach wyslal mnie do teatru!... Do domu trafil od razu i od razu znalazl dzwonek. Zadzwoniwszy jednak az siedm razy na stroza, uczul potrzebe oparcia sie o kat, zawarty miedzy brama i sciana, i usilowal zliczyc, nie z potrzeby, ale ot, tak sobie: ile tez uplynie minut, zanim mu stroz otworzy? W tym celu wydobyl zegarek z sekundnikiem i przekonal sie, ze - juz jest wpol do drugiej. - Podly stroz! - mruknal. - Ja musze wstac o szostej, a on do wpol do drugiej trzyma mnie na ulicy... Szczesciem, stroz natychmiast otworzyl furtke, przez ktora pan Ignacy krokiem zupelnie pewnym, a nawet wiecej niz pewnym, bardzo pewnym, przeszedl cala sien czujac, ze jego cylinder siedzi mu troche na bakier, ale tylko troszeczke. Nastepnie bez zadnej trudnosci znalazlszy drzwi swego mieszkania usilowal po kilka razy na prozno wprowadzic klucz do zamku. Czul dziurke pod palcem, sciskal w rece klucz tak mocno jak nigdy i mimo to nie mogl trafic. - Czylizbym naprawde?... W tej wlasnie chwili otworzyly sie drzwi, a wspolczesnie jego jednooki pudel Ir, nie podnoszac sie z poscieli, pare razy szczeknal: - Tak... tak!... - Milcz, ty podla swinio!... - mruknal pan Ignacy i nie zapalajac lampy, rozebral sie i polozyl do lozka. Sny mial okropne. Snilo mu sie czy tylko przywidywalo, ze ciagle jest w teatrze i ze widzi Wokulskiego z szeroko otwartymi oczyma, zapatrzonego w jedna loze. W lozy tej siedziala hrabina, pan Lecki i panna Izabela. Rzeckiemu zdawalo sie, ze Wokulski patrzy tak na panne Izabele. - Niepodobna! - mruknal. - Stach nie jest az tak glupi... Tymczasem (wszystko w marzeniu) panna Izabela podniosla sie z fotelu i wyszla z lozy, a Wokulski za nia, wciaz patrzac jak czlowiek zamagnetyzowany. Panna Izabela opuscila teatr, przeszla plac Teatralny i lekkim krokiem wbiegla na ratuszowa wieze, a Wokulski za nia, wciaz patrzac jak czlowiek zamagnetyzowany. A potem z ganku ratuszowej wiezy panna Izabela, unioslszy sie jak ptak, przeplynela na gmach teatralny, a Wokulski chcac leciec za nia, runal z wysokosci dziesieciu pietr na ziemie. - Jezus Maria!... - jeknal Rzecki zrywajac sie z lozka. - Tak!... tak!... - odszczeknal mu Ir przez sen. - No, juz widze, ze jestem zupelnie pijany - mruknal pan Ignacy kladac sie znowu i niecierpliwie naciagajac koldre, pod ktora drzal. Kilka minut lezal z otwartymi oczami i znowu przywidzialo mu sie, ze jest w teatrze, akurat po zakonczeniu trzeciego aktu, w chwili kiedy fabrykant Pifke mial podac Rossiemu album Warszawy i jej pieknosci. Pan Ignacy wyteza wzrok (Pifke bowiem jego zastepuje), wyteza wzrok i z najwyzszym przerazeniem widzi, ze niecny Pifke zamiast kosztownego albumu podaje Wlochowi jakas paczke owinieta w papier i niedbale zawiazana szpagatem. I jeszcze gorsze rzeczy widzi pan Ignacy. Wloch bowiem usmiecha sie ironicznie, odwiazuje szpagat, odwija papier i wobec panny Izabeli, Wokulskiego, hrabiny i tysiaca innych widzow ukazuje... zolte nankinowe spodnie z fartuszkiem na przodzie i ze strzemiaczkami u dolu. Wlasnie te same, ktorych pan Ignacy uzywal w epoce slawnej kampanii sewastopolskiej ... Na domiar okropnosci nedzny Pifke wrzeszczy: "Oto jest dar panow: Stanislawa Wokulskiego, kupca, i Ignacego Rzeckiego, jego dysponenta!" Caly teatr wybucha smiechem; wszystkie oczy i wszystkie wskazujace palce skierowuja sie na osmy rzad krzesel i wlasnie na to krzeslo, gdzie siedzi pan Ignacy. Nieszczesliwy chce zaprotestowac, lecz czuje, ze glos zastyga mu w gardle, a na domiar niedoli on sam - zapada sie gdzies. Zapada sie w niezmierny, niezglebiony ocean nicosci, w ktorym bedzie spoczywal na wieki wieczne nie objasniwszy widzow teatralnych, ze nankinowe spodnie z fartuszkiem i strzemiaczkami wykradziono mu podstepem ze zbioru jego osobistych pamiatek. Po nocy fatalnie spedzonej Rzecki obudzil sie dopiero o trzy kwadranse na siodma. Wlasnym oczom nie chcial wierzyc, patrzac na zegarek, ale w koncu uwierzyl. Uwierzyl nawet w to, ze wczoraj byl nieco podchmielony; o czym zreszta wymownie swiadczyl lekki bol glowy i ogolna ociezalosc czlonkow. Wszystkie te jednak chorobliwe objawy mniej trwozyly pana Ignacego anizeli jeden straszny symptom, oto: nie chcialo mu sie isc do sklepu!...Co gorsze: nie tylko czul lenistwo, ale nawet zupelny brak ambicji; zamiast bowiem wstydzic sie swego upadku i walczyc z prozniaczymi instynktami, on, Rzecki, wynajdywal sobie powody do jak najdluzszego zatrzymania sie w pokoju. To zdawalo mu sie, ze Ir jest chory, to, ze rdzewieje nigdy nieuzywana dubeltowka, to znowu, ze jest jakis blad w zielonej firance, ktora zaslaniala okno, a nareszcie, ze herbata jest za goraca i trzeba ja pic wolniej niz zwykle. W rezultacie pan Ignacy spoznil sie o czterdziesci minut do sklepu i ze spuszczona glowa przekradl sie do kantorka. Zdawalo mu sie, ze kazdy z "panow" (a jak na zlosc wszyscy przyszli dzis na czas!), ze kazdy z najwyzsza wzgarda patrzy na jego podsiniale oczy, ziemista cere i lekko drzace rece. "Gotowi jeszcze myslec, ze oddawalem sie rozpuscie!" - westchnal nieszczesny pan Ignacy. Potem wydobyl ksiegi, umaczal pioro i niby to zaczal rachowac. Byl przekonany, ze cuchnie piwem jak stara beczka, ktora juz wyrzucono z piwnicy, i zupelnie serio poczal rozwazac: czy nie nalezalo podac sie do dymisji po spelnieniu calego szeregu tak haniebnych wystepkow? "Spilem sie... pozno wrocilem do domu... pozno wstalem... o czterdziesci minut spoznilem sie do sklepu..." W tej chwili zblizyl sie do niego Klejn z jakims listem. - Bylo na kopercie napisane: "bardzo pilno", wiec otworzylem - rzekl mizerny subiekt podajac papier Rzeckiemu. Pan Ignacy otworzyl i czytal: "Czlowieku glupi czy nikczemny! Pomimo tylu zyczliwych ostrzezen kupujesz jednak dom, ktory stanie sie grobem twego w tak nieuczciwy sposob zdobytego majatku..." Pan Ignacy rzucil okiem na wiersz ostatni, ale nie znalazl podpisu: list byl anonimowy. Spojrzal na koperte - miala adres Wokulskiego. Czytal dalej: "Jaki zly los postawil cie na drodze pewnej szlachetnej damy, ktorej o malo nic zabiles meza, a dzis chcesz jej wydrzec dom, gdzie zmarla jej ukochana corka?... I po co to robisz?... Dlaczego placisz, jezeli prawda, az dziewiecdziesiat tysiecy rubli za kamienice niewarta siedmdziesieciu tysiecy?... Sa to sekreta twojej czarnej duszy, ktore kiedys sprawiedliwosc boska odkryje, a zacni ludzie ukarza pogarda. Zastanow sie wiec, poki czas. Nie gub swej duszy i majatku i niezatruwaj spokoju zacnej damie, ktora w nieutulonym zalu po stracie corki te jedna ma dzis pocieche, ze moze przesiadywac w pokoju, gdzie nieszczesliwe dziecie oddalo Bogu ducha. Upamietaj sie, zaklinam cie - zyczliwa..." Skonczywszy czytanie pan Ignacy potrzasnal glowa. - Nic nie rozumiem - rzekl. - Chociaz bardzo watpie o zyczliwosci tej damy. Klejn lekliwie obejrzal sie dokola sklepu, a widzac, ze ich nikt nie sledzi, zaczal szeptac: - Bo to, uwaza pan, nasz stary podobno kupuje dom Leckiego, ktory wlasnie jutro maja wierzyciele sprzedac przez licytacje... - Stach... to jest... pan Wokulski kupuje dom? - Tak, tak...- potakiwal Klejn glowa. - Ale kupuje nie na wlasne imie, tylko za posrednictwem starego Szlangbauma... Tak przynajmniej mowia w domu, bo i ja tam mieszkam. - Za dziewiecdziesiat tysiecy rubli?... - Wlasnie. A ze baronowa Krzeszowska chcialaby kupic te kamienice za siedmdziesiat tysiecy rubli, wiec anonim zapewne pochodzi od niej. Nawet zalozylbym sie, ze od niej, bo to piekielna baba... Gosc, przybyly do sklepu z zamiarem kupienia parasola, oderwal Klejna od Rzeckiego. Panu Ignacemu zaczety krazyc po glowie bardzo szczegolne mysli. "Jezeli ja - mowil do siebie - przez zmarnowanie jednego wieczora narobilem tyle zametu w sklepie, to niby - jakiego zametu w interesach narobi Stach, ktory marnuje dzis dnie i tygodnie na teatry wloskie, i zreszta - nawet nie wiem na co?..." W tej chwili jednak przypomnial sobie, ze w sklepie z jego winy zamet jest niewielki, prawie go nie ma, i ze interes handlowy w ogole idzie swietnie. Nawet co prawda to i sam Wokulski, pomimo dziwnego trybu zycia, nie zaniedbuje obowiazkow kierownika instytucji. "Ale po co on chce uwiezic dziewiecdziesiat tysiecy rubli w murach?...Skad sie i tu znowu biora ci Leccy?... Czylizby... Eh! Stasiek taki glupi nie jest..." Swoja droga niepokoila go mysl kupna kamienicy. "Zapytam sie Henryka Szlangbauma" - rzekl, wstajac od kantorka. W oddziale tkanin maly, zgarbiony Szlangbaum z czerwonymi oczyma i wyrazem zajadlosci na twarzy krecil sie jak zwykle, skaczac po drabince albo nurzajac sie miedzy sztukami perkalu. Tak juz przywykl do swojej goraczkowej roboty, ze choc nie bylo interesantow, on ciagle wydostawal jakas sztuke, odwijal i zawijal, azeby nastepnie umiescic ja na wlasciwym miejscu. Zobaczywszy pana Ignacego Szlangbaum zawiesil swoja jalowa prace i otarl pot z czola. - Ciezko, co?... - rzekl. - Bo po co pan przekladasz te graty, skoro nie ma gosci w sklepie? - odparl Rzecki. - Bah!... gdybym tego nie robil, zapomnialbym, gdzie co lezy...stawy zasniedzialyby w czlonkach... Zreszta - juzem przywykl... Pan ma jaki interes do mnie?... Rzecki stropil sie na chwile. - Nie... Tak chcialem zobaczyc, jak panu tu idzie - odpowiedzial pan Ignacy rumieniac sie, o ile to bylo mozliwe w jego wieku. "Czyzby i on mnie posadzal i sledzil?.. - blysnelo w glowie Szlangbaumowi i gniew go ogarnal. - Tak, ma ojciec racje.... Dzis wszyscy huzia! na Zydow. Niedlugo juz trzeba bedzie zapuscic pejsy i wlozyc jarmulke..." "On cos wie!" - pomyslal Rzecki i rzekl glosno: - Podobno... podobno szanowny ojciec panski kupuje jutro kamienice... kamienice pana Leckiego?... - Nic o tym nie wiem - odpowiedzial Szlangbaum spuszczajac oczy. W duchu zas dodal: "Moj stary kupuje dom dla Wokulskiego, a oni mysla i pewnie mowia: ot, patrzajcie, znowu Zyd, lichwiarz, zrujnowal jednego katolika i pana z panow..." "Cos wie, tylko gadac nie chce - myslal Rzecki. - Zawsze Zyd..." Pokrecil sie jeszcze po sali, co Szlangbaum uwazal za dalszy ciag posadzen i sledzenia go, i wrocil do siebie, wzdychajac. "To jest okropne, ze Stach ma wiecej zaufania do Zydow anizeli do mnie..." "Po co on jednak kupuje ten dom, po co wdaje sie z Leckimi...A moze nie kupuje?... Moze to tylko pogloski?..." Tak sie lekal uwiezienia w murach dziewiecdziesieciu tysiecy rubli gotowki, ze caly dzien tylko o tym myslal. Byla chwila, ze chcial wprost zapytac Wokulskiego, ale - zabraklo mu odwagi. "Stach - mowil w sobie - wdaje sie dzis tylko z panami, a ufa Zydom. Co jemu po starym Rzeckim!..." Wiec postanowil pojsc jutro do sadu i zobaczyc, czy naprawde stary Szlangbaum kupi dom Leckich i czy, jak mowil Klejn, dolicytuje go do dziewiecdziesieciu tysiecy rubli. Jezeli to sie sprawdzi, bedzie znakiem, ze wszystko inne jest prawda. W poludnie wpadl do sklepu Wokulski i zaczal rozmawiac z Rzeckim wypytujac go o wczorajszy teatr i o to: dlaczego uciekl z pierwszego rzedu krzesel, a album kazal doreczyc Rossiemu przez Pifkego. Ale pan Ignacy mial w sercu tyle zalow i tyle watpliwosci co do swego kochanego Stacha, ze odpowiadal mu polgebkiem i z nachmurzona twarza. Wiec i Wokulski umilknal i opuscil sklep z gorycza w duszy. "Wszyscy odwracaja sie ode mnie - mowil sobie - nawet Ignacy...Nawet on... Ale ty mi to wynagrodzisz!... - dodal juz na ulicy, patrzac w strone Alei Ujazdowskiej. Po wyjsciu Wokulskiego ze sklepu Rzecki ostroznie wypytal sie "panow", w ktorym sadzie i o ktorej godzinie odbywaja sie licytacje domow. Potem uprosil Lisieckiego o zastepstwo na jutro miedzy dziesiata z rana a druga po poludniu i z podwojna gorliwoscia zabral sie do swoich rachunkow. Machinalnie (choc bez bledu) dodawal dlugie jak Nowy Swiat kolumny cyfr, a w przerwach myslal: Dzisiaj zmarnowalem blisko godzine, jutro zmarnuje z piec godzin, a wszystko dlatego, ze Stach wiecej ufa Szlangbaumom anizeli mnie...Na co jemu kamienica?... Po jakiego diabla wdaje sie z tym bankrutem Leckim?... Skad mu strzelilo do lba latac na wloski teatr i jeszcze dawac kosztowne prezenta temu przybledzie Rossiemu?.:." Nie podnoszac glowy od ksiag siedzial przy kantorku do szostej, a tak byl zatopiony w robocie, ze juz nie tylko nie przyjmowal pieniedzy, ale nawet nie widzial i nie slyszal gosci, ktorzy roili sie i halasowali w sklepie jak olbrzymie pszczoly w ulu. Nie spostrzegl tez jednego najmniej spodziewanego goscia, ktorego "panowie" witali okrzykami i glosnymi pocalunkami. Dopiero gdy przybysz stanawszy nad nim krzyknal mu w ucho: - Panie Ignacy, to ja!... Rzecki ocknal sie, podniosl glowe, brwi i oczy w gore i zobaczyl Mraczewskiego... - He?... - spytal pan Ignacy przypatrujac sie mlodemu elegantowi, ktory opalil sie, zmeznial, a nade wszystko utyl. - No, co... no, co slychac?... - ciagnal pan Ignacy podajac mu reke. - Co z polityki?... - Nic nowego - odparl Mraczewski. - Kongres w Berlinie robi swoje, Austriacy wezma Bosnie. - No, no, no... zarty, zarty!... A o malym Napoleonku co slychac? - Uczy sie w Anglii w szkole wojskowej i podobno kocha sie w jakiejs aktorce. - Zaraz kocha sie!... - powtorzyl drwiaco pan Ignacy. - A do Francji nie wraca?... Jakze sie pan miewasz?... Skades sie tu wzial?...No, gadaj predko - zawolal Rzecki wesolo, uderzajac go w ramie. - Kiedyzes przyjechal?... - A to cala historia! - odpowiedzial Mraczewski rzucajac sie na fotel. - Przyjechalismy tu dzis z Suzinem o jedenastej... Od pierwszej do trzeciej bylismy z nim u Wokulskiego, a po trzeciej wpadlem na chwile do matki i na chwile do pani Stawskiej:.. Pyszna kobieta, co?... - Stawska?... Stawska?... - przypominal sobie Rzecki trac czolo. - Znasz ja pan przecie. Ta piekna, co to ma coreczke... Co to sie tak podobala panu... - Ach, ta!... wiem... Nie mnie sie podobala - westchnal Rzecki - tylko myslalem, ze dobra bylaby z niej zona dla Stacha... - Paradny pan jestes - rozesmial sie Mraczewski. - Przeciez ona ma meza... - Meza? - Naturalnie. Zreszta znane nazwisko. Przed czterema laty uciekl biedak za granice, bo posadzali go o zabicie tej... - Ach, pamietam!... Wiec to on?... Dlaczegoz nie wrocil, boc przecie okazalo sie, ze nie winien?... - Rozumie sie, ze nie winien - prawil Mraczewski. - Ale swoja droga, jak dmuchnal do Ameryki, tak po dzis dzien nie ma o nim wiadomosci. Pewnie biedak gdzies zmarnial, a kobieta zostala ani panna, ani wdowa... Okropny los!... Utrzymywac caly dom z haftu, z gry na fortepianie, z lekcyj angielskiego... pracowac caly dzien jak wol i jeszcze nie miec meza... Biedne te kobiety!... My bysmy, panie Ignacy, tak dlugo nie wytrwali w cnocie, co?... O, wariat stary... - Kto wariat? - spytal Rzecki, zdumiony naglym przejsciem w rozmowie. - Ktoz by, jezeli nie Wokulski - odparl Mraczewski. - Suzin jedzie do Paryza i chce go gwaltem zabrac, bo ma tam robic jakies ogromne zakupy towarow. Nasz stary nie zaplacilby grosza za podroz, mialby ksiazece zycie, bo Suzin im dalej od zony, tym szerzej rozpuszcza kieszen... E i jeszcze zarobilby z dziesiec tysiecy rubli. - Stach... to jest nasz pryncypal zarobilby z dziesiec tysiecy? - spytal Rzecki. - Naturalnie. Ale coz, kiedy tak juz zglupial... - No, no... panie Mraczewskil... - zgromil go pan Ignacy. - Ale slowo honoru, ze zglupial. Bo przeciez wiem, ze jedzie na wystawe do Paryza, i to lada tydzien... - Tak. - Wiec nie wolalby jechac z Suzinem, nic nie wydac i jeszcze tyle zarobic?... Przez dwie godziny blagal go Suzin: "Jedz ze mna, Stanislawie Piotrowiczu", prosil, klanial sie i na nic... Wokulski nie i nie!...Mowil, ze ma tutaj jakies interesa... - No, ma... - wtracil Rzecki. - O tak, ma... - przedrzeznial go Mraczewski. - Najwiekszy jego interes jest nie zrazac Suzina, ktory pomogl mu zrobic majatek, dzis daje mu ogromny kredyt i nieraz mowil do mnie, ze nie uspokoi sie, dopoki Stanislaw Piotrowicz nie odlozy sobie choc z milion rubli... I takiemu przyjacielowi odmawiac tak drobnej uslugi, zreszta bardzo dobrze oplaconej! - oburzal sie Mraczewski. Pan Ignacy otworzyl usta, lecz przygryzl je. O malo ze sie nie wygadal w tej chwili, iz Wokulski kupuje dom Leckiego i ze tak wielkie prezenta daje Rossiemu. Do kantorka zblizyl sie Klejn z Lisieckim. Mraczewski spostrzeglszy, ze sa nie zajeci, zaczal rozmawiac z nimi, a pan Ignacy znowu zostal sam nad swoja ksiega. "Nieszczescie! - myslal. - Dlaczego ten Stach nie jedzie darmo do Paryza i jeszcze zniecheca do siebie Suzina?... Jaki zly duch spetal go z tymi Leckimi... Czyzby?... Eh! przecie on az tak glupi nie jest...A swoja droga, szkoda tej podrozy i dziesieciu tysiecy rubli... Moj Boze! jak sie to ludzie zmieniaja. Schylil glowe i posuwajac palcem z dolu do gory albo z gory na dol, sumowal kolumny cyfr dlugich jak Nowy Swiat i Krakowskie Przedmiescie. Sumowal bez bledu, nawet z cicha mruczal, a jednoczesnie myslal sobie, ze jego Stach znajduje sie na jakiejs fatalnej pochylosci. "To darmo - szeptal mu glos ukryty na samym dnie duszy - to darmo!... Stach wklepal sie w gruba awanture... I z pewnoscia w polityczna awanture, bo taki czlowiek jak on nie wariowalby dla kobiety, chocby nawet byla nia sama - panna... Ach, do diabla! omylilem sie...Wyrzeka sie, gardzi dziesiecioma tysiacami rubli, on, ktory osm lat temu musial pozyczac ode mnie po dziesiec rubli na miesiac, azeby za to wykarmic sie jak nedzarz... A teraz rzuca w bloto dziesiec tysiecy rubli, pakuje w kamienice dziewiecdziesiat tysiecy, robi aktorom prezent po kilkadziesiat rubli... Jak mi Bog mily, nic nie rozumiem! I to niby jest pozytywista, czlowiek realnie myslacy... Mnie nazywaja starym romantykiem, ale przeciez takich glupstw nie robilbym... No, chociaz jezeli zabrnal w polityke..." Na tych medytacjach uplynal mu czas do zamkniecia sklepu. Glowa go troche bolala, wiec wyszedl na spacer na Nowy Zjazd i wrociwszy do domu wczesnie spac sie polozyl. "Jutro - mowil do siebie - zrozumiem ostatecznie, co sie swieci. Jezeli Szlangbaum kupi dom Leckiego i da dziewiecdziesiat tysiecy rubli, to znaczy, ze go naprawde Stach podstawil i juz jest skonczonym wariatem... A moze tez Stach nie kupuje kamienicy, moze to wszystko plotki?.. "Zasnal i snilo mu sie, ze w oknie jakiegos wielkiego domu widzi panne Izabele, do ktorej stojacy obok niego Wokulski chce biec. Na prozno zatrzymuje go pan Ignacy, az pot oblewa mu cale cialo. Wokulski wyrywa sie i znika w bramie kamienicy. "Stachu, wroc sie!..." - krzyczy pan Ignacy widzac, ze dom poczyna sie chwiac. Jakoz dom zawala sie. Panna Izabela, usmiechnieta, wylatuje z niego jak ptak, a Wokulskiego nie widac... "Moze wbiegl na podworko i ocalal..." - mysli pan Ignacy i budzi sie z mocnym biciem serca. Nazajutrz pan Ignacy budzi sie na kilka minut przed szosta; przypomina sobie, ze to dzis wlasnie licytuja kamienice Leckiego, ze ma przypatrzec sie temu widowisku, i zrywa sie z lozka jak sprezyna. Biegnie boso do wielkiej miednicy, oblewa sie caly zimna woda i patrzac na swoje patykowate nogi mruczy: "Zdaje mi sie, ze troche utylem." Przy skomplikowanym procesie mycia sie pan Ignacy robi dzis taki zgielk, ze budzi Ira. Brudny pudel otwiera jedyne oko, jakie mu pozostalo, i snadz dostrzeglszy niezwykle ozywienie swego pana zeskakuje z kufra na podloge. Przeciaga sie, ziewa, wydluza w tyl jedna noge, potem druga noge, potem na chwile siada naprzeciw okna, za ktorym slychac bolesny krzyk zarzynanej kury, i zmiarkowawszy, ze naprawde nic sie nie stalo, wraca na swoja posciel. Jest przy tym tak ostrozny czy moze rozgniewany na pana Ignacego za falszywy alarm, ze odwraca sie grzbietem do pokoju, a nosem i ogonem do sciany, jak gdyby panu Ignacemu chcial powiedziec: "Juz ja tam wole nie widziec twojej chudosci." Rzecki ubiera sie w oka mgnieniu i z piorunujaca szybkoscia wypija herbate nie patrzac ani na samowar, ani na sluzacego, ktory go przyniosl. Potem biegnie do sklepu jeszcze zamknietego, przez trzy godziny rachuje bez wzgledu na ruch gosci i rozmowy "panow" i punkt o dziesiatej mowi do Lisieckiego: - Panie Lisiecki, wroce o drugiej... - Koniec swiata! - mruczy Lisiecki. - Musialo trafic sie cos nadzwyczajnego, jezeli ten safandula wychodzi o takiej porze do miasta... Stanawszy na chodniku przed sklepem pan Ignacy dostaje ataku wyrzutow sumienia. "Co ja dzis wyrabiam?... - mysli. - Co mnie obchodza licytacje, chocby palacow, nie tylko kamienic?.. " I waha sie: czy isc do sadu, czy wracac do sklepu? W tej chwili widzi na Krakowskim przejezdzajaca dorozke, a w niej dame wysoka, chuda i mizerna, w czarnym kostiumie. Dama wlasnie patrzy na ich sklep, a Rzecki w jej zapadlych oczach i lekko posinialych ustach spostrzega wyraz glebokiej nienawisci. "Dalibog, ze to baronowa Krzeszowska... - mruczy pan Ignacy. - Oczywiscie, jedzie na licytacje... Awantura!... Budza sie w nim jednak watpliwosci. Kto wie, czy baronowa jedzie do sadu; moze to wszystko plotki?... "Warto sprawdzic" - mysli pan Ignacy, zapomina o swoich obowiazkach dysponenta i najstarszego subiekta. I poczyna isc za dorozka. Nedzne konie wloka sie tak powoli, ze pan Ignacy moze obserwowac wehikul na calej przestrzeni do kolumny Zygmunta. W tym miejscu dorozka skreca na lewo, a Rzecki mysli: "Rozumie sie, ze jedzie baba na Miodowa. Taniej kosztowalaby ja podroz na miotle..." Przez dom Rezlera (ktory przypomina mu onegdajsza pijatyke!) i czesc Senatorskiej pan Ignacy dostaje sie na Miodowa. Tu przechodzac okolo skladu herbaty Nowickiego wstepuje na chwile, azeby powiedziec wlascicielowi: "dzien dobry!", i szybko ucieka, dalej mruczac: "Co on sobie pomysli zobaczywszy mnie o tej godzinie na ulicy?..Naturalnie pomysli, ze jestem najpodlejszy dysponent, ktory zamiast siedziec w sklepie, lajdaczy sie po miescie... Oto los!..." Przez pozostala czesc drogi do sadu trapi pana Ignacego sumienie. Przybiera ono postac olbrzyma z broda, w zoltym jedwabnym kitlu i takich ze spodniach, ktory dobrodusznie a zarazem ironicznie patrzacemu w oczy mowi: "Powiedz mi pan, panie Rzecki, jaki to porzadny kupiec walesa sie o tej porze po miescie? Pan jestes taki kupiec jak ja baletnik..." I pan Ignacy czuje, ze nie moze nic odpowiedziec surowemu sedziemu. Rumieni sie, potnieje i juz chce wracac do swoich ksiag (w taki jednakze sposob, azeby go zobaczyl Nowicki), gdy nagle widzi przed soba dawny palac Paca. "Tu bedzie licytacja!" - mowi pan Ignacy i zapomina o skrupulach. Olbrzym z broda, w zoltym jedwabnym kitlu, rozplywa sie przed oczyma jego duszy jak mgla. Rozejrzawszy sie w sytuacji pan Ignacy przede wszystkim spostrzega, ze do gmachu sadowego prowadza dwie olbrzymie bramy i dwoje drzwi. Nastepnie widzi cztery roznej wielkosci gromady starozakonnych z minami bardzo powaznymi. Pan Ignacy nie wie, dokad isc, idzie jednak do tych drzwi, przed ktorymi stoi najwiecej starozakonnych, domyslajac sie, ze tam wlasnie odbywa sie licytacja. W tej chwili przed gmach sadu zajezdza powoz, a w nim pan Lecki. Pan Ignacy nie moze pohamowac czci dla jego pieknych, siwych wasow i podziwu dla jego humoru. Pan Lecki bowiem nie wyglada tak jak bankrut, ktoremu licytuja kamienice, ale jak milioner, ktory przyjechal do rejenta, azeby podniesc drobna sume stu kilkudziesieciu tysiecy rubli. Pan Lecki wysiada uroczyscie z powozu, triumfalnym krokiem zbliza sie do drzwi sadowych, a jednoczesnie z drugiej strony ulicy przybiega do niego dzentelmen majacy wszelakie pozory prozniaka, ktory jednakze jest adwokatem. Po bardzo krotkim, a nawet niedbalym powitaniu pan Lecki pyta dzentelmena: - Coz?... kiedyz?... - Za godzinke... moze troche dluzej... - odpowiada dzentelmen. - Wyobraz pan sobie - mowi z dobrotliwym usmiechem pan Lecki - ze przed tygodniem jeden moj znajomy wzial dwakroc za dom, ktory go kosztowal sto piecdziesiat tysiecy. A ze moj kosztowal mnie sto tysiecy, wiec powinienem wziac w tym stosunku ze sto dwadziescia piec... - Hum!... hum!... - mruczy adwokat. - Bedziesz sie pan smial.- ciagnie pan Tomasz - z tego, co powiem (bo wy lubicie zartowac z przeczuc i snow), a jednak dzis snilo mi sie, ze moj dom poszedl za sto dwadziescia tysiecy... Mowie to panu przed licytacja, uwazasz?... Za pare godzin przekonasz sie, ze nie nalezy smiac sie ze snow... Sa rzeczy na niebie i ziemi... - Hum!... hum!... - odpowiada adwokat i obaj panowie wchodza w pierwsze drzwi gmachu. "Chwala Bogu! - myslal pan Ignacy. - Jezeli Lecki wezmie sto dwadziescia tysiecy za swoj dom, to znaczy, ze Stach nie zaplaci za niego dziewiecdziesieciu tysiecy rubli." Wtem ktos lekko dotyka jego ramienia. Pan Ignacy oglada sie i widzi za soba starego Szlangbauma. - Czy moze pan mnie szuka.? - pyta sedziwy Zyd, bystro patrzac mu w oczy. - Nie, nie... - odpowiada zmieszany pan Ignacy. - Pan nie ma do mnie zaden interes?. - powtarza Szlangbaum mrugajac czerwonymi powiekami. - Nie, nie... - Git! - mruczy Szlangbaum i odchodzi miedzy swoich wspolwyznawcow. Panu Ignacemu robi sie zimno: obecnosc Szlangbauma w tym miejscu budzi w nim nowe podejrzenie. Aby je rozproszyc, pan Ignacy pyta stojacego przy drzwiach woznego, gdzie odbywaja sie licytacje. Wozny wskazuje mu schody. Pan Ignacy biegnie na gore i wpada do jednej sali. Uderza go tlum starozakonnych, sluchajacych z najwiekszym skupieniem jakiejs mowy. Rzecki poznaje, ze w tej chwili toczy sie tu sprawa przed sadem, ze przemawia prokurator i ze chodzi o grube oszustwo. W sali jest duszno; mowe prokuratora tlumi nieco halas dorozek. Sedziowie wygladaja, jakby drzemali, adwokat ziewa, oskarzony ma mine, jakby chcial oszukac sad najwyzszej instancji, starozakonni przypatruja mu sie ze wspolczuciem, a oskarzenia sluchaja z uwaga. Niektorzy przy kazdym silniejszym zarzucie prokuratora krzywia sie i sycza: "aj-waj!..." Pan Ignacy opuszcza sale; nie dla tej sprawy tu przyszedl. Znalazlszy sie w przedsionku, pan Ignacy chce isc na drugie pietro; jednoczesnie omija go schodzaca stamtad baronowa Krzeszowska w towarzystwie mezczyzny, ktory ma powierzchownosc znudzonego nauczyciela jezykow starozytnych. Jest to jednak adwokat; o czym swiadczy srebrny znaczek przypiety do klapy bardzo wytartego fraka; szaraczkowe zas spodnie kaplana sprawiedliwosci sa na kolanach tak wytloczone, jak gdyby ich wlasciciel, zamiast bronic swoich klientow, nieustannie oswiadczal sie bogini Temidzie. - Wiec jezeli dopiero za godzine - mowi jekliwym glosem pani Krzeszowska - w takim razie pojde teraz do Kapucynow... Nie sadzi pan. - Nie sadze, azeby wizyta pani u Kapucynow wplynela na przebieg licytacji - odpowiada znudzony adwokat. - Gdyby jednak pan mecenas szczerze chcial, gdyby pobiegal... Mecenas w wytloczonych spodniach niecierpliwie potrzasa reka. - Ach, pani dobrodziejko - mowi - ja juz tyle nabiegalem sie w sprawie tej licytacji, ze chocby dzisiaj nalezy mi sie spoczynek. W dodatku mam za kilka minut urzedowke o zabojstwo... Widzi pani te piekne damy?... Wszystkie ida sluchac mojej obrony... Efektowna sprawa!... - Wiec pan mecenas opuszcza mnie? - wykrzykuje baronowa. - Alez bede... bede na sali - przerywa jej adwokat - bede przy licytacji, tylko niech mi pani zostawi choc pare minut do pomyslenia o moim zabojcy... I wpada w otwarte drzwi, nakazujac woznemu, azeby nikogo nie wpuszczal. - O Boze! - mowi baronowa na caly glos - nedzny zabojca ma obronce, ale biedna, samotna kobieta na prozno szuka czlowieka, ktoryby ujal sie za jej honorem, za jej spokojem, za jej mieniem... Poniewaz pan Ignacy nie chce byc tym czlowiekiem, wiec spiesznie ucieka na dol, potracajac mlode, piekne i eleganckie kobiety, ktore przypedzila tu zadza wysluchania slawnego procesu o zabojstwo. To lepsze anizeli teatr; aktorzy bowiem urzedowego widowiska graja jezeli nie lepiej, to z pewnoscia celniej od dramatycznych. Na schodach wciaz rozlegaja sie lamentacje pani Krzeszowskiej i smiechy mlodych, pieknych i eleganckich kobiet, spieszacych na ogladanie zabojcy, pokrwawionej odziezy, siekiery, ktora zabil swoja ofiare, i spoconych sedziow. Pan Ignacy ucieka z sieni az na druga strone ulicy; na rogu Kapitulnej i Miodowej wpada do cukierni i kryje sie w tak ciemnym kacie, w ktorym nie moglaby juz poznac go nawet pani Krzeszowska. Kaze sobie podac filizanke pienistej czekolady, zaslania sie podarta gazeta i widzi, ze w tym malym pokoiku znajduje sie drugi, jeszcze ciemniejszy kat, w ktorym miesci sie pewien okazalej tuszy jegomosc i jakis zgarbiony Zyd. Pan Ignacy mysli, ze okazaly jegomosc jest co najmniej hrabia i wlascicielem wielkich dobr na Ukrainie, a Zyd jego faktorem; tymczasem zas slucha toczacej sie miedzy nimi rozmowy - Panie dobrodzieju - mowi zgarbiony Zyd - zeby nie to, ze pana dobrodzieja nikt nie zna w Warszawie, to ja bym panu za ten interes nie dal nawet dziesiec rubli. A tak zarobi pan dobrodziej dwadziescia piec... - I wystoje sie z godzine w dusznej sali! - odmrukuje jegomosc. - Prawda - ciagnie dalej Zyd - ze w naszym wieku ciezko stoic, no, ale takie pieniadze to tez nie chodza piechota... A jaka pan bedzie mial reputacje, kiedy sie dowiedza, ze pan dobrodziej chcial kupic kamienice za osiemdziesiat tysiecy rubli?... - Niech bedzie. Ale dwadziescia piec rubli gotowka na stol... - Niech Bog zabroni! - odpowiada Zyd. - Pan dobrodziej dostanie do reki piec rubli, a dwadziescia pojdzie na dlug tego nieszczesliwego Seliga Kupferman, co juz przez dwa lata grosza od pana nie widzial, choc ma wyrok. Okazaly pan uderza reka w stol marmurowy i chce wychodzic. Zgarbiony Zyd chwyta go za pole surduta, znowu sadza na krzesle i ofiaruje szesc rubli gotowka. Po kilkuminutowym targu strony godza sie na osiem rubli, z ktorych siedem beda wyplacone po licytacji, a rubel natychmiast. Zyd opiera sie, ale majestatyczny pan jednym argumentem rozcina jego wahania: - Przeciez, do diabla, musze oddac za herbate i ciastka! Zyd wzdycha, z zatluszczonej portmonetki wydobywa najbardziej podarty papierek i wyprostowawszy go kladzie na marmurowym stole. Nastepnie wstaje i leniwie opuszcza ciemny pokoik, a pan Ignacy przez dziurke gazety poznaje w nim starego Szlangbauma. Pan Ignacy spiesznie dopija czekolade i ucieka z cukierni na ulice. Juz obrzydla mu licytacja, ktorej ma pelne uszy i pelna glowe. Chce w jakis sposob przepedzic zbywajacy mu czas i spostrzeglszy otwarty kosciol Kapucynow kieruje sie do niego bedac pewnym, ze w swiatyni znajdzie spokoj, przyjemny chlodek, a nade wszystko, ze tam przynajmniej nie uslyszy o licytacji. Wchodzi do kosciola i istotnie znajduje cisze i chlod, a nadto nieboszczyka na katafalku otoczonego swiecami, ktore sie jeszcze nie pala, i kwiatami, ktore juz nie pachna. Od pewnego czasu pan Ignacy nie lubi widoku trumny, wiec skreca na lewo i widzi kleczaca na posadzce w czarnym stroju kobiete. Jest to baronowa Krzeszowska, kornie zgieta ku ziemi; bije sie w piersi i co chwile podnosi chustke do oczu. "Jestem pewny, iz modli sie o to, azeby dom Leckiego poszedl za szescdziesiat tysiecy rubli" - mysli pan Ignacy. Lecz ze i widok pani Krzeszowskiej nie wydaje mu sie ponetnym, wiec cofa sie na palcach i przechodzi na prawa strone kosciola. Tu znajduje sie tylko pare kobiet: jedna polglosem odmawia rozaniec, druga spi. Zreszta nikogo wiecej, tylko spoza filaru wychyla sie sredniego wzrostu mezczyzna energicznie wyprostowany, pomimo siwych wlosow, i szepczacy modlitwe z zadarta glowa. Rzecki poznaje w nim pana Leckiego i mysli: "Jestem pewny, ze ten prosi Boga, azeby jego dom poszedl za sto dwadziescia tysiecy rubli..." Potem spiesznie opuszcza kosciol zastanawiajac sie, w jaki tez sposob dobry Bog zadowoli sprzeczne zadania pani baronowej Krzeszowskiej i pana Tomasza Leckiego? Nie znalazlszy, czego szukal, ani w cukierni, ani w kosciele, pan Ignacy zaczyna spacerowac po ulicy, niedaleko sadowego gmachu. Jest bardzo zmieszany; zdaje mu sie, ze kazdy przechodzien patrzy mu drwiaco w oczy, jakby mowil: "Nie wolalbys to, stary lobuzie, pilnowac sklepu?", i ze z kazdej dorozki wyskoczy ktory, z "panow" donoszac mu, ze sklep spalil sie lub zawalil. Wiec znowu mysli: czyby nie lepiej bylo dac za wygrana licytacji, a wrocic do swoich ksiag i kantorka, gdy nagle slyszy rozpaczliwy krzyk. To jakis Zydek wychylil sie przez okno sali sadowej i cos wrzasnal do gromady swoich wspolwyznawcow, ktorzy na to haslo rzucili sie do drzwi tloczac sie, potracajac spokojnych przechodniow i tupiac niecierpliwie nogami jak sploszone stado owiec w ciasnej owczarni. "Aha, juz zaczela sie licytacja!." - mowi do siebie pan Ignacy idac za nimi na gore. W tej chwili czuje, ze ktos pochwycil go z tylu za ramie, i odwrociwszy glowe widzi owego majestatycznego pana, ktory od Szlangbauma dostal w cukierni rubla zadatku. Okazaly pan widocznie bardzo sie spieszy, gdyz obu piesciami toruje sobie droge posrod zbitej masy cial starozakonnych wolajac: - Na bok, parchy, kiedy ja ide na licytacje!... Zydzi wbrew swoim zwyczajom usuwaja sie i patrza na niego z podziwem. - Jakie on musi miec pieniadze! - mruczy jeden z nich do swego sasiada. Pan Ignacy, ktory jest nieskonczenie mniej smialym anizeli okazaly jegomosc, zamiast pchac sie jak on, zdaje sie na laske i nielaske losu. Prad starozakonnych ogarnia go ze wszystkich stron. Przed soba widzi zatluszczony kolnierz, brudny szalik i jeszcze brudniejsza szyje ; za soba czuje zapach swiezej cebuli ;z prawej strony jakas szpakowata broda opiera mu sie na obojczyku, a z lewej silny lokiec uciska mu reke az do scierpniecia. Gniota go, popychaja, szarpia za odziez. Ktos chwyta go za nogi, ktos siega do kieszeni, ktos uderza go miedzy lopatki. Nadchodzi chwila, w ktorej pan Ignacy sadzi, ze polamia mu klatke piersiowa. Podnosi oczy do nieba i widzi, ze jest we drzwiach. Juz, juz... zadusza go...Nagle czuje przed soba puste miejsce, uderza glowa w czyjes wdzieki, nie dosyc starannie zasloniete pola surduta, i - jest w sali. Odetchnal... Za nim rozlegaja sie krzyki i wymyslania licytantow, a od czasu do czasu upomnienia woznego: - Czego panowie tak sie tlocza... Coz to, panowie sa bydlo czy co?.. "Nie wiedzialem, ze tak trudno dostac sie na licytacje!.." - wzdycha pan Ignacy. Mija dwie sale, tak puste, ze nie widac w nich ani krzesla na podlodze, ani gwozdzia w scianie. Sale te tworza przysionek jednego z wydzialow sprawiedliwosci, lecz sa widne i wesole. Przez otwarte okna wlewaja sie tu potoki slonecznych blaskow i goracy lipcowy wiatr nasycony warszawskimi pylami. Pan Ignacy slyszy swiergot wrobli i nieustanny turkot dorozek i doznaje dziwnego uczucia dysharmonii. "Czy podobna - mowi - azeby sad wygladal tak pusto jak nie wynajete mieszkanie i - tak wesolo?..." Zdaje mu sie, ze zakratowane okna i szare sciany, polyskujace wilgocia, a obwieszone kajdanami, nierownie lepiej odpowiadalyby sali, w ktorej skazuja ludzi na wieczne lub doczesne wiezienia. Ale otoz i sala glowna, do ktorej biegna wszyscy starozakonni i gdzie skupia sie caly interes licytacji. Jest to pokoj tak rozlegly, ze mozna by w nim tancowac we czterdziesci par mazura, gdyby nie niska bariera, ktora dzieli go na dwie czesci: cywilna i licytacyjna. W czesci cywilnej znajduje sie kilka wyplatanych kanap, w czesci licytacyjnej - estrada, a na niej duzy stol, majacy forme rogala pokrytego zielonym suknem. Za stolem spostrzega pan Ignacy trzech dygnitarzow, majacych lancuchy na szyi i senatorska powage na obliczach; sa to komornicy: Na stole przed kazdym dygnitarzem lezy stos papierow reprezentujacych wystawione na sprzedaz nieruchomosci. Zas miedzy stolem i bariera, tudziez przed bariera, tloczy sie cizba interesantow. Wszyscy oni maja zadarte glowy i patrza na komornikow ze skupieniem ducha, ktorego mogliby im pozazdroscic natchnieni asceci przypatrujacy sie swietym wizjom. W sali pomimo otwartych okien unosi sie won srodkujaca miedzy zapachem hiacyntu i starego kitu. Pan Ignacy domysla sie, ze jest to won chalatow. Wyjawszy turkot dorozek, w sali jest dosyc cicho. Komornicy milcza, zatopieni w swoich aktach, licytanci rowniez milcza, zapatrzeni w komornikow; reszta zas publicznosci, zebrana w cywilnej polowie izby i podzielona na grupy, wprawdzie szemrze, ale po cichu. Nie maja interesu, azeby ich slyszano. Tym wiec glosniej rozlega sie jek baronowej Krzeszowskiej, ktora trzymajac swego adwokata za klapy fraka mowi z goraczkowym pospiechem: - Blagam pana, nie odchodz... No... dam panu wszystko, co zechcesz... - Tylko, pani baronowo, bez zadnych pogrozek! - odpowiada adwokat. - Ja przeciez nie groze, ale nie opuszczaj mnie pan!... - deklamuje z prawdziwym uczuciem baronowa. - Przyjde na licytacje, alez teraz musze isc do mego zabojcy... - Tak!... wiec nedzny morderca wiecej budzi w panu wspolczucia anizeli opuszczona kobieta, ktorej mienie, honor, spokoj.... Nagabany adwokat ucieka tak szybko, ze jego spodnie wydaja sie jeszcze bardziej wytloczonymi na kolanach, anizeli sa w istocie. Baronowa chce za nim biec, lecz w tej chwili pada w objecia jakiegos jegomosci, ktory uzywa bardzo szafirowych okularow i ma fizjognomie zakrystiana. - O co pani chodzi, droga pani? - mowi slodko jegomosc w szafirowych okularach. - Zaden adwokat nie podbije pani ceny domu... to ja jezdem od tego... Desz pani jeden procent od kazdego tysiaca rubli wyzej nad sume poczatkowa i dwadziescia rubelkow na koszta... Baronowa Krzeszowska odskakuje od niego i wygiawszy sie w tyl jak artystka grajaca tragiczna role odpowiada mu jednym tylko wyrazem: - Szatanie!... Jegomosc w okularach poznaje, ze zle trafil, i cofa sie skonsternowany. Jednoczesnie zabiega mu droge inny jegomosc, majacy mine skonczonego lajdaka, i cos mu szepcze przez kilka minut z bardzo ozywiona gestykulacja. Pan Ignacy jest pewny, ze ci dwaj panowie pobija sie; oni jednak rozchodza sie bardzo spokojnie, a jegomosc z mina lajdaka zbliza sie do baronowej Krzeszowskiej i mowi polglosem: - Jezeli pani baronowa cos zaryzykuje, mozemy nie dopuscic nawet do siedemdziesieciu tysiecy rubli. - Zbawco!.. - wola baronowa. - Widzisz przed soba kobiete skrzywdzona i osamotniona, ktorej mienie, honor i spokoj... - Co mi tam honor - mowi jegomosc z lajdacka fizjognomia. - Da pani dziesiec rubli zadatku? Odchodza oboje w najdalszy kat sali i przed oczyma pana Ignacego kryja sie za grupa starozakonnych. W tej grupie znajduje sie stary Szlangbaum i mlody bez zarostu, tak blady i wycienczony, ze pan Ignacy sadzi, iz bardzo niedawno musial wstapic w zwiazki malzenskie. Stary Szlangbaum cos wyklada wycienczonemu Zydkowi, ktoremu coraz wiecej baranieja oczy; co by mu jednak wykladal? pan Ignacy nie moze sie domyslec. Odwraca sie wiec w druga strone sali i spostrzega o pare krokow od siebie pana Leckiego z jego adwokatem, ktory widocznie nudzi sie i chcialby gdzies isc. - Gdyby choc sto pietnascie... no - sto dziesiec tysiecy!... - mowi pan Lecki. - Przeciez pan adwokat musisz znac jakie sposoby... - Hum!... hum!... - mowi adwokat, tesknie spogladajac na drzwi. - Pan zada zbyt wysokiej ceny... Sto dwadziescia tysiecy za dom, za ktory dawano szescdziesiat... - Alez, panie, on kosztowal mnie sto tysiecy... - Tak... Hum!... hum!... Troche pan przeplacil... - Ja tez - przerywa mu pan Lecki - zadam tylko stu dziesieciu... I zdaje mi sie, ze kiedy jak kiedy, ale w tym razie powinien by mi pan adwokat dopomoc... Sa przeciez jakies sposoby, ktorych ja nie znam nie bedac prawnikiem... - Hum!... hum!... - mruczy adwokat. Na szczescie jeden z kolegow(odziany rowniez we frak ze srebrnym znaczkiem) wywoluje go z sali; w minute zas pozniej zbliza sie do pana Leckiego jegomosc w szafirowych okularach, z mina zakrystiana, i mowi: - O co panu chodzi, panie hrabio?... Zaden adwokat nie podbije panu ceny domu... Od tego ja jezdem... Desz pan hrabia dwadziescia rubli na koszta i jeden procent od kazdego tysiaca nad szescdziesiat tysiecy... Pan Lecki patrzy na zakrystiana z wielka pogarda; kladzie nawet obie rece w kieszenie spodni (co jemu samemu wydaje sie dziwnym)i mowi: - Dam jeden procent od kazdego tysiaca wyzej nad sto dwadziescia tysiecy rubli... Zakrystian w szafirowych okularach klania sie, poruszajac przy tym lewa lopatka, i odpowiada: - Przepreszem pana hrabiego... - Stoj! - przerywa pan Lecki. - Wyzej nad sto dziesiec... - Przepreszem. - Nad sto. - Przepreszem. - Niech was pioruny!....Wiec ile chcesz?... - Jeden procencik od sumy wyzszej nad siedemdziesiat i dwadziescia rubelkow na koszta...- mowi klaniajac sie do ziemi zakrystian. - Dziesiec rubli wezmiesz? - pyta fiolkowy z gniewu pan Lecki. - Ja i rubelkiem nie pogardze... Pan Lecki wydobywa wspanialy pugilares, z niego caly pek szeleszczacych dziesieciorublowek i jedna z nich daje zakrystianowi, ktory schyla sie do ziemi. - Zobaczy jasnie wielmozny pan... - szepcze zakrystian. Obok pana Ignacego stoi dwoch Zydow: jeden wysoki, sniady, z broda tak czarna, ze wpada w kolor granatowy, drugi lysy, z tak dlugimi faworytkami, ze walaja mu klapy surduta. Dzentelmen z faworytami na widok dziesieciorublowek pana Leckiego usmiecha sie i mowi polglosem do pieknego bruneta: - Pan wydzysz te pyniadze u ten szlachcic... Pan slyszysz, jak ony klaskaja?... Ony tak czesza sze, ze mnie widza... Pan to rozumysz, panie Cynader?.. - Lecki jest panski klient? - pyta piekny brunet. - Dlaczego on nie ma bycz moj? - Co on ma? - mowi brunet. - On ma... on ma - szostre w Krakowie, ktora, rozumysz pan, zapysala dla jego corki... - A jezeli ona nic nie zapisala?... Dzentelmen z faworytami na chwile tropi sie. - Tylko mi pan nie mow takie glupie gadanie!... Dlaczego szostra z Krakowa nie ma im zapysac, kiedy ona jest chora?.. - Ja nic nie wiem - odpowiada piekny brunet. (Pan Ignacy przyznaje w duchu, ze tak pieknego mezczyzny nigdy jeszcze nie widzial.) Ale on ma corke, panie Cynader... - mowi niespokojnie wlasciciel bujnych faworytow. - Pan zna jego corke, te panne Izabele, panie Cynader?... Ja sam dalbym jej, no bez targu, sto rubli... - Ja bym dal sto piecdziesiat - mowi piekny brunet - ale swoja droga Lecki to niepewny interes. - Niepewny?... A pan Wokulski to co?... - Pan Wokulski, no... to jest wielki interes - odpowiada brunet. - Ale ona jest glupia i Lecki jest glupi, i oni wszyscy sa glupi. I oni zgubia tego Wokulskiego, a on im nie da rady... Panu Ignacemu pociemnialo w oczach. "Jezus, Maria! - szepcze. - Wiec juz nawet przy licytacjach mowia o Wokulskim i o niej... I jeszcze przewiduja, ze go zgubi... Jezus Maria!..." , Okolo stolu zajetego przez komornikow robi sie maly zamet; wszyscy widzowie pchaja sie w tamtym kierunku. Stary Szlangbaum rowniez zbliza sie do stolu, a po drodze kiwa na zniszczonego Zydka i nieznacznie mruga na okazalego pana, z ktorym niedawno rozmawial w cukierni. Wspolczesnie wbiega adwokat pani Krzeszowskiej; nie patrzac na nia zajmuje miejsce przed stolem i mruczy do komornika: - Predzej, panie, predzej, bo dalibog! nie mam czasu... W kilka zas minut po adwokacie wchodzi do sali nowa grupa osob. Jest tam para malzonkow nalezacych, zdaje sie, do profesji rzezniczej, jest stara dama z kilkunastoletnim wnukiem i dwu panow: jeden czerstwy i siwy, drugi kedzierzawy, wygladajacy na suchotnika. Obaj maja potulne fizjognomie i podniszczone odzienia, lecz na ich widok Zydzi poczynaja szemrac i pokazywac palcami z wyrazem podziwu i szacunku. Obaj staja tak blisko pana Ignacego, ze ten mimo woli musi wysluchac rad, jakich siwy jegomosc udziela kedzierzawemu: - Rob, mowie tobie, Ksawery, jak ja. Ja nie spiesze sie, jak Boga kocham. Juz trzy lata, mowie tobie, chce kupic niewielki domik, ot taki sobie za sto, za dwiescie tysiecy, na stare lata, ale nie spiesze sie. Wyczytuje ja sobie, ktore chaty ida na licytacje, ogladuje ja ich sobie powoli, kalkuluje ja sobie w glowie, a potem - zachodze ja sobie tu i slucham, co ludzie daja. I kiedy, mowie tobie, juz nabralem doswiadczenia i w tym roku chcialem juz co kupic, ceny jak raz w niepraktykowany sposob skoczyly, psiakrew, i musze na nowo kalkulowac... Ale jak we dwu poczniem sie przysluchiwac, to mowie tobie; ubijemy interes... - Czycho!... - zawolano od stolu. W sali ucichlo, a pan Ignacy slucha opisu kamienicy polozonej tui tu, majacej trzy oficyny i trzy pietra, plac, ogrod itd. W trakcie tego waznego aktu pan Lecki robi sie na przemian blady i fioletowy, a pani Krzeszowska co chwile podnosi do nosa krysztalowy flakonik w zlotej oprawie. - Znam ten dom! - wykrzykuje nagle jegomosc w szafirowych okularach z mina zakrystiana. - Znam ten dom!... Z zamknietymi oczami wart sto dwadziescia tysiecy rubli... - Co pan zawracasz! - odzywa sie stojacy obok baronowej Krzeszowskiej pan z fizjognomia lajdaka. - Co to za dom?... Rudera... trupiarnia!... Pan Lecki robi sie bardzo fioletowy. Kiwa na zakrystiana i pyta go szeptem: - Kto jest tamten lotr?... - Tamten?... - pyta zakrystian. - To szubrawczyna!... Niech pan hrabia nie zwaza na niego I mowi na caly glos: - Slowo honoru, za ten dom smialo mozna dac sto trzydziesci tysiecy... - Kto jest ten nikczemnik? - pyta baronowa jegomoscia z lajdacka mina. - Kto jest ten w niebieskich okularach?... - Tamten?... - odpowiada zapytany. - To znany szubrawiec... niedawno siedzial na Pawiaku... Niech pani na niego nie zwaza... Plunac nie warto... - Cicho tam!... - wola urzedowy glos od stolu. Zakrystian mruga na pana Leckiego usmiechajac sie familiarnie i pcha sie do stolu miedzy licytantow. Jest ich czterech: adwokat baronowej, okazaly pan, stary Szlangbaum i zniszczony Zydek, obok ktorego staje zakrystian. - Szescdziesiat tysiecy i piecset rubli - mowi cicho adwokat pani Krzeszowskiej. - Dalibog! wiecej nie warto wtraca jegomosc z mina lajdaka. Baronowa triumfalnie spoglada na pana Leckiego. - Szescdziesiat piec... - odzywa sie majestatyczny pan. - Szescdziesiat piec tysiecy i sto rubli - belkocze blady Zydek. - Szescdziesiat szesc... - dodaje Szlangbaum. - Siedemdziesiat tysiecy! - wrzeszczy zakrystian. - Ach! ach! ach!... - wybucha placzem baronowa upadajac na wyplatana kanapke. Jej adwokat szybko odchodzi od stolu i biegnie bronic zabojcy. - Siedemdziesiat piec tysiecy!... - wola okazaly pan. - Umieram!... - jeczy baronowa. W sali robi sie ruch. Stary Litwin chwyta pod reke baronowe, ktora odbiera mu Maruszewicz, nie wiadomo skad przybyly na ten uroczysty wypadek. Zanoszaca sie od placzu baronowa, wsparta na Maruszewiczu, opuszcza sale zlorzeczac przy tym swemu adwokatowi, sadowi, licytantom i komornikom. Pan Lecki blado usmiecha sie, a tymczasem zniszczony Zydek mowi: - Osiemdziesiat tysiecy i sto rubli... - Osiemdziesiat piec... - wtraca Szlangbaum. Pan Lecki caly zamienia sie we wzrok i sluch. Wzrokiem dostrzega juz tylko trzech licytantow, a sluchem chwyta wyrazy otylego pana: - Osiemdziesiat osiem tysiecy... - Osiemdziesiat osiem i sto rubli - mowi mizerny Zydek. - Niech bedzie dziewiecdziesiat - konczy stary Szlangbaum uderzajac reka w stol. - Dziewiecdziesiat tysiecy - mowi komornik - po raz pierwszy... Pan Lecki zapomniawszy o etykiecie pochyla sie do zakrystiana i szepcze mu: - Licytujze pan !... - Co sie pan tak skrobiesz?... - pyta zakrystian zniszczonego Zydka. - A co sie pan rozbijasz? - odzywa sie do zakrystiana drugi komornik. - Kupisz pan dom czy co?... Wynos sie pan!... - Dziewiecdziesiat tysiecy po raz drugi!... - wola komornik. Pan Lecki robi sie szary na twarzy. - Dziewiecdziesiat tysiecy rubli po raz... trzeci!... - powtarza komornik i uderza malym mlotkiem o zielone sukno. - Szlangbaum kupil!... - odzywa sie jakis glos na sali. Pan Lecki toczy dokola blednym wzrokiem i teraz dopiero spostrzega swego adwokata. - A, panie mecenasie - mowi drzacym glosem - tak sie niegodzi!... - Co sie nie godzi?.. - Nie godzi sie... to jest nieuczciwie!... - powtarza wzburzony pan Lecki. - Co sie nie godzi?.. - odpowiada juz nieco podrazniony adwokat. - Po splaceniu hipotecznych dlugow zyskuje pan trzydziesci tysiecy rubli... - Ale mnie ten dom kosztowal sto tysiecy, a mogl byl pojsc, gdyby lepiej pil-no-wa-no... za sto dwadziescia tysiecy... - Tak - potwierdza zakrystian - dom wart ze sto dwadziescia tysiecy... - O!... slyszy pan, panie mecenasie?... - mowi pan Lecki. - Gdyby sie dopilnowano... - Alez, panie, prosze mi nie mowic impertynencyj!... Slucha pan rad pokatnych doradcow, lotrow z Pawiaka... - O, bardzo prosze... - odpowiada obrazony zakrystian. - Nie kazdy jest lotrem, kto siedzial na Pawiaku... A co do udzielania rad... - Tak... dom byl wart sto dwadziescia tysiecy!... - odzywa sie calkiem nieoczekiwany sprzymierzeniec w osobie jegomoscia z lajdacka mina. Pan Lecki patrzy na niego szklanymi oczyma, ale jeszcze nie moze zorientowac sie w sytuacji. Nie zegna sie z adwokatem, naklada w sali kapelusz i wychodzac mruczy: "Stracilem przez Zydow i adwokatow ze trzydziesci tysiecy rubli... Mozna bylo dostac sto dwadziescia tysiecy..." I stary Szlangbaum juz wychodzi; wtem zastepuje .mu droge pan Cynader, ow piekny brunet, ktoremu rownego nigdy nie widzial pan Ignacy. - Co to pan za interesa robi, panie Szlangbaum? - mowi piekny brunet. - Ten dom mozna bylo kupic za siedemdziesiat jeden tysiecy. On dzis wiecej niewart... - Dla jednego niewart, dla drugiego wart; ja zawsze robie tylko dobre interesa - odpowiada zamyslony Szlangbaum. Nareszcie i Rzecki opuszcza sale, w ktorej odbywa sie inna licytacja i gromadzi sie nowa publicznosc. Pan Ignacy z wolna schodzi ze schodow i mysli: "A wiec dom kupil Szlangbaum, i to za dziewiecdziesiat tysiecy, jak przepowiedzial Klejn. No, alez Szlangbaum to przecie nie Wokulski... Stach nie zrobilby takiego glupstwa... Nie!... I z ta panna Izabela farsa, plotki..." Byla pierwsza w poludnie, kiedy pan Ignacy zblizal sie do sklepu, zawstydzony i niespokojny. Jak mozna zmarnowac tyle czasu... w porze najwiekszego ruchu interesantow?... A nuz w dodatku stalo sie jakie nieszczescie?:.. I co za satysfakcja wloczyc sie po ulicach w upal, wsrod kurzu i zapachu prazonych asfaltow!... Istotnie, dzien byl wyjatkowo goracy i jaskrawy: chodniki i kamienie zialy zarem, blaszanych szyldow ani latarniowych slupow nie mozna bylo dotknac reka, a z nadmiaru swiatla panu Ignacemu zachodzily lzami oczy i czarne platki zaslanialy mu pole widzenia. "Gdybym byl Panem Bogiem - myslal - polowe lipcowych upalow zachowalbym na grudzien..." Nagle spojrzal na wystawe sklepowa (wlasnie mijal okna) i oslupial. Wystawa juz drugi tydzien nie odnowiona!... Te same brazy, majoliki, wachlarze, te same neseserki, rekawiczki, parasole i zabawki!... Czy widzial kto podobne zgorszenie? "Alez ja jestem podly czlowiek! - mruknal do siebie. - Onegdaj spilem sie, dzis wlocze sie... Diabli wezma bude, jak amen w pacierzu..." Ledwie wszedl do sklepu, niepewny, co mu wiecej ciezy: serce czy nogi - gdy w tej chwili porwal go Mraczewski. Juz byl ostrzyzony na sposob warszawski, uczesany i uperfumowany jak dawniej i przez amatorstwo obslugiwal przychodzacych gosci, sam bedac gosciem, jeszcze z tak dalekich okolic. Miejscowi panowie nie mogli wyjsc z podziwu. - A boj sie pan Boga, panie Ignacy - zawolal - trzy godziny czekam na pana! Wyscie tu wszyscy glowy potracili... Wzial go pod ramie i nie zwazajac na paru obecnych gosci, ktorzy ze zdumieniem patrzyli na nich, pedem zaciagnal Rzeckiego do gabinetu, gdzie stala kasa. Tu osiwialego w swoim zawodzie subiekta pchnal na twardy foteli stanawszy przed nim z zalamanymi rekoma, jak zrozpaczony Germont przed Violetta, rzekl: - Wiesz pan co... Wiedzialem, ze po moim wyjezdzie stad interes sie rozprzegnie; alem nie przypuszczal, ze tak predko... No, bo ze pannie siedzisz w sklepie, mniejsza: dziury nie bedzie. Ale jakie ten stary glupstwa wyrabia, to przecie skandal!... Zdawalo sie; ze panu Ignacemu brwi posuna sie ze zdziwienia na wierzch czola. - Przepraszam!... - zawolal podnoszac sie z fotelu. Ale Mraczewski zmusil go do siedzenia. - Przepra... - Juz tylko niech sie pan nie odzywa! - przerwal mu pachnacy mlody czlowiek. - Pan wie, co sie dzieje?... Suzin dzis na noc jedzie do Berlina zobaczyc Bismarcka, a potem - do Paryza na wystawe. Koniecznie, slyszy pan?... koniecznie namawia Wokulskiego, azeby z nim jechal. I ten dur... - Panie Mraczewski!... Kto pana osmielil... - Ja juz z natury jestem smialy, a Wokulski wariat!... Dzis dopiero dowiedzialem sie prawdy... Pan wie, ile stary moglby zarobic na tym interesie w Paryzu z Suzinem?... Nie dziesiec, ale piecdziesiat tysiecy rubli, panie Rzecki!... I ten osiol nie tylko ze nie chce dzis jechac, ale jeszcze mowi, ze - nie wie, kiedy pojedzie. On nie wie, a Suzin moze czekac z ta sprawa najwyzej kilka dni. - Coz Suzin?... - cicho spytal naprawde zmieszany pan Ignacy. - Suzin?... Jest zly, a co gorsza - rozzalony. Mowi, ze Stanislaw Piotrowicz juz nie ten, co byl, ze gardzi nim..: slowem, awantura!... Piecdziesiat tysiecy rubli zysku i darmo podroz. No, niech pan sam powie, czy w tych warunkach nawet swiety Stanislaw Kostka nie pojechalby do Paryza?... - Z pewnoscia! - mruknal pan Ignacy. - Gdziez Stach... to jest, pan Wokulski? - dodal podnoszac sie z fotelu. - Jest w panskim mieszkaniu i pisze tam rachunki dla Suzina. Zobaczysz pan; co stracicie przez ten figiel. Drzwi gabinetu uchylily sie i stanal w nich Klejn z listem w reku. - Przyniosl lokaj Leckich do starego - rzekl. - Moze pan mu odda, bo dzis, bestia, czegos taki zly... Pan Ignacy wzial do rak bladoniebieska koperte ozdobiona wizerunkiem niezapominajek, lecz wahal sie, czy ma isc. Tymczasem Mraczewski spojrzal mu przez ramie na adres. - List od Belci - zawolal - jestem w domu!... - I smiejac sie wybiegl z gabinetu. "Do diabla! - mruknal pan Ignacy - czyzby te wszystkie plotki mialy byc prawda?... Wiec on dla niej wydaje na kupno kamienicy dziewiecdziesiat tysiecy i traci na Suzinie piecdziesiat?... Razem sto czterdziesci tysiecy rubli... A ten powoz, a te wyscigi, a te ofiary na cele dobroczynne?... A... a ten Rossi, ktoremu tak goraco przypatruje sie panna Lecka jak Zyd dziesieciorgu przykazaniom?... Ehe!... schowam ja do kieszeni ceremonie..." Zapial marynarke na guzik pod szyja, wyprostowal sie i poszedl z listem do swego mieszkania. W tej chwili dopiero zauwazyl, ze mu troche skrzypia buty, i poczul niejaka ulge. W mieszkaniu pana Ignacego nad stosem papierow siedzial Wokulski bez surduta i kamizelki i pisal. - Aha!... - zawolal podnoszac glowe na widok Rzeckiego.- Nie gniewasz sie, ze ci tu gospodaruje jak u siebie? - Pryncypal robi ceremonie!... - odezwal sie z przekasem pan Ignacy. - Jest tu list od... tych... od Leckich... Wokulski spojrzal na adres, goraczkowo rozerwal koperte i czytal... czytal... Raz, drugi i trzeci przeczytal list. Rzecki cos przewracal w swoim biurku, a spostrzeglszy, ze jego przyjaciel skonczyl juz czytanie i zamyslony oparl glowe na reku, rzekl suchym tonem: - Jedziesz dzis do Paryza z Suzinem? - Ani mysle. - Slyszalem, ze to jakis wielki interes... Piecdziesiat tysiecy rubli... Wokulski milczal. - Wiec jedziesz jutro albo pojutrze, bo podobno Suzin ma na twoj przyjazd zaczekac pare dni? - Nie wiem jeszcze, kiedy pojade. - To zle, Stachu. Piecdziesiat tysiecy rubli to majatek; szkoda go stracic... Jezeli dowiedza sie, ze wypusciles z rak taka sposobnosc... - Powiedza, zem zwariowal - przerwal mu Wokulski. Znowu zamilkl i nagle odezwal sie: - A gdybym mial do spelnienia wazniejszy obowiazek anizeli zyskanie piecdziesieciu tysiecy?... - Polityczny? - spytal cicho Rzecki z trwoga w oczach, ale i z usmiechem na ustach. Wokulski podal mu list. - Czytaj - rzekl. - Przekonasz sie ze sa rzeczy lepsze od polityki. Pan Ignacy z niejakim wahaniem wzial list do reki, lecz na powtorny rozkaz Wokulskiego przeczytal: "Wieniec jest przesliczny i juz z gory w imieniu Rossiego dziekuje panu za ten podarunek. Nieporownane jest to dyskretne rozmieszczenie szmaragdow miedzy zlotymi listkami. Musi Pan koniecznie przyjechac do nas, jutro na obiad, azebysmy sie naradzili nad pozegnaniem Rossiego, a takze nad nasza podroza do Paryza. Wczoraj papo powiedzial mi, ze jedziemy najdalej za tydzien. Naturalnie jedziemy razem, gdyz bez milego Panskiego towarzystwa podroz stracilaby dla mnie polowe wartosci. A wiec do widzenia. Izabela Lecka" - Nie rozumiem - rzekl pan Ignacy, obojetnie rzucajac list na stol. - Dla przyjemnosci podrozowania z panna Lecka, a chocby radzenia nad prezentami dla... dla jej ulubiencow nie rzuca sie w bloto piecdziesieciu tysiecy... jezeli nie wiecej... Wokulski powstal z kanapy i oparlszy sie obu rekoma na stole, zapytal: - A gdyby mi sie podobalo rzucic dla niej caly majatek w bloto, to co?.. Zyly nabrzmialy mu na czole, gors koszuli goraczkowo falowal na piersiach. W oczach zapalaly mu sie i gasly te same iskry, jakie juz widzial Rzecki w chwili pojedynku z baronem. - To co?.. - powtorzyl Wokulski. - To nic - odpowiedzial spokojnie Rzecki. - Przyznalbym tylko, ze omylilem sie, nie wiem juz ktory raz w zyciu... - Na czym? - Dzis na tobie. Myslalem, ze czlowiek, ktory naraza sie na smierci... na plotki dla zdobycia majatku, ma jakies ogolniejsze cele... - A dajciez mi raz spokoj z tym waszym ogolem!... - wykrzyknal Wokulski uderzajac piescia w stol. - Co ja robilem dla niego, o tym wiem, ale... coz on zrobil dla mnie!... Wiec nigdy nie skoncza sie wymagania ofiar, ktore mi nie daly zadnych praw?... Chce nareszcie raz cos zrobic dla samego siebie... Uszami wylewaja mi sie frazesy, ktorych nikt nie wypelnia... Wlasne szczescie - to dzis moj obowiazek... inaczej...w leb bym sobie palnal, gdybym juz nic nie widzial dla siebie oprocz jakichs fantastycznych ciezarow. Tysiace proznuja, a jeden wzgledem nich ma obowiazki!... Czy slyszano cos potworniejszego?... - A owacje dla Rossiego to nie ciezar? - spytal pan Ignacy. - Nie robie ich dla Rossiego. - Tylko dla dogodzenia kobiecie... wiem... Ze wszystkich kas oszczednosci ta jest najmniej pewna - odparl Rzecki. - Jestes nieostrozny!... - syknal Wokulski. - Powiedz - bylem... Tobie sie zdaje, ze dopiero ty wynalazles milosc. Znam i ja ja, bah!... Przez kilka lat kochalem sie jak polglowek, a tymczasem moja Heloiza romansowala z innymi. Boze moj!... ile mnie kosztowala kazda wymiana spojrzen, ktore chwytalem w przelocie... W koncu w moich oczach wymieniano nawet usciski... Wierz mi, Stachu, ja nie jestem tak naiwny, jak mysla. Wiele w zyciu widzialem i doszedlem do wniosku, ze my wkladamy zbyt duzo serca w zabawe nazywana miloscia - Mowisz tak, bo j e j nie znasz - wtracil pochmurnie Wokulski. - Kazda jest wyjatkowa, dopoki nam karku nie nadkreci. Prawda, ze nie znam t e j, ale znam inne. Azeby nad kobietami odnosic wielkie zwyciestwa, trzeba byc w miare impertynentem i w miare bezczelnym: dwie zalety, ktorych ty nie posiadasz. I dlatego ostrzegam cie: nieduzo ryzykuj, bo zostaniesz zdystansowany, jezeli juz nie zostales. Nigdym do ciebie o tych rzeczach nie mowil, prawda? nawet nie wygladam na podobna filozofie... Ale czuje, ze grozi ci niebezpieczenstwo, wiec powtarzam: strzez sie! i w podlej zabawie nie angazuj serca, bo ci je w asystencji lada chlystka opluja. A w tym wypadku, mowie ci, czlowiek doznaje tak przykrych wrazen, ze... Bodajbys ich lepiej nie... doczekal!... Wokulski siedzac na kanapie zaciskal piesci, ale milczal. W tej chwili zapukano do drzwi ukazal sie Lisiecki. - Pan Lecki chce sie z panem widziec. Moze tu wejsc? - zapytal subiekt. - Niech pan poprosi... - odparl Wokulski, spiesznie wciagajac kamizelke i surdut. Rzecki wstal z krzesla, smutno pokiwal glowa i opuscil swoje mieszkanie. "Myslalem, ze jest zle - mruknal bedac juz w sieni. - Alem nie myslal, ze jest az tak zle..." Ledwie Wokulski zdazyl jako tako ogarnac sie, wszedl pan Lecki, a za nim wozny sklepowy. Pan Tomasz mial oczy krwia nabiegle i sine plamy na policzkach. Rzucil sie na fotel i oparlszy glowe na tylnej krawedzi, ciezko dyszal. Wozny stal w progu z zaklopotana mina i przebierajac palcami po metalowych guzikach swojej liberii czekal na rozkazy. - Wybacz, panie Stanislawie, ale... prosze cie wody z cytryna...wyszeptal pan Tomasz. - Sodowej wody, cytryny i cukru... Biegnij! - rzekl Wokulski do woznego. Wozny wyszedl zawadzajac wielkimi guzami o drzwi pokoju. - To nic - mowil pan Tomasz z usmiechem. - Krotka szyja, upal i irytacja... Chwile odpoczne... Zatrwozony Wokulski zdjal mu krawat i rozpial koszule. Potem zlal recznik woda kolonska, ktora znalazl na biurku Rzeckiego, i z synowska troskliwoscia wytarl choremu kark, twarz i glowe. Pan Tomasz uscisnal mu reke. - Juz mi lepiej... Bog zaplac... - a potem dodal polglosem: - podobasz mi sie w tej roli siostry milosierdzia. Bela nie potrafilaby zrobic delikatniej... No, ona stworzona do tego, azeby jej uslugiwano... Wozny przyniosl syfon i cytryny. Wokulski przyrzadzil limoniade i napoil pana Tomasza, ktoremu stopniowo poczely znikac sine plamy z policzkow. - Idz do mego mieszkania - rzekl Wokulski do woznego - i kaz zaprzac konie. Niech zajedzie przed sklep. - Kochany... kochany jestes... - mowil pan Tomasz, mocno sciskajac go za reke i z wdziecznoscia spogladajac na niego zaczerwienionymi oczyma. - Nie przywyklem do podobnej troskliwosci, poniewaz Belcia nie zna sie na tych rzeczach. Nieumiejetnosc panny Izabeli w opiekowaniu sie chorymi w przykry sposob uderzyla Wokulskiego. Ale tylko na chwile. Powoli pan Tomasz zupelnie odzyskal sily. Obfity pot wystapil na czolo, glos wzmocnil sie i tylko siec czerwonych zylek na oczach swiadczyla jeszcze o minionym ataku. Przeszedl sie nawet po pokoju, przeciagnal sie i zaczal: - A... nie masz pojecia, panie Stanislawie, jak sie dzis zirytowalem. Czy dasz wiare? dom moj sprzedano za dziewiecdziesiat tysiecy!... Wokulski drgnal. - Bylem pewny - mowil pan Lecki - ze wezme choc ze sto dziesiec tysiecy... Juz na sali slyszalem dokola siebie glosy, ze kamienica warta sto dwadziescia... Ale coz - zapragnal kupic ja Zyd, podly lichwiarz, ten Szlangbaum... Porozumial sie z konkurentami, a kto wie, czy i nie z moim adwokatem, i - stracilem dwadziescia albo trzydziesci tysiecy... Teraz Wokulski wygladal na apoplektyka, ale milczal. - A tak rachowalem - prawil pan Lecki - ze od piecdziesieciu tysiecy dasz mi z dziesiec tysiecy rocznie. Na utrzymanie domu wychodzi mi szesc do osmiu tysiecy, wiec za reszte moglibysmy z Bela co roku wyjezdzac za granice. Obiecalem nawet dziecku, ze za tydzien pojedziemy do Paryza... Akurat!... Szesc tysiecy rubli ledwie wystarcza na nedzne istnienie, a o podrozach ani myslec... Nikczemny Zyd...Nikczemne spoleczenstwo, ktore tak ulega lichwiarzom, ze nie smie z nimi walczyc nawet przy licytacji... A co mnie najwiecej boli, powiem ci, to okolicznosc, ze za tym nedznym Szlangbaumem moze ukrywac sie jaki chrzescijanin, nawet arystokrata... Glos znowu zaczal mu sie stlumiac i znowu na twarz wystapilo sinawe zabarwienie. Usiadl i napil sie wody. - Podli!... podli!.. - szeptal. - Niech sie pan uspokoi - rzekl Wokulski. - Ile mi pan da gotowka? - Prosilem adwokata naszego ksiecia (bo moj adwokat to lajdak), azeby odebral nalezna mi sume i tobie doreczyl ja, panie Stanislawie...Razem trzydziesci tysiecy. A ze obiecujesz mi od nich dwadziescia procent, wiec mam szesc tysiecy rubli rocznie na cale utrzymanie. Nedza... ruina!... - Sume panska - odpowiedzial Wokulski - moge umiescic w lepszym interesie. Bedzie pan mial dziesiec tysiecy rocznie... - Co mowisz?... - Tak. Trafia mi sie wyjatkowa okazja... Pan Tomasz zerwal sie z fotelu. - Zbawco... dobrodzieju!... - mowil wzruszonym glosem. - Jestes najszlachetniejszym z ludzi... Ale - dodal cofajac sie i rozkladajac rece - czy tylko ty nie stracisz?... - Ja?... Przeciez jestem kupcem. - Kupiec!... Takze mi mow!... - zawolal pan Tomasz: - Dzieki tobie przekonalem sie, ze wyraz kupiec jest dzis synonimem wielkodusznosci, delikatnosci, bohaterstwa... zacny!... I rzucil mu sie na szyje, omal nie placzac. Wokulski po raz trzeci usadowil go na fotelu, a w tej chwili zapukano do drzwi. - Prosze. Wszedl Henryk Szlangbaum, blady, z blyskawicami w oczach. Stanal przed panem Tomaszem i klaniajac mu sie rzekl: - Panie - ja jestem Szlangbaum, wlasnie syn tego "podlego" lichwiarza, na ktorego pan tyle wymyslal w sklepie przy moich kolegach i gosciach... - Panie... nie wiedzialem... wszelka satysfakcje jestem gotow...a najpierwej - przepraszam... Bylem bardzo zirytowany... - mowil wzruszony pan Tomasz. Szlangbaum uspokoil sie. - Prosze pana - odparl - zamiast dawac mi satysfakcje, niech pan poslucha, co powiem. Dlaczego moj ojciec kupil panski dom? o tona dzis mniejsza. Ze zas pana nie oszukal - dam stanowczy dowod. Ojciec natychmiast odstapi panu ten dom za dziewiecdziesiat tysiecy...Wiecej powiem - wybuchnal - nabywca odda go panu za siedemdziesiat... - Henryku!... - wtracil Wokulski. - Juz skonczylem. Zegnam pana - odpowiedzial Szlangbaum i nisko ukloniwszy sie panu Tomaszowi wyszedl z pokoju. - Co za przykra farsa! - odezwal sie po chwili pan Tomasz. -Istotnie, wypowiedzialem w sklepie pare gorzkich wyrazow o starym Szlangbaumie, ale pod slowem, nie wiedzialem, ze jego syn tu jest... Zwroci mi dom za siedemdziesiat tysiecy, za ktory dal dziewiecdziesiat... Paradny!... Coz ty na to, panie Stanislawie?.. - Moze dom naprawde wart tylko dziewiecdziesiat... - niesmialo odpowiedzial Wokulski. Pan Tomasz zaczal zapinac na sobie odziez i krawat. - Dziekuje ci, panie Stanislawie - mowil - i za pomoc, i za zajecie sie moimi interesami... Co za farsa z tym Szlangbaumem!... Ale... ale... Belcia prosi cie jutro na obiad... Pieniadze odbierz od adwokata naszego ksiecia, a co do procentu, ktory bedziesz laskaw... - Wyplace go natychmiast z gory za pol roku. - Bardzo ci wdzieczny jestem - ciagnal pan Tomasz calujac go w oba policzki. - No, do widzenia zatem, do jutra... A nie zapomnij o obiedzie... Wokulski wyprowadzil go przez podworze do bramy, gdzie juz czekal powoz. - Straszny upal! - mowil pan Tomasz, z trudnoscia przy pomocy Wokulskiego siadajac do powozu. - Coz znowu za farsa z tymi Zydami?... Dal dziewiecdziesiat tysiecy; a gotow odstapic za siedemdziesiat... Pocieszne... slowo honoru!... Konie ruszyly w strone Alei Ujazdowskiej. W drodze do domu pan Tomasz byl odurzony. Nie czul upalu, tylko ogolne oslabienie i szum w uszach. Chwilami zdawalo mu sie, ze kazdym okiem widzi inaczej albo ze obydwoma widzi gorzej. Oparl sie w rogu powozu chwiejac sie za kazdym silniejszym ruchem jak pijany. Mysli i uczucia plataly mu sie w dziwny sposob. Czasem wyobrazal sobie, ze jest otoczony siecia intryg, z ktorej wydobyc go moze tylko Wokulski. To znowu, ze jest ciezko chory i ze tylko Wokulski pielegnowac by go potrafil. To znowu, ze umrze zostawiajac zubozala i od wszystkich opuszczona corke, ktora zaopiekowac by sie mogl tylko Wokulski. A nareszcie pomyslal, ze dobrze jest miec wlasny powoz, tak lekko niosacy jak ten, ktorym jedzie - i - ze gdyby poprosil Wokulskiego, on zrobilby mu z niego prezent. "Straszny upal!" - mruknal pan Tomasz. Konie stanely przed domem, pan Tomasz wysiadl i nawet nie kiwnawszy glowa stangretowi poszedl na gore. Ledwie wlokl ociezale nogi, a gdy znalazl sie w swym gabinecie, padl na fotel w kapeluszu i tak siedzial pare minut ku najwyzszemu zdumieniu sluzacego, ktory uznala za stosowne poprosic panienke. - Musial dobrze pojsc interes - rzekl do panny Izabeli - bo jasnie pan cos... jakby troche tego... Panna Izabela, ktora mimo pozornego chlodu z najwieksza niecierpliwoscia oczekiwala na powrot ojca i rezultat licytacji domu, poszla do gabinetu o tyle szybko, o ile mozna to bylo pogodzic z zasadami przyzwoitosci. Zawsze bowiem pamietala, ze pannie z jej nazwiskiem nie wolno zdradzac zywszych uczuc, nawet wobec bankructwa. Pomimo przeciez jej panowania nad soba Mikolaj poznal (z silnych wypiekow na twarzy), ze jest wzruszona, i jeszcze raz dodal polglosem: - O! dobrze musial pojsc interes, bo jasnie pan... tego... Panna Izabela zmarszczyla piekne czolo i zatrzasnela za soba drzwi gabinetu. Jej ojciec wciaz siedzial w kapeluszu na glowie. - Coz, ojcze? - spytala z odcienim niesmaku, patrzac w jego czerwone oczy. - Nieszczescie... ruina!... - odparl pan Tomasz z trudem zdejmujac kapelusz. - Stracilem trzydziesci tysiecy rubli... Panna Izabela pobladla i usiadla na skorzanym szezlongu. - Podly Zyd, lichwiarz, odstraszyl konkurentow, przekupil adwokata i... - Wiec juz nic nie mamy?... - szepnela. - Jak to nic?... Mamy trzydziesci tysiecy rubli, a od nich dziesiec tysiecy rubli procentu... Zacny ten Wokulski!... Nie mialem pojecia o podobnej szlachetnosci... A gdybys wiedziala. jak on mnie dzis pielegnowal... - Dlaczego pielegnowal?... - Mialem maly atak z goraca i irytacji... - Jaki atak?.. - Krew uderzyla mi do glowy... ale to juz przeszlo... Podly Zyd...no, ale Wokulski - powiadam ci, ze to cos nadludzkiego. Zaczal plakac. - Papo, co tobie?... Ja poszle po doktora.... - zawolala panna Izabela klekajac przed fotelem. - Nic, nic... uspokoj sie... Pomyslalem tylko, ze gdybym umarl, Wokulski jest jedynym czlowiekiem, ktoremu moglabys zaufac... - Nie rozumiem... - Chcialas powiedziec: nie poznajesz mnie, prawda?... Dziwi cieto, ze twoj los moglbym powierzyc kupcowi?... Ale widzisz... kiedy w nieszczesciu jedni sprzysiegli sie przeciw nam, inni opuscili nas, on pospieszyl z pomoca, a moze mi nawet zycie uratowal... My, apoplektycy, niekiedy bardzo blisko ocieramy sie o smierc... Wiec gdy mnie cucil, pomyslalem, kto by sie toba uczciwie zaopiekowal? Bo nie Joasia ani Hortensja, ani nikt... Tylko majetne sieroty znajduja opiekunow... Panna Izabela spostrzeglszy, ze ojciec stopniowo odzyskuje sily i wladze nad soba, powstala z kleczek i usiadla na szezlongu. - Zatem, ojcze, jakaz role przeznaczasz temu panu? - spytala chlodno. - Role? powtorzyl przypatrujac sie jej uwaznie. - Role...doradcy... przyjaciela domu... opiekuna... Opiekuna tego majateczku, jaki by ci pozostal... - O, pod tym wzgledem ja go juz dawniej ocenilam. Jest to czlowiek energiczny i przywiazany do nas... Zreszta mniejsza z tym - dodala po chwili. - Jakze papo skonczyl z kamienica? - Mowie ci jak. Lotr Zyd dal dziewiecdziesiat tysiecy, wiec nam zostalo trzydziesci. A ze poczciwy Wokulski bedzie mi placil od tej sumy dziesiec tysiecy... Trzydziesci trzy procent, wyobraz sobie. - Jak to trzydziesci trzy? - przerwala panna Izabela. - Dziesiec tysiecy to dziesiec procent... - Ale gdziez znowu! Dziesiec od trzydziestu to znaczy trzydziesci trzy procent. Wszakze procent znaczy: pro centum - "za sto", rozumiesz? - Nie rozumiem - odpowiedziala panna Izabela potrzasajac glowa. - Rozumiem, ze dziesiec to znaczy dziesiec; ale. jezeli w jezyku kupieckim dziesiec nazywa sie trzydziesci trzy, to niech i tak bedzie. - Widzisz, ze nie rozumiesz. Zaraz wyjasnilbym ci to, ale - takim znuzony, ze sie troche przespie... - Moze poslac po doktora? - spytala panna Izabela podnoszac sie z siedzenia. - Boze uchowaj!... - zawolal pan Tomasz i zatrzasl rekoma. - Niechbym sie tylko wdal w doktorow, a z pewnoscia bym nie zyl... Panna Izabela nie nalegala dluzej; ucalowala ojca w reke i w czolo i poszla do swego buduaru, gleboko zadumana. Niepokoj trapiacy ja od kilku dni: jak sie skonczy licytacja? opuscil ja tak, ze sladu nie zostalo po nim. Wiec maja jeszcze dziesiec tysiecy rubli rocznie i trzydziesci tysiecy rubli gotowka?... Zatem pojada na wystawe paryska, potem moze do Szwajcarii, a na zime znowu do Paryza. Nie!... Na zime wroca do Warszawy, azeby znowu otworzyc dom. I jezeli znajdzie sie jaki majetny czlowiek, niestary i niebrzydki (jak na przyklad baron albo marszalek... br!...), wreszcie nie parweniusz i nieglupi... (No, glupi moze sobie byc; w ich towarzystwie madrym jest tylko Ochocki, a i to dziwak!) Jezeli znajdzie sie taki epuzer - panna Izabela zdecyduje sie ostatecznie... "Wyborny jest papa z tym Wokulskim!" - myslala panna Izabela chodzac tam i na powrot po swoim gabinecie. Wokulski moim opiekunem!... Wokulski moze byc bardzo dobrym doradca, plenipotentem, zreszta opiekunem majatku... Ale tytul opiekuna moze nosic tylko ksiaze, zreszta nasz kuzyn i dawny przyjaciel rodziny ..." Wciaz chodzila po pokoju tam i na powrot ze skrzyzowanymi na piersiach rekoma i nagle przyszlo jej na mysl: skad ojciec tak dzis rozczulil sie nad Wokulskim?... Jaka czarodziejska sila ten czlowiek pozyskawszy cale jej otoczenie obecnie zdobyl juz ostatnia pozycje, ojca!... Ojciec, pan Tomasz Lecki, plakal... On, z ktorego oczu od smierci matki nie stoczyla sie ani jedna lza... "Musze jednak przyznac, ze jest to bardzo dobry czlowiek - rzekla w sobie. - Rossi nie bylby tak zadowolony z Warszawy, gdyby nie troskliwosc Wokulskiego. No, alez moim opiekunem, nawet w razie nieszczescia, nie bedzie... Co do majatku, owszem, niech nim rzadzi; ale opiekunem!... Ojciec musi byc ogromnie oslabiony, jezeli wpadl na podobna kombinacje..." Okolo szostej wieczorem panna Izabela bedac w salonie uslyszala dzwonek w przedpokoju, a potem niecierpliwy glos Mikolaja: - Mowilem: jutro przyjsc, bo dzis pan chory. - Co ja zrobie, kiedy pan jak ma pieniadze, to jest chory, a jak jest zdrow, to nie ma pieniedzy?... - odpowiedzial inny glos nieco zacinajacy z zydowska. W tej chwili rozlegl sie w przedpokoju szelest kobiecej sukni i wbiegla panna Florentyna mowiac: - Cicho!.. na Boga, cicho!... Niech pan Szpigelman przyjdzie jutro...Przeciez pan Szpigelman wie, ze sa pieniadze... - Wlasnie ja dlatego dzisiaj przychodze juz trzeci raz. A jutro przyjda inni i ja znow bede czekal... Krew uderzyla do glowy pannie Izabeli, ktora nie zdajac sobie sprawy z tego, co robi, nagle weszla do przedpokoju. - Co to jest?... - zapytala panny Florentyny. Mikolaj wzruszyl ramionami i na palcach wyszedl do kuchni. - To ja jestem, panno hrabianko... Dawid Szpigelman - odpowiedzial niewielki czlowiek z czarnym zarostem i w czarnych okularach.- Ja do pana hrabiego przyszedlem na maly interes... - Kochana Belu... - odezwala sie panna Florentyna chcac wyprowadzic kuzynke. Ale panna Izabela wyrwala sie jej z rak i zobaczywszy, ze gabinet ojca jest wolny, kazala tam wejsc Szpigelmanowi. - Zastanow sie, Belu, co robisz?... - upominala ja panna Florentyna. - Chce raz dowiedziec sie prawdy - rzekla panna Izabela. Zamknela drzwi gabinetu, siadla na fotelu i patrzac w okulary Szpigelmanowi zapytala: - Jaki interes ma pan do mego ojca? - Przepraszam panne hrabianke - odpowiedzial przybysz klaniajac sie - to jest bardzo maly interes. Ja tylko chce odebrac moje pieniadze... - Ile? - Zbierze sie moze z osiemset rubli... - Dostanie pan jutro. - Przepraszam panne hrabianke, ale ja juz od pol roku co tydzien dostaje same tylko jutro, a nie widze ani procentu, ani kapitalu. Panna Izabela poczula brak oddechu i sciskanie serca. Wnet jednakze zapanowala nad soba. - Pan wiesz, ze ojciec moj odbiera trzydziesci tysiecy rubli... Procz tego (mowila, sama nie wiedzac dlaczego!) bedziemy mieli dziesiec tysiecy rocznie... Panska sumka przepasc nie moze, chyba pan rozumie... - Skad dziesiec?... - spytal Zyd i zuchwale podniosl glowe - Jak to skad? - odparla oburzona. - Procent od naszego majatku. - Od trzydziestu tysiecy?... - wtracil Zyd z usmiechem, myslac, ze chca go wyprowadzic w pole. - Tak. - Przepraszam panne hrabianke - ironicznie odparl Szpigelman - ja dawno robie pieniedzmi, ale takiego procentu nigdy nie widzialem. Od trzydziestu tysiecy pan hrabia moze miec trzy tysiace, i jeszcze na bardzo niepewnej hipotece. Ale co mnie do tego... Moj interes jest, zebym ja odebral moje pieniadze. Bo jak jutro przyjda inni, to oni znowu beda lepsi od Dawida Szpigelmana, a jak pan hrabia reszte odda na procent, to ja bede musial czekac rok... Panna Izabela zerwala sie z fotelu. - Wiec ja pana zapewniam, ze jutro dostaniesz pieniadze! - zawolala patrzac na niego z pogarda. - Slowo? - spytal Zyd delektujac sie w duszy jej pieknoscia. - Slowo daje, ze jutro bedziecie wszyscy splaceni... Wszyscy, i to co do grosza!... Zyd uklonil sie do ziemi i cofajac sie tylem, opuscil gabinet. - Zobacze, jak panna hrabianka dotrzyma slowa... - rzekl na odchodnym. Stary Mikolaj znowu byl w przedpokoju i z taka gracja otworzyl drzwi Szpigelmanowi, ze ten juz z sieni zawolal: - Co sie pan tak rozbijasz, panie kamerdyner?... Blada z gniewu panna Izabela biegla do sypialni ojca. Zastapila jej droge panna Florentyna. - Dajze spokoj, Belciu - mowila skladajac rece - ojciec taki chory... - Zapewnilam tego czlowieka, ze wszystkie dlugi beda splacone, i musza byc splacone... Chocbysmy mieli nie jechac do Paryza... Wlasnie pan Tomasz w pantoflach i bez surduta z wolna przechadzal sie po sypialni, kiedy weszla corka. Spostrzegla, ze ojciec wyglada bardzo mizernie, ze ma obwisle ramiona, obwisle siwe wasy, obwisle powieki i jest pochylony jak starzec; ale uwagi te powstrzymaly ja tylko od wybuchu, nie zas od zalatwienia interesu. - Przepraszam cie, Belu, ze mnie widzisz w takim neglizu... Coz sie stalo?... - Nic, ojcze - odparla hamujac sie. - Byl tu jakis Zyd... - Ach, pewnie ten Szpigelman... Dokuczliwa bestia jak komar w lesie!... - zawolal pan Tomasz chwytajac sie za glowe. - Niech jutro przyjdzie... - Wlasnie przyjdzie, on i... inni... - Dobrze... bardzo dobrze... Dawno juz myslalem zalatwic ich...No, chwala Bogu, ze ochlodzilo sie chociaz troche... Panna Izabela byla zdumiona spokojem ojca i jego zlym wygladem. Zdawalo sie, ze od poludnia przybylo mu kilka lat wieku. Usiadla na krzesle i ogladajac sie po sypialni spytala jakby od niechcenia: - Duzo im papo winien? - Niewiele... drobiazg... pare tysiecy rubli... - To sa te pieniadze, o ktorych mowila ciotka, ze je ktos w marcu wykupil?.. Pan Lecki stanal na srodku pokoju i strzeliwszy palcami zawolal: - A bodajze cie!... O tamtych na smierc zapomnialem... - Zatem mamy wiecej dlugow niz pare tysiecy?... - Tak... tak... Troche wiecej... Mysle, ze piec do szesciu tysiecy... Poprosze poczciwego Wokulskiego, to mi to zalatwi... Panna Izabela mimo woli wstrzasnela sie. - Szpigelman mowil - rzekla po chwili - ze od naszej sumy nie mozna miec dziesieciu tysiecy rubli procentu. Najwyzej trzy tysiace, i to na niepewnej hipotece... - Ma racje - na hipotece, ale przeciez handel to nie hipoteka... Handel moze dac trzydziesci od trzydziestu... Ale... a skad Szpigelman wie o naszym procencie? - spytal pan Tomasz zamysliwszy sie nieco. - Ja mu powiedzialam niechcacy... - tlomaczyla sie zarumieniona panna Izabela. - Szkoda, zes mu to powiedziala... wielka szkoda!... o takich rzeczach lepiej nie mowic... - Czy to co zlego? - szepnela. - Zlego?... No, nic zlego, moj Boze... Ale zawsze lepiej, gdy ludzie nie znaja ani wysokosci, ani zrodla dochodow... Baron, wreszcie sam marszalek nie mieliby reputacji milionerow i filantropow, gdyby znano wszystkie ich sekreta... - Dlaczegoz to, ojcze?... - Dziecko jeszcze jestes - mowil nieco zaklopotany pan Tomasz - jestes idealistka, wiec... mogloby cie to zrazic do nich... Ale masz przecie rozum. Baron, widzisz, utrzymuje jakas spolke z lichwiarzami, a fortuna marszalka urosla glownie ze szczesliwych pogorzeli, no... i troche z handlu bydlem w czasie wojny sewastopolskiej... - Wiec tacy sa moi konkurenci?... - szepnela panna Izabela. - To nic nie znaczy, Belu!... Maja pieniadze i duzy kredyt, a to glowna rzecz - uspakajal ja pan Tomasz. Panna Izabela potrzasnela glowa, jakby chcac odpedzic przykre mysli. - Wiec my, papo, juz nie pojedziemy do Paryza... - Dlaczego, moje dziecko, dlaczego?... - Jezeli papo zaplaci piec albo szesc tysiecy tym Zydom... - O to sie nie lekaj. Poprosze Wokulskiego, azeby wystaral mi sie o taka sume na szesc albo na siedem procent, i bedziemy placili na jej rzecz jakies czterysta rubli rocznie. No, a mamy przecie dziesiec tysiecy. Panna Izabela zwiesila glowe i cicho przebierajac palcami po stole, dumala. - Czy ty, ojcze - rzekla po namysle - nie obawiasz sie Wokulskiego?... - Ja?... - krzyknal pan Tomasz i piesciami uderzyl sie w piersi. - Ja obawiam sie Joasi, Hortensji, nawet naszego ksiecia i zreszta ich wszystkich razem, ale nie Wokulskiego. Gdybys widziala, jak on dzis obcieral mnie woda kolonska... A z jaka trwoga patrzyl na mnie!... To najszlachetniejszy czlowiek, jakiego spotkalem w zyciu... On nie dba o pieniadze, interesow na mnie robic nie moze, ale dba o moja przyjazn... Bog mi go zeslal, i jeszcze w chwili, w ktorej... w ktorej zaczynam czuc starosc, a moze smierc... I powiedziawszy to pan Tomasz zaczal mrugac powiekami, z ktorych znowu spadlo mu kilka lez. - Papo, ty jestes chory!... - zawolala przestraszona panna Izabela. - Nie, nie!... To upal, irytacja, a nade wszystko... zal do ludzi. Pomysl tylko: byl kto u nas dzisiaj?... Nikt, bo mysla, zesmy juz wszystko stracili... Joanna boi sie, zebym od niej nie pozyczyl na jutrzejszy obiad...To samo baron i ksiaze... Jeszcze baron dowiedziawszy sie, ze zostalo nam trzydziesci tysiecy, przyjdzie tu... dla ciebie. Bo pomysli, ze chocby sie z toba ozenil bez posagu, to jednak nie bedzie potrzebowal wydawac pieniedzy na mnie... Ale uspokoj sie: gdy uslysza, ze mamy dziesiec tysiecy rubli rocznie, wroca tu wszyscy, a ty znowu bedziesz jak dawniej krolowala w twoim salonie... Boze, jaki ja dzis jestem zdenerwowany!... - mowil pan Tomasz obcierajac zalzawione oczy. - Ja poszle po doktora, papo?... Ojciec zamyslil sie. - To juz jutro, jutro... do jutra moze mi samo przejdzie... W tej chwili rozleglo sie pukanie do drzwi. - Kto tam?... Co tam?... - zapytal pan Tomasz. - Pani hrabina przyjechala - odpowiedzial z korytarza glos panny Florentyny. - Joasia?!... - zawolal pan Tomasz z radosnym zdziwieniem. -Wyjdzze do niej, Belciu... Musze sie troche ogarnac... No, no!... Zaloze sie, ze juz wie o trzydziestu tysiacach... Wyjdzze, Belu... Mikolaj!... Zaczal krecic sie po sypialni szukajac rozmaitych czesci ubrania, a tymczasem panna Izabela wyszla do ciotki juz oczekujacej na nia w salonie. Zobaczywszy panne Izabele hrabina pochwycila ja w objecia. - Jakiz Bog dobry - zawolala - ze zeslal wam tyle szczescia I Coz to, podobno Tomasz wzial za kamienice dziewiecdziesiat tysiecy, i twoj posag ocalony?... Nigdy bym nie przypuszczala. - Ojciec, ciociu, spodziewal sie wziac wiecej i tylko jakis Zyd, nowonabywca, odstreczyl konkurentow - odpowiedziala troche urazona panna Izabela. - Ach, moje dziecko, ze tez nie przekonalas sie jeszcze o niepraktycznosci ojca. On moze wyobrazac sobie, ze dom wart byl miliony, a ja swoja droga wiem od ludzi kompetentnych, ze co najwyzej wart jest siedemdziesiat pare tysiecy. Przeciez co dzien od kilku dni sprzedaja sie kamienice z licytacji, wiadomo, jakie sa i co za nie placa. Zreszta niema o czym mowic; ojciec niech wyobraza sobie, ze go oszukano, a ty, Belu, modl sie za zdrowie tego Zyda, ktory dal wam dziewiecdziesiat tysiecy... Ale a propos: wiesz, ze Kazio Starski wrocil?... Silny rumieniec wystapil na twarz panny Izabeli. - Kiedy? skad?... - zapytala zmieszana. - Obecnie z Anglii, dokad przyjechal prosto z Chin. Zawsze piekny i obecnie jedzie do babki, ktora zdaje sie, odda mu majatek. - To w sasiedztwie cioci? - Wlasnie o tym chce mowic. Ogromnie dopytywal sie o ciebie, a ja bedac przekonana, ze juz chyba wyleczylas sie ze swych kaprysow, radzilam mu, azeby was jutro odwiedzil. - Jak to dobrze!... - zawolala uradowana. panna Izabela. - A widzisz!... - odpowiedziala hrabina calujac ja. - Ciotka zawsze o tobie mysli. Dla ciebie jest to wyborna partia, ktora tym latwiej bedzie zrobic, ze Tomasz ma kapitalik, ktory powinien mu wystarczyc, a Kazio cos slyszal o zapisie ciotki Hortensji dla ciebie. No, przypuszczam, ze Starski jest troche zadluzony. W kazdym razie to, co mu zostanie z majatku babki, z tym, co ty mozesz wziac po Hortensji, powinno by wam na jakis czas wystarczyc. A pozniej zobaczymy. On ma jeszcze stryja, ty masz mnie, wiec wasze dzieci nie doznaja biedy. Panna Izabela w milczeniu ucalowala rece ciotki. W tej chwili byla tak piekna, ze hrabina schwyciwszy ja w objecia pociagnela do lustra i smiejac sie rzekla: - No, prosze cie, tylko mi jutro tak wygladaj, a przekonasz sie, ze w sercu Kazia odnowia sie zabliznione rany... Choc szkoda, zes go wtedy odrzucila!... Mielibyscie dzis ze sto albo i sto piecdziesiat tysiecy rubli wiecej... Wyobrazam sobie, ze ten biedny chlopak z rozpaczy musial bardzo wydawac pieniadze. Ale, ale... - dodala hrabina - czy prawda, ze chcecie jechac z ojcem do Paryza?.. - Mamy zamiar. - Prosze cie, Belu - upominala ja ciotka - tego nie rob. Ja wlasnie chce wam zaproponowac, azebyscie u mnie spedzili te resztke lata. I musisz to zrobic, chocby ze wzgledu na Starskiego. Pojmujesz, ze mlody chlopak na wsi bedzie sie nudzil, bedzie marzyl... Mozecie widywac sie co dzien, a w takich warunkach najlatwiej bedzie przywiazac go, a nawet... zobowiazac... Panna Izabela zarumienila sie mocniej niz poprzednio i spuscila piekna glowe. - Ciociu! - szepnela. - Ach, moje dziecko, tylko nie baw sie ze mna w dyplomatke. Panna w twoim wieku juz powinna wyjsc za maz, a nade wszystko nie powtarzac dawnych bledow. Kazio jest wyborna partia: niepredko sprzykrzy ci sie, no... a gdyby sie sprzykrzyl, to... juz bedzie mezem i na wiele rzeczy musi byc poblazliwym, tak jak i ty dla niego. Gdziez ojciec? - Ojciec troche niezdrow... - Wielki Boze!... Chyba zanadto wzruszylo go niespodziewane szczescie... - Ojciec wlasnie zachorowal z gniewu na tego Zyda... - On wiecznie w zludzeniach! - odparla hrabina podnoszac sie z kanapy. - Wstapie do niego na chwile i pogadam o waszych wakacjach. Co zas do ciebie, Belu, spodziewam sie, ze potrafisz skorzystac z czasu. Po polgodzinnej, poufalej konwersacji z panem Tomaszem hrabina pozegnala siostrzenice, jeszcze raz polecajac jej Starskiego. Okolo dziewiatej pan Tomasz, wbrew zwyczajowi, poszedl spac, a panna Izabela wezwala do swego pokoju na rozmowe kuzynke Florentyne. - Wiesz, Floro - rzekla siadajac w pollezacej pozycji na szezlongu - powrocil Kazio Starski i jutro ma byc u nas. - Aaa!... - szepnela panna Florentyna, jakby wypadek ten byl juz jej wiadomy. - Wiec nie gniewa sie?... - spytala akcentujac ostatni frazes. - Zapewne... Zreszta nie wiem... - usmiechnela sie panna Izabela. - Ciotka mowi, ze jest bardzo piekny... - I zadluzony... Ale coz to szkodzi. Kto dzisiaj nie ma dlugow! - Coz bys powiedziala, Floro, gdybym... - Gdybys za niego wyszla?... Naturalnie, powinszowalabym wam obojgu. Ale co na to powie baron, marszalek, Ochocki, a nade wszystko... Wokulski?... Panna Izabela podniosla sie gwaltownie. - Moja droga, skadze znowu przychodzi ci do glowy ten... Wokulski?... - Nie mnie on przychodzi do glowy - odparla panna Florentyna skubiac tasme swego stanika - tylko przypominam sobie, cos mi mowila jeszcze w kwietniu... ze ten czlowiek od roku scigal cie spojrzeniami, ze osacza cie ze wszystkich stron... Panna Izabela rozesmiala sie. - Ach, pamietam!... Rzeczywiscie, tak mi sie wowczas zdawalo... Dzis jednak, kiedym go poznala troche lepiej, widze, ze nie nalezy do tej kategorii ludzi, ktorych mozna sie lekac. Uwielbia mie po cichu, to prawda! alez tak samo bedzie mnie uwielbial nawet wowczas, gdybym wyszla za... za maz... Wielbicielom tego, co Wokulski, gatunku wystarcza spojrzenie, uscisk reki... - Czy jestes tego pewna? - Najzupelniej. Zreszta przekonalam sie, ze to, co wydawalo mi sie sidlami z jego strony, jest tylko interesem. Ojciec pozycza mu trzydziesci tysiecy rubli i kto wie, czy wszystkie jego zabiegi nie do tego byly skierowane... - A jezeli jest inaczej? - zapytala panna Florentyna, ciagle bawiac sie obszyciem swego stanika. - Moja droga, dajze spokoj! - oburzyla sie panna Izabela. - Co ci na tym zalezy, azeby psuc mi humor? - Tys to powiedziala, ze c i ludzie umieja cierpliwie czekac, usidlac, nawet wszystko ryzykowac i lamac... - Ale nie Wokulski. - Przypomnij sobie barona. - Baron obrazil go publicznie. - A ciebie przeprosil. - Ach, Floro, prosze cie, nie drecz mnie!... - wybuchnela panna Izabela. - Gwaltem chcesz zrobic demona z kupczyka, moze dlatego, ze... tyle stracilismy na kamienicy... ze ojciec jest chory i ze... Starski wrocil.... Panna Florentyna zrobila gest, jakby chcac jeszcze cos powiedziec, ale pohamowala sie. - Dobranoc, Belu - rzekla. - Moze teraz masz racje... I wyszla. Przez cala noc snil sie pannie Izabeli Starski jako maz, Rossi jako pierwszy platoniczny kochanek, Ochocki jako drugi, a Wokulski jako plenipotent ich majatku. Dopiero okolo dziesiatej rano obudzila ja panna Florentyna donoszac, ze przyszedl Szpigelman i jeszcze jeden Zyd. - Szpigelman?... Ach, prawda!... Zapomnialam o nim. Powiedz mu, niech przyjdzie pozniej... Czy papo wstal? - Wstal od godziny. Mowilam mu wlasnie o Zydach, a on prosi cie, azebys napisala list do Wokulskiego.... - Po co?... - Zeby byl laskaw przyjsc do nas w poludnie i uregulowac rachunki tych Zydow. - Prawda, ze Wokulski ma nasze pieniadze - rzekla panna Izabela. - Ale mnie pisac o tym do niego nie wypada. Napisz ty, Floro, w imieniu ojca... O, tu jest papier, na moim biurku... Panna Florentyna napisala zadany list, a tymczasem panna Izabela zaczela sie ubierac. Wiadomosc o Zydach zrobila na niej wrazenie zimnej wody, a mysl o Wokulskim zaniepokoila ja. "Wiec my naprawde nie mozemy obejsc sie bez tego czlowieka?... mowila w duszy. - No, jezeli ma nasze pieniadze, to naturalnie musi splacac nasze dlugi..." - Bardzo go pros - rzekla do panny Florentyny - azeby przyjechal jak najspieszniej... Bo gdyby tych obrzydliwych Zydow zastal u nas Starski... - Zna on ich dawniej anizeli my - szepnela Flora. - W kazdym razie byloby to okropne. Ty nie wiesz, jakim tonem przemawial do mnie wczoraj ten... ten... - Szpigelman - wtracila panna Florentyna. - O, to zuchwaly Zyd... Zapieczetowala list i wyszla z nim do przedpokoju, azeby wyprawic czekajacych tam Zydow. Panna Izabela uklekla przed alabastrowym posazkiem Matki Boskiej blagajac ja, azeby poslaniec zastal Wokulskiego w domu i azeby Starski nie spotkal sie u nich z Zydami. Alabastrowa Matka Boska wysluchala prosb panny Izabeli; w godzine bowiem, przy sniadaniu, Mikolaj doreczyl jej trzy listy. Jeden byl od ciotki hrabiny. Zawiadamiala w nim, ze dzis miedzy druga i trzecia przyjda do jej ojca lekarze na konsylium, ze Kazio Starski wyjezdza przed wieczorem i ze moze wpasc do nich lada chwile. "Pamietajze; droga Belciu - konczyla ciotka - postepowac tak, azeby chlopiec myslal o tobie przez droge i na wsi, dokad wy z ojcem za kilka dni musicie przyjechac. Ja juz urzadzilam sie w ten sposob, ze ani w Warszawie nie widzial zadnej panny, ani na wsi nie spotka (procz ciebie, duszko) zadnej innej kobiety. Chyba poczciwa swoja babke prezesowa i jej malo interesujace wnuczki." Panna Izabela lekko skrzywila usta; nie podobal jej sie ten nacisk. - Ciotka tak mnie proteguje - rzekla do panny Florentyny - jakbym juz stracila wszelka nadzieje... Nie podoba mi sie to!... I w jej duszy nieco przycmil sie wizerunek pieknego Kazia Starskiego. Drugi list byl od Wokulskiego, ktory donosil, ze bedzie sluzyc o godzinie pierwszej. - Na ktora kazalas przyjsc Zydom, Floro? - spytala panna Izabela. - Na pierwsza. - Chwala Bogu! Byle o tej porze nie wpadl do nas Starski - rzekla panna Izabela biorac do reki trzeci list. - Jakis znajomy mi charakter? - dodala. - Czyje to pismo, Floro?... - Czy nie poznajesz? - odpowiedziala panna Florentyna spojrzawszy na koperte. - Krzeszowskiej... Rumieniec gniewu wystapil na twarz panny Izabeli. - Ach, prawda!... - zawolala rzucajac list na stol. - Prosze cie, Floro, odeszlij jej to i dopisz na wierzchu: "nieczytane..." Czego ona od nas chce, ta szkaradna kobieta!... - Latwo mozesz sie dowiedziec - szepnela panna Florentyna. - Nie, nie i... nie!... Nie chce zadnych listow od tej nieznosnej baby... Pewnie znowu jakas szykana, bo ona nic innego nie pisuje...Prosze cie, Floro, natychmiast odeszlij ten list i... albo zreszta zobacz, co pisze... Ostatni raz przyjme jej bazgranine... Panna Florentyna powoli otworzyla koperte i zaczela czytac. Stopniowo na jej obliczu ciekawosc ustapila miejsca zdziwieniu, a potem zmieszaniu. - Nie wypada mi tego czytac - szepnela oddajac list pannie Izabeli. "Droga panno Izabelo! pisala baronowa. - Wyznaje, ze dotychczasowym postepowaniem moglam zasluzyc na niechec Pani i sciagnac na siebie gniew milosiernego Boga, ktory tak troskliwie opiekuje sie Wami. Dlatego cofam wszystko, upokarzam sie przed Toba, droga Pani, i blagam, azebys mi przebaczyla. Bo czy nie jest dowod laski Nieba nad Wami, chocby w zeslaniu Wam tego Wokulskiego? Czlowiek ulomny jak inni stal sie narzedziem Najwyzszej Reki, azeby mnie ukarac, a Was wynagrodzic. Nie dosc bowiem, ze ranil mi w pojedynku meza (ktoremu rowniez niech Bog przebaczy wszystkie podlosci, jakich sie wzgledem mnie dopuscil), ale jeszcze nabyl kamienice, w ktorej zgaslo moje ukochane dziecko, i pewnie kaze sobie placic duze komorne. Wy zas nie tylko patrzycie na moje kleski, ale jeszcze zyskaliscie dwadziescia tysiecy rubli wiecej, niz byla warta kamienica. W zamian za moja skruche, droga Pani, racz wyrobic u W-go Wokulskiego (ktory nie wiem, za co gniewa sie na mnie), azeby mi prolongowal kontrakt na dalsze lata i nie wypedzal przesadnymi zadaniami z domu, gdzie moja jedyna corka skonczyla zycie. Nalezy to jednak robic ostroznie, gdyz W-ny Wokulski z niewiadomych mi powodow nie zyczy sobie, azeby o jego nabytku mowiono. Nie tylko, zamiast sam kupic kamienice (jak uczciwy czlowiek), podstawil lichwiarza, Szlangbauma, ale jeszcze, azeby nadplacic dwadziescia tysiecy rubli nad moja sume, sprowadzil do sadu falszywych licytantow. Dlaczego tak tajemniczo postepuje? lepiej niz ja musicie Wy wiedziec, drodzy Panstwo, ktorzy podobno umiesciliscie u niego swoj kapitalik. Maly on jest, ale przy lasce bozej (ktora tak oczywiscie czuwa nad Wami) i znanej obrotnosc W-go Wokulskiego przyniesie zapewne procent, ktory wynagrodzi Panstwu gorycze ich dotychczasowego polozenia. Polecajac siebie sercu drogiej Pani, a nasze obustronne stosunki niezawodnej sprawiedliwosci boskiej, pozostaje zawsze wierna, choc pogardzana ich kuzynka i unizona sluga. Krzeszowska" Czytajac panna Izabela byla blada jak papier. Podniosla sie od stolu, zwinela list i podniosla reke, jakby z zamiarem rzucenia go komus w oczy. Nagle, zdjeta strachem, chciala gdzies uciec czy kogos zawolac; lecz w tej chwili opamietala sie i poszla do ojca. Pan Lecki w pantoflach i plociennym szlafroku lezal na kanapie i czytal "Kuriera". Bardzo czule przywital sie z corka, a gdy usiadla, uwaznie przypatrzyl sie jej i rzekl: - Czy swiatlo zle w tym pokoju, czy mi sie zdaje, ze panienka jest nie w humorze?... - Jestem troche rozstrojona. - Wlasnie uwazam, ale to z goraca. A powinnas dzis - dodal grozac jej z usmiechem - powinnas dzis, figlarko, dobrze wygladac, bo ten Kazio, jak mowila mi wczoraj ciotka, jest do wziecia... Panna Izabela milczala, ojciec prawil dalej: - Prawda, ze chlopak troche zbalamucony ciaglym lataniem po swiecie, troche zadluzony, ale - mlody, przystojny, no i szalal za toba. Joasia ma nadzieje, ze prezesowa utrzyma go na wsi przez pare tygodni, a reszta nalezy juz do ciebie... I wiesz, moze by to bylo niezle?...Nazwisko piekne... fortuna jakos zlepi sie z roznych kawalkow... Przy tym czlowiek swiatowy, bywalec, nawet rodzaj bohatera, jezeli to prawda, ze oplynal kule ziemska... - Mialam list od Krzeszowskiej - przerwala mu panna Izabela. - Oo?... coz pisze ta wariatka? - Pisze, ze nasz dom kupil nie Szlangbaum, ale Wokulski i ze za pomoca podstawionych licytantow dal za niego o dwadziescia tysiecy rubli wiecej, anizeli wart. Mowiac to zdlawionym glosem, patrzyla z trwoga na ojca; obawiala sie jakiegos wybuchu. Ale pan Tomasz uniosl sie tylko na kanapie i strzeliwszy palcami zawolal: - Czekaj!... czekaj ... wiesz, ze to moze byc prawda... - Jak to! - zerwala sie z krzesla panna Izabela. - Wiec on smialby nam darowac dwadziescia tysiecy, a ojciec mowi o tym tak spokojnie?.. - Mowie spokojnie, bo gdybym zaczekal ze sprzedaza, wzialbym nie dziewiecdziesiat, ale sto dwadziescia tysiecy... - Alez czekac nie moglismy, skoro kamienice puszczono na licytacje... - Totez ze nie moglismy czekac, stracilismy, a Wokulski zyska, gdyz moze czekac. Panna Izabela po tej uwadze nieco uspokoila sie. - Wiec papo nie uznaje w tym zadnego dobrodziejstwa z jego strony! Bo wczoraj mowil papo o Wokulskim w taki sposob, jakby czul, ze jest przez niego oplatany... - Cha! cha! cha!..: - rozesmial sie pan Tomasz - Cudowna jestes... nieoceniona. Wczoraj bylem troche rozstrojony, nawet bardzo i... cos...cos... zaswitalo mi w glowie... Ale dzisiaj... Cha! cha! cha!... Niechze sobie wreszcie Wokulski przeplaca kamienice. Od tego on kupiec, zeby wiedzial, ile i za co placi. Straci na jednym, zyska na drugim. - Ja, co najwyzej, moge mu tego nie brac za zle, ze staje do licytacji mego majatku... Chociaz mialbym prawo podejrzewac jakis nieczysty interes takim na przyklad... podstawianiu Szlangbauma... Panna Izabela serdecznie usciskala ojca. - Tak - rzekla - papo ma racje. Nie umialam tylko zdac sobie z tego sprawy. Takie podstawienie Zydow przy kupnie najjasniej dowodzi, ze ten pan bawiac sie w przyjazn robi interesa... - Naturalnie! - potwierdzil pan Tomasz. - Czylizbys nie miala rozumiec tak prostej rzeczy. Niezly to moze czlowiek, ale zawsze kupiec... kupiec!... W przedpokoju rozleglo sie mocne dzwonienie. - To pewnie on. Wyjde, papo, i zostawie panow samych. Opuscila sypialnie ojca, lecz w przedpokoju, zamiast Wokulskiego, zobaczyla az trzech Zydow, glosno rozprawiajacych z Mikolajem i panna Florentyna. Uciekla do sali i przez mysl przebiegly jej wyrazy: "Boze!... dlaczego on nie przychodzi..." W sercu jej kipiala burza uczuc. Panna Izabela potakujac zdaniom ojca rozumiala jednak, ze to nieprawda, co on mowi, ze Wokulski nie zrobil na kamienicy interesu, ale stracil, i tylko dlatego, azeby ich wydzwignac z najfatalniejszej pozycji. Lecz przyznajac to, czula nienawisc: "Podly! podly!... - szeptala. - Jak on smial..." Tymczasem w przedpokoju Zydzi rozpoczeli formalna klotnie z panna Florentyna. Oswiadczyli, ze nie rusza sie, dopoki nie dostana pieniedzy, ze panna hrabianka dala wczoraj slowo... A gdy Mikolaj otworzyl im drzwi do sieni, poczeli mu wymyslac: - To jest rozboj! ... to oszustwo!... Pieniadze panstwo umieja brac i wtedy umieja gadac: moj kochany panie Dawid!... Ale jak przyjdzie... - A to co znaczy? - odezwal sie w tej chwili nowy glos. Zydzi umilkli. - Co to jest?... Co pan tu robisz, panie Szpigelman?.. Panna Izabela poznala glos Wokulskiego. - Ja, nic... Padam do nog wielmoznego pana... My tylko za interesem do pana hrabi... - tlumaczyl sie; zupelnie innym tonem, przed chwila halasliwy Szpigelman. - Kazali nam panstwo dzis przyjsc po pieniadze... - wtracil inny Zyd. - Wlasnie panna hrabianka wczoraj dala slowo, ze bedziemy dzis splaceni wszyscy, i co do grosza... - Bedziecie - przerwal Wokulski. - Jestem pelnomocnikiem pana Leckiego i dzis, o szostej, zalatwie z wami rachunki w moim kantorze. - Nic naglego... Po co sie wielmozny pan ma tak spieszyc... - odparl Szpigelman. - Prosze przyjsc o szostej do mnie, a Mikolaj niechaj tu zadnych interesantow nie przyjmuje, kiedy pan chory. - Rozumiem, wielmozny panie!... A nasz pan czeka w pokoju sypialnym - odparl Mikolaj. Gdy zas Wokulski odszedl, powypychal Zydow za drzwi mowiac: - Poszly parchy!... Won!... - Ny!... ny!... co sie pan tak gniewa?... - mruczeli bardzo zmieszani Zydkowie. Pan Tomasz przywital Wokulskiego ze wzruszeniem; troche drzaly mu rece i trzesla sie glowa. - No, patrz - mowil - co wyrabiaja ci Zydzi, te... te galgany!... Nachodza dom... przestraszaja mi corke... . - Kazalem im przyjsc o szostej do mego kantoru i jezeli pan pozwoli, ureguluje rachunki. Duza to suma?... - zapytal Wokulski. - Drobiazg, prawie nic... Jakies piec do szesciu tysiecy rubli... - Piec do szesciu?... - powtorzyl Wokulski. - Oni trzej tyle maja u pana?... - Nie. Im jestem winien ze dwa tysiace, moze troche wiecej... Ale, powiadam ci, panie Stanislawie (bo to cala awantura!), ktos w marcu wykupil moje dawniejsze weksle. Kto? nie wiem; jednakze, na wszelki wypadek, chce byc przygotowany. Wokulskiemu wyjasnila sie twarz. - Niech pan splaca dlugi - odparl - w miare zglaszania sie wierzycieli. Dzis zepchniemy tych, ktorzy maja pozniejsze weksle. Wiec to wyniesie dwa do trzech tysiecy?... - Tak, tak... No, ale prosze cie, panie Stanislawie, co za fatalnosc!...Ty wyplacasz mi za pol roku piec tysiecy... Czy byles laskaw przyniesc pieniadze? - Naturalnie. - Bardzo ci jestem wdzieczny. Coz to jednak za fatalnosc, ze wlasnie w chwili, kiedy mamy z Belcia i... z toba jechac do Paryza, Zydzi wydzieraja mi dwa tysiace! Rozumie sie, z Paryza nic. - Dlaczego? - rzekl Wokulski. - Ja pokryje naleznosc, a pan nie potrzebuje naruszac swego procentu. Smialo mozecie panstwo jechac do Paryza. - Nieoceniony!... - zawolal pan Tomasz rzucajac mu sie w objecia. Bo widzisz, moj drogi - dodal uspokoiwszy sie - ja wlasnie myslalem, czybys nie mogl mi zaciagnac gdzie pozyczki dla splacenia zydowskich dlugow, tak... na... siedem, szesc procent. Wokulski usmiechnal sie z finansowej naiwnosci pana Tomasza. - Owszem - rzekl nie mogac pohamowac dobrego humoru - bedzie pan mial pozyczke. Tym Zydom oddamy jakies trzy tysiace rubli, a pan bedzie placil procentu... Ilez pan chce? - Siedem... szesc... - Dobrze - mowil Wokulski - pan bedzie placil sto osiemdziesiat rubli procentu, a kapital zostanie nienaruszony. Pan Tomasz, po raz juz niewiadomo ktory, zaczal mrugac powiekami i znowu ukazaly sie lzy. - Zacny... szlachetny!... - mowil sciskajac Wokulskiego. - Bog cie zeslal... - Sadzi pan, ze moge robic inaczej?... - szepnal Wokulski. Zapukano. Wszedl Mikolaj i oznajmil lekarzy. - Aha!... - zawolal pan Tomasz - to siostra przysyla mi tych panow. Moj Boze! nigdy sie jeszcze nie leczylem, a dzis... Prosze cie, panie Stanislawie, idz teraz do Beli... Mikolaj, zamelduj pana Wokulskiego panience. "Oto jest moja nagroda... Moje zycie!..." - pomyslal Wokulski idac do Mikolajem. W przedpokoju spotkal lekarzy, obu znajomych sobie, i goraco polecil pana Tomasza ich opiece. W salonie czekala go panna Izabela. Byla troche blada, ale tym piekniejsza. Przywital ja i rzekl wesolo: - Bardzo jestem szczesliwy, ze podobal sie pani wieniec dla Rossiego. Zatrzymal sie. Uderzyl go szczegolny wyraz twarzy panny Izabeli, ktora patrzyla na niego z lekkim zdziwieniem, jakby widziala go pierwszy raz w zyciu. Przez chwile oboje milczeli, wreszcie panna Izabela strzepujac jakis pylek z popielatej sukni spytala: - Wszakze to pan kupil nasza kamienice? - I przypatrywala mu sie przymrozonymi oczyma. Wokulski tak byl zaskoczony, ze w pierwszej chwili stracil mowe. Zdawalo mu sie, ze w nim nagle zatrzymal sie proces myslenia. Bladl i czerwienil sie, a nareszcie odzyskawszy przytomnosc odparl przyciszonym glosem: - Tak, ja kupilem. - Dlaczegoz pan podstawil Zyda do licytacji? - Dlaczego?... - powtorzyl Wokulski patrzac na nia jak wyleknione dziecko. - Dlaczego?.. Jestem, widzi pani, kupcem i... takie uwiezienie kapitalu mogloby zaszkodzic memu kredytowi... - Pan juz od dawna interesuje sie naszymi sprawami. Zdaje sie, ze w kwietniu... tak, w kwietniu nabyl pan nasz serwis?... - mowila ciagle tym samym tonem panna Izabela. Ten ton otrzezwil Wokulskiego, ktory podniosl glowe i odparl oschle: - Serwis panstwa jest w kazdej chwili do odebrania. Teraz panna Izabela spuscila oczy. Wokulski spostrzegl to i znowu zmieszal sie. - Wiec dlaczego pan to zrobil? - spytala cicho. - Dlaczego pan tak nas... przesladuje? Mozna bylo myslec, ze rozplacze sie. Wokulski stracil wszelka wladze nad soba. - Ja panstwa przesladuje!... - rzekl zmienionym glosem. - Czyliz znajdziecie sluge... nie... psa... wierniejszego ode mnie?... Od dwu lat o jednym tylko mysle, azeby usunac wam z drogi kazda przeszkode... W tej chwili zadzwoniono. Panna Izabela drgnela, Wokulski umilkl. Mikolaj otworzyl drzwi do salonu i rzekl: - Pan Starski. Jednoczesnie ukazal sie na progu mezczyzna sredniego wzrostu, zreczny, sniady, z malymi faworytami i wasikami, i bardzo nieznaczna lysina. Mial fizjonomie na pol wesola, na pol drwiaca i od razu zawolal: - Jakzem kontent, kuzynko, ze cie znowu moge przywitac!... Panna Izabela w milczeniu podala mu reke; mocny rumieniec oblal jej twarz, a w oczach zamigotalo rozmarzenie. Wokulski cofnal sie do bocznego stolu. Panna Izabela przedstawila panow: - Pan... Wokulski... Pan Starski... Nazwisko Wokulskiego bylo zaakcentowane w taki sposob, ze Starski kiwnawszy mu glowa usiadl o kilka krokow, zwrocony bokiem. W odpowiedzi Wokulski usiadl przy malym stoliku pod sciana i zaczal ogladac album. - Kuzynek podobno wraca z Chin? - spytala panna Izabela. - Teraz z Londynu i jeszcze ciagle mysle, ze jestem w okrecie - odpowiedzial Starski, dosc wyraznie kaleczac polszczyzne. Panna Izabela zaczela mowic po angielsku. - Spodziewam sie, ze tym razem kuzynek zabawi w kraju dluzej? - To zalezy - odparl rowniez po angielsku Starski. - Kto jest ten?.. - dodal rzucajac okiem na Wokulskiego. - Plenipotent mego ojca. Od czegoz to zalezy?... - Mysle, ze kuzynka nie potrzebuje sie pytac - odpowiedzial z usmiechem mlody czlowiek. - To zalezy - od hojnosci mojej babki... - A ladnie... spodziewalam sie komplimentu pod moim adresem... - Podroznicy nie mowia komplimentow, gdyz wiedza, ze pod kazda szerokoscia jeograficzna komplimenta dyskredytuja mezczyzne w oczach kobiet. - W Chinach zrobil kuzyn to odkrycie? - W Chinach, w Japonii, a nade wszystko w Europie. - I mysli kuzyn stosowac te zasade w Polsce? - Sprobuje i jezeli pozwolisz, kuzynko, w twoim towarzystwie. Gdyz podobno mamy razem spedzic wakacje. Czy tak?.. - Tak przynajmniej chce ciotka i ojciec. Mnie sie jednak nie usmiecha to, ze kuzyn ma zamiar sprawdzac swoje etnograficzne spostrzezenia. - Bylby to tylko odwet z mojej strony. - Ach, wiec walka?... - spytala panna Izabela. - Splacanie dawnych dlugow czesto prowadzi do zgody. Wokulski z taka uwaga przegladal album, ze zyly nabrzmialy mu na czole. - Ale zemsta nie prowadzi - odparla panna Izabela. - Nie zemsta, tylko przypomnienie, ze jestem wierzycielem kuzynki. - Wiec to ja mam splacac dawne dlugi?.. - zasmiala sie panna lzabela. - A, kuzyn nic stracil czasu w podrozy. - Wolalbym go nie stracic na wakacjach - rzekl Starski, znaczaco spogladajac jej w oczy. - To bedzie zalezalo od metody odwetu - odpowiedziala panna Izabela i znowu zarumienila sie. - Jasnie pan prosi pana! - rzekl Mikolaj stajac we drzwiach salonu. Rozmowa urwala sie, Wokulski zlozyl album, wstal z krzesla i ukloniwszy sie pannie Izabeli i Starskiemu, z wolna poszedl za sluzacym. - Ten pan nie rozumie po angielsku?... Czy on nie obrazi sie, zesmy z nim nie rozmawiali?... - spytal Starski. - O, nie - odpowiedziala panna Izabela. - Tym lepiej ; bo zdawalo mi sie, ze nie byl zadowolony z naszego towarzystwa. - Totez porzucil je - zakonczyla niedbale panna Izabela. - Przynies mi kapelusz z sali - rzekl do Mikolaja juz w drugim pokoju Wokulski. Mikolaj zabral kapelusz i zaniosl go do sypialni pana Tomasza. W przedpokoju uslyszal, ze Wokulski oburacz sciskajac glowe szepnal: - Boze milosierny!... Gdy Wokulski wszedl do pokoju pana Tomasza, lekarzy juz nie bylo. - No i wyobraz sobie - zawolal pan Lecki - co za fatalizm!...Konsylium zabronilo mi jechac do Paryza i pod kara smierci kazalo wynosic sie na wies. Na honor, nie wiem nawet, gdzie uciec przed tymi upalami... Ale i na ciebie takze dzialaja, bo jestes zmieniony... Prawda, jakie to gorace mieszkanie?.. - O, tak. Moze pozwoli pan - mowil Wokulski wydobywajac z kieszeni gruby pakiet - ze oddam pieniadze. - Ehe... doprawdy... - Tu jest piec tysiecy rubli jako procent do polowy stycznia. Niech pan z laski swojej policzy. A tu jest kwit. Pan Lecki kilka razy porachowal stos nowych sturublowek i podpisal dokument. Odlozywszy zas pioro rzekl: - Dobrze, to jedno... A teraz co sie tyczy dlugow... - Suma dwa do trzech tysiecy rubli, ktora pan winien Zydom, dzis bedzie splacona... - Ale ja, prosze cie, panie Stanislawie, nie chce darmo... Prosze cie, azebys jak najskrupulatniej odtracal sobie procent... - Sto dwadziescia do stu osiemdziesieciu rubli rocznie. - Tak, tak... - potakiwal pan Tomasz. - Ale... gdybym, ale...potrzebowal jeszcze jakiej kwoty, to mam sie do kogo udac u ciebie? - Druga polowe procentu otrzyma pan w polowie stycznia - odparl Wokulski. - O tym wiem. Ale widzisz, panie Stanislawie, gdybym tak potrzebowal jakiejs czesci mego kapitalu... Nie darmo, pojmujesz... Chetnie zaplace procent... - Szosty... - wtracil Wokulski. - Tak, szosty... siodmy. - Nie, panie. Panski kapital przynosi trzydziesci trzy procent rocznie, wiec nie moge go pozyczac na siedem... - Dobrze. W takim razie nie pozbawiaj sie mego kapitalu, ale...Uwazasz... moze mi jednak cos wypasc... - Wycofac swoj kapital moze pan nawet w polowie stycznia roku przyszlego. - Boze uchowaj!... Ja mego kapitalu nie odbiore ci nawet za dziesiec lat... - Ale ja panski kapital wzialem tylko na rok... - Jak to?... Dlaczego?... - dziwil sie pan Tomasz, coraz szerzej otwierajac oczy. - Dlatego, ze nie wiem, co bedzie od dzis za rok. Nie co roku zdarzaja sie wyjatkowo dobre interesa. - A propos - rzekl pan Tomasz po chwili przykrego zdumienia.- Co tez mowia w miescie: ze to ty, panie Wokulski, kupiles moj dom?... - Tak, panie, ja kupilem panski dom. Ale przed uplywem pol roku moge go panu odstapic na korzystnych warunkach. Pan Lecki poczul rumieniec na twarzy. Nie chcac jednak dawac za wygrane zapytal wielkopanskim tonem: - I ile bys tez chcial odstepnego, panie Wokulski?... Nic. Oddam go panu za dziewiecdziesiat tysiecy, a nawet... moze taniej... Pan Tomasz cofnal sie, rozlozyl rece, nastepnie padl na swoj wielki fotel i znowu kilka lez splynelo mu po twarzy. - Doprawdy, panie Stanislawie - mowil, lekko lkajac - widze, ze najlepsze stosunki... moga zepsuc pieniadze... Czy ja mam ci za zle, zes kupil ten dom?... Czy ja robie ci wyrzuty?... Ty zas przemawiasz do mnie tak, jakbys sie obrazil. - Przepraszam pana - przerwal Wokulski. - Ale istotnie jestem troche rozdrazniony... zapewne z goraca... - O, z pewnoscia! - zawolal pan Tomasz powstajac z fotelu i sciskajac go za reke. - Wiec... przebaczmy sobie nawzajem cierpkie slowka... Ja sie na ciebie nie gniewam, bo wiem... co to jest upal... Wokulski pozegnal go i wstapil do salonu. Starskiego juz tam nie bylo, panna Izabela siedziala sama. Zobaczywszy go podniosla sie; twarz jej byla pogodniejsza. - Pan wychodzi? - Wlasnie chce pania pozegnac. - A o Rossim nie zapomni pan? - rzekla ze slabym usmiechem. - O, nie. Poprosze, azeby mu oddano wieniec. - Pan sam go nie wreczy?... Dlaczegoz to?... - Dzis w nocy jade do Paryza - odpowiedzial Wokulski. Uklonil sie i wyszedl. Przez chwile panna Izabela stala zdumiona; nastepnie pobiegla do pokoju ojca. - Co to znaczy, papo? Wokulski pozegnal sie ze mna bardzo chlodno i powiedzial, ze - dzis w nocy wyjezdza do Paryza. - Co?... co?... co?... - zawolal pan Tomasz chwytajac sie oburacz za glowe. - On z pewnoscia obrazil sie... - Ach... prawda!... Wspomnialam mu o kupnie naszej kamienicy... - Chryste!... i cozes ty zrobila?... A... wszystko stracone... Teraz rozumiem... Naturalnie, ze sie obrazil... No - dodal po chwili - ale kto mogl przypuscic, ze jest tak obrazliwy?... Taki sobie zwyczajny kupiec ... I wyjechal!... Pan Stanislaw Wokulski, wielki organizator spolki do handlu przewozowego, wielki naczelnik firmy, ktora ma w obrocie ze cztery miliony rubli rocznie, wyjechal do Paryza jak pierwszy lepszy pocztylion do Milosny... Jednego dnia mowil (do mnie samego), ze nie wie, kiedy pojedzie, a na drugi dzien - szast... prast... i juz go nie ma. Zjadl elegancki obiadek u jasnie wielmoznych panstwa Leckich, wypil kawe, wyklul zeby i - jazda. Naturalnie. Pan Wokulski nie jest przecie lichym subiektem, ktory musi zebrac u pryncypala o urlop raz na kilka lat. Pan Wokulski jest kapitalista, ma ze szescdziesiat tysiecy rubli rocznie, zyje za pan brat z hrabiami i ksiazetami, pojedynkuje sie z baronami i wyjezdza, kiedy chce. A wy, moi platni oficjalisci, klopoczcie sie o interesa. Przecie za to macie pensje i dywidendy. I to jest kupiec?... To jest blazenstwo, mowie, nie kupiectwo!.. No, mozna wyjechac nawet do Paryza i nawet po wariacku, ale nie w takich czasach. Tu, panie, kongres berlinski nawarzyl piwa - tu, panie, Anglia, panie, za Cypr, Austria za Bosnie... Wlochy krzycza wnieboglosy: "Dajcie nam Triest, bo bedzie zle!..." Tu juz slysze, panie w Bosni krew leje sie potokami i (byle zniwa skonczyc) wojna buchnie przed zima jak amen w pacierzu... A on tymczasem daje nura do Paryza!... Cyt!...?... ...Po co on tak nagle wyjechal do Paryza?... Na wystawe?... Coz go obchodzi wystawa. A moze w tym interesie, ktory mial zrobic z Suzinem?... Ciekawym, na jakich to interesach zyskuje sie po piecdziesiat tysiecy rubli, tak sobie od reki?... Oni mi mowia o wielkich maszynach do nafty czy do kolei, czy tez do cukrowni?... Ale czy wy, aniolki, zamiast po nadzwyczajne maszyny, nie jedziecie po zwykle armaty?... Francja, tylko patrzec, jak wezmie sie za leb z Niemcami... Maly Napoleonek niby to siedzi w Anglii; ale przeciez z Londynu do Paryza blizej niz z Warszawy do Zamoscia... Ej!... panie Ignacy - nie spiesz sie ty z sadami o panu W. (w takich razach lepiej nie wymawiac calego nazwiska), nie potepiaj go, bo mozesz sie osmieszyc. Tu gotuje sie jakas gruba kabala: ten pan Lecki, ktory kiedys bywal u Napoleona III, i ten niby aktor Rossi, Wloch...(Wlochy gwaltem upominaja sie o Triest...), i ten obiad u panstwa Leckich przed samym wyjazdem, i to kupno kamienicy. Panna Lecka piekna, bo piekna, ale przecie jest tylko kobieta i dla niej Stach nie popelnialby tylu szalenstw... W tym jest cos z p... (w takich razach najwlasciwiej mowic skroceniami). W tym jest jakies duze P. Bedzie juz ze dwa tygodnie, jak wyjechal biedny chlopak, moze na zawsze... Listy pisze krotkie i suche, o sobie nie mowi nic, a mnie tak nurtuje smutek, ze nieraz, dalibog, miejsca znalezc nie moge. (No, chyba nie za nim; tylko tak, z przyzwyczajenia.) Pamietam, kiedy wyjezdzal. Juz zamknelismy sklep i wlasnie przy tym oto stoliku pilem herbate (Ir wciaz mi niedomaga), gdy naraz wpada do pokoju lokaj Stacha: - Pan prosil - wrzasnal i uciekl. (Co to za zuchwaly galgan, a co za prozniak!... Trzeba bylo widziec mine, z jaka stanal we drzwiach i powiedzial: "Pan prosi!" Bydle.) Chcialem go zmonitowac: blaznie jakis, twoj pan jest panem tylko dla ciebie; ale polecial na zlamanie karku. Szybko dokonczylem herbate, Irowi nalalem troche mleka do miseczki poszedlem do Stacha. Patrze, w bramie jego lokaj kokietuje od razu az trzy dziewuchy jak lanie. No, mysle, taki walkon i czterem dalby rade, chociaz... (Z tymi kobietami sam diabel nie dojdzie porzadku. Na przyklad pani Jadwiga, szczuplutka, malutka, eteryczna, a juz trzeci maz dostaje przy niej suchot.) Wchodze na gore. Drzwi do mieszkania nie zamkniete, a sam Stach przy swietle lampy pakuje walizke. Cos mnie tknelo. - Coz to znaczy? - pytam. - Jade dzis do Paryza - odpowiedzial. - Wczoraj mowiles, ze jeszcze nie tak predko pojedziesz?... - Ach, wczoraj!... - odparl. Cofnal sie od walizki i pomyslal chwile; potem dodal szczegolnym tonem: - Jeszcze wczoraj... mylilem sie... Wyrazy te zastanowily mnie w przykry sposob. Spojrzalem na Stacha z uwaga i ogarnelo mnie zdziwienie. Nigdy bym nie sadzil, azeby czlowiek niby to zdrow, a w kazdym razie nie raniony, mogl zmienic sie tak w przeciagu kilku godzin. Pobladl, oczy zapadly, prawic zdziczal... - Skadze ta nagla zmiana... projektu? - spytalem czujac, ze nie o to pytam, co bym chcial wiedziec. - Moj kochany - odparl - alboz ty nie wiesz, ze nieraz jedno slowo zmienia projekta, nawet ludzi... A nie dopiero cala rozmowa! -dodal szeptem. Wciaz pakujac i zbierajac rozne graty wyszedl do sali. Uplynela minuta - nie wracal; dwie... nie wraca... Spojrzalem przez uchylone drzwi zobaczylem, ze stoi oparty o porecz krzesla patrzac bezmyslnie w okno. - Stachu... Ocknal sie - i znowu powrocil do pakowania zapytujac: - Czego chcesz? - Tobie cos jest. - Nic. - Juz dawno nie widzialem cie takim. Usmiechnal sie. - Zapewne od czasu - odparl - kiedy to dentysta zle wyrwal mi zab, i w dodatku zdrowy... - Dziwnie mi wyglada to twoje wybieranie sie w droge - rzeklem. - Moze masz mi co powiedziec?... - Powiedziec?... Ach, prawda... W banku mamy okolo stu dwudziestu tysiecy rubli, wiec pieniedzy wam nie zabraknie... Dalej... Coz dalej?.. - pytal sam siebie. - Aha!... Nie rob juz sekretu, ze ja kupilem kamienice Leckich. Owszem, zajdz tam i ponaznaczaj komorne wedlug dawnych cen. Pani Krzeszowskiej mozesz podniesc jakies kilkanascie rubli, niech sie troche zirytuje; ale biedakow nie dus... Mieszka tam jakis szewc, jacys studenci; bierz od nich, ile dadza, byle placili regularnie. Spojrzal na zegarek, a widzac, ze ma jeszcze czas, polozyl sie na szezlongu i lezal milczac, z rekoma nad glowa i przymknietymi oczyma. Widok ten byl nad wszelki wyraz zalosny. Usiadlem mu przy nogach i rzeklem: - Tobie cos jest, Stachu?... Powiedz, co ci jest. Z gory wiem, ze nie pomoge, ale widzisz... Zgryzota jest jak trucizna: dobrze ja wypluc... Stasiek znowu usmiechnal sie (jak ja nie lubie tych jego polusmiechow) i po chwili odparl: - Pamietam (dawne to dzieje!), siedzialem w jednej izbie z jakims frantem, ktory byl dziwnie szczery. Opowiadal mi niestworzone rzeczy o swojej rodzinie, o swoich stosunkach, o swoich wielkich czynach, a potem - bardzo uwaznie sluchal moich dziejow. No - i dobrze z nich skorzystal... - Coz to znaczy?.. - spytalem. - To znaczy, moj stary, ze poniewaz ja nic chce z ciebie wydobywac zadnych zeznan, wiec i przed toba nie mam potrzeby ich robic. - Jak to - zawolalem - w taki sposob traktujesz zwierzenie sie przed przyjacielem? - Daj spokoj - rzekl podnoszac sie z kanapy. - To moze dobre, ale dla pensjonarek... Ja zreszta nie mam z czego zwierzac sie nawet przed toba. Jakim ja znuzony!... - mruknal przeciagajac sie. Teraz dopiero wszedl ten lajdak lokaj: wzial walize Stacha i dal znac, ze konie stoja przed domem. Siedlismy do powozu, Stach i ja, ale przez droge do kolei nie zamienilismy ani wyrazu. On patrzyl na gwiazdy swiszczac przez zeby, a ja myslalem, ze jade - chyba na pogrzeb. Na dworcu Kolei Wiedenskiej zlapal nas doktor Szuman. - Jedziesz do Paryza? - zapytal Stacha. - A ty skad wiesz? - O, ja wszystko wiem. Nawet to, ze tym samym pociagiem jedzie pan Starski. Stach wstrzasnal sie. - Co to za czlowiek? - rzekl do doktora. - Prozniak, bankrut... jak zreszta wszyscy oni - odparl Szuman. -No i eks-konkurent... - dodal. - Wszystko mi jedno. Szuman nie odpowiedzial nic, tylko spojrzal spod oka. Zaczeto dzwonic i swistac. Podrozni tloczyli sie do wagonow; Stach uscisnal nas za rece. - Kiedy wracasz? - zapytal go doktor. - Chcialbym... nigdy - odpowiedzial Stach i usiadl do pustego przedzialu pierwszej klasy. Pociag ruszyl. Doktor zamyslony patrzyl na oddalajace sie latarnie, a ja... O malo sie nie rozplakalem... Kiedy wozni poczeli zamykac drzwi peronu, namowilem doktora na przechadzke po Alejach Jerozolimskich. Noc byla ciepla, niebo czyste; nie pamietam, azebym kiedykolwiek widzial wiecej gwiazd. A poniewaz Stach mowil mi, ze w Bulgarii czesto patrzyl na gwiazdy, wiec (zabawny projekt!) i ja postanowilem od tej pory co wieczor spogladac w niebo. (A moze istotnie na ktorym z migotliwych swiatel spotkaja sie nasze spojrzenia czy mysli i on nie bedzie czul sie juz tak osamotniony jak wtedy?) Nagle (nie wiem nawet skad) zrodzilo sie we mnie podejrzenie, ze niespodziewany wyjazd Stacha ma zwiazek z polityka. Postanowilem wiec wybadac Szumana i chcac zazyc go z manki, rzeklem: - Cos mi sie zdaje, ze Wokulski jest... jakby zakochany?... Doktor zatrzymal sie na chodniku i usiadlszy na swej lasce zaczal sie smiac w sposob, ktory az zwracal uwage na szczescie nielicznych przechodniow. - Cha! cha!... czys pan dopiero dzisiaj zrobil tak piramidalne odkrycie?... Cha!... cha!... podoba mi sie ten starzec!... Glupi byl koncept. Przygryzlem jednak usta i odparlem: - Zrobic to odkrycie bylo latwo, nawet dla ludzi... mniej wprawnych ode mnie (zdaje sie, ze mu troszke dogryzlem). Ale ja lubie byc ostrozny w przypuszczeniach, panie Szuman... Zreszta, nie sadzilem, azeby mogla wyrabiac z czlowiekiem podobne hece rzecz tak zwyczajna jak milosc. - Mylisz sie, staruszku - odparl doktor machajac reka. - Milosc jest rzecza zwyczajna wobec natury, a nawet, jezeli chcesz, wobec Boga. Ale wasza glupia cywilizacja, oparta na pogladach rzymskich, dawno juz zmarlych i pogrzebanych, na interesach papiestwa, na trubadurach, ascetyzmie, kastowosci i tym podobnych badaniach, z naturalnego uczucia zrobila... wiesz co?... Zrobila nerwowa chorobe!... Wasza niby to milosc rycersko - koscielno - romantyczna jest naprawde obrzydliwym handlem opartym na oszustwie, ktore bardzo slusznie karze sie dozywotnimi galerami, zwanymi malzenstwem. Biada jednak tym, co na podobny jarmark przynosza serca... Ile on pochlania czasu, pracy, zdolnosci, ba! nawet egzystencyj... Znam to dobrze - mowil dalej, zadyszany z gniewu - bo choc jestem Zydem i zostane nim do konca zycia, wychowalem sie jednak miedzy waszymi, a nawet zareczylem sie z chrzescijanka...No i tyle nam porobiono udogodnien w naszych zamiarach, tak czule zaopiekowano sie nami w imie religii, moralnosci, tradycji i juz nie wiem czego, ze ona umarla, a ja probowalem sie otruc... Ja, taki madry, taki lysy!... Znowu stanal na chodniku. - Wierz mi, panie Ignacy - konczyl schrypnietym glosem - ze nawet miedzy zwierzetami nie znajdziesz tak podlych bydlat jak ludzie. W calej naturze samiec nalezy do tej samicy, ktora mu sie podoba i ktorej on sie podoba. Totez u bydlat nie ma idiotow. Ale u nas!... Jestem Zyd, wiec nie wolno mi kochac chrzescijanki... On jest kupiec, wiec niema prawa do hrabianki... A ty, ktory nie posiadasz pieniedzy, nie masz praw do zadnej zgola kobiety... Podla wasza cywilizacja!... Chcialbym bodaj natychmiast zginac, ale przywalony jej gruzami... Szlismy wciaz ku rogatkom. Od kilku minut zerwal sie wiatr wilgotny i dal nam prosto w oczy; na zachodzie poczely znikac gwiazdy zaslaniane przez chmury. Latarnie trafialy sie coraz rzadziej. Kiedy nie-kiedy w Alei zaturkotal woz obsypujac nas niewidzialnym pylem; spoznieni przechodnie uciekali do domow. "Bedzie deszcz!... Stach juz jest okolo Grodziska" - pomyslalem. Doktor nasunal kapelusz na glowe i szedl zirytowany, milczac. Mnie bylo coraz markotniej, moze z powodu wzrastajacej ciemnosci. Nie powiedzialbym tego nikomu nigdy, ale nieraz mnie samemu przychodzi na mysl, ze Stach... naprawde juz nic dba o polityke, poniewaz caly zatonal w faldach sukienki tej panny. Zdaje sie, ze mu nawet cos o tym wspomnialem onegdaj i ze to, co on mi odpowiedzial, bynajmniej nie oslabilo moich podejrzen. - Czy podobna - odezwalem sie - azeby Wokulski tak dalece juz zapomnial o sprawach ogolnych, o polityce, o Europie... - Z Portugalia - wtracil doktor. Ten cynizm oburzyl mnie. - Pan sobie drwisz - rzeklem. - Nie zaprzeczysz jednak, ze Stach mogl zostac czyms lepszym anizeli nieszczesliwym wielbicielem panny Leckiej. To byl dzialacz spoleczny, nie jakis tam kiepski wzdychacz... - Masz pan racje - potwierdzil doktor - ale coz stad?... Machina parowa przeciez nie mlynek do kawy, to wielka machina; ale gdy w niej zardzewieja kolka, stanie sie gratem bezuzytecznym i nawet niebezpiecznym. Otoz w Wokulskim jest podobne kolko, ktore rdzewieje i psuje sie... Wiatr dal coraz mocniej; mialem pelne oczy piasku. - I skad wlasnie na niego padlo takie nieszczescie? - odezwalem sie. (Ale - niedbalym tonem, azeby Szuman nie myslal, ze zadam informacji.) - Na to zlozylo sie i usposobienie Stacha, i stosunki wytworzone przez cywilizacje - odparl doktor. - Usposobienie?... On nigdy nie byl kochliwy. - Tym sie zgubil - ciagnal Szuman. - Tysiac centnarow sniegu, rozdzielonego na platki, tylko przysypuja ziemie nie szkodzac najmniejszej trawce; ale sto centnarow sniegu zbitych w jedna lawine burzy chalupy i zabija ludzi. Gdyby Wokulski kochal sie przez cale zycie co tydzien w innej, wygladalby jak paczek, mialby swobodna mysl i moglby zrobic wiele dobrego na swiecie. Ale on, jak skapiec, gromadzil kapitaly sercowe, no i widzimy skutek tej oszczednosci. Milosc jest wtedy piekna, kiedy ma wdzieki motyla; ale gdy po dlugim letargu obudzi sie jak tygrys, dziekuje za zabawe!... Co innego czlowiek z dobrym apetytem, a co innego ten, ktoremu glod skreca wnetrznosci... Chmury podnosily sie coraz wyzej; zawrocilismy prawie od rogatek. Pomyslalem, ze Stach musi juz byc okolo Rudy Guzowskiej. A doktor wciaz prawil, coraz mocniej rozgoraczkowany, coraz gwaltowniej wywijajac laska: - Jest higiena mieszkan i odziezy, higiena pokarmow i pracy, ktorych nie wypelniaja klasy nizsze, i to jest powodem wielkiej smiertelnosci miedzy nimi, krotkiego zycia i charlactwa. Ale jest rowniez higiena milosci, ktorej nie tylko nie przestrzegaja, lecz po prostu gwalca klasy inteligentne, i to stanowi jedna z przyczyn ich upadku. Higiena wola: "Jedz, kiedy masz apetyt!", a wbrew niej tysiac przepisow chwyta cie za poly wrzeszczac: "Nie wolno!... bedziesz jadl, kiedy my cie upowaznimy, kiedy spelnisz tyle a tyle warunkow postawionych przez moralnosc, tradycje, mode..." Trzeba przyznac, ze w tym razie najbardziej zacofane panstwa wyprzedzily najbardziej postepowe spoleczenstwa, a raczej ich klasy inteligentne. I przypatrz sie, panie Ignacy, jak zgodnie w kierunku oglupienia ludzi pracuje pokoj dziecinny i salon, poezja, powiesc i dramat. Kaza ci szukac idealow, samemu byc idealnym asceta i nie tylko wypelniac, ale nawet wytwarzac jakies sztuczne warunki. A co z tego wynika w rezultacie?... Ze mezczyzna, zwykle mniej wytresowany w tych rzeczach, staje sie lupem kobiety, ktora tylko w tym kierunku tresuja. I otoz cywilizacja naprawde rzadza kobiety!... - Czy w tym jest co zlego? - spytalem. - A niech diabli wezma! - wrzasnal doktor. - Czy nie spostrzegles, panie Ignacy, ze jezeli mezczyzna pod wzgledem duchowym jest mucha, to kobieta jest jeszcze gorsza mucha, gdyz pozbawiona lap i skrzydel. Wychowanie, tradycja, a moze nawet dziedzicznosc, pod pozorem zrobienia jej istota wyzsza, robia z niej istote potworna. I ten proznujacy dziwolag, ze skrzywionymi stopami, ze scisnietym tulowiem, czczym mozgiem, ma jeszcze obowiazek wychowywac przyszle pokolenia ludzkosci!... Coz wiec im zaszczepia.?... Czy dzieci ucza sie pracowac na chleb?... Nie, ucza sie ladnie trzymac noz i widelec. Czy ucza sie poznawac ludzi, z ktorymi kiedys zyc im przyjdzie?... Nie, ucza sie im podobac za pomoca stosownych min i uklonow. Czy ucza sie realnych faktow, decydujacych o naszym szczesciu i nieszczesciu?... Nie, ucza sie zamykac oczy na fakty, a marzyc o idealach. Nasza miekkosc w zyciu, nasza niepraktycznosc, lenistwo, fagasostwo i te straszne peta glupoty, ktore od wiekow gniota ludzkosc, sa rezultatem pedagogiki stworzonej przez kobiety. A nasze znowu kobiety sa owocem klerykalno - feudalno - poetyckiej teorii milosci, ktora jest obelga dla higieny i zdrowego rozsadku... W glowie mi szumialo od wywodow doktora, a on tymczasem ciskal sie na ulicy jak szalony. Na szczescie blysnelo, upadly pierwsze krople deszczu, a zacietrzewiony mowca nagle ochlonal i skoczywszy w jakas dorozke kazal odwiezc sie do domu. Stach byl juz chyba okolo Rogowa. Czy tez domyslil sie, zesmy tylko o nim mowili? i co on, biedak, czul majac jedna burze nad glowa, a druga, moze gorsza, w sercu? Phi! co za ulewa, co za kanonada piorunow... Zwiniety w klebek Ir odszczekuje im przez sen stlumionym glosem, a ja klade sie do lozka, nakryty tylko przescieradlem. Goraca noc. Panie Boze, opiekuj sie tymi, ktorzy w podobna noc uciekaja az za granice przed nieszczesciem. Nieraz dosc jest malego figla, aby rzeczy, dawne jak ludzkie grzechy, pokazaly sie nam w nowym zupelnie oswietleniu. Ja na przyklad znam Stare Miasto od dziecka i zawsze wydawalo mi sie, ze jest ono tylko ciasne i brudne. Dopiero kiedy pokazano mi jako osobliwosc rysunek jednego z domow staromiejskich (i to jeszcze w "Tygodniku Ilustrowanym", z opisem!), nagle spostrzeglem, ze Stare Miasto jest piekne... Od tej pory chodze tam przynajmniej raz na tydzien i nie tylko odkrywam coraz nowe osobliwosci, ale jeszcze dziwie sie, zem ich nie zauwazyl dawniej. Tak samo z Wokulskim. Znam go ze dwadziescia lat i ciagle myslalem, ze on jest z krwi i kosci polityk. Glowe dalbym sobie uciac, ze Stach niczym wiecej nie zajmuje sie, tylko polityka. Dopiero pojedynek z baronem i owacje dla Rossiego zbudzily we mnie podejrzenia, ze on moze byc zakochany. O czym juz dzis nie watpie, szczegolnie po rozmowie z Szumanem. Ale to fraszka, bo i polityk moze byc zakochany. Taki Napoleon I kochal sie na prawo i na lewo i mimo to trzasl Europa. Napoleon III takze mial sporo kochanek, a slysze, ze i syn wstepuje w jego slady i juz wynalazl sobie jakas Angielke. Jezeli wiec slabosc do kobiet nie kompromituje Bonapartych, dlaczego mialaby uwlaczac Wokulskiemu?... I wlasnie kiedym tak rozmyslal, zaszedl drobny wypadek, ktory przypomnial mi dzieje pogrzebane od lat kilkunastu, a i samego Stacha przedstawil w innym swietle. Och, on nie jest politykiem; on jest czyms zupelnie innym, z czego sobie nie umiem nawet dobrze zdac sprawy. Czasem zdaje mi sie, ze jest to czlowiek skrzywdzony przez spoleczenstwo. Ale o tym cicho!... Spolecznosc nikogo nie krzywdzi... Gdyby raz przestano w to wierzyc, Bog wie, jakie okazalyby sie pretensje. Moze nawet nikt by juz nie zajmowal sie polityka, tylko myslalby o wyrownywaniu rachunkow ze swymi najblizszymi. Lepiej wiec nie zaczepiac tych kwestji. (Jak ja duzo gadam na starosc, a wszystko nie to, o czym chce powiedziec.) Jednego tedy wieczora pije u siebie herbate (Ir jest wciaz osowialy), az otwieraja sie drzwi i ktos wchodzi. Patrze, figura otyla, twarz nalana, nos czerwony, leb siwy. Wacham, czuc w pokoju jakby wino i stechlizne. "Ten szlachcic - mysle - jest albo nieboszczykiem, albo kiprem?...Bo zaden inny czlowiek nie bedzie pachnial stechlizna..." - Coz, u diabla!... - dziwi sie gosc: - Takes juz zhardzial, ze nie poznajesz ludzi?... Przetarlem oczy. Alez to zywy Machalski, kiper od Hopfera!... Bylismy razem na Wegrzech, pozniej tu, w Warszawie; ale od pietnastu lat nie widzielismy sie; gdyz on mieszka w Galicji i ciagle jest kiprem. Naturalnie, przywitalismy sie jak bliznieta, raz, drugi, i trzeci... - Kiedyzes przyjechal? - pytam. - Dzis rano - on mowi. - A gdziezes byl do tej pory? - Zajechalem na Dziekanke, ale bylo mi tak teskno, zem zaraz poszedl do Lesisza, do piwnicy... To, panie, piwnice!... zyc, nie umierac... - Cozes tam robil? - Troche pomagalem staremu, a zreszta siedzialem. Nieglupim chodzic po miescie, kiedy jest taka piwnica. Oto prawdziwy kiper dawnej daty!... Nie dzisiejszy elegant, co, bestia, woli isc na wieczor tancujacy anizeli siedziec w piwnicy. I nawet do piwnicy bierze lakierki... Ginie Polska przy takich podlych kupcach!... Gadu, gadu, przesiedzielismy do pierwszej w nocy. Machalski przenocowal u mnie, a o szostej rano znowu polecial do Lesisza: - Coz bedziesz robil po obiedzie? - pytam. - Po obiedzie wstapie do Fukiera, a na noc wroce do ciebie-odpowiedzial. Byl z tydzien w Warszawie. Nocowal u mnie, a dnie spedzal w piwnicach. - Powiesilbym sie - mowil - zeby mi przyszlo tydzien wloczyc sie po dworze. Scisk, upal, kurzawa!... swinie moga zyc tak jak wy, ale nie ludzie. Zdaje mi sie, ze przesadza. Bo choc i ja wole sklep anizeli Krakowskie Przedmiescie, jednakze co sklep, to nie piwnica. Zdziwaczal chlop na swoim kiprostwie. Naturalnie, o czymze mielismy rozmawiac z Machalskim, jezeli nie o dawnych czasach i o Stachu? I tym sposobem stanela mi przed oczyma historia jego mlodosci, jakbym ja widzial wczoraj. Pamietam (byl to rok 1857, moze 58 ), zaszedlem raz do Hopfera, u ktorego pracowal Machalski. - A gdzie pan Jan? - pytam chlopca. - W piwnicy. Zaszedlem do piwnicy. Patrze, moj pan Jan przy lojowce sciaga lewarem wino z beczki do butelek, a we framudze majacza jakies dwa cienie: siwy starzec w piaskowym surducie, z plika papierow na kolanach, i mlody chlopak z krotko ostrzyzonym lbem i mina zboja. To byl Stach Wokulski i jego ojciec. Siadlem cicho (bo Machalski nie lubil, azeby mu przeszkadzano przy sciaganiu wina), a siwy czlowiek w piaskowym surducie prawil jednostajnym glosem do owego mlodzika: - Co to wydawac pieniadze na ksiazki?... Mnie dawaj, bo jak bede musial przerwac proces, wszystko zmarnieje. Ksiazki nie wydobeda cie z upodlenia, w jakim teraz jestes, tylko proces. Kiedy go wygram i odzyskamy nasze dobra po dziadku, wtedy przypomna sobie, ze Wokulscy stara szlachta, i nawet znajdzie sie familia... W zeszlym miesiacu wydales dwadziescia zlotych na ksiazki, a mnie akurat tyle brakowalo na adwokata... Ksiazki!... zawsze ksiazki... Zebys byl madry jak Salomon, poki jestes w sklepie, beda toba pomiatali, chociazes szlachcic, a twoj dziadek z matki byl kasztelanem. Ale jak wygram proces, jak wyniesiemy sie na wies... - Chodzmy stad, ojcze - mruknal chlopak, spode lba patrzac na mnie. Stary, posluszny jak dziecko, zawinal swoje papiery w czerwona chustke i wyszedl z synem, ktory musial go podtrzymywac na schodach. - Coz to za odmiency? - pytam Machalskiego, ktory wlasnie skonczyl robote i usiadl na zydlu. - Ach!... - machnal reka. - Stary ma pomieszane klepki, ale chlopak zdatny. Nazywa sie Stanislaw Wokulski. Bystra bestia!... - Coz on zrobil? - pytam. Machalski objasnil palcami swiece i nalawszy mi kieliszek wina mowil: - On tu jest u nas ze cztery lata. Do sklepu albo do piwnicy nie bardzo... Ale mechanik!... Zbudowal taka maszyne, co pompuje wode z dolu do gory, a z gory wylewa ja na kolo, ktore wlasnie porusza pompe. Taka maszyna moze obracac sie i pompowac do konca swiata; ale cos sie w niej skrzywilo, wiec ruszala sie tylko kwadrans. Stala tam na gorze, w pokoju jadalnym, i Hopferowi zwabiala gosci; ale od pol roku cos w niej peklo. - Otoz jaki!... - mowie. - No, jeszcze nie taki bardzo - odparl Machalski. - Byl tu jeden profesor z gimnazjum realnego, obejrzal pompe i powiedzial, ze na nic sie nie zda, ale ze chlopak zdolny i powinien uczyc sie. Od tej pory mamy sadny dzien w sklepie. Wokulski zhardzial, gosciom odmrukuje, w dzien wyglada, jakby drzemal, a za to uczy sie po nocach i kupuje ksiazki. Jego znowu ojciec wolalby te pieniadze uzyc na proces o jakis tam majatek po dziadku... Slyszales przecie, co mowil. - Coz on mysli robic z ta nauka? - rzeklem. - Mowi, ze pojedzie do Kijowa, do uniwersytetu. Ha! niech jedzie - prawil Machalski - moze choc jeden subiekt wyjdzie na czlowieka. Ja mu tam nie przeszkadzam; kiedy jest w piwnicy, nie napedzamy go do roboty; niech sobie czyta. Ale na gorze dokuczaja mu subiekci i goscie. - A co na to Hopfer? - Nic - ciagnal Machalski zakladajac nowa lojowke w zelazny lichtarz z raczka. - Hopfer nie chce go odstreczac od siebie, bo Kasia Hopferowna durzy sie troche w Wokulskim, a moze chlopak odzyska majatek po dziadku?... - I on durzy sie w Kasi? - spytalem. - Ani na nia spojrzy, dzika bestia! - odparl Machalski. Zaraz wowczas pomyslalem, ze chlopak z tak otwarta glowa, ktory kupuje ksiazki i nie dba o dziewczeta, moglby byc dobrym politvkiem; wiec jeszcze tego dnia zapoznalem sie ze Stachem i od tej pory zyjemy ze soba nie najgorzej... Stach byl jeszcze ze trzy lata u Hopfera i przez ten czas porobil duzo znajomosci ze studentami, z mlodymi urzednikami rozmaitych biur, ktorzy na wyscigi dostarczali mu ksiazek, azeby mogl zdac egzamin do uniwersytetu. Sposrod tej mlodziezy wyroznial sie niejaki pan Leon, chlopak jeszcze mlody (nie mial nawet dwudziestu lat), piekny, a madry... a zapalczywy!... Ten jakby byl moim pomocnikiem w politycznej edukacji Wokulskiego: kiedy bowiem ja opowiadalem o Napoleonie i wielkim poslannictwie Bonapartych, pan Leon mowil o Mazzinim, Garibaldim i im podobnych znakomitosciach. A jak on umial podnosic ducha!... - Pracuj - mowil nieraz do Stacha - i wierz, bo silna wiara moze zatrzymac slonce w biegu, a nie dopiero polepszyc stosunki ludzkie. - A moze mnie wyslac do uniwersytetu? - zapytal Stach. - Jestem pewien - odparl Leon z zaiskrzonymi oczyma - ze gdybys choc przez chwile mial taka wiare jak pierwsi apostolowie, jeszcze dzis znalazlbys sie w uniwersytecie... - Albo u wariatow - mruknal Wokulski. Leon poczal biegac po pokoju i trzasc rekoma. - Co za lod w tych sercach!... co za chlod!... co za upodlenie!... wolal - jezeli nawet taki czlowiek jak ty jeszcze nie ufa. Wiec przypomnij sobie; cos juz zrobil w tak krotkim czasie: tyle umiesz, ze moglbys dzisiaj zdawac egzamin... - Co ja tam zrobie!... - westchnal Stach. - Ty jeden niewiele. Ale kilkudziesieciu, kilkuset takich jak ty i ja... Czy wiesz, co mozemy zrobic?... W tym miejscu zalamal mu sie glos: Leon dostal spazmow. Ledwiesmy go uspokoili. Innym razem pan Leon wyrzucal nam brak ducha poswiecenia. - A wieciez wy - mowil - ze Chrystus moca poswiecenia sam jeden zbawil ludzkosc?... O ilez wiec swiat by sie udoskonalil, gdyby na nim ciagle byly jednostki gotowe do ofiary z zycia!... - Czy mam oddawac zycie za tych gosci, ktorzy mi wymyslaja jak psu, czy za tych chlopcow i subiektow, ktorzy drwia ze mnie? - pytal Wokulski. - Nie wykrecaj sie! - zawolal pan Leon. - Chrystus zginal nawet za swoich katow... Ale miedzy wami nie ma ducha... Duch w was gnije... Posluchaj zas, co mowi Tyrteusz: "O Sparto, run! nim pomnik twej wielkosci, naddziadow grob, mesenski skruszy mlot i na zer psom rozrzuci swiete kosci, i przodkow cien odegna od twych wrot...Ty, ludu, nim wrog w petach cie powlecze, ojcow twych bron na progach domow zlam i w przepasc rzuc... Niech nie wie swiat, ze miecze byly wsrod was, lecz serca zbraklo wam!..." Serca!... - powtorzyl pan Leon. Juz to Stach w przyjmowaniu teorii pana Leona byl bardzo ostrozny; ale mlody chlopak umial wszystkich przekonywac jak Demostenes. Pamietam, ze pewnego wieczora na licznym zebraniu ludzi mlodszych i starszych splakalismy sie wszyscy, kiedy pan Leon opowiadal o tym doskonalszym swiecie, w ktorym zginie glupstwo, nedza i niesprawiedliwosc. - Od tej chwili - mowil z uniesieniem - nie bedzie juz roznic miedzy ludzmi. Szlachta i mieszczanie, chlopi i Zydzi, wszyscy beda bracmi... - A subiekci?... - odezwal sie z kata Wokulski. Lecz przerwa ta nie zmieszala pana Leona. Nagle zwrocil sie do Wokulskiego, wyliczyl wszystkie przykrosci, jakie Stachowi wyrzadzano w sklepie, przeszkody, jakie stawiano mu w pracy nad nauka, i zakonczyl w ten sposob: - Abys zas uwierzyl, ze jestes nam rownym i ze cie kochamy jak brata, abys mogl uspokoic twoje serce rozgniewane na nas, oto ja... klekam przed toba i w imieniu ludzkosci blagam cie o przebaczenie krzywd. Istotnie, uklakl przed Stachem i pocalowal go w reke. Zebrani rozczulili sie jeszcze bardziej, podniesli w gore Stacha i Leona i przysiegli, ze za takich ludzi, jak oni, kazdy oddalby zycie. Dzis, kiedy przypominam sobie owe dzieje, chwilami zdaje mi sie, ze to byl sen. Co prawda, nigdy przedtem ani pozniej nie spotkalem takiego entuzjasty jak pan Leon. W poczatkach roku 1861 Stach podziekowal Hopferowi za miejsce. Zamieszkal u mnie (w tym pokoiku z zakratowanym oknem i zielonymi firankami), rzucil handel, a natomiast poczal chodzic na akademickie wyklady jako wolny sluchacz. Dziwne bylo jego pozegnanie ze sklepem; pamietam to, bo sam po niego przyszedlem. Hopfera ucalowal, a nastepnie zeszedl do piwnicy usciskac Machalskiego, gdzie zatrzymal sie kilka minut. Siedzac na krzesle w jadalnym pokoju slyszalem jakis halas, smiechy chlopcow i gosci, alem nie podejrzywal figla. Naraz (otwor prowadzacy do lochu byl w tej samej izbie) widze, ze z piwnicy wydobywa sie para czerwonych rak. Rece te opieraja sie o podloge i tuz za nimi ukazuje sie glowa Stacha raz i drugi. Goscie i chlopcy w smiech. - Aha! - zawolal jeden stolownik - widzisz, jak trudno bez schodow wyjsc z piwnicy? A tobie zachciewa sie od razu skoczyc ze sklepu do uniwersytetu!... Wyjdzze, kiedys taki madry... Stach z glebi znowu wysunal rece, znowu chwycil sie za krawedz otworu i wydzwignal sie do polowy ciala. Myslalem, ze mu krew trysnie z policzkow. - Jak on sie wydobywa... Pysznie sie wydobywa!... - zawolal drugi stolownik. Stach zaczepil noga o podloge i po chwili byl juz w pokoju. Nie rozgniewal sie, ale tez nie podal reki zadnemu koledze, tylko zabral swoj tlomoczek i szedl ku drzwiom. - Coz to, nie zegnasz sie z goscmi, panie doktor!... - wolali zanim stolownicy Hopfera. Szlismy przez ulice nie mowiac do siebie. Stach przygryzal wargi, a mnie juz wowczas przyszlo na mysl, ze to wydobywanie sie z piwnicy jest symbolem jego zycia, ktore uplynelo na wydzieraniu sie ze sklepu Hopfera w szerszy swiat. Proroczy wypadek!... bo i do dzis dnia Stach ciagle tylko wydobywa sie na wierzch. I Bog wie, co by dla kraju mogl zrobic taki jak on czlowiek, gdyby na kazdym kroku nie usuwano mu schodow, a on nie musial tracic czasu i sil na samo wydzieranie sie do nowych stanowisk. Przenioslszy sie do mnie pracowal po calych dniach i nocach, az mnie nieraz zlosc brala. Wstawal przed szosta i czytal. Okolo dziesiatej biegl na kursa, potem znowu czytal. Po czwartej szedl na korepetycje do kilku domow (glownie zydowskich, gdzie mu Szuman wyrobil stosunki) i wrociwszy do domu znowu czytal i czytal, dopoki zmorzony snem nie polozyl sie juz dobrze po polnocy. Mialby z owych lekcji nie najgorsze dochody, gdyby od czasu do czasu nie odwiedzal go ojciec, ktory zmienil sie tylko o tyle, ze nosil tabaczkowy surdut zamiast piaskowego, a swoje papiery obwijal w chustke niebieska. Zreszta zostal taki sam jak wowczas, kiedy go poznalem. Siadal przy stoliku syna, kladl na kolanach papiery - i mowil glosem cichym i jednostajnym: - Ksiazki... zawsze ksiazki!... Tracisz pieniadze na nauke, a mnie brakuje na proces. Zebys skonczyl dwa uniwersytety, nie wyjdziesz z dzisiejszego upodlenia, dopoki nie odzyskamy naszych dobr po dziadku. Wtedy dopiero ludzie przyznaja, zes ty szlachcic, rowny innym...Wtedy znajdzie sie familia... Czas wolny od nauki poswiecal Stach na proby z balonami. Wzial duza butle i w niej za pomoca witriolu preparowal jakis gaz (juz nawet nie pamietam jaki) i napelnial nim balon nieduzy wprawdzie, ale przygotowany bardzo sztucznie. Byla pod nim maszynka z wiatraczkiem...No i latalo to pod sufitem, dopoki nie zepsulo sie przez uderzenie o sciane. W takim razie Stach znowu latal swoj balon, naprawial maszynke, napelnial butle rozmaitymi paskudztwami i znowu probowal, bez konca. Raz butla pekla, a witriol malo mu nie wypalil oka. Lecz co jego to obchodzilo, skoro bodaj za pomoca balonu chcial "wydobyc sie" ze swej marnej pozycji. Od czasu jak Wokulski osiedlil sie u mnie, przybyla naszemu sklepowi nowa kundmanka: Kasia Hopfer. Nie wiem, co tak podobalo sie jej u nas - moja broda czy tusza Jana Mincla? Bo dziewczyna miala ze dwadziescia norymberskich sklepow blizej domu, ale przychodzila do naszego po kilka razy na tydzien. "A to prosze wloczki, a to prosze jedwabiu, a to igiel za dziesiec groszy.." Po taki sprawunek biegla wiorste drogi w deszcz czy pogode, a kupujac za pare groszy szpilek przesiadywala w sklepie po pol godziny i rozmawiala ze mna. - Dlaczego to panowie nigdy nie przychodza do nas z... panem Stanislawem? - mowila rumieniac sie. - Ojciec tak panow kocha i... my wszyscy... Z poczatku dziwilem sie niespodzianej milosci starego Hopfera i dowodzilem pannie Kasi, ze zbyt malo znam jej ojca, azebym mial skladac mu wizyty. Ale ona wciaz swoje: - Pan Stanislaw musi gniewac sie na nas, nie wiem nawet za co, bo przynajmniej tatko i... my wszyscy jestesmy bardzo zyczliwi. Pan Stanislaw chyba nie moze sie skarzyc, azeby z naszej strony doznal najmniejszej przykrosci... Pan Stanislaw... I tak mowiac o panu Stanislawie kupowala jedwab zamiast wloczki albo igly zamiast nozyczek. Co zas najgorsze, ze z tygodnia na tydzien mizernialo biedactwo. Ile razy przyszla do nas po swoje drobne sprawunki, zdawalo mi sie, ze wyglada troche lepiej. Ale gdy zgasl na jej twarzy rumieniec chwilowego wzruszenia, przekonywalem sie, ze jest coraz bledsza, a jej oczy staja sie coraz smutniejsze i glebsze. A jak ona wypytywala sie: "Czy pan Stanislaw nigdy nie zachodzi tu do sklepu?..." Jak patrzyla na drzwi prowadzace do sieni i do mego mieszkania, gdzie o kilka krokow od niej zmarszczony Wokulski nie domyslajac sie, ze tu tesknia za nim, siedzial nad ksiazkami. Zal mi sie zrobilo biedaczki, wiec raz, kiedysmy z Wokulskim pili wieczorem herbate, odezwalem sie: - Nie badzze ty glupi i zajdz kiedy do Hopfera. Stary ma duze pieniadze. - A po coz ja mam do niego chodzic... - odparl. - Bylem juz chyba dosyc... Przy tych wyrazach wstrzasnal sie. - Po to masz chodzic, ze Kasia jest w tobie zakochana - rzeklem. - Dajze mi pokoj z Kasia!... - przerwal. - Dziewczyna dobra z kosciami, nieraz ukradkiem przyszywala mi oberwany guzik do paltota albo podrzucala mi kwiatek na okno, ale ona nie dla mnie, ja nie dla niej. - Golabek, nie dziecko!... - wtracilem. - W tym cale nieszczescie, bo ja nie jestem golabek. Mnie przywiazac moglaby taka tylko kobieta jak ja sam. A takiej jeszczem nie spotkal. (Spotkal taka w szesnascie lat pozniej i dalibog, ze nie ma sie czym cieszyc!...) Powoli Kasia przestala bywac w sklepie, a natomiast stary Hopfer zlozyl wizyte obojgu panstwu Janom Minclom. Musial im cos mowic o Stachu, gdyz na drugi dzien zbiegla na dol pani Malgorzata Minclowa i dalejze do mnie z pretensjami: - Coz to za lokatora ma pan Ignacy, za ktorym panny szaleja?... Coz to za jakis Wokulski?... Jasiu - zwrocila sie do meza - dlaczego ten pan u nas nie byl?... My go musimy wyswatac, Jasiu... Niech on zaraz przyjdzie na gore... - A niech sobie idzie na gore - odparl Jan Mincel - ale juz co swatac, to nie bede. Jestem uczciwy kupiec i nie mysle zajmowac sie streczycielstwem. Pani Malgorzata ucalowala go w spocona twarz, jakby to byl jeszcze miodowy miesiac, a on lagodnie odsunal ja i obtarl sie fularem. - Heca z tymi babami! - mowil. - Koniecznie chca ludzi wciagac w nieszczescie. Swataj sobie, swataj, nawet Hopfera, nie tylko Wokulskiego; ale pamietaj, ze ja za to placic nie bede. Od tej pory, ile razy Jas Mincel poszedl na piwo albo do resursy, pani Malgorzata zapraszala do siebie na wieczor mnie i Wokulskiego. Stach zwykle szybko wypijal herbate, nawet nie patrzac na pania Janowe; potem wsadziwszy rece w kieszenie myslal zapewne o swoich balonach i milczal jak drewno, a nasza gospodyni nawracala go do milosci. - Czy podobna, panie Wokulski, azeby pan nigdy nie kochal sie? -mowila. - Ma pan, o ile wiem, ze dwadziescia osiem lat, prawie tyle co ja... I kiedy ja juz od dawna uwazam sie za stara babe, pan wciaz jest niewiniatkiem... Wokulski przekladal noge na noge, ale wciaz milczal. - O! panna Katarzyna smaczny to kasek - mowila gospodyni. -Oko ladne... (choc zdaje mi sie, ze ma skaze na lewym czy prawym?) figurka niczego, chociaz musi miec jedna lopatke wyzsza (ale to dodaje wdzieku). Nosek wprawdzie nie w moim guscie, a usta troche za duze, ale coz to za dobra dziewczyna!... Gdyby tak troche wiecej rozumu...No, ale rozum, panie Wokulski, przychodzi kobietom dopiero okolo trzydziestego roku... Ja sama, kiedy bylam w wieku Kasi, bylam glupiutka jak kanarek... . Kochalam sie w moim dzisiejszym mezu!... Juz za trzecia wizyta pani Malgorzata przyjela nas w szlafroczku (byl to bardzo ladny szlafroczek, obszyty koronkami), a na czwarta ja wcale nie zostalem zaproszony, tylko Stach. Nie wiem, dalibog, o czym gadali. To przecie jest pewne, ze Stach wracal do domu coraz wiecej znudzony, narzekajac, ze mu baba czas zabiera, a znowu pani Malgorzata tlomaczyla mezowi, ze ten Wokulski jest bardzo glupi i ze niemalo jeszcze musi napracowac sie, nim go wyswata. - Pracuj, kochanie, pracuj nad nim - zachecal ja maz - bo szkoda dziewczyny, no i Wokulskiego. Strach pomyslec, ze taki porzadny chlopak, ktory tyle lat byl subiektem, ktory moze odziedziczyc sklep po Hopferze, chce zmarnowac sie w uniwersytecie. Tfy!... Utwierdzona w dobrych postanowieniach, pani Jasiowa juz nie tylko w wieczor zapraszala Wokulskiego na herbate, na ktora on po najwiekszej czesci nie chodzil, ale jeszcze sama nieraz zbiegala do mego pokoju, troskliwie wypytujac Stacha, czy nie jest chory, i dziwiac sie, ze sie jeszcze nie kochal, on, prawie starszy od niej (mysle, ze ona byla troche starsza od niego). Jednoczesnie zaczela kobieta dostawac jakichs placzow i smiechow, wymyslac mezowi, ktory na cale dnie uciekal z domu, i wystepowac z pretensjami do mnie, ze jestem niedolega, ze nie rozumiem zycia, ze przyjmuje na lokatorow ludzi podejrzanych... Slowem wywiazaly sie takie awantury w domu, ze Jas Mincel schudl, pomimo ze coraz wiecej pil piwa, a ja myslalem: jedno z dwojga... Albo podziekuje Minclowi za obowiazek, albo wypowiem lokal Stachowi. Skad, u licha, dowiedziala sie o moich troskach pani Malgorzata? nie mam swiadomosci. Dosc, ze wpadla raz wieczorem do mego pokoju, powiedziala mi, ze jestem jej wrogiem i ze musze byc bardzo podly, skoro wymawiam mieszkanie tak dzielnemu czlowiekowi, jak Wokulski... Potem dodala, ze jej maz jest podly, ze Wokulski jest podly, ze wszyscy mezczyzni sa podli, i nareszcie na mojej wlasnej kanapie dostala spazmow. Sceny takie powtarzaly sie przez kilka dni z rzedu i nie wiem, do czego by doszly, gdyby nie polozyl im kresu jeden najdziwaczniejszych wypadkow, jakie widzialem. Pewnego razu zaprosil Machalski mnie i Wokulskiego do siebie na wieczor. Poszlismy tam dobrze po dziewiatej i gdziez by, jezeli nie do jego ulubionej piwnicy, w ktorej przy migotaniu trzech lojowych swieczek zobaczylem kilkanascie osob, a miedzy nimi pana Leona. Nigdy chyba nie zapomne gromady tych, po najwiekszej czesci mlodych twarzy, ktore ukazywaly sie na tle czarnych scian piwnicy, wygladaly spoza okutych beczek albo rozplywaly sie w ciemnosci. Poniewaz goscinny Machalski juz na schodach przyjal nas ogromnymi kielichami wina (i to wcale dobrego), a mnie wzial w szczegolna opieke, musze wiec przyznac, ze od razu zaszumialo mi w glowie, a w kilka minut pozniej bylem kompletnie zapity. Usiadlem wiec z dala od uczty, w glebokiej framudze, i odurzony, w polsnie, poljawie, wspolbiesiadnikom. Co sie tam dzialo, dobrze nie wiem, bo najdziksze fantazje przebiegaly mi po glowie. Marzylo mi sie, ze pan Leon mowi, jak zwykle, o potedze wiary, o upadku duchow i o potrzebie poswiecenia, czemu glosno wtorowali obecni. Zgodny chor jednakze oslabnal, gdy pan Leon zaczal tlomaczyc, ze nalezaloby nareszcie wyprobowac owej gotowosci do czynu. Musialem byc bardzo nietrzezwy, skoro przywidzialo mi sie, ze pan Leon proponuje, azeby kto z obecnych skoczyl z Nowego Zjazdu na bruk idacej pod nim ulicy, i ze na to wszyscy umilkli jak jeden maz, a wielu pochowalo sie za beczki. - Wiec nikt nie zdecyduje sie na probe?!... - krzyknal pan Leon zalamujac rece. Milczenie. W piwnicy zrobilo sie pusto. - Wiec nikt?... nikt?... - Ja - odpowiedzial jakis prawie obcy mi glos. Spojrzalem. Przy dogorywajacej swieczce stal Wokulski. Wino Machalskiego bylo tak mocne, ze w tej chwili stracilem przytomnosc. Po uczcie w piwnicy Stach przez kilka dni nie pokazal sie w mieszkaniu. Nareszcie przyszedl - w cudzej odziezy, zmizerowany, ale z zadarta glowa. Wtedy pierwszy raz uslyszalem w jego glosie jakis twardy ton, ktory do dzis dnia robi mi przykre wrazenie. Od tej pory zupelnie zmienil tryb zycia. Swoj balon z wiatrakiem rzucil w kat, gdzie go niebawem zasnula pajeczyna; butle do robienia gazow oddal strozowi na wode, do ksiazek nawet nie zagladal. I tak lezaly skarbnice ludzkiej madrosci, jedne na polce, inne na stole, jedne zamkniete, inne otwarte, a on tymczasem... Niekiedy po pare dni nie bywal w domu, nawet na nocleg; to znowu wpadal z wieczora i w odzieniu rzucal sie na nie poslane lozko. Czasami zamiast niego przychodzilo kilku nie znanych mi panow, ktorzy nocowali na kanapce, na lozku Stacha, nawet na moim wlasnym, nie tylko nie dziekujac mi, ale nawet nie mowiac: jak sie nazywaja i w jakiej branzy pracuja. A znowu kiedy indziej zjawial sie sam Stach i siedzial w pokoju pare dni bez zajecia, rozdrazniony, ciagle nadsluchujacy, jak kochanek, ktory przyszedl na schadzke z mezatka, lecz zamiast niej spodziewa sie zobaczyc meza. Nie posadzam, azeby Malgosia Minclowa miala byc ta mezatka, gdyz i ona wygladala, jakby ja giez ukasil. Z rana oblatywala kobieta ze trzy koscioly, widocznie pragnac niepokoic z kilku stron milosiernego Boga. Zaraz po obiedzie zbierala sie u niej jakas sesja dam, ktore w oczekiwaniu donioslych wypadkow opuszczaly mezow i dzieci, azeby zajmowac sie plotkami. Nad wieczorem zas schodzili sie do niej panowie; ale ci, nawet nie gadajac z pania Malgorzata, odsylali ja do kuchni. Nic dziwnego, ze przy takim chaosie w domu i mnie w koncu zaczely sie mieszac klepki. Zdawalo mi sie, ze w Warszawie jest ciasniej i ze wszyscy sa odurzeni. Co godzine oczekiwalem jakiejs nieokreslonej niespodzianki, lecz mimo to wszyscy mielismy doskonaly humor i glowy pelne projektow. Tymczasem Jas Mincel, dreczony w domu przez zone, od samego rana szedl na piwo i wracal az wieczorem. Wynalazl nawet przyslowie: "Co tam!... Raz kozie smierc...", ktore powtarzal do konca zycia. Nareszcie pewnego dnia Stach Wokulski calkiem zniknal mi z oczu. Dopiero we dwa lata napisal do mnie list z Irkucka proszac, abym mu przyslal jego ksiazki. W jesieni, w roku 1870 (wlasnie wrocilem od Jasia Mincla, ktory juz lezal w lozku), siedze sobie w moim pokoju po wieczornej herbacie, nagle ktos puka do drzwi. - Herein! - mowie. Drzwi skrzyp... Patrze, stoi na progu jakas brodata bestia, w paltocie z foczej skory, odwroconej wlosem na wierzch. - No - mowie - niech mnie diabli wezma, jezelis ty nie Wokulski. - On sam - odpowiada jegomosc w foczej skorze. - W imie Ojca i Syna!... - mowie. - Kpisz - mowie - czy droge pytasz?... skades sie tu wzial? Chyba ze jestes dusza zmarla... - Jestem zywy - on mowi - nawet jesc mi sie chce. Zdjal czapke, zdjal futro, usiadl przy swiecy. Juzci Wokulski. Broda jak u zboja, pysk jak u Longina, co to Chrystusowi Panu bok przebil, ale - oczywisty Wokulski... - Wrociles - mowie - czys tylko przyjechal? - Wrocilem. - Coz kraj tamtejszy? - Niczego. - Phi!... A ludzie? - pytam. - Niezgorsi. - Fiu!... A z czego zyles? - Z lekcji - mowi - jeszcze przywiozlem ze szescset rubli. - Fiu!... fiu!... A co myslisz robic? - No, juzci do Hopfera nie wroce - odparl uderzajac piescia w stol. - Chyba nie wiesz - dodal - ze jestem uczonym; mam nawet rozmaite podziekowania od petersburskich naukowych towarzystw... "Subiekt od Hopfera - zostal uczonym!... Stach Wokulski ma podziekowania od petersburskich towarzystw naukowych!... Istna heca..." - pomyslalem. Co tu duzo gadac. Uplacowal sie chlopak gdzies na Starym Miescie i przez pol roku zyl ze swej gotowki kupujac za nia duzo ksiazek, ale malo jedzenia. Wydawszy pieniadze poczal szukac roboty, i wtedy-trafila sie rzecz dziwna. Kupcy nie dali mu roboty, gdyz byl uczonym, a uczeni nie dali mu takze, poniewaz byl eks-subiektem. Zostal tedy, jak Twardowski, uczepiony miedzy niebem a ziemia. Moze rozbilby sobie leb gdzie pod Nowym Zjazdem, gdybym od czasu do czasu nie przyszedl mu z pomoca. Strach, jak ciezkim bylo jego zycie. Zmizernial, sposepnial, zdziczal...Ale nie narzekal. Raz tylko, kiedy mu powiedziano, ze dla takich jak on nie ma tu miejsca, szepnal: - Oszukano mnie... W tym czasie umarl Jas Mincel. Wdowa pogrzebala go po chrzescijansku, przez tydzien nie wychodzila ze swych pokojow, a po tygodniu zawolala mnie na konferencje. Myslalem, ze bedziemy mowili z nia o interesach sklepowych, tym bardziej ze spostrzeglem butelke dobrego wegrzyna na stole. Ale pani Malgorzata ani zapytala o losy sklepu. Zaplakala na moj widok, jakbym jej przypomnial tydzien temu pochowanego nieboszczyka, i nalawszy mi wina spory kieliszek rzekla jekliwym glosem: - Kiedy zgasl moj aniol, myslalam, ze tylko ja jestem nieszczesliwa... - Co za aniol? - spytalem nagle. - Moze Jas Mincel?... Pozwoli pani, ze choc bylem szczerym przyjacielem nieboszczyka, nie mysle jednak nazywac aniolem osoby, ktora nawet po smierci wazyla ze dwiescie funtow... - Za zycia wazyl ze trzysta... slyszales pan? - wtracila niepocieszona wdowa. Wtem znowu zaslonila twarz chustka i rzekla szlochajac: - O pan nigdy nie bedziesz mial taktu, panie Rzecki... O! co za cios!... Prawda, ze nieboszczyk, dokladnie mowiac, nigdy nie byl aniolem, osobliwie w ostatnich czasach, ale zawsze straszne spotkalo mnie nieszczescie... Nieoplakane, niepowetowane!... - No, przez ostatnie pol roku... - Co pan mowisz - pol roku?... - zawolala. - Nieszczesliwy moj Jas byl ze trzy lata chory, a z osiem... Ach, panie Rzecki! Iluz nieszczesc w malzenstwie jest zrodlem to okropne piwo... Przez osiem lat, panie, jakbym nie miala meza... Ale co to byl za czlowiek, panie Rzecki!...Dzis dopiero czuje caly ogrom mego nieszczescia... - Bywaja wieksze - odwazylem sie wtracic. - O tak! - jeknela biedna wdowa. - Ma pan zupelna racje, bywaja wieksze nieszczescia. Ten na przyklad Wokulski, ktory podobno juz wrocil... Czy prawda, ze dotychczas nie znalazl zadnego zajecia? - Najmniejszego. - Gdziez jada? gdzie mieszka?... - Gdzie jada?... Nie wiem nawet, czy w ogole jada. A gdzie mieszka?... Nigdzie. - Okropnosc! - zaplakala pani Malgorzata. - Zdaje mi sie-dodala po chwili - ze spelnie ostatnia wole mego kochanego nieboszczyka, jezeli poprosze pana, azebys... - Slucham pania. - Azebys dal mu mieszkanie u siebie, a ja bede wam przysylac na dol po dwa obiady, dwa sniadania... - Wokulski tego nie przyjmie - odezwalem sie. Na to pani Malgorzata znowu w placz. Z rozpaczy po smierci meza wpadla nawet w taki gniew zapalczywy, ze nazwala mnie ze trzy razy niedolega, czlowiekiem nie znajacym zycia, potworem... Nareszcie powiedziala mi, zebym poszedl precz, gdyz ona sama da sobie rade ze sklepem. Potem przeprosila mnie i zaklela na wszystkie sakramenta, abym nie obrazal sie za slowa, ktore jej zal dyktuje. Od tego dnia bardzo rzadko widywalem sie z nasza pryncypalowa. W pol roku zas pozniej Stach powiedzial mi, ze... zeni sie z pania Malgorzata Mincel. Popatrzylem na niego... Machnal reka. - Wiem - powiedzial - ze jestem swinia. Ale... jeszcze najmniejsza z tych, jakie tu u was ciesza sie publicznym szacunkiem. Po hucznym weselu, na ktorym (nie wiem nawet skad) znalazlo sie mnostwo przyjaciol Wokulskiego (a jedli, bestie!... a pili zdrowie panstwa mlodych - garncami!...), Stach sprowadzil sie na gore, do swojej zony. O ile pamietam, za cala garderobe mial cztery paki ksiazek i naukowych instrumentow, a z mebli - chyba tylko cybuch i pudlo na kapelusz. Subiekci smieli sie (naturalnie po katach) z nowego pryncypala; mnie zas bylo przykro, ze Stach tak od reki zerwal ze swoja bohaterska przeszloscia i niedostatkiem. Dziwna bowiem jest natura ludzka: im mniej sami mamy sklonnosci do meczenstwa, tym natarczywiej zadamy go od bliznich. - Sprzedal sie starej babie - mowili znajomi - ten niby to Brutus... Uczyl sie, awanturowal sie i... klap!... W liczbie zas najsurowszych sedziow znajdowali sie dwaj odpaleni konkurenci pani Malgorzaty. Stach jednakze bardzo predko zamknal ludziom usta, poniewaz od razu wzial sie do roboty. Moze w tydzien po slubie przyszedl o osmej rano do sklepu, zajal przy biurku miejsce nieboszczyka Mincla i obslugiwal gosci, rachowal, wydawal reszte, jak gdyby byl tylko platnym subiektem. Zrobil nawet wiecej, bo juz w drugim roku wszedl w stosunki z moskiewskimi kupcami, co bardzo korzystnie oddzialalo na interesa. Moge powiedziec, ze za jego rzadow potroily sie nasze obroty. Odetchnalem widzac, ze Wokulski nie mysli darmo jesc chleba; a i subiekci przestali sie usmiechac przekonawszy sie, ze Stach w sklepie wiecej pracuje niz oni, i w dodatku - ma jeszcze niemale obowiazki na gorze. My odpoczywalismy przynajmniej w swieta; podczas gdy on, nieborak, wlasnie w swieto od rana musial brac zone pod pache i maszerowac - przed poludniem do kosciola, po poludniu - z wizytami, wieczorem do teatru. Przy mlodym mezu w pania Malgorzate jakby nowy duch wstapil. Kupila sobie fortepian i zaczela uczyc sie muzyki od jakiegos starego profesora, azeby - jak mowila - "nie budzil w Stasieczku zazdrosci". Godziny zas wolne od fortepianu przepedzala na konferencjach z siewcami, modystkami, fryzjerami i dentystami robiac sie przy ich pomocy co dzien piekniejsza. A jaka ona byla tkliwa dla meza!... Nieraz przesiadywala po kilka godzin w sklepie, tylko wpatrujac sie w Stasiulka. Dostrzeglszy zas, ze miedzy kundmankami trafiaja sie przystojne, cofnela Stacha z sali frontowej za szafy i jeszcze kazala mu zrobic tam budke, w ktorej, siedzac jak dzikie zwierze, prowadzil ksiegi sklepowe. Pewnego dnia slysze w owej budce straszny loskot... Wpadam ja, wpadaja subiekci... Co za widok!... Pani Malgorzata lezy na podlodze przywalona biurkiem i oblana atramentem, krzeselko zlamane, Stach zly i zmieszany... Podnieslismy placzaca z bolu jejmosc i z rozmaitych jej polslowek domyslilismy sie, ze to ona sama narobila tego rwetesu usiadlszy niespodzianie na kolanach mezowi. Kruche krzeslo zlamalo sie pod dubeltowym ciezarem, a jejmosc chcac ratowac sie od upadku chwycila za biurko i z calym kramem obalila je na siebie. Stach z wielkim spokojem przyjmowal halasliwe dowody malzenskiej czulosci, na pocieche topiac sie w rachunkach i korespondencjach kupieckich. Jejmosc zas, zamiast ochlonac, goraczkowala sie coraz bardziej; a gdy jej malzonek, znudzony siedzeniem czy tez dla zalatwienia jakiego interesu, wyszedl kiedy na miasto, biegla za nim... podpatrywac, czy nie idzie na schadzke!... Niekiedy, osobliwie podczas zimy, Stach wymykal sie na tydzien z domu do znajomego lesnika, polowal tam cale dnie i wloczyl sie po lasach. Wowczas pani juz trzeciego dnia jechala w pogon za swym kochanym zbiegiem, chodzila za nim po gaszczu i w rezultacie - przywozila chlopa do Warszawy. Przez dwa pierwsze lata tego rygoru Wokulski milczal. W trzecim roku poczal co wieczor zachodzic do mego pokoju na gawedke o polityce. Czasami, gdysmy sie rozgadali o dawnych czasach, on obejrzawszy sie po pokoju nagle urywal poprzednia rozmowe i zaczynal jakas nowa: - Sluchaj mnie, Ignacy... Wtedy jednakze, jakby na komende, wpadala z gory sluzaca wolajac: - Pani prosi!... pani chora!... A on, biedak, machal reka i szedl do jejmosci nie zaczawszy nawet tego, co chcial mi powiedziec. Po uplywie trzech lat takiego zycia, ktoremu zreszta nie mozna Bylo nic zarzucic, poznalem, ze stalowy ten czlowiek zaczyna sie giac w aksamitnych objeciach jejmosci. Pobladl, pochylil sie, zarzucil swoje uczone ksiazki, a wzial sie do czytania gazet i kazda chwile wolna przepedzal ze mna na rozmowie o polityce. Czasami opuszczal sklep przed osma i zabrawszy jejmosc szedl z nia do teatru albo z wizyta, a nareszcie - zaprowadzil u siebie przyjecia wieczorne, na ktorych zbieraly sie damy, stare jak grzech smiertelny, i panowie, juz pobierajacy emeryture i grajacy w wista. Stach jeszcze z nimi nie gral; chodzil dopiero okolo stolikow i przypatrywal sie. - Stachu - mowilem nieraz - strzez sie!... Masz czterdziesci trzy lat... W tym wieku Bismarck dopiero zaczynal kariere... Takie albo tym podobne wyrazy budzily go na chwile. Rzucal sie wtedy na fotel i oparlszy glowe na reku myslal. Wnet jednak biegla do niego pani Malgorzata wolajac: - Stasiulku! znowu sie zamyslasz, to bardzo zle... A tam panowie nie maja wina... Stach podnosil sie, wydostawal nowa butelke z kredensu, nalewal wino w osiem kieliszkow i obchodzil stoly, przypatrujac sie, jak panowie graja w wista. W ten sposob powoli i stopniowo lew przerabial sie na wolu. Kiedym go widzial w tureckim szlafroku, w haftowanych paciorkami pantoflach i w czapeczce z jedwabnym kutasem, nie moglem wyobrazic sobie, ze jest to ten sam Wokulski, ktory przed czternastoma laty w piwnicy Machalskiego zawolal: - Ja... Kiedy Kochanowski pisal: "Na lwa srogiego bez obrazy siedziesz i na ogromnym smoku jezdzic bedziesz" - z pewnoscia mial na mysli kobiete... To sa ujezdzacze i pogromcy meskiego rodu! Tymczasem w piatym roku pozycia pani Malgorzata nagle poczela sie malowac... Zrazu nieznacznie, potem coraz energiczniej i coraz nowymi srodkami... Uslyszawszy zas o jakims likworze, ktory damom w wieku mial przywracac swiezosc i wdziek mlodosci, wytarla sie nim pewnego wieczora tak starannie od stop do glow, ze tej samej nocy wezwani na pomoc lekarze juz nie mogli jej odratowac. I zmarlo biedactwo niespelna we dwie doby na zakazenie krwi, tyle tylko majac przytomnosci, aby wezwac rejenta i caly majatek przekazac swemu Stasiulkowi. Stach i po tym nieszczesciu milczal, ale osowial jeszcze bardziej. Majac kilka tysiecy rubli dochodu przestal zajmowac sie handlem, zerwal ze znajomymi i zagrzebal sie w naukowych ksiazkach. Nieraz mowilem mu: wejdz miedzy ludzi, zabaw sie, jestes przecie mlody i mozesz drugi raz ozenic sie... Na nic wszystko... Pewnego dnia (w pol roku po smierci pani Malgorzaty) widzac, ze mi chlopak w oczach dziadzieje, podsunalem mu projekt: - Idz, Stachu, do teatru... Graja dzis Violette; przeciez byliscie na niej z nieboszczka ostatni raz.... Zerwal sie z kanapy, na ktorej czytal ksiazke, i rzekl: - Wiesz... masz racje... Zobacze, jak to dzis wyglada... Poszedl do teatru i... na drugi dzien nie moglem go poznac: w starcu ocknal sie moj Stach Wokulski: Wyprostowal sie, oko nabralo blasku, glos sily... Od tej pory chodzil na wszelkie przedstawienia, koncerty i odczyty. Wkrotce pojechal do Bulgarii, gdzie zdobyl swoj olbrzymi majatek, a w pare miesiecy po jego powrocie jedna stara plotkarka (pani Meliton) powiedziala mi, ze Stach jest zakochany... Rozesmialem sie z tej gawedy, bo przeciez kto sie kocha, nie wyjezdza na wojne. Dopiero teraz, niestety! Zaczynam przypuszczac, ze baba miala racje... Chociaz z tym odrodzonym Stachem Wokulskim czlowiek nie jest pewny. A nuz?... O, to smialbym sie z doktora Szumana, ktory tak zartuje z polityki!... Sytuacja polityczna jest tak niepewna, ze wcale by mnie nie zdziwilo, gdyby okolo grudnia wybuchla wojna. Ludziom ciagle sie zdaje, ze wojna moze byc tylko na wiosne; widac zapomnieli, ze wojny: pruska i francuska, rozpoczynaly sie w lecie. Nie rozumiem zas, skad wyrosl przesad przeciw kampaniom zimowym?... W zimie stodoly sa pelne, a droga jak mur; tymczasem na wiosne u chlopa jest przednowek, a drogi jak ciasto; przejedzie bateria i mozesz sie w tym miejscu kapac. Lecz z drugiej strony - zimowe noce, ktore ciagna sie po kilkanascie godzin, potrzeba cieplej odziezy i mieszkan dla wojska, tyfus... Doprawdy, nieraz dziekuje Bogu, ze mnie nie stworzyl Moltkem; on musi krecic glowa, nieborak!... Austriacy, a raczej Wegrzy juz na dobre wlezli do Bosni i Hercegowiny, gdzie ich bardzo niegoscinnie przyjmuja. Znalazl sie nawet jakis Hadzi Loja, podobno znakomity partyzant, ktory im napedza duzo zgryzot. Szkoda mi wegierskiej piechoty, ale tez i dzisiejsi Wegrzy diabla warci. Kiedy ich w roku dusil szwarcgelber, krzyczeli: kazdy narod ma prawo bronic swojej wolnosci!... A dzis co?... Sami pchaja sie do Bosni, gdzie ich nie wolano, a broniacych sie Bosniakow nazywaja zlodziejami i rozbojnikami. Dalibog, coraz mniej rozumiem polityke! I kto wie, czy Stach Wokulski nie ma racji, ze przestal sie nia zajmowac (jezeli przestal?...). Ale co ja rozprawiam o polityce, skoro w moim wlasnym zyciu zaszla ogromna zmiana. Kto by uwierzyl, ze juz od tygodnia nie zajmuje sie sklepem; tymczasowo, rozumie sie, bo inaczej chyba oszalalbym nudow. Rzecz jest taka. Pisze do mnie Stach z Paryza (prosil mnie o to samo przed wyjazdem), azebym sie zaopiekowal kamienica, ktora kupil od Leckich. "Nie miala baba klopotu!...", mysle, ale coz robic?... Zdalem sklep Lisieckiemu i Szlangbaumowi, a sam - jazda w Aleje Jerozolimskie na zwiady. Przed wyjsciem pytam Klejna, ktory mieszka w Stachowej kamienicy, aby mi powiedzial, jak tam idzie. Zamiast odpowiedziec, wzial sie za glowe. - Jest tam jaki rzadca? - Jest - mowi Klejn krzywiac sie. - Mieszka na trzecim pietrze od frontu. - Dosyc!... - mowie - dosyc, panie Klejn!... - (Nie lubie bowiem sluchac cudzych opinii pierwej, nim zobacze na wlasne oczy. Zreszta Klejn, chlopak mlody, latwo moglby wpasc w zarozumialosc pomiarkowawszy, ze starsi zapytuja go o informacje.) Ha! trudno... Posylam tedy do odprasowania moj kapelusz, place dwa zlote, na wszelki wypadek biore do kieszeni krocice i maszeruje gdzies az za kosciol Aleksandra. Patrze: dom zolty o trzech pietrach, numer ten sam, bal... nawet juz na tabliczce znajduje nazwisko Stanislawa Wokulskiego... (Widocznie kazal ja przybic stary Szlangbaum.) Wchodze na podworko... oj! niedobrze... Pachnie bestia jak apteka. Smietnik naladowany do wysokosci pierwszego pietra, wszystkimi zas rynsztokami plyna mydliny. Dopiero teraz spostrzeglem, ze na parterze w dziedzincu znajduje sie "Pralnia paryska", z dziewuchami jak dwugarbne wielblady. To dodalo mi otuchy. Wolam tedy: "Stroz!..."" Przez chwile nie widac nikogo, nareszcie pokazuje sie baba tlusta i tak zasmolona, ze nie moge pojac, jakim sposobem podobna ilosc brudu miesci sie w sasiedztwie pralni, i do tego paryskiej. - Gdzie stroz? - pytam dotykajac reka kapelusza. - A czego to?... - odwarknela baba. - Przychodze w imieniu wlasciciela domu. - Stroz siedzi w kozie - mowi baba. - Za coz to? - O ... ciekawy pan!... - wrzasnela. - Za to, ze mu gospodarz pensji nie placi. Ladnych rzeczy dowiaduje sie na wstepie! Naturalnie poszedlem od stroza do rzadcy, na trzecie pietro. Juz na drugim pietrze slysze krzyk dzieci, jakies trzaskanie i glos kobiety wolajacej: - A galgany!... a nicponie!... a masz!... a masz!... Drzwi otwarte, we drzwiach jakas jejmosc w nieco bialym kaftaniku wali troje dzieci rzemieniem, az swiszcze. - Przepraszam - mowie - czy nie przeszkadzam?... Na moj widok dzieci rozpierzchly sie w glab mieszkania, a jejmosc w kaftaniku chowajac za siebie rzemien zapytala zmieszana: - Czy nie pan gospodarz?... - Nie gospodarz, ale... przychodze w jego imieniu do szanownego malzonka pani... Jestem Rzecki... Jejmosc chwile przypatrywala mi sie z niedowierzaniem, nareszcie rzekla: - Wicek, biegnij do skladu po ojca... A pan moze pozwoli do saloniku... Miedzy mna i drzwiami wyrwal sie obdarty chlopak i dopadlszy schodow poczal zjezdzac na poreczy na dol. Ja zas, zazenowany, wszedlem do saloniku, ktorego glowna ozdobe stanowila kanapa z wylazacym na srodku wlosieniem. - Oto los rzadcy - odezwala sie pani wskazujac mi nie mniej obdarte krzeslo. - Moj maz sluzy niby to bogatym panom, a gdyby nie chodzil do skladu wegli i nie przepisywal u adwokatow, nie mielibysmy co wlozyc w usta. Oto nasze mieszkanie, niech pan spojrzy - mowila - za trzy ciupy doplacamy sto osiemdziesiat rubli rocznie... Nagle od strony kuchni dolecialo nas niepokojace syczenie. Jejmosc w kaftaniku wybiegla szepczac po drodze: - Kaziu! idz do sali i uwazaj na tego pana... Istotnie, weszla do pokoju dziewczynka bardzo mizerna, w brazowej sukience i brudnych ponczoszkach. Usiadla na krzesle przy drzwiach i wpatrywala sie we mnie wzrokiem o tyle podejrzliwym, o ile smutnym. Nigdy bym doprawdy nie sadzil, ze na stare lata wezma mnie za zlodzieja... Siedzielismy tak z piec minut milczac i obserwujac sie wzajemnie, gdy nagle rozlegl sie krzyk i loskot na schodach i, w tej chwili wbiegl z sieni ow obdarty chlopak, zwany Wickiem, za ktorym ktos gniewnie wolal: - A szelmo!... dam ja ci... Odgadlem, ze Wicek musi miec zywy temperament i ze ten, kto mu wymysla, jest jego ojcem. Jakoz istotnie ukazal sie sam pan rzadca w poplamionym surducie i w spodniach u dolu oberwanych. Mial przy tym gesty, szpakowaty zarost i czerwone oczy. Wszedl, grzecznie uklonil mi sie i zapytal: - Wszak mam honor z panem Wokulskim? - Nie, panie, jestem tylko przyjacielem i dysponentem pana Wokulskicgo... - A tak!... - przerwal mi wyciagajac do uscisku reke. - Mialem przyjemnosc zauwazyc pana w sklepie... Piekny sklep! - westchnal. - Z takich sklepow rodza sie kamienice, a... a z majatkow ziemskich - takie oto mieszkania... - Pan dobrodziej mial majatek? - spytalem. - Ba!... Ale co tam... Zapewne chce pan poznac bilans tej kamienicy? - odparl rzadca. - Otoz powiem krotko. Mamy dwa rodzaje lokatorow: jedni juz od pol roku nie placa nikomu, inni placa magistratowi kary lub zalegle podatki za gospodarza. Przy tym stroz nie odbiera pensji, dach zacieka, cyrkul ekscytuje nas, azebysmy wywiezli smiecie, jeden lokator wytoczyl nam proces o piwnice, a dwu lokatorow procesja sie o obelgi z powodu strychu... Co sie zas tyczy - dodal po chwili, nieco zmieszany - co sie zas tyczy dziewiecdziesieciu rubli, ktore ja bede winien szanownemu panu Wokulskiemu... - Nie niepokoj sie pan - przerwalem mu. - Stach, to jest pan Wokulski, zapewne umorzy panski dlug do pazdziernika, a nastepnie zawrze z panem nowy uklad. Ubogi eks-wlasciciel majatku ziemskiego serdecznie usciskal mi obie rece. Taki rzadca, ktory mial kiedys wlasne dobra, wydawal mi sie bardzo ciekawa osobistoscia; ale jeszcze ciekawszym wydal mi sie dom, ktory nie przynosi zadnych dochodow Z natury jestem niesmialy: wstydze sie rozmawiac z nieznanymi ludzmi, a prawie boje sie wchodzic do cudzych mieszkan... (Boze milosierny! jak ja juz dawno nie bylem w cudzym mieszkaniu...) Tym razem jednak wstapil we mnie jakis diabel i koniecznie zapragnalem poznac lokatorow tej dziwnej kamienicy. W roku 1849 bywalo gorecej, a przecie szedl czlowiek naprzod!... - Panie - odczuwalem sie do rzadcy - czy bylbys laskaw... przedstawic mnie niektorym lokatorom... Stach... to jest pan Wokulski...prosil mnie o - zajecie sie jego interesami, dopoki nie wroci z Paryza... - Paryz!... - westchnal rzadca. - nam Paryz jeszcze z roku 1859. Pamietam, jak przyjmowali cesarza, kiedy wracal z kampanii wloskiej... - Pan - zawolalem - pan widziales triumfalny powrot Napoleona do Paryza?... Wyciagnal do mnie reke i odparl: - Widzialem lepsza rzecz, panie... Podczas kompanii bylem we Wloszech i widzialem, jak Wlosi przyjmowali Francuzow w wigilie bitwy pod Magenta... - Pod Magenta?... W roku 1859?... - spytalem. - Pod Magenta, panie... Popatrzylismy sobie w oczy z tym eks-obywatelem, ktory nie mogl zdobyc sie na wywabienie plam ze swego surduta. Popatrzylismy sobie - mowie - w oczy. Magenta... Rok 1859 ... Eh! Boze milosierny... - Powiedz pan - rzeklem - jak to was przyjmowali Wlosi w wigilie bitwy pod Magenta? Ubogi eks-obywatel siadl na wydartym fotelu i mowil: - W roku 1859, panie Rzecki... Zdaje mi sie, ze mam honor... - Tak, panie, jestem Rzecki, porucznik, panie, wegierskiej piechoty panie... Znowu popatrzylismy sobie w oczy. Eh! Boze milosierny... - Mow pan dalej, panie szlachcicu - rzeklem sciskajac go za reke. - W roku 1859 - prawil eks-obywatel - bylem o dziewietnascie lat mlodszy niz dzis i mialem z dziesiec tysiecy rubli rocznie... Na owe czasy! panie Rzecki... Co prawda, bralo sie nie tylko procent, ale i cos z kapitalu. Wiec, jak przyszlo uwlaszczenie... - No - rzeklem - chlopi sa takze ludzmi, panie... - Wirski - wtracil rzadca. - Panie Wirski - rzeklem - chlopi... - Wszystko mi jedno - przerwal - czym sa chlopi. Dosc, ze w roku mialem z dziesiec tysiecy rubli dochodu (lacznie z pozyczkami) i bylem we Wloszech. Ciekawy bylem, jak wyglada kraj, z ktorego wypedzaja Szwaba... A zem nie mial zony i dzieci, nie mialem dla kogo oszczedzac zycia, wiec przez amatorstwo jechalem z przednia straza francuska... Szlismy pod Magente, panie Rzecki, choc nie wiedzielismy jeszcze, ani dokad idziemy, ani kto z nas jutro zobaczy zachodzace slonce... Pan zna to uczucie, kiedy czlowiek niepewny jutra znajdzie sie w kompanii ludzi rowniez niepewnych jutra?... - Czy ja znam!... - Jedz pan dalej, panie Wioski... - Niech mnie kaczki zdepcza - mowil ubogi eks-obywatel - ze to sa najpiekniejsze chwile w zyciu. Jestes mlody, wesol, zdrow, nie masz na karku zony i dzieci, pijesz i spiewasz, i co chwile spogladasz na jakas ciemna sciane, za ktora ukrywa sie nasze jutro... Hej! - wolasz- lejcie mi wina, bo nie wiem, co jest za ta ciemna sciana... Hej!... wina. Nawet pocalunkow... Panie Rzecki - szepnal nachylajac sie rzadca. - Wiec tedy, jakescie szli z przednia straza pod Magente?...-przerwalem mu. - Szlismy z kirasjerami - mowil rzadca. - Pan znasz kirasjerow, panie Rzecki?... Na niebie swieci jedno slonce, ale w szwadronie kirasjerow jest sto slonc... - Ciezka to jazda - wtracilem. - Piechota gryzie ja jak stalowy dziadek orzechy... - Zblizamy sie tedy, panie Rzecki, do jakiejs wloskiej miesciny, az chlopi tamtejsi daja znac, ze niedaleko stoi korpus austriacki. Szlemy ich tedy do miasteczka z rozkazem, a wlasciwie z prosba, azeby mieszkancy, gdy nas zobacza, nie wydawali zadnych okrzykow... - Rozumie sie - rzeklem. - Kiedy nieprzyjaciel w sasiedztwie... - W pol godziny - ciagnal rzadca - jestesmy w miescie. Ulica waska, po obu stronach narod, ledwie mozna przejechac czworkami, a w oknach i na balkonach kobiety... Jakie kobiety, panie Rzecki!...Kazda ma w reku bukiet z roz. Ci, ktorzy stoja na ulicy, ani pary z ust...bo Austriacy blisko... Ale tamte, co na balkonach, skubia, panie, swoje bukiety i spoconych, pylem okrytych kirasjerow zasypuja listkami z roz jak sniegiem... Ach, panie Rzecki, gdybys widzial ten snieg: amarantowy, rozowy, bialy, i te rece, i te Wloszki... Pulkownik tylko dotykal reka ust na prawo, i na lewo slal pocalunki. A tymczasem snieg rozanych listkow zasypywal zlote kirysy, helmy i parskajace konie... Na domiar jakis stary Wloch, z krzywym kijem i siwymi wlosami do kolnierza, zastapil droge pulkownikowi. Schwycil za szyje jego konia, pocalowal goi krzyknawszy: Eviva Italia !, padl trupem na miejscu... - Taka byla nasza wigilia przed Magenta! To mowil eks-obywatel, a z oczu splywaly mu lzy na poplamiony surdut. - Niech mnie diabli wezma, panie Wirski! - zawolalem - jezeli Stach nie odda panu darmo tego mieszkania. - Sto osiemdziesiat rubli doplacam! - szlochal rzadca. Obtarlismy oczy. - Panie- mowie - Magenta Magenta, a interes interesem. Moze przedstawisz mnie pan kilku lokatorom. - Chodz pan - odpowiedzial rzadca zrywajac sie z obdartego fotelu. - Chodz pan, pokaze panu najosobliwszych... Wybiegl z saloniku i wtykajac glowe do drzwi, zdaje mi sie kuchennych, zawolal: - Maniu! ja wychodze... A z toba, Wicek, obrachujemy sie wieczorem... - Ja nie gospodarz, zeby sie tatko ze mna rachowal - odpowiedzial mu dzieciecy glos. - Daruj mu pan - szepnalem do rzadcy. - Akurat!... - odparl. - Nie zasnalby, gdyby nie dostal walow. Dobry chlopak - mowil - sprytny chlopak, ale szelma!... Wyszlismy z mieszkania i zatrzymalismy sie przede drzwiami obok schodow. Rzadca ostroznie zapukal, a mnie wszystka krew uciekla z glowy do serca, a z serca do nog. Moze nawet z nog ucieklaby do butow i gdzies het! po schodach az do bramy, gdyby nie odpowiedziano z wnetrza: - Prosze!... Wchodzimy. Trzy lozka. Na jednym z ksiazka w reku i nogami opartymi o porecz lezy jakis mlody czlowiek z czarnym zarostem i w studenckim mundurku; na dwu zas innych lozkach posciel wyglada tak, jakby przez ten pokoj przelecial huragan i wszystko do gory nogami przewrocil. Widze tez kufer, pusta walizke tudziez mnostwo ksiazek lezacych na polkach, na kufrze i na podlodze. Jest nareszcie kilka krzesel gietych i zwyczajnych i niepoliturowany stol, na ktorym przyjrzawszy sie uwazniej spostrzeglem wymalowana szachownice i poprzewracane szachy. W tej chwili mdlo mi sie zrobilo; obok szachow bowiem spostrzeglem dwie trupie glowki: w jednej byl tyton, a w drugiej... cukier!... - Czego to? - zapytal mlody czlowiek z czarnym zarostem nie podnoszac sie z lozka. - Pan Rzecki, plenipotent gospodarza... - odezwal sie rzadca wskazujac na mnie. Mlody czlowiek oparl sie na lokciu i bystro patrzac na mnie rzekl: - Gospodarza?... W tej chwili ja tu jestem gospodarzem i wcale sobie nie przypominam, azebym mianowal plenipotentem tego pana... Odpowiedz byla tak uderzajaco prosta, ze obaj z Wirskim oslupielismy. Mlody czlowiek tymczasem ociezale podniosl sie z lozka i bez zbytniego pospiechu poczal zapinac spodnie i kamizelke. Pomimo calej systematycznosci, z jaka oddawal sie temu zajeciu, jestem pewny, ze przynajmniej polowa guzikow jego garderoby pozostala nie zapieta. - Aaa!... - ziewnal. - Niech panowie siadaja - rzekl manewrujac reka w taki sposob, ze nie wiedzialem, czy kaze nam umiescic sie w walizie czy na podlodze. - Goraco, panie Wirski - dodal - prawda?... Aaa!... - Wlasnie sasiad z przeciwka skarzy sie na panow dobrodziejow... - odparl z usmiechem rzadca. - O coz to? - Ze panowie chodza nago po pokoju... Mlody czlowiek oburzyl sie. - Zwariowal stary czy co?... On moze chce, zebysmy sie ubierali w futra na taka spiekote?... Bezczelnosc! slowo honoru daje... - No - mowil rzadca - niech panowie racza uwzglednic, ze on ma dorosla corke. - A coz mnie do tego?... Ja nie jestem jej ojcem. Stary blazen! slowo honoru, i przy tym lze, bo nago nie chodzimy. - Sam widzialem... - wtracil rzadca. - Slowo honoru, klamstwo! - zawolal mlody czlowiek rumieniac sie z gniewu. - Prawda, ze Maleski chodzi bez koszuli, ale w majtkach, a Patkiewicz chodzi bez majtek, lecz za to w koszuli. Panna Leokadia wiec widzi caly garnitur. - Tak, i musi zaslaniac wszystkie okna - odparl rzadca. - To stary zaslania, nie ona - odparl student machajac reka. -Ona wyglada przez szpary miedzy firanka a oknem. Zreszta, prosze pana: jezeli pannie Leokadii wolno drzec sie na cale podworko, to znowu Maleski i Patkiewicz maja prawo chodzic po swoim pokoju, jak im sie podoba. Mowiac to mlody czlowiek spacerowal wielkimi krokami. Ile razy zas stanal do nas tylem, rzadca mrugal na mnie i robil miny oznaczajace wielka desperacje. Po chwili milczenia odezwal sie: - Panowie dobrodzieje winni nam sa za cztery miesiace... - O, znowu swoje!... - wykrzyknal mlody czlowiek wsadzajac rece w kieszenie. - Ilez razy jeszcze bede musial powtarzac panu, azeby pan o tych glupstwach nie gadal ze mna, tylko albo z Patkiewiczem, albo z Maleskim?... To przecie tak latwo pamietac: Maleski placi za miesiace parzyste, luty, kwiecien, czerwiec, a Patkiewicz za nieparzyste: marzec, maj, lipiec... - Alez nikt z panow nigdy nie placi! - zawolal zniecierpliwiony rzadca. - A ktoz winien, ze pan nie przychodzi we wlasciwej porze?!...wrzasnal mlody czlowiek wytrzasajac rekoma. - Sto razy slyszales pan, ze do Maleskiego naleza miesiace parzyste, a do Patkiewicza nieparzyste... - A do pana dobrodzieja?... - A do mnie, laskawy panie, zadne - wolal mlody czlowiek grozac nam pod nosami - bo ja z zasady nie place za komorne. Komu mam placic?... Za co?... Cha! cha dobrzy sobie... Poczal chodzic jeszcze predzej po pokoju smiejac sie i gniewajac. Nareszcie zaczal swistac i wygladac przez okno, hardo odwrociwszy sie tylem do nas... Mnie juz zabraklo cierpliwosci. - Pozwoli pan zrobic uwage - odezwalem sie - ze takie nieuszanowanie umowy jest dosc oryginalne... Ktos daje panu mieszkanie, a pan uwaza za stosowne nie placic mu. - Kto mi daje mieszkanie?!... - wrzasnal mlody czlowiek siadajac na oknie i hustajac sie w tyl, jakby mial zamiar rzucic sie z trzeciego pietra. - Ja sam zajalem to mieszkanie i bede w nim dopoty, dopoki mnie nie wyrzuca. Umowy!... paradni sa z tymi umowami... Jezeli spoleczenstwo chce, azebym mu placil za mieszkanie, to niechaj samo placi mi tyle za korepetycje, zeby z nich wystarczylo na komorne... Paradni sa!... Ja za trzy godziny lekcji co dzien mam pietnascie rubli na miesiac, za jedzenie biora ode mnie dziewiec rubli, za pranie i usluge trzy...A mundur, a wpis?... I jeszcze chca, zebym za mieszkanie placil. Wyrzuccie mnie na ulice - mowil zirytowany - niech mnie zlapie hycel i da palka w leb... Do tego macie prawo, ale nie do uwag i wymowek... - Nie rozumiem panskiego uniesienia - rzeklem spokojnie. - Mam sie czego unosic! - odparl mlody czlowiek hustajac sie coraz mocniej w strone podworka: - Spoleczenstwo, jezeli nie zabilo mnie przy urodzeniu, jezeli kaze mi sie uczyc i zdawac kilkanascie egzaminow, zobowiazalo sie tym samym, ze mi da prace ubezpieczajaca -moj byt... Tymczasem albo nie daje mi pracy, albo oszukuje mnie na wynagrodzeniu... Jezeli wiec spolecznosc wzgledem mnie nie dotrzymuje umowy, z jakiej racji zada, abym ja jej dotrzymywal wzgledem niego. Zreszta co tu gadac, z zasady nie place komornego, i basta: Tym bardziej ze obecny wlasciciel domu nie budowal tego domu; nie wypalal cegiel, nie rozrabial wapna, nie murowal, nie narazal sie na skrecenie karku. Przyszedl z pieniedzmi, moze ukradzionymi, zaplacil innemu, ktory moze takze okradl kogo, i na tej zasadzie chce mnie zrobic swoim niewolnikiem. Kpiny ze zdrowego rozsadku! - Pan Wokulski - rzeklem powstajac z krzesla - nie okradl nikogo... Dorobil sie majatku praca i oszczednoscia... - Daj pan spokoj! - przerwal mlody czlowiek. - Moj ojciec byl zdolnym lekarzem, pracowal dniem i noca, mial niby to dobre zarobki oszczedzil... raptem trzysta rubli na rok! A ze wasza kamienica kosztuje dziewiecdziesiat tysiecy rubli; wiec na kupienie jej za cene uczciwej pracy moj ojciec musialby zyc i zapisywac recepty przez trzysta lat... Nie uwierze zas, azeby ten nowy wlasciciel pracowal od trzystu lat... W glowie zaczelo mi krazyc od tych wywodow; mlody czlowiek zas mowil dalej: - Mozecie nas wypedzic, owszem!... Wtedy dopiero przekonacie sie, coscie stracili. Wszystkie praczki, wszystkie kucharki z tej kamienicy straca humor, a pani Krzeszowska juz bez przeszkody zacznie sledzic swoich sasiadow, rachowac kazdego goscia, ktory przychodzi do nich wizyta, i kazde ziarno kaszy, ktore sypia do garnka... Owszem, wypedzcie nas!... Wtedy dopiero panna Leokadia zacznie wyspiewywac swoje gamy i wokalizy z rana sopranem, a po poludniu kontraltem... I diabli wezma dom, w ktorym my jedni jako tako utrzymujemy porzadek! Zabralismy sie do odejscia. - Wiec pan stanowczo nie zaplaci komornego? - spytalem. - Ani mysle. - Moze choc od pazdziernika zacznie pan placic? - Nie, panie. Niedlugo juz. bede zyl, wiec pragne przeprowadzic chocby jedna zasade: jezeli spolecznosc chce, azeby jednostki szanowaly umowe wzgledem niej; niechaj sama wykonywa ja wzgledem jednostek. Jezeli ja mam komus placic za komorne, niech inni tyle placa mi za lekcje, zeby mi na komorne wystarczylo. Rozumie pan?... - Nie wszystko, panie - odparlem. - Nic dziwnego - rzekl mlody czlowiek. - Na starosc mozg wiednie i nie jest zdolny przyjmowac nowych prawd... Uklonilismy sie sobie nawzajem i wyszlismy obaj z rzadca. Mlody czlowiek zamknal za nami drzwi, lecz za chwile wybiegl na schody i zawolal: - A niechaj komornik przyprowadzi ze soba dwu stojkowych, bo mnie beda musieli wynosic z mieszkania... - Owszem, panie! - odpowiedzialem mu z grzecznym uklonem, myslac w glebi duszy, ze nie godzi sie jednak wyrzucac takiego oryginala. Kiedy szczegolny mlodzieniec ostatecznie cofnal sie do pokoju i zamknal drzwi na klucz dajac tym sposobem do zrozumienia, ze konferencje z nami uwaza za skonczona, zatrzymalem sie w polowie schodow i rzeklem do rzadcy: - Widze, macie tu kolorowe szyby, co? - O, bardzo kolorowe. - Ale sa zakurzone... - O, bardzo zakurzone - odparl rzadca. - I mysle - dodalem - ze ten mlody czlowiek pod wzgledem nieplacenia komornego dotrzyma slowa, co? - Panie - zawolal rzadca - on to nic. On mowi, ze nie zaplaci, no i nic placi; ale tamci dwaj nic nie mowia i takze nie placa. To sa, panie Rzecki, nadzwyczajni lokatorowie!... Oni jedni nigdy nie robia mi zawodu. Mimo woli, i nie wiem nawet dlaczego, pokrecilem glowa, choc przeczuwam, ze gdybym byl wlascicielem podobnego domu, krecilbym glowa caly dzien. - Wiec tu nikt nie placi, a przynajmniej nie placi regularnie? -zapytalem eks-obywatela. - I nie ma sie czemu dziwic - odparl pan Wirski. - W domu, z ktorego od tylu lat komorne pobieraja wierzyciele, najuczciwszy lokator musi sie znarowic. Pomimo to mamy kilku bardzo punktualnych, na przyklad baronowa Krzeszowska... - Co?!... - zawolalem. - Ach, prawda, ze baronowa tu mieszka...Chciala nawet kupic ten dom... - I kupi go - szepnal rzadca - tylko, panowie, trzymajcie sie ostro!... Kupi go, chocby miala oddac caly swoj majatek... A niemaly to majatek, choc pan baron mocno go nadszarpnal... Wciaz stalem na polowie schodow, pod oknem z zoltymi, czerwonymi i niebieskimi szybami. Wciaz stalem zapatrzony we wspomnienie pani baronowej, ktora widzialem zaledwie kilka razy w zyciu i zawsze przedstawiala mi sie jako osoba bardzo ekscentryczna. Umie byc pobozna i zawzieta, pokorna i ordynaryjna... - Coz to za kobieta, panie Wirski? - spytalem. - To niezwykla kobieta, panie... - Jak wszystkie histeryczki - mruknal eks-obywatel. - Stracila coreczke, maz ja porzucil... Same awantury!... - Pojdziemy do niej, panie - rzeklem schodzac na drugie pietro. Czulem w sobie takie mestwo, ze baronowa nie tylko nic trwozyla mnie, lecz prawie pociagala. Ale kiedy stanelismy pode drzwiami i rzadca zadzwonil, doznalem kurczu w lydkach. Nie moglem ruszyc sie z miejsca i tylko dlatego nie ucieklem. W jednej chwili opuscila mnie odwaga, przypomnialem sobie sceny z licytacji... Obrocil sie klucz w zamku, stuknela zasuwka i w uchylonych drzwiach ukazala sie twarz niestarej jeszcze dziewczyny, ubranej w bialy czepeczek. - A kto to? - spytala dziewczyna. - Ja, rzadca. - Czego pan chce? - Przychodze z pelnomocnikiem wlasciciela. - A ten pan czego chce? - Ten pan jest wlasnie pelnomocnikiem - Wiec jak mam powiedziec?... - Powiedz pani - odparl juz zirytowany rzadca - ze przychodzimy pogadac o lokalu... - Aha! Zamknela drzwi i odeszla. Uplynelo ze dwie albo trzy minuty, zanim wrocila na powrot i po otworzeniu wielu zamkow wprowadzila nas do pustego salonu. Dziwny byl widok tego salonu. Meble okryte ciemnopopielatymi pokrowcami, to samo fortepian, to samo pajak zawieszony u sufitu; nawet stojace w katach kolumny z posazkami mialy takze popielate koszule. W ogole robil on wrazenie pokoju, ktorego wlasciciel wyjechal zostawiwszy tylko sluzbe bardzo dbala o porzadek domu. Za drzwiami bylo slychac rozmowe na glos kobiecy i meski. Kobiecy nalezal do baronowej; meski znalem dobrze, ale nie moglem sobie przypomniec, czyj jest. - Przysieglabym - mowila baronowa - ze utrzymuje z nia stosunki. Onegdaj przyslal jej przez poslanca bukiet... - Hum!... Hum!... - wtracil glos meski. - Bukiet, ktory ta obrzydliwa kokietka, dla oszukania mnie, kazala natychmiast wyrzucic za okno... - Przeciez baron na wsi... tak daleko od Warszawy... - odparl mezczyzna. - Ale ma tu przyjaciol - zawolala baronowa. - I gdybym nie znala pana, przypuszczalbym, ze posredniczysz mu w tych bezecenstwach. - Alez, pani!... - zaprotestowal glos meski. I w tej samej chwili rozlegly sie dwa pocalunki, sadze, ze w reke. - No, no, panie Maruszewicz, bez czulosci!... Znam ja was. Obsypujecie pieszczotami kobiete, dopoki wam nie zaufa, a potem trwonicie jej majatek i zadacie rozwodu... "Wiec to Maruszewicz - pomyslalem. - Ladna para..." - Ja jestem zupelnie inny - odparl ciszej meski glos za drzwiami i znowu rozlegly sie dwa pocalunki, z pewnoscia w reke. Spojrzalem na eks-obywatela. Podniosl oczy do sufitu, a ramiona prawie do wysokosci uszu. - Frant!... - szepnal wskazujac na drzwi. - Znasz go pan?... - Bah!... - Wiec - mowila baronowa w drugim pokoju - niechze pan zaniesie do Sw. Krzyza te dziewiec rubli na trzy wotywy, na intencje, azeby Bog go upamietal... Nie - dodala po chwili nieco zmienionym glosem. - Niech bedzie jedna wotywa za niego, a dwie za dusze mojej nieszczesliwej dzieweczki... Przerwalo jej ciche szlochanie. - Niechze sie pani uspokoi!... - lagodnie reflektowal ja Maruszewicz. - Idz pan juz, idz!... - odparla. Nagle otworzyly sie drzwi salonu i jak wryty stanal na progu Maruszewicz, za ktorym ujrzalem zoltawa twarz i zaczerwienione oczy pani baronowej. Rzadca i ja podnieslismy sie z krzesel, Maruszewicz cofnal sie w glab drugiego pokoju i widocznie wyszedl innymi drzwiami, a pani baronowa zawolala gniewnie: - Marysia!... Marysia!... Wbiegla dziewczyna w bialym, jak wyzej, czepeczku, w ciemnej sukni i bialym fartuchu. W ubraniu tym wygladalaby na dozorczynie chorych, gdyby jej oczy nie rzucaly za wiele iskier. - Jak moglas wprowadzic tu tych panow? - zapytala ja baronowa. - Pani przecie kazala prosic... - Glupia... precz!... - syknela baronowa. Nastepnie zwrocila sie do nas: - Czego pan chce, panie Wirski? - Pan Rzecki jest plenipotentem wlasciciela domu - odparl rzadca. - A, a!... To dobrze... - mowila baronowa, powoli wchodzac do salonu i nie proszac nas, azebysmy usiedli. Rysopis tej damy: czarna suknia, zoltawa twarz, sinawe usta, zaczerwienione z placzu oczy i wlosy gladko uczesane. Skrzyzowala rece na piersiach jak Napoleon I i patrzac na mnie rzekla: - A, a, a!... To pan jest plenipotentem, zdaje mi sie, ze pana Wokulskiego... Czy tak?... Niechze mu pan powie, ze albo ja wyprowadze sie z tego mieszkania, za ktore place mu siedemset rubli bardzo regularnie, wszak prawda, panie Wirski?.. Rzadca uklonil sie. - Albo - ciagnela baronowa - pan Wokulski usunie ze swego domu te brudy i niemoralnosc... - Niemoralnosc? - spytalem. - Tak, panie - potwierdzila baronowa kiwajac glowa. - Te praczki, ktore przez caly dzien spiewaja jakies wstretne piosenki na dole, a wieczorem smieja sie nad moja glowa u tych... studentow... Ci zbrodniarze, ktorzy na mnie rzucaja z gory papierosy albo leja wode...Ta nareszcie pani Stawska, o ktorej nie wiem, czym jest: wdowa czy rozwodka, ani z czego sie utrzymuje... Ta pani balamuci mezow zonom cnotliwym, a tak strasznie nieszczesliwym... Zaczela mrugac oczyma i rozplakala sie. - Okropnosc!... - mowila lkajac. - Byc przykuta do tak wstretnego domu przez pamiec dla dziecka, ktorej nic juz nie wydrze z serca. Wszakze ona biegala po tych wszystkich pokojach... Ona bawila sie tam, od podworza... I wygladala oknem, przez ktore mnie, matce-sierocie, wyjrzec dzisiaj nie wolno... Chca mnie wypedzic stad... wszyscy chca mnie wypedzic... wszystkim zawadzam... A przeciez ja stad nie moge wyprowadzic sie, bo kazda deska tej podlogi nosi slady jej nozek...w kazdej scianie uwiazl jej smiech albo placz... Upadla na kanape i zaniosla sie od lkania. - Ach! - plakala - ludzie sa okrutniejsi od zwierzat... Chca mnie wygnac stad, gdzie moja dziecina wydala ostatnie tchnienie... Jej lozeczko i wszystkie zabawki leza na swoich miejscach... Sama scieram kurze w jej pokoju, azeby nie poruszyc najmniejszego sprzetu... Kazdy cal podlogi wydeptalam kolanami, wycalowalam slady mojej dzieciny, a oni mnie chca wygnac!... Wygnajciez stad pierwej moj bol, moja tesknote, moja rozpacz... Zaslonila twarz i szlochala rozdzierajacym glosem. Spostrzeglem, ze rzadcy nos czerwienieje, a i ja sam uczulem lzy pod powiekami. Rozpacz baronowej po zmarlym dziecku tak mnie rozbroila, ze nie mialem odwagi mowic z nia o podwyzszeniu komornego. Placz zas jej tak znowu denerwowal, ze gdyby nie wzglad na drugie pietro, wyskoczylbym chyba oknem. W rezultacie chcac za jakakolwiek cene utulic szlochajaca kobiete, odezwalem sie z cala lagodnoscia: - Prosze pani, niech sie pani uspokoi... Czego pani zada od nas?...Czym mozemy sluzyc?... W glosie moim bylo tyle wspolczucia, ze rzadcy nos jeszcze bardziej poczerwienial. Pani baronowej zas obeschlo jedno oko, lecz jeszcze plakala drugim, na znak, ze nie uwaza swojej akcji za skonczona, a mnie za pobitego. - Zadam... zadam - mowila wsrod westchnien - zadam, aby mnie nie wypedzano z miejsca, gdzie umarlo moje dziecko... i gdzie wszystko mi je przypomina. Nie moge, no... nie moge oderwac sie od jej pokoju... nie moge ruszyc jej sprzetow i zabawek... Podloscia jest w taki sposob wyzyskiwac niedole. - Ktoz ja wyzyskuje? - spytalem. - Wszyscy, poczawszy od gospodarza, ktory kaze mi placic siedemset rubli... - A, wybacz, pani baronowa - zawolal rzadca. - Siedem pysznych pokoi, dwie kuchnie jak salony, dwie schowki... Niech pani komu odstapi ze trzy pokoje: przeciez sa dwa frontowe wejscia. - Nic nikomu nie odstapie - odparla stanowczo - gdyz jestem pewna, ze moj zblakany maz lada dzien opamieta sie i powroci... - W takim razie trzeba placic siedemset rubli... - Jezeli nie wiecej... - szepnalem. Pani baronowa spojrzala tak, jakby chciala mnie spalic wzrokiem i utopic we lzach. Oj! co to za setna kobietka... Az mi zimno, kiedy o niej pomysle. - Mniejsza o komorne - rzekla. - Bardzo rozsadnie! - pochwalil ja Wirski klaniajac sie. - Mniejsza o pretensje gospodarza... Ale przeciez nie moge placic siedmiuset rubli za lokal w podobnym domu... - Czego pani baronowa chce od domu? - spytalem. - Ten dom jest hanba uczciwych ludzi - zawolala gestykulujac rekoma. - Wiec nie od siebie, ale w imieniu moralnosci prosze... - O co? - O usuniecie tych studentow, ktorzy mieszkaja nade mna, nie pozwalaja mi wyjrzec oknem na podworze i demoralizuja wszystkie... Nagle zerwala sie z kanapy. - O! slyszy pan? - rzekla wskazujac na drzwi, ktore prowadzily do pokoju od strony dziedzinca. Istotnie, uslyszalem glos ekscentrycznego brunecika, ktory z trzeciego pietra wolal: - Marysiu!... Marysiu, chodz do nas... - Marysiu! - krzyknela baronowa. - Przeciez jestem... Czego pani chce? - odparla nieco zarumieniona sluzaca. - Ani mi sie rusz z domu!... Oto ma pan... - mowila baronowa-tak jest po calych dniach. A wieczorem chodza do nich praczki... Panie! - zawolala skladajac poboznie rece - wygnajcie tych nihilistow, bo to zrodlo zepsucia i niebezpieczenstwa dla calego domu... Oni w trupich glowkach trzymaja herbate i cukier... Oni koscmi ludzkimi poprawiaja wegle w samowarze... Oni chca tu kiedy przyniesc calego nieboszczyka ... Zaczela znowu tak plakac, iz myslalem, ze dostanie spazmow. - Panowie ci - rzeklem - nie placa komornego, wiec bardzo byc moze... Baronowej obeschly oczy. - Alez naturalnie - przerwala mi - ze musicie ich wypedzic...Lecz, panie! -zawolala - jakkolwiek sa oni zli i zepsuci, to przeciez gorsza od nich jest ta... ta Stawska!... Zdziwilem sie zobaczywszy plomien nienawisci, jaki blysnal w oczach pani baronowej przy wymowieniu nazwy: Stawska. - Pani Stawska tu mieszka? - spytalem mimo woli. - Ta piekna?.. - O... nowa ofiara!... - wykrzyknela baronowa wskazujac na mnie z palajacymi oczyma zaczela mowic glebokim glosem: - Alez, czlowieku siwowlosy, zastanow sie, co robisz?... Wszakze to kobieta, ktorej maz oskarzony o zabojstwo uciekl za granice... A z czego ona zyje?... Z czego sie tak stroi?... - Pracuje kobiecisko jak wol - szepnal rzadca. - O... i ten!... - zawolala baronowa. - Moj maz (jestem pewna, ze to on) przysyla jej ze wsi bukiety... Rzadca tego domu kocha sie w niej i bierze od niej komorne z dolu co miesiac... - Alez, pani!... - zaprotestowal eks-obywatel, a jego oblicze stalo sie tak rumiane jak nos. - Nawet ten poczciwy niedolega -Maruszewicz - ciagnela baronowa - nawet on po calych dniach wyglada do niej oknem... Dramatyczny glos baronowej przeszedl znowu w szlochanie. - I pomyslec - jeczala - ze taka kobieta ma corke, corke... ktora wychowuje dla piekla, a ja... O! wierze w sprawiedliwosc... wierze w milosierdzie boskie, ale nie rozumiem... tak... nic nie rozumiem tych wyrokow, ktore mnie pozbawily; a jej zostawiaja dziecko... tej... tej... Panie! - wybuchnela z nowa sila glosu - mozesz zostawic nawet tych nihilistow, ale ja... musisz wygnac!... Niech lokal po niej stoi pustka...bede za niego placic, byle ona nie miala dachu nad glowa... Ten wykrzyknik juz calkiem mi sie nie podobal. Dalem znak rzadcy, ze wychodzimy, i klaniajac sie rzeklem ozieble: - Pozwoli pani baronowa, ze w tej sprawie zadecyduje sam gospodarz, pan Wokulski. Baronowa rozkrzyzowala rece jak czlowiek trafiony kula w piersi. - Ach!... wiec tak?... - szepnela. - Wiec juz i pan, i... ten, ten...Wokulski zwiazaliscie sie z nia?... Ha!... zaczekam tedy na sprawiedliwosc boska... Wyszlismy, nie zatrzymywani dluzej; na schodach zatoczylem sie jak pijany. - Co pan wiesz o tej pani Stawskiej? - zapytalem Wirskiego. - Najuczciwsza kobieta - odparl. - Mlode to, piekne i pracuje na caly dom... Bo emerytura jej matki ledwie starczy na komorne... - Ma matke? - Ma. Takze dobra kobiecina. - A ile placa za lokal? - Trzysta rubli - odpowiedzial rzadca. - To, panie, jakbysmy z oltarza zdejmowali... - Pojdziemy do tych pan - rzeklem. - Z najwieksza checia! - zawolal. - A co o nich plecie ta wariatka, niech pan nie slucha. Ona nienawidzi Stawskiej, nie wiem nawet za co. Chyba za to, ze jest piekna i ma coreczke jak cherubinek... - Gdzie mieszkaja? - W prawej oficynie, na pierwszym pietrze. Nie pamietam nawet, kiedy zeszlismy ze schodow frontowych, a kiedy minelismy podworko i weszlismy na pierwsze pietro oficyny. Tak ciagle stala mi przed oczyma pani Stawska i Wokulski... Moj Boze! jaka by to byla piekna para; ale i coz z tego, kiedy ona ma meza. Chociaz sa to sprawy, do ktorych najmniej mialbym ochoty mieszac sie. Mnie sie wydaje tak, im wydaloby sie owak, a losowi jeszcze inaczej... Los! los!... on dziwnie zbliza ludzi. Gdybym przed laty nie zeszedl do piwnicy Hopfera, do Machalskiego, nie poznalbym sie z Wokulskim. Gdybym jego znowu nie wyprawil do teatru, on moze nie spotkalby sie panna Lecka. Raz mimo woli nawarzylem mu piwa i juz nie chce powtarzac tego po raz drugi. Niech sam Bog radzi o swej czeladzi... Gdy stanelismy pode drzwiami mieszkania pani Stawskiej, rzadca usmiechnal sie filuternie i szepnal: - Uwaza pan... naprzod dowiemy sie, czy mloda jest w domu. Jest co widziec, panie!... - Wiem, wiem... Rzadca nie dzwonil, ale zapukal raz i drugi. Nagle drzwi otworzyly sie dosc gwaltownie i stanela w nich gruba i niska sluzaca z zawinietymi rekawami i z mydlem na rekach, ktorych moglby jej pozazdroscic atleta. - O, to pan rzadca!... - zawolala. - Myslalam, ze. znowu jaki tam... - Coz, dobijal sie kto?... - spytal Wirski z akcentem oburzenia w glosie. - Nie dobijal sie nijaki - z chlopska odparla sluzaca - ino jeden przyslal dzis bukiet. Mowia, ze to ten Marusiewicz z przeciwka... - Lotr! - syknal rzadca. - Mezczyzny wszystkie takie. Niech mu sie co podoba, to zara bedzie lazl jak cma w ogien. - A panie obie sa? - spytal Wirski. Gruba sluzaca spojrzala na mnie podejrzliwie. - Pan rzadca z tym panem? - Z tym panem. To plenipotent gospodarza. - A mlody on czy stary? - badala dalej, przypatrujac mi sie jak sedzia sledczy. - Widzisz przecie, ze stary!... - odparl rzadca. - W srednim wieku... - wtracilem. (Oni, dalibog, niedlugo pietnastoletnich chlopcow zaczna nazywac starymi.) - Sa obie panie - mowila sluzaca. - Tylo co do pani mlodszej przyszla jedna dziewczynka wydawac lekcje. Ale pani starsza jest w swoim pokoju. - Phy! - mruknal rzadca. - Wreszcie... powiedz pani starszej... Weszlismy do kuchni, gdzie stala balia pelna mydlin i dziecinnej bielizny. Na sznurze zawieszonym w poblizu komina suszyly sie rowniez dziecinne spodniczki, koszule i ponczoszki. (Jak to zaraz znac, ze w mieszkaniu jest dziecko!) Spoza uchylonych drzwi uslyszelismy glos juz starszej kobiety. - Z rzadca?... jakis pan?.. - mowila niewidzialna dama. - Moze to Ludwiczek, bo akurat snil mi sie... - Niech panowie ida - rzekla sluzaca otwierajac drzwi do saloniku. Salonik nieduzy, koloru perlowego. Szafirowe sprzety, pianino, w obu oknach pelno kwiatow bialych i rozowych, na scianach premia Towarzystwa Sztuk Pieknych, na stole lampa ze szklem w formie tulipana. Po cmentarnym salonie pani Krzeszowskiej z meblami w ciemnych pokrowcach wydalo mi sie tu weselej. Pokoj wygladal, jakby oczekiwano na goscia. Ale jego sprzety zanadto symetrycznie ustawione dokola stolu swiadczyly, ze gosc jeszcze nie przyjechal. Po chwili z przeciwleglych drzwi wyszla osoba w wieku powaznym, ubrana w popielata suknie. Uderzyl mnie prawie bialy kolor jej wlosow, obok twarzy mizernej, lecz niezbyt starej i bardzo regularnej. Rysy tej damy byly mi gdzies znajome. Tymczasem rzadca zapial swoj poplamiony surdut na dwa guziki i ukloniwszy sie z elegancja prawdziwego szlachcica rzekl: - Pozwoli pani zaprezentowac: pan Rzecki, plenipotent naszego gospodarza, a moj kolega... Spojrzelismy sobie obaj w oczy. Wyznaje, ze bylem troche zdziwiony naszym kolezenstwem. Wirski spostrzegl to i dodal z usmiechem: - Mowie: kolega, gdyz obaj widzielismy rownie ciekawe rzeczy bedac za granica. - Szanowny pan byl za granica? no prosze!... - odezwala sie staruszka. - W roku 1849 i nieco pozniej - wtracilem. - A czy szanowny pan nie zetknal sie gdzie przypadkowo z Ludwikiem Stawskim? - Alez, pani dobrodziejko! - zawolal Wirski smiejac sie i klaniajac. - Pan Rzecki byl za granica przed trzydziestu laty, a ziec pani wyjechal dopiero przed czterema... Staruszka machnela reka, jakby odganiajac muche. - Prawda! - rzekla - co tez ja plote... Ale tak ciagle mysle o Ludwiczku... Niechze: panowie racza spoczac... Usiedlismy, przy czym eks-obywatel znowu uklonil sie powaznej damie, a ona jemu. Teraz dopiero spostrzeglem, ze popielata suknia staruszki jest w wielu miejscach pocerowana, i dziwna melancholia ogarnela mnie na widok tych dwojga ludzi w poplamionym surducie i w pocerowanej sukni, ktorzy zachowywali sie jak ksiazeta. Nad nimi juz przeszedl wszystko wyrownywajacy plug czasu. - Bo zapewne pan nie wie o naszym zmartwieniu - rzekla powazna dama zwracajac sie do mnie: - Moj ziec przed czterema laty mial bardzo przykra sprawe, najniesluszniej... Zamordowano tu jakas straszna lichwiarke... Ach, Boze! nie ma o czym mowic... Dosyc, ze ktos z bliskich ostrzegl go, ze na niego pada posadzenie... Najniewinniej, panie... - Rzecki - wtracil eks-obywatel. - Najniesprawiedliwiej, panie Rzecki... No i on... biedak, uciekl zagranice. W roku zeszlym znalazl sie istotny morderca, ogloszono niewinnosc Ludwika, ale i coz, kiedy on juz od dwu lat nie pisal... Tu pochylila sie do mnie z fotelu i rzekla szeptem: - Helenka, corka moja, panie... - Rzecki - odezwal sie rzadca. - Corka moja, panie Rzecki, rujnuje sie... szczerze mowie, ze sie rujnuje na ogloszenia po zagranicznych pismach, a tu nic i nic... Kobieta mloda. panie... - Rzecki - podpowiedzial Wirski: - Kobieta mloda, panie Rzecki, niebrzydka. - Przesliczna! - wtracil rzadca z zapalem. - Bylam troche do niej podobna - ciagnela sedziwa dama wzdychajac i kiwajac glowa eks-obywatelowi. - Jest tedy corka moja niebrzydka i mloda, juz jedno dziecko ma i... moze teskni za innymi. Chociaz, panie Wirski, przysiegam; ze nigdy od niej o tym nie slyszalam... Cierpi i milczy, ale ze cierpi, domyslam sie. Ja takze mialam trzydziesci lat... - Kto z nas ich nie mial! - ciezko westchnal rzadca. Skrzypnely drzwi i wbiegla mala dziewczynka z drutami w reku. - Prosze babci! - zawolala - ja nigdy nie skoncze kaftanika dla mojej lalki... - Heluniu! - odezwala sie staruszka surowo. - Ty nie uklonilas sie... Dziewczynka zrobila dwa dygi, na ktore ja odpowiedzialem niezrecznie, a pan Wirski jak hrabia, i mowila dalej, pokazujac babce druty, przy ktorych chwial sie czarny, wloczkowy kwadracik. - Prosze babci, nadejdzie zima i moja lalka nie bedzie miala w czym wyjsc na ulice... Prosze babci, znowu mi spadlo oczko. (Przesliczne dziecko... Boze milosierny! dlaczego Stach nie jest jego ojcem. Moze nie szalalby tak...) Babcia przepraszajac nas wziela wloczke i druty, a w tej chwili weszla do salonu pani Stawska... Musze sobie przyznac, ze ja na jej widok zachowalem sie z godnoscia; ale Wirski zupelnie stracil glowe. Zerwal sie krzesla jak student, zapial surdut jeszcze na jeden guzik, powiem nawet: zarumienil sie, i zaczal belkotac: - Pozwoli pani zaprezentowac sobie: pan Rzecki, plenipotent naszego gospodarza... - Bardzo mi przyjemnie - odpowiedziala pani Stawska klaniajac mi sie ze spuszczonymi oczyma. Ale silny rumieniec i slad obawy na jej twarzy upewnily mnie, ze nie jestem przyjemnym gosciem. "Poczekaj! - mysle. I wyobrazilem sobie, ze na moim miejscu jest w tym pokoju Wokulski. - Poczekaj, zaraz cie przekonam, ze nie masz sie nas czego lekac." Tymczasem pani Stawska usiadlszy na krzesle byla tak zmieszana, ze zaczela cos poprawiac okolo sukienki swojej coreczki. Jej matka rowniez stracila humor, a rzadca kompletnie zbaranial. "Poczekajcie!" - mysle i przybrawszy bardzo surowy wyraz twarzy odezwalem sie: - Panie dawno mieszkaja w tym domu? - Piec lat... - odpowiada pani Stawska rumieniac sie jeszcze mocniej. Jej matka az drgnela na fotelu. - Ile panie placa? - Dwadziescia piec rubli miesiecznie... - szepnela mloda pani. Jednoczesnie pobladla, zaczela skubac sukienke i z pewnoscia mimo woli rzucila na Wirskiego takie blagalne spojrzenie, ze... ze gdybym byl Wokulskim, zaraz bym sie o nia oswiadczyl... - Jestesmy - dodala jeszcze ciszej - jestesmy winne panom za lipiec... Zachmurzylem sie jak Lucyper i nabrawszy tyle tchu, ile bylo powietrza w mieszkaniu, rzeklem: - Nic panie nie sa nam winne do... do pazdziernika. Wlasnie Stach... - to jest pan Wokulski, pisze mi, ze to istny rozboj brac trzysta rubli za trzy pokoje na tej ulicy. Pan Wokulski nie moze pozwolic na podobne zdzierstwo i kazal mi zawiadomic panie, ze ten lokal od pazdziernika bedzie do wynajecia za dwiescie rubli. A jezeli panie nie zycza sobie... Rzadca az posunal sie w tyl z fotelem. Staruszka zlozyla rece, a pani Stawska patrzyla na mnie wielkimi oczyma. Oto dopiero oczy!... i jak ona nimi umie patrzec!... Przysiegam, ze gdybym byl Wokulskim, oswiadczylbym sie jej na poczekaniu. Z meza juz pewnie nie ma nawet kosteczki, jezeli nie pisal przez dwa lata. Wreszcie, od czego sa rozwody?... na co Stach ma taki majatek?... Znowu skrzypnely drzwi i ukazala sie w nich moze dwunastoletnia dziewczynka, w pasterce na glowie i z paczka kajetow w rece. Bylo to dziecko z twarza rumiana i pelna, lecz nie zdradzajaca zbyt wielkiej inteligencji. Uklonila sie nam, uklonila sie pani Stawskiej i jej matce, ucalowala w oba policzki mala Helenke i wyszla, oczywiscie do domu. Nastepnie wrocila sie z kuchni i zarumieniona powyzej oczu, spytala pani Stawskiej: - Pojutrze o ktorej moge przyjsc? - Pojutrze, kochanko... Przyjdz o czwartej - odpowiedziala pani Stawska rowniez zmieszana. Gdy dziewczynka ostatecznie wyszla, matka pani Stawskiej odezwala sie niezadowolonym tonem: - I to nazywa sie lekcja, Boze odpusc... Helenka pracuje z nia przynajmniej poltorej godziny i za taka lekcje bierze czterdziesci groszy... - Mateczko! - przerwala pani Stawska, blagalnie patrzac na nia. (Gdybym byl Wokulskim, juz bym z nia wracal od slubu. Co to za kobieta!... co za rysy... co za gra fizjognomii... W zyciu nie widzialem nic podobnego!... A raczka, a figurka, a wzrost; a ruchy, a oczy, oczy!...) Po chwili klopotliwego milczenia odezwala sie znowu mloda pani: - Bardzo jestesmy wdzieczne panu Wokulskiemu za warunki, na jakich zostawia nam ten lokal!... Jest to chyba jedyny wypadek, azeby gospodarz sam znizal komorne. Ale nie wiem, czy... wypada nam korzystac z jego uprzejmosci?... - To nie uprzejmosc, pani, to uczciwosc szlachetnego czlowieka! -wtracil rzadca. - Mnie pan Wokulski rowniez znizyl komorne i przyjalem... Ulica, prosze pani, trzeciorzedna, ruch maly... - Ale o lokatorow na niej latwo - wtracila pani Stawska. - Wolimy dawnych, znanych nam juz ze spokojnosci i porzadku - odpowiedzialem. - Ma pan slusznosc - pochwalila mnie siwowlosa dama. - Porzadek w mieszkaniu to pierwsza zasada, ktorej przestrzegamy... Nawet jezeli Helunia potnie kiedy papierki i rzuci je na podloge, zaraz zmiata je Franusia... - Przecie ja, prosze babci, wycinam tylko koperty, bo pisze list do tatki, azeby juz wracal - odezwala sie dziewczynka. Po obliczu pani Stawskiej przelecial cien jakby zalu i zmeczenia. - I nic, zadnej wiadomosci? - spytal rzadca. Mloda pani z wolna potrzasnela glowa; ale jestem pewny, czy nie westchnela, ale tak cicho... - Oto los mlodej i niebrzydkiej kobiety! - zawolala starsza dama. - Nie panna, nie mezatka... - Mateczko! ... - Nie wdowa, nie rozwodka, slowem - nie wiadomo co i nie wiadomo za co... Ty, Helenko, mow sobie co chcesz, a ja ci powiadam, ze Ludwik juz nie zyje... - Mateczko!... mateczko!... - Tak - ciagnela matka z uniesieniem. - My go tu wszyscy oczekujemy kazdego dnia, o kazdej godzinie, ale to na nic... Albo umarl, albo zaparl sie ciebie, wiec nie masz obowiazku czekac... Obu paniom lzy nabiegly do oczu: matce z gniewu, a corce... Czyja wiem?... Moze z zalu za zlamanym zyciem. Nagle przeleciala mi przez glowe mysl, ktora (gdyby nie o mnie chodzilo) poczytalbym za genialna. Zreszta mniejsza o jej nazwe. Dosc, ze bylo w mojej twarzy i calej postaci cos takiego, ze gdy poprawilem sie na krzesle, zalozylem noge na noge i odchrzaknalem, wszyscy wlepili we mnie spojrzenia - nawet mala Helenka. - Znajomosc nasza - rzeklem - zbyt jest krotka, azebym smial... - Wszystko jedno! - przerwal mi pan Wirski. - Dobre uslugi przyjmuje sie nawet od nieznajomych. - Znajomosc nasza - mowilem skarciwszy go wzrokiem - jest wprawdzie niedluga. Pozwola panie jednak, azebym nie tyle ja, ile pan Wokulski uzyl swoich wplywow do odszukania malzonka pani... - Aaa!... - jeknela starsza dama w sposob, ktorego nie moglbym uwazac za objaw radosci. - Mateczko! - wtracila pani Stawska. - Heluniu - rzekla babcia stanowczo - idz do swojej lalki i rob jej kaftanik. Oczko juz znalazlam, idz... Dziewczynka byla troche zdziwiona, moze nawet zaciekawiona, ale ucalowala rece babci i matce i wyszla ze swymi drutami. - Prosze pana - ciagnela staruszka - jezeli mamy mowic szczerze, to mnie nie tyle chodzi... To jest... nie wierze, azeby Ludwik zyl. Kto przez dwa lata nie pisze... - Mamo, dosyc!... - O nie! - przerwala matka. - Jezeli ty jeszcze nie czujesz swego polozenia, to juz ja je rozumiem. Nie mozna zyc z taka wieczna nadzieja czy grozba... - Mamo droga, o moim szczesciu i obowiazkach ja tylko mam prawo... - Nie mow mi o szczesciu - wybuchnela matka. - Ono skonczylo sie w dniu, kiedy twoj maz uciekl przed sadem, ktory dowiedzial sie o jakichs ciemnych jego stosunkach z lichwiarka. Ze byl niewinny, wiem, na to gotowa bylam przysiac. Ale nie rozumiem ani ja, ani ty, po co on u niej bywal. - Mamo!... przeciez ci panowie sa obcy... - zawolala z desperacja pani Stawska. - Ja obcy?... - spytal rzadca tonem wymowki; ale powstal z krzeselka i uklonil sie. - I pan nie jestes obcy, i ten pan - rzekla staruszka wskazujac na mnie. - To musi byc uczciwy czlowiek... Teraz ja uklonilem sie. - Wiec mowie panu - ciagnela staruszka, bystro patrzac mi w oczy - zyjemy w ciaglej niepewnosci co do mego ziecia i niepewnosc ta zatruwa nam spokoj. Ale ja, wyznam szczerze, wiecej boje sie jego powrotu... Pani Stawska zaslonila twarz chustka i wybiegla do swego pokoju. - Placz sobie, placz... - mowila grozac za nia rozdrazniona staruszka. - Takie lzy, chociaz bolesne, lepsze sa od tych, ktore co dzien wylewasz... - Panie - zwrocila sie do mnie - przyjme wszystko, co nam Bog zeszle, ale czuje, ze gdyby ten czlowiek wrocil, zabilby do reszty szczescie mojego dziecka. Przysiegne - dodala ciszej - ze ona go juz nie kocha, choc sama nie wie o tym, ale jestem pewna, ze... pojechalaby do niego, gdyby ja wezwal!... Tlumione lkanie przerwalo jej mowe. Spojrzelismy po sobie z Wirskimi pozegnalismy sedziwa dame. - Pani - rzeklem na odchodnym - nim rok uplynie, przyniose wiadomosc o jej zieciu. A moze - szepnalem z mimowolnym usmiechem - sprawy uloza sie tak, ze... wszyscy bedziemy zadowoleni...Wszyscy... nawet ci, ktorych tu nie ma!... Staruszka spojrzala na mnie pytajacym wzrokiem, alem nic nie odpowiedzial. Jeszcze raz pozegnalem ja i wyszlismy obaj z rzadca nie dopytujac sie juz o pania Stawska. - A niechze pan zaglada do nas chocby co wieczor!... - zawolala sedziwa dama, gdy juz bylismy w kuchni. Naturalnie, ze bede zagladal... Czy uda mi sie moja kombinacja ze Stachem? Bog raczy wiedziec. Tam gdzie serce wchodzi w gre, na nic wszelkie rachuby. Ale sprobuje rozwiazac rece kobiecie, a i to cos znaczy. Po opuszczeniu mieszkania pani Stawskiej i jej matki rozeszlismy sie z rzadca domu, bardzo z siebie zadowoleni. To jakis dobry czleczyna. Ale kiedy wrociwszy do siebie zastanowilem sie nad skutkami mego przegladu lokatorow, azem sie schwycil za glowe. Mialem uregulowac finanse kamienicy i otoz uregulowalem je tak, ze na pewno dochod zmniejszyl sie o trzysta rubli rocznie. Ha! moze tym rychlej Stach opatrzy sie i sprzeda swoj nabytek, ktory wcale nie byl mu potrzebny. Ir wciaz mi niedomaga. Polityka stoi w jednej mierze: ciagla niepewnosc... W kwadrans po wyjezdzie z Warszawy koleja warszawsko - bydgoska doznal dwu szczegolnych, choc zupelnie roznych uczuc: owionelo go swieze powietrze, a on sam wpadl w jakis dziwny letarg. Poruszal sie swobodnie, byl trzezwy, myslal jasno i szybko, tylko nic go nie obchodzilo; ani kto z nim jedzie, ani ktoredy jedzie, ani dokad jedzie. Apatia ta rosla w miare oddalania sie od Warszawy. Za Pruszkowem prawie ucieszyly go krople deszczu, przez otwarte okno padajace do wnetrza wagonu; pozniej nieco ozywila go gwaltowna burza za Grodziskiem; mial nawet pragnienie, azeby go piorun zabil. Ale gdy burza przeszla, wpadl znowu w obojetnosc i nie interesowal sie niczym; nawet tym, ze jego sasiad z prawej strony spal mu na ramieniu, a sasiad z przeciwka zdjal kamasze i oparl mu na kolanach nogi, w czystych zreszta skarpetkach. Okolo polnocy napadlo na niego cos jakby sen, a moze tylko jeszcze wieksza obojetnosc. Zaslonil firanka latarnie wagonu, przymknal oczy i myslal, ze ta osobliwa apatia skonczy sie ze wschodem slonca. Ale nie skonczyla sie; owszem, do rana wzrosla i rosla coraz bardziej. Nie bylo mu z nia dobrze ani zle; tak sobie. Potem wzieto od niego paszport, potem zjadl sniadanie, kupil nowy bilet, kazal przeniesc rzeczy do innego pociagu i ruszyli dalej. Nowa stacja, nowa zmiana pociagow, nowa jazda... Wagon drzal i turkotal, lokomotywa co pewien czas swistala, zatrzymywala sie... Do przedzialu zaczeli siadac ludzie mowiacy po niemiecku, dwoje, troje... Potem calkiem znikneli ludzie mowiacy po polsku i wagon napelnil sie samymi Niemcami. Zmienial sie tez krajobraz. Ukazaly sie lasy otoczone walami i zlozone z drzew stojacych w tak rownej odleglosci jak zolnierze. Znikly drewniane chaty kryte sloma i coraz czesciej zaczely sie pojawiac pietrowe domki kryte dachowka, otoczone ogrodkami. Znowu postoj, znowu jedzenie. Jakies ogromne miasto... Ach! to chyba Berlin... Znowu jazda...Do wagonu siadaja ludzie wciaz mowiacy po niemiecku, ale jakby innym akcentem. Potem noc i sen... Nie, to nie sen, to tylko apatia. Zjawia sie dwu Francuzow w przedziale. Krajobraz calkiem odmienny; szerokie horyzonty, wzgorza, winnice. Tu i owdzie wielki dom pietrowy, stary, ale krzepki, zasloniety drzewami, zawiniety jakby w bluszcze. Znowu rewizja walizki. Zmiana pociagow, do wagonu wchodzi dwu Francuzow i jedna Francuzka i robia taki halas, jakby ich bylo z dziesiecioro. Sa to ludzie widocznie dobrze wychowani; pomimo to smieja sie, kilka razy zmieniaja miejsca i przepraszaja Wokulskiego, lecz za co, on sam nie wie. Na jednej ze stacji Wokulski pisze kartke do Suzina: "Paris-Grand Hotel", i daje ja konduktorowi wagonu razem z jakims banknotem, nie troszczac sie ani o to, ile dal, ani o to, czy depesza dojdzie. Na nastepnej stacji ktos wsuwa mu w reke caly zwitek banknotow i jada dalej;. Wokulski spostrzega, ze znowu jest noc, i znowu zapada w stan, ktory moze byc snem, a moze tylko utrata przytomnosci. Ma oczy zamkniete, pomimo to mysli, ze spi i ze ten dziwny stan zobojetnienia opusci go w Paryzu. "Paryz!... Paryz!... (mowi sobie ciagle spiac). Wszakze od tylu lat o nim tylko marzylem. To przejdzie... Wszystko przejdzie!..." Godzina dziesiata rano, nowa stacja. Pociag staje pod dachem; halas, krzyk, bieganina. Wokulskiego napada od razu trzech Francuzow ofiarujacych mu uslugi. Nagle ktos chwyta go za ramie. - No, Stanislawie Piotrowiczu, twoje szczescie, zes przyjechal... Wokulski przypatruje sie przez chwile jakiemus olbrzymowi z czerwona twarza i konopiasta broda, wreszcie mowi: - Ach, Suzin! Padaja sobie w objecia. Suzinowi towarzyszy jeszcze dwu Francuzow z ktorych jeden odbiera Wokulskiemu bilet na rzeczy. - Twoje szczescie, zes przyjechal - mowi Suzin calujac go jeszcze raz. - Myslalem, ze sie skrece w tym Paryzu bez ciebie... "Paryz..." - mysli Wokulski. - O mnie mniejsza - ciagnie dalej Suzin. - Takes zhardzial pomiedzy wasza parszywa szlachta, ze o mnie juz nie dbasz. Ale dla ciebie samego szkoda pieniedzy... Stracilbys z piecdziesiat tysiecy rubli... Dwaj Francuzi, towarzyszacy Suzinowi, ukazuja sie znowu i mowia im, ze juz moga jechac. Suzin bierze pod reke Wokulskiego i wyprowadza go na plac, gdzie stoi mnostwo omnibusow i powozow jedno-i dwukonnych, z woznicami umieszczonymi z przodu lub z tylu. Przeszedlszy kilkanascie krokow trafiaja na dwukonny powoz z lokajem. Siadaja i jada. - Patrzaj - mowi Suzin - to ulica Lafayette, a ot bulwar Magenta. Jedziem wciaz Lafayettem az do hotelu przy Operze. Powiadam tobie, cud, nie miasto! No, a jak zobaczysz Elizejskie Pola, a potem miedzy Sekwana i Rivoli... Eh! ja tobie mowie, cud, nie miasto... Kobiety tylko troche zanadto wypychaja sie. Ale tu inszy smak... Na wszelki sposob ciesze sie, zes przyjechal; piecdziesiat albo i wiecej tysiecy rubli to nie nic... Ot, widzisz, Opera, a ot bulwar Kapucynski, a ot, nasza chata... Wokulski spostrzega ogromny pieciopietrowy gmach, formy klinowatej, na wysokosci drugiego pietra otoczony zelazna balustrada, przy szerokiej ulicy wysadzonej niezbyt starymi drzewami, pelnej omnibusow, powozow, ludzi konnych i pieszych. Ruch jest tak wielki, jak gdyby co najmniej polowa Warszawy biegla na zobaczenie jakiegos wypadku; ulica jest tak gladka jak posadzka. Widzi, ze jest w samym srodku Paryza, lecz nie doznaje ani wzruszenia, ani ciekawosci. Nic go nie obchodzi. Powoz wjezdza we wspaniala brame, lokaj otwiera drzwiczki, wysiadaja. Suzin bierze Wokulskiego pod reke i prowadzi do malego pokoiku, ktory po chwili zaczyna wznosic sie w gore. - A ot winda - mowi Suzin. - Ja mam tu dwa mieszkania. Jedno na pierwszym pietrze za sto frankow dziennie, drugie na trzecim za dziesiec frankow. I dla ciebie wzialem za dziesiec frankow. Trudna racja -wystawa!... Wychodza z windy na korytarz i po chwili znajduja sie w eleganckim saloniku, ktory posiada mahoniowe meble, szerokie lozko pod baldachimem i szafe majaca zamiast drzwi ogromne lustro. - Siadaj, Stanislawie Piotrowiczu. Chcesz jesc czy pic, tu czy w sali? No, piecdziesiat tysiecy twoje... Bardzom kontent... - Powiedz mi - po raz pierwszy odezwal sie Wokulski - za coz to ja mam dostac piecdziesiat tysiecy?... - Moze i wiecej. -Dobrze, ale za co? Suzin rzuca sie na fotel, opiera rece na brzuchu i wybucha smiechem. - Ot, za to samo, ze sie pytasz!... Inny nie pyta, za co wezmie pieniadze, tylko dawaj... A ty jeden chcesz wiedziec, za co zarobisz takie pieniadze. Ach, ty golabku!... - To nie jest odpowiedz. - Zaraz ja tobie odpowiem - mowi Suzin. - Najpierw za to, zes ty mnie jeszcze w Irkucku przez cztery lata rozumu uczyl. Zeby nie ty, ja nie bylbym ten Suzin co. dzis. No, a ja, Stanislawie Piotrowiczu, ja nie wasz czlowiek: za dobro daje dobro... - I to nie odpowiedz - wtracil Wokulski. Suzin wzruszyl ramionami. - Juz ty w tej izbie nie chciej ode mnie objasnienia; a tam na dole sam zrozumiesz. Moze byc, kupie troche galanterii paryskich, a moze byc, kilkanascie statkow kupieckich. Ja po francusku ani w zab i po niemiecku tez, wiec trzeba mi czlowieka takiego jak ty... - Nie znam sie na statkach. - Badz spokojny. Znajdziem tu inzynierow kolejowych i morskich, i wojskowych... Mnie nie o nich chodzi, ale o czlowieka, ktory by gadal za mnie - dla mnie. Zreszta, mowie tobie, jak zejdziemy tam na dol, miej ty dwie pary oczow i dwie pary uszow, ale jak wyjdziemy stamtad, nie miej ty nawet pamieci. Ty to potrafisz, Stanislawie Piotrowiczu, a o reszte nie pytaj sie. Ja zarobie dziesiec procent, tobie dam dziesiec procent od mego zarobku i sprawa skonczona. A na co to, dla kogo i przeciw komu - nie pytaj. Wokulski milczal. - O czwartej przyjda do mnie fabrykanci amerykanscy i francuscy. Mozesz zejsc? - spytal Suzin. - Dobrze. - A teraz przejedziesz sie po miescie? - Nie. Teraz pojde spac. - No, to i dobrze. Chodzze do twego mieszkania. Opuscili numer Suzina i o kilkanascie krokow dalej weszli do podobnego zupelnie saloniku: Wokulski rzucil sie na lozko, Suzin wyszedl na palcach i zamknal drzwi. Po odejsciu Suzina Wokulski przymknal oczy i usilowal zasnac. Moze nie tyle zasnac, ile odpedzic od siebie jakas mysl natretna, przed ktora uciekl z Warszawy. Przez pewien czas zdawalo mu sie, ze jej niema, ze zostala tam i ze dopiero szuka go stroskana, tulajac sie od Krakowskiego Przedmiescia do Alei Ujazdowskiej. "Gdzie on jest?... gdzie on jest?..." - szeptalo widmo. "A jezeli poleci za mna?... - spytal samego siebie Wokulski. - No, juz chyba tu mnie nie znajdzie w tak wielkim miescie, w takim ogromnym hotelu..." "A moze mnie juz szuka?..." - pomyslal. Zamknal oczy jeszcze mocniej i poczal hustac sie na materacu; ktory wydal mu sie nadzwyczajnie szerokim i wyjatkowo sprezystym. Byl pograzony w dwu szmerach. Za drzwiami, na hotelowym korytarzu, ludzie rozmawiali i biegali, jakby w tej chwili stalo sie cos; za oknem, na ulicy, rozlegal sie nieokreslony halas, na ktory skladaja sie turkoty licznych wozow, dzwieki dzwonow, glosy ludzkie, trabki, wystrzaly i Bog nie wie co, a wszystko przytlumione i odlegle. Potem przywidzialo mu sie, ze jakis cien zaglada do jego okna, a pozniej, ze po dlugim korytarzu ktos chodzi ode drzwi do drzwi, puka i pyta: "Czy nie ma go tu?..." Istotnie ktos chodzil, pukal i nawet zapukal do jego drzwi; lecz nie odebrawszy odpowiedzi poszedl dalej. "Nie znajdzie mnie!... nie znajdzie..." - myslal Wokulski. Wtem otworzyl oczy i wlosy powstaly mu na glowie. Naprzeciw siebie zobaczyl taki sam pokoj jak jego, takie samo lozko z baldachimem, a na nim... siebie!... Bylo to jedno z najsilniejszych wstrzasnien, jakich doznal w zyciu, sprawdziwszy wlasnymi oczyma, ze tu, gdzie uwazal sie za zupelnie samotnego, towarzyszy mu nieodstepny swiadek... on sam!... "Co za oryginalne szpiegowanie... - mruknal. - Glupie te szafy z lustrami." Zerwal sie z lozka, jego sobowtor zerwal sie rownie szybko. Pobiegl do okna - tamten takze. Otworzyl goraczkowo walizke, azeby przebrac sie, i tamten rowniez zaczal przebierac sie, widocznie z zamiarem wyjscia na miasto. Wokulski czul, ze musi uciec z tego pokoju. Widmo, przed ktorym wyjechal z Warszawy, bylo juz tu i stalo za progiem. Umyl sie, wlozyl czysta bielizne, przebral sie. Bylo ledwie wpol do pierwszej. "Trzy i pol godziny - pomyslal. - Cos trzeba z nimi zrobic..." Ledwie otworzyl drzwi, juz znalazl sie sluzacy z frazesem: - Monsieur?... Wokulski kazal zaprowadzic sie do schodow, dal sluzacemu franka i zbiegl z trzeciego pietra na dol, jak czlowiek, ktorego scigaja. Wyszedl przed brame i zatrzymal sie na chodniku. Ulica szeroka, wysadzona drzewami. W jednej chwili przelatuje okolo niego ze szesc powozow i zolty omnibus, naladowany podroznymi wewnatrz i na dachu. Na prawo, gdzies bardzo daleko, widac plac, na lewo - pod hotelem - nieduza markize, a pod nia gromade mezczyzn i kobiet, ktorzy siedza przy okraglych stoliczkach, prawie na chodniku, i pija kawe. Panowie sa jak wydekoltowani, maja w dziurkach od guzikow kwiaty lub wstazeczki i zakladaja nogi na kolana akurat tak wysoko, jak przystoi w sasiedztwie pieciopietrowych domow; kobiety szczuple, male, sniade, z ognistymi spojrzeniami, lecz skromnie ubrane. Wokulski idzie w lewo i za weglem tego samego hotelu, w tymze samym hotelu, widzi druga markize i druga gromade ludzi, pijacych cos obok chodnika. Tu siedzi ze sto osob, jezeli nie wiecej; panowie maja miny impertynentow, damy sa ozywione, przyjacielskie i pelne prostoty. Powozy jedno - i dwukonne tocza sie w dalszym ciagu, gromady pieszych pedza co chwile w jedna i druga strone, przesuwa sie zolty i zielony omnibus, tym zas przecinaja droge omnibusy brunatne, wszystkie napelnione wewnatrz, wszystkie obladowane podroznymi na dachach. Wokulski znajduje sie na srodku placu, z ktorego rozchodzi sie siedem ulic. Liczy raz i drugi - siedem ulic... Gdzie isc? Chyba w kierunku drzew... Akurat dwie ulice, przecinajace sie pod katem prostym, sa zadrzewione... "Pojde w kierunku sciany hotelu" - mysli Wokulski. Robi pol obrotu w lewo i staje zdumiony. W glebi na lewo widac jakis potezny gmach. Na parterze - szereg arkad i posagow, na pierwszym pietrze olbrzymie kolumny kamienne i nieco mniejsze marmurowe, ze zloconymi kapitelami. Na wysokosci dachu w katach orly i zlocone posagi, unoszace sie nad zloconymi figurami rozhukanych koni. Dach blizej plaski, dalej kopula zakonczona korona, a jeszcze dalej - dach trojkatny, rowniez dzwigajacy na szczycie grupe figur. Wszedzie marmur, braz, zloto, wszedzie kolumny, posagi i medaliony... "Opera?... - mysli Wokulski. - Alez tu jest wiecej marmurow i brazow anizeli w calej Warszawie!..." Przypomina sobie swoj sklep, ozdobe miasta, rumieni sie i idzie dalej. Czuje, ze Paryz na pierwszym kroku przytloczyl go, i - jest kontent. Ruch powozow, omnibusow i ludzi pieszych zwieksza sie w zastraszajacy sposob. Co kilka krokow werandy, okragle stoliki, ludzie siedzacy przy chodnikach. Za powozem, ktory ma z tylu lokaja, toczy sie wozek ciagniony przez psa, mija go omnibus, potem dwaj ludzie z tragami, potem wiekszy woz na dwu kolach, potem dama i mezczyzna konno i znowu nieskonczony szereg powozow. Blizej chodnika - wozek z bukietami, drugi z owocami, naprzeciw pasztetnik, roznosiciel gazet, handlarz starzyzny, szlifierz, roznosiciel ksiazek... - M'rchand d'habits... - "Figaro"!... - Exposition!... - "Guide Parisien!"... trois francs!... trois francs!... Ktos wsuwa Wokulskiemu ksiazke w reke, on placi trzy franki i przechodzi na druga strone ulicy. Idzie szybko, lecz pomimo to widzi, ze wszystko go wyprzedza: powozy i piesi. Oczywiscie, jest to jakis olbrzymi wyscig; wiec przyspiesza kroku, a choc jeszcze nikogo nie wyscignal, juz zwraca na siebie powszechna uwage. Jego przede wszystkim atakuja roznosiciele gazet i ksiazek, na niego patrza kobiety, z niego w drwiacy sposob usmiechaja sie mezczyzni. Czuje, ze on, Wokulski, ktory tyle halasu robil w Warszawie, tutaj jest oniesmielony jak dziecko i... dobrze mu z tym... Ach, jakze pragnalby znowu zostac dzieckiem z owej epoki, kiedy to jego ojciec naradzal sie z przyjaciolmi: czy go oddac do kupca, czy do szkol? W tym miejscu ulica nieco zgina sie na prawo. Wokulski pierwszy raz spostrzega dom trzypietrowy i napelnia go jakas rzewnosc. Dom trzypietrowy miedzy pieciopietrowymi!... coz to za mila niespodzianka... Nagle - mija go powoz z groomem na kozle, wiozacy dwie kobiety. Jedna calkiem mu nie znana, druga... "Ona?... - szepcze Wokulski. - Niepodobienstwo!..." Mimo to czuje, ze sily go opuszczaja. Na szczescie, jest obok kawiarnia. Rzuca sie na krzeslo, tuz przy chodniku; zjawia sie garson, o cos pyta, a nastepnie przynosi mazagran. Jednoczesnie jakas kwiaciarka przypina mu roze do tuzurka, a roznosiciel gazet kladzie przednim "Figaro". Wokulski tej rzuca dziesiec frankow, temu franka, pije mazagran i zaczyna czytac: "Jej K. M. Krolowa Izabela..." Mnie gazete i chowa ja do kieszeni, nie dokonczywszy mazagranu placi za niego i - wstaje od stolu. Garson patrzy spod oka, dwaj goscie, bawiacy sie cienkimi laseczkami, zakladaja nogi jeszcze wyzej, a jeden z nich impertynencko przypatruje mu sie przez monokl. "Gdybym tego franta uderzyl w twarz? - mysli Wokulski. - Jutro pojedynek i moze zabilby mnie... Ale gdybym ja jego zabil?.. " Przeszedl okolo franta i spojrzal mu w oczy. Elegantowi monokl spadl na kamizelke i opuscila go ochota do polusmieszkow. Wokulski idzie dalej i z najwieksza uwaga przypatruje sie kamienicom Coz tu za sklepy!... Najlichszy z nich lepiej wyglada anizeli jego, ktory jest najpiekniejszym w Warszawie. Domy ciosowe; prawie na kazdym pietrze wielkie balkony albo balustrady biegnace wzdluz calego pietra. "Ten Paryz wyglada, jakby wszyscy mieszkancy czuli potrzebe ciaglego komunikowania sie jezeli nie w kawiarniach, to za pomoca gankow" - mysli Wokulski. I dachy sa jakies oryginalne, wysokie, obladowane kominami, najezone blaszanymi kominkami i szpicami. I na ulicach co krok wyrasta albo drzewo, albo latarnia, albo kiosk, albo kolumna zakonczona kula. Zycie kipi tu tak silnie, ze nie mogac zuzyc sie w nieskonczonym ruchu powozow, w szybkim biegu ludzi, w dzwiganiu pieciopietrowych domow z kamienia, jeszcze wytryskuje ze scian w formie posagow lub plaskorzezb, z dachow w formie strzal i z ulic w postaci nieprzeliczonych kioskow. Wokulskiemu zdaje sie, ze wydobyty z martwej wody wpadl nagle w ukrop, ktory "burzy sie i szumi, i pryska..." On, czlowiek dojrzaly i w swoim klimacie gwaltowny, poczul sie tu jak flegmatyczne dziecko, ktoremu imponuje wszystko i wszyscy. Tymczasem dokola niego wciaz "wre i kipi, i szumi, i pryska"; nie widac konca tlumow ani powozow, ani drzew, ani olsniewajacych wystaw, ani nawet samej ulicy. Wokulski stopniowo zapada w odurzenie. Przestaje slyszec halasliwa rozmowe przechodniow, potem gluchnie na krzyki handlarzy ulicznych, wreszcie na turkot kol. Potem zdaje mu sie, ze juz gdzies widzial takie domy, taki ruch, takie kawiarnie; pozniej mysli, ze ostatecznie jest to nic wielkiego, a nareszcie budza sie w nim zdolnosci krytyczne, i mowi sobie, ze - jakkolwiek w Paryzu czesciej mozna slyszec jezyk francuski anizeli w Warszawie, to jednak akcent tutejszy jest gorszy i wymowa mniej wyrazna. Tak rozwazajac zwalnia kroku i zaczyna nie ustepowac z drogi. I kiedy mysli, ze dopiero teraz Francuzi zaczna go wytykac palcami, spostrzega ze zdziwieniem, ze juz coraz mniej zwracaja na niego uwage. Po jednogodzinnym pobycie na ulicy stal sie zwyczajna kropla paryskiego oceanu. "To i lepiej!" - mruczy. Do tej chwili co kilkadziesiat krokow, na prawo i na lewo, rozsuwaly sie domy i widac bylo jakas boczna ulice. Teraz jednolita sciana domow ciagnie sie przez kilkaset krokow. Zaniepokojony, pospiesza i ku wielkiemu zadowoleniu dociera nareszcie do bocznej ulicy; skreca troche na prawo i czyta: Rue St. Fiacre. Usmiecha sie, przychodzi mu bowiem na mysl jakis romans Pawla Kocka. Znowu boczna ulica i znowu czyta: Rue du Sentier. "Nie znam" - mowi do siebie. O kilkadziesiat krokow dalej widzi: Rue Poissonniere, ktora mu przypomina jakas sprawe kryminalna, a potem caly szereg krotkich uliczek wychodzacych naprzeciw teatru "Gymnase". "Coz to znowu?..." - mysli spostrzeglszy na lewo ogromny budynek, niepodobny do zadnego z tych, jakie znal dotychczas. Jest to olbrzymi prostokat z kamienia, a w nim brama z polkolistym sklepieniem. Oczywiscie brama, ktora stoi na przecieciu sie dwu ulic. Obok niej budka, gdzie zatrzymuja sie omnibusy; prawie naprzeciw kawiarnia i chodnik oddzielony od srodka ulicy krotka zelazna balustrada. O pareset krokow dalej druga podobna brama, a miedzy nimi szeroka ulica ciagnaca sie na prawo i lewo. Ruch nagle poteguje sie; tedy bowiem przejezdzaja az trzy gatunki omnibusow i tramwaje. Wokulski spoglada na prawo i znowu widzi dwa szeregi latarn, dwa szeregi kioskow, dwa szeregi drzew i dwa szeregi pieciopietrowych domow ciagnacych sie na dlugosc Krakowskiego Przedmiescia i Nowego Swiatu. Konca ich nic widac, tylko gdzies het, daleko, ulica podnosi sie ku niebu, dachy znizaja sie ku ziemi i wszystko znika. "No, chocbym mial zbladzic i spoznic sie na sesje, pojde w tamta strone!..." - mysli. Wtem na skrecie wymija go mloda kobieta, ktorej wzrost i ruchy robia na Wokulskim silne wrazenie. "Ona?... Nie... Naprzod, ona zostala w Warszawie, a po wtore - spotykam juz druga taka... Zludzenia..." Ale sily opuszczaja go, a nawet pamiec. Stoi na przecieciu sie dwu ulic wysadzonych drzewami i absolutnie nie wie, skad przyszedl. Ogarnia go strach paniczny, znany ludziom, ktorzy zbladzili w lesie; szczesciem, nadjezdza jednokonka, ktorej furman usmiecha sie do niego w sposob bardzo przyjacielski. - Grand Hotel - mowi Wokulski siadajac. Dorozkarz dotyka reka kapelusza i wola: - Naprzod, Lizetka... Ten szlachetny cudzoziemiec postawi ci za fatyge kwarte piwa. Nastepnie, odwrociwszy sie bokiem do Wokulskiego, mowi: - Jedno z dwojga, obywatelu: albo dopiero dzis przyjechaliscie, albo jestescie po dobrym sniadaniu... - Dzis przyjechalem - odpowiada Wokulski, uspokojony widokiem jego pelnej, czerwonej twarzy bez zarostu. - I piliscie troche, to zaraz widac - wtraca dorozkarz. - A takse znacie?.. - Wszystko jedno. - Naprzod, Lizetka!... Bardzo podobal mi sie ten cudzoziemiec i mysle, ze tylko tacy powinni pokazywac sie na naszej wystawie. Czy aby jestescie pewni, obywatelu, ze mamy jechac do Grand Hotel?... - zwraca sie do Wokulskiego. - Najzupelniej. - Naprzod, Lizetkal Ten cudzoziemiec zaczyna mi imponowac. - Czy nie jestescie, obywatelu, z Berlina?... - Nie. Dorozkarz przypatruje mu sie chwile, wreszcie mowi: - Tym lepiej dla was. Nie mam wprawdzie pretensji do Prusakow, choc zabrali nam Alzacje i spory kawal Lotaryngii, ale zawsze nie lubie miec Niemca za kolnierzem. Skadze jestescie, obywatelu? - Z Warszawy. - Ah, ca... Piekny kraj... bogaty kraj... Naprzod, Lizetka!... Wiec pan jestes Polak?... Znam Polakow!... Oto plac Opery, obywatelu, a oto Grand Hotel... Wokulski rzucil trzy franki dorozkarzowi, pedem wbiegl do bramy, a z niej na trzecie pietro. Ledwie stanal przed swoim numerem, juz ukazal sie usmiechniety sluzacy i oddal mu bilet Suzina i pakiet listow. - Duzo interesantow... duzo interesantek! - rzekl sluzacy patrzac na niego figlarnie. - Gdziez oni? - Sa w salonie przyjec, sa w czytelni, sa w sali jadalnej... Pan Jumart niecierpliwi sie... - Ktoz jest pan Jumart? - spytal Wokulski. - Marszalek dworu panskiego i pana Siuze... Bardzo zdolny czlowiek i duze moglby panu oddac uslugi, gdyby byl pewny tak... z tysiac frankow gratyfikacji... - mowil wciaz figlarnie sluzacy. - Gdziez on jest? - Na pierwszym pietrze, w panskim salonie przyjec. Pan Jumart jest bardzo zdolny czlowiek, ale i ja moze przydalbym sie waszej ekscelencji, jakkolwiek nazywam sie Miler. Naprawde jednak jestem Alzatczyk i na honor, zamiast brac od pana, jeszcze placilbym dziesiec frankow dziennie, bylesmy raz skonczyli z Prusakami. Wokulski wszedl do numeru. - Nade wszystko niech panowie strzega sie tej baronowej... ktora juz czeka w czytelni, a ma niby to przyjsc dopiero o trzeciej... Przysiegne, to Niemka... Jestem przecie Alzatczyk!... Ostatnie zdania Miler wypowiedzial znizonym glosem i cofnal sie na korytarz. Wokulski otworzyl bilet Suzina i czytal: "Sesja dopiero o osmej - pisal Suzin - masz czasu dosyc, wiec zalatw sie z tymi interesantami, a nade wszystko z babami. Ja juz, dalibog, za stary, zeby im wszystkim dogodzic." Wokulski zaczal przegladac listy. Po wiekszej czesci byly to reklamy kupcow, fryzjerow, dentystow, prosby o wsparcie, propozycje wyjawienia jakichs tajemnic, jedna odezwa od Armii Zbawienia. Z calego mnostwa tych korespondencyj uderzyla Wokulskiego nastepna: "Osoba mloda, elegancka i przystojna pragnie zwiedzac z panem Paryz na wspolny koszt. Odpowiedz zlozyc u szwajcara hotelu." "Oryginalne miasto!" - mruknal Wokulski. Drugi, jeszcze ciekawszy list pochodzil od owej baronowej... ktora od trzeciej miala czekac na schadzke w czytelni. "To jeszcze pol godziny..." Zadzwonil i kazal przyniesc do numeru sniadanie. W kilka minut podano mu szynke, jaja, befsztyk, jakas nieznana rybe, kilka butelek rozmaitych trunkow i maszynke kawy czarnej. Jadl z wilczym apetytem, pil nie gorzej, wreszcie kazal Milerowi zaprowadzic sie do owej sali przyjec. Sluzacy wyszedl z nim na korytarz, dotknal dzwonka, cos powiedzial przez tube i wprowadzil Wokulskiego do windy. W minute pozniej Wokulski byl na pierwszym pietrze, a gdy opuszczal winde, zastapil mu droge jakis dystyngowany pan, z nieduzymi wasami, we fraku i bialym krawacie. - Jumart... - odezwal sie ten pan z uklonem. Poszli kilkanascie krokow korytarzem i Jumart otworzyl drzwi wspanialego salonu. Wokulski o malo nie cofnal sie zobaczywszy zlocone meble, olbrzymie lustra i sciany ozdobione plaskorzezbami. Na srodku stal duzy stol pokryty kosztownym obrusem i przywalony stosem papierow. - Moge wprowadzic interesantow? - spytal Jumart. - Ci nie sa, zdaje mi sie, niebezpieczni. Tylko na baronowe... osmiele sie zwrocic uwage... Czeka w czytelni. Uklonil sie i wyszedl z powaga do innego salonu, ktory zdawal sie byc poczekalnia. "Czy ja, do licha, nie wpadlem w jaka awanture?" - pomyslal Wokulski. Ledwie Wokulski usiadl na fotelu i zaczal przegladac papiery, wszedl lokaj w blekitnym fraku ozdobionym zlotymi haftami i podal mu bilet na tacy. Na bilecie byl napis: "Pulkownik", i jakies nic nie mowiace nazwisko. - Prosic. Po chwili ukazal sie mezczyzna pieknego wzrostu, z siwa hiszpanka, takimiz wasami i czerwona wstazeczka przy klapie surduta: - Wiem, ze malo ma pan czasu - odezwal sie gosc, lekko klaniajac sie. - Moj interes jest krotki. Paryz - miasto wspaniale pod kazdym wzgledem: czy chodzi o zabawe, czy o nauke ; ale potrzebuje wytrawnego przewodnika. Poniewaz znam wszystkie muzea, galerie, teatry, kluby, monumenta, instytucje rzadowe i prywatne, slowem wszystko...wiec jezeli pan zyczy sobie... - Niech pan raczy zostawic swoj adres - odpowiedzial Wokulski. - Wladam czterema jezykami, mam znajomosci w swiecie artystycznym, literackim, naukowym i przemyslowym... - W tej chwili nie moge panu dac odpowiedzi - przerwal Wokulski - Mam zglosic sie czy czekac na panskie wezwanie? - spytal gosc - Tak, odpowiem panu listownie. - Polecam sie pamieci - odparl gosc. Wstal z krzesla i ukloniwszy sie wyszedl. Lokaj przyniosl drugi bilet i niebawem ukazal sie drugi gosc. Byl to czlowiek pulchny i rumiany i wygladal na wlasciciela sklepu blawatnego. Klanial sie na calej przestrzeni ode drzwi do stolu. - Co pan kaze? - spytal Wokulski. - Jak to, nie odgadl pan przeczytawszy nazwisko Escabeau?..Hannibal Escabeau?... - zdziwil sie przybyly. - Karabin Escabeau daje siedemnascie strzalow na minute; ten zas, ktory bede mial honor zaprezentowac panu, wyrzuca trzydziesci kul... Wokulski mial tak zdziwiona mine, ze Hannibal Escabeau sam poczal sie dziwic. - Sadze, ze nie omylilem sie? - spytal gosc. - Omylil sie pan - odparl Wokulski. - Jestem kupcem galanteryjnym i karabiny nic mnie nie obchodza. - Mowiono mi jednak... poufnie... - rzekl z naciskiem Escabeau - ze panowie... - Zle pana poinformowano. - Ach, w takim razie przepraszam... To moze byc pod innym numerem... - mowil gosc cofajac sie i klaniajac. Nowy wystep blekitnego fraka i bialych spodni i nowy gosc; tym razem maly, szczuply, czarny, z niespokojnym wejrzeniem. Ten prawie przybiegl do stolu, padl na krzeslo, obejrzal sie na drzwi i przysunawszy sie do Wokulskiego zaczal przyciszonym glosem: - Pewnie dziwi to pana, ale... rzecz jest wazna... zbyt wazna...W tych dniach zrobilem olbrzymie odkrycie co do rulety... Trzeba tylko szesc do siedmiu razy dublowac stawke... - Wybaczy pan, ale ja sie tym nie zajmuje - przerwal mu Wokulski: - Nie ufa mi pan?... To calkiem naturalne... Ale mam wlasnie przy sobie mala rulete... Mozemy sprobowac... - Przepraszam pana, w tej chwili nie mam czasu. - Trzy minuty, panie... minutke... - Ani pol minuty. - Wiec kiedyz mam przyjsc? - pytal gosc z mina bardzo zdesperowana. - W kazdym razie niepredko. - Niechze mi pan przynajmniej pozyczy sto frankow na oficjalne proby... - Moge sluzyc piecioma - odparl Wokulski siegajac do kieszeni. - O nie, panie, dziekuje... Nie jestem awanturnikiem... Zreszta...niech pan da... jutro odniose... Pan moze sie tymczasem namysli... Nastepny gosc, czlowiek okazalej tuszy, ze sznurem miniaturowych orderow na klapie surduta, proponowal Wokulskiemu: dyplom doktora filozofii, order lub tytul, i wydawal sie bardzo zdziwionym, gdy propozycji nie przyjeto. Odszedl, nawet nie pozegnawszy sie. Po nim nastapila paru minutowa przerwa. Wokulskiemu zdawalo sie, ze w poczekalni slyszy szelest kobiecej sukni. Wytezyl ucho... W tej chwili lokaj zameldowal baronowe... Znowu dluga pauza i ukazala sie w salonie kobieta tak piekna i dystyngowana, ze Wokulski mimo woli powstal z fotelu. Mogla miec okolo czterdziestu lat; wzrost okazaly, rysy bardzo regularne, postawa wielkiej damy. Milczac wskazal jej fotel. Gdy zas usiadla, spostrzegl, ze jest wzburzona i szarpie w rekach haftowana chusteczke. Nagle odezwala sie, dumnie patrzac mu w oczy: - Pan mnie zna? - Nie, pani. - Nie widzial pan nawet moich portretow? - Nie. - Wiec chyba nigdy pan nie byl ani w Berlinie, ani w Wiedniu. - Nie bylem. Dama gleboko odetchnela. - Tym lepiej - rzekla - bede smielsza. Nie jestem baronowa...jestem zupelnie kim innym. Ale o to mniejsza. Chwilowo znalazlam sie w trudnym polozeniu... potrzebuje dwudziestu tysiecy frankow... A poniewaz nie chce w tutejszych lombardach zastawiac moich klejnotow, wiec... Pojmuje pan? - Nie, pani. - Wiec... mam do zbycia wazna tajemnice... - Nie mam prawa nabywac tajemnic - odpowiedzial juz zmieszany Wokulski. Dama poruszyla sie na fotelu. - Nie ma pan prawa?... Wiec po coz pan tu przyjechal?... - rzekla z lekkim usmiechem. - A jednak nie mam... Dama podniosla sie. - Tu - mowila wzruszona - jest adres, pod ktorym mozna sie zglosic do mnie w ciagu dwudziestu czterech godzin, a tu... notatka, ktora moze panu da troche do myslenia... Zegnam. Wyszla z szelestem. Wokulski spojrzal na notatke i znalazl w niej szczegoly dotyczace osoby jego i Suzina, ktore zazwyczaj stanowia tresc paszportow. "No tak!... - myslal. - Miler przeczytal moj paszport i zrobil z niego wyciag, nawet nie bez bledow... Woklusky... Coz, u diabla czy oni mnie uwazaja za dziecko?..." Poniewaz nikt z gosci juz nie przychodzil, Wokulski wezwal do siebie Jumarta. - Co pan rozkaze? - spytal elegancki marszalek dworu. - Chcialem z panem pomowic. - Prywatnie?... W takim razie pozwoli pan, ze usiade. Przedstawienie skonczone, kostiumy ida do skladu, aktorzy staja sie rowni sobie. Mowil to nieco ironicznym tonem i zachowywal sie, jak przystalo na czlowieka bardzo dobrze wychowanego. Wokulski dziwil sie coraz wiecej. - Powiedz mi pan - rzekl - co to sa za ludzie? - Ci, ktorzy byli u pana? - spytal Jumart. - Ludzie jak inni: przewodnicy, wynalazcy, posrednicy... Kazdy pracuje, jak umie, i stara sie swoja prace zbyc najkorzystniej. A ze lubia zarobic, jezeli sie da, wiecej niz warto, to juz cecha Francuzow: - Pan nie jestes Francuzem? - Ja?... urodzilem sie w Wiedniu, ksztalcilem sie w Szwajcarii i w Niemczech, dlugi czas mieszkalem we Wloszech, Anglii, Norwegii, Stanach Zjednoczonych... Moje zas nazwisko najlepiej streszcza narodowosc: tym jestem, w czyjej mieszkam oborze; wolem miedzy wolami, koniem miedzy konmi. A ze wiem, skad mam pieniadze i na co je wydaje, i ludzie o mnie wiedza, wiec zreszta nic mnie nie obchodzi. Wokulski przypatrywal mu sie z uwaga. - Nie rozumiem pana - rzekl. - Widzi pan - mowil Jumart przebierajac palcami po stole - za duzo zwiedzilem swiata, azebym mial troszczyc sie o czyjas narodowosc. Dla mnie istnieja tylko cztery narodowosci bez wzgledu na jezyki. Numer pierwszy maja ci, o ktorych wiem: - skad biora pieniadze i na co je wydaja. Numer drugi - ci, o ktorych wiem, skad biora, ale nie wiem, na co wydaja. Numer trzeci ma znane wydatki, choc nieznane dochody, a numer czwarty nosza ci, ktorych nie znam ani zrodla dochodow, ani wydatkow. O panu Escabeau wiem, ze ma dochody z fabryki trykotazy, a wydaje pieniadze na zbudowanie jakiejs piekielnej broni, wiec szanuje go... zas o pani baronowej:.. nie wiem, ani skad bierze pieniadze, ani na co je wydaje; i dlatego jej nie ufam. - Ja jestem kupcem, panie Jumart - odpowiedzial Wokulski, niemile drasniety wykladem powyzszej teorii. - Wiem o tym. I jeszcze jest pan przyjacielem pana Siuze, co takze daje pewien procent. Nie do pana zreszta stosowaly sie moje uwagi; wypowiedzialem je jako odczyt, ktory mam nadzieje, oplaci mi sie. - Jestes pan filozofem - mruknal Wokulski. - Nawet doktorem filozofii dwu uniwersytetow - odparl Jumart. - I spelniasz pan role... - Sluzacego?... chciales pan powiedziec - przerwal smiejac sie Jumart. - Pracuje, panie, aby zyc i zabezpieczyc sobie rente na starosc. A o tytul nie dbam: tyle ich juz mialem!... Swiat podobny jest do amatorskiego teatru: wiec nieprzyzwoicie jest pchac sie w nim do rol pierwszych, a odrzucac podrzedne. Wreszcie, kazda rola jest dobra, byle grac ja z artyzmem i nie brac jej zbyt powaznie. Wokulski poruszyl sie. Jumart wstal z krzesla i ukloniwszy sie elegancko, rzekl: - Polecam panu moje uslugi. Nastepnie wyszedl z salonu. "Mam goraczke czy co?... - szepnal Wokulski sciskajac glowe rekoma. - Wiedzialem, ze Paryz jest dziwny, ale zeby byl az tak dziwny..." Kiedy Wokulski spojrzal na zegarek, bylo dopiero wpol do czwartej. "Przeszlo cztery godziny do sesji" - mruknal czujac, ze ogarnia go trwoga na mysl: co robic z czasem? Widzial tyle nowych rzeczy, rozmawial z tyloma nowymi ludzmi i jest dopiero wpol do czwartej!... Trapil go nieokreslony niepokoj, czul brak czegos... "Moze by znowu co zjesc? - nie. Moze czytac? - nie. Moze rozmawiac? - juz mam dosyc tej rozmowy.." Ludzie obrzydli mu; najmniej wstretnymi byli ci chorzy na manie wynalazkow i ten Jumart ze swoja klasyfikacja czlowieczego gatunku. Nie mial odwagi wracac do swego numeru z wielkim lustrem; coz mu wiec postalo, jezeli nie ogladanie paryskich osobliwosci. Kazal zaprowadzic sie do sali jadalnej Grand Hotel. Wszystko tu pyszne i ogromne, poczawszy od scian, sufitu i okien, skonczywszy na liczbie i dlugosci stolow. Ale Wokulski nie przypatrywal sie; utkwil oczy w jednym z olbrzymich zloconych pajakow i myslal: "Kiedy ona dosiegnie wieku baronowej... ona, przywykla do wydawania dziesiatkow tysiecy rubli rocznie, kto wie, czy nie pojdzie tez drogami baronowej?... Przecie i ta kobieta byla mloda, i za nia mogl szalec taki wariat jak ja, i ona nie pytala, skad sie biora pieniadze... Dzis juz wie skad: z handlu tajemnicami ... Przekleta sfera, ktora hoduje takie piekne i takie kobiety..." W sali bylo mu ciasno, wiec wybiegl przed hotel utopic sie w ulicznym gwarze. "Pierwej szedlem na lewo - myslal - teraz pojde w prawo..." Wedrowka na oslep w niezmiernym miescie byla jedyna rzecza majaca dla niego jakis gorzki powab. "Gdybym miedzy tymi tlumami mogl zgubic samego siebie..."-szepnal. Skrecil tedy na prawo. Wyminal nieduzy plac i wszedl na bardzo duzy, obficie zasadzony drzewami. Na srodku jego stal gmach prostokatny, otoczony kolumnami jak grecka swiatynia; wielkie drzwi spizowe, okryte plaskorzezba, na szczycie frontonu rowniez plaskorzezba przed-stawiajaca, zdaje sie, sad ostateczny. Wkolo obszedl gmach myslac o Warszawie. Z jakim trudem dzwigaja sie tamtejsze budowle nieduze, nietrwale i plaskie, gdy tu sila ludzka, jakby dla rozrywki, wznosi olbrzymy i tak dalece jest niewyczerpana praca, ze jeszcze zalewa je ozdobami. Naprzeciw zobaczyl niedluga ulice, a za nia ogromny plac, na ktorym majaczyla wysmukla kolumna. Poszedl w tamta strone. Im bardziej zblizal sie, tym wyzej rosla kolumna i plac sie rozszerzal. Przed i za kolumna bily duze wodotryski; na prawo i na lewo ciagnely sie juz zolknace kepy drzew jak ogrody; w glebi widac bylo rzeke, nad ktora co chwile rozsnuwal sie dym szybko przelatujacego parostatku. Na placu krecilo sie niewiele stosunkowo powozow; natomiast bylo duzo dzieci z matkami i bonami. Krazyli wojskowi roznej broni i gdzies grala orkiestra. Wokulski zblizyl sie do obelisku i ogarnelo go zdumienie. Znajdowal sie na srodku obszaru majacego ze dwie wiorsty dlugosci i z polszerokosci. Za soba mial ogrod, przed soba bardzo dluga aleje. Po obu jej stronach ciagnely sie skwery i palace, a daleko, na wzgorzu, wznosila sie ogromna brama. Wokulski czul; ze w tym miejscu moze mu zabraknac przymiotnikow i stopni najwyzszych. - To jest plac Zgody, to obelisk z Luxor (oryginalny, panie!), za nami Ogrod Tuileryjski, przed nami Pola Elizejskie, a tam, na koncu...Luk Gwiazdy... Wokulski obejrzal sie: przy nim krecil sie jakis pan w ciemnych okularach i nieco podartych rekawiczkach. - Mozemy tam podejsc... Boski spacer!... Czy widzisz pan ten ruch... - mowil nieznajomy. Nagle umilkl, szybko odszedl i zniknal miedzy dwoma przejezdzajacymi powozami. Natomiast zblizyl sie jakis wojskowy w krotkiej pelerynie, z kapturem na plecach. Wojskowy chwile przypatrzyl sie Wokulskiemu i rzekl z usmiechem: - Pan cudzoziemiec?... Niech pan bedzie ostrozny ze znajomosciami w Paryzu. Wokulski machinalnie dotknal bocznej kieszeni surduta i juz nie znalazl tam srebrnej papierosnicy. Zarumienil sie, podziekowal wojskowemu w pelerynie, lecz nie przyznal sie do straty. Przyszly mu na mysl definicje Jumarta i powiedzial sobie, ze juz zna zrodlo dochodow pana w podartych rekawiczkach, choc nie wie jeszcze o jego wydatkach. "Jumart ma racje - szepnal. - Zlodzieje sa mniej niepewni od ludzi, ktorzy nie wiadomo skad czerpia dochody..." I przypomnial sobie, ze w Warszawie jest bardzo wielu takich. "Moze dlatego nie ma tam gmachow i lukow triumfalnych..." Szedl Polami Elizejskimi i odurzal sie ruchem nieskonczonych sznurow karet i powozow, miedzy ktorymi przesuwali sie jezdzcy i amazonki. Szedl odpedzajac od siebie posepne mysli, ktore krazyly nad nim jak stada nietoperzow. Szedl i lekal sie spojrzec za siebie; zdawalo mu sie, ze na tej drodze, kipiacej przepychem i weselem, on sam jest jak zdeptany robak, ktory wlecze za soba wnetrznosci. Dotarl do Luku Gwiazdy i powoli zawrocil sie z powrotem. Gdy znowu dosiegal placu Zgody, zobaczyl, poza Tuileryjskim Ogrodem, ogromna czarna kule, ktora szybko szla w gore, zatrzymala sie pewien czas i powoli opadla na dol. "Ach, to tu jest balon Giffarda? - pomyslal. - Szkoda, ze nie mam dzis czasu!..." Z placu skrecil w jakas ulice, gdzie na prawo ciagnal sie ogrod oddzielony zelaznymi sztachetami i slupami, na ktorych staly wazony, a na lewo - szereg kamienic z polokraglymi dachami, z lasem kominow i kominkow, z nie konczacymi sie balustradami... Szedl powoli i z trwoga myslal, ze ledwie po osmiogodzinnym pobycie Paryz zaczyna go nudzic... "Bah! - szepnal. - A wystawa, a muzea, a balon?.. " Idac wciaz ulica Rivoli, okolo siodmej dotarl do placu, na ktorym wznosila sie, samotna jak palec, wieza gotycka, otoczona drzewami i niskim plotem z pretow zelaznych. Stad znowu rozbiegalo sie kilka ulic ; Wokulski uczul znuzenie, kiwnal na fiakra i po uplywie pol godziny znalazl sie w hotelu spotkawszy po drodze znajoma juz brame St. Denis. Sesja z fabrykantami okretow i odnosnymi inzynierami przeciagnela sie do polnocy, przy udziale bardzo wielu butelek szampana. Wokulski, ktory musial wyreczac w rozmowie Suzina i robil duzo notatek, dopiero przy tej pracy uspokoil sie zupelnie. Rzesko pobiegl do swojego numeru i zamiast dreczyc sie lustrem, wzial do poduszki plan Paryza umieszczony w Przewodniku. "Bagatela! - mruknal. - Okolo stu wiorst kwadratowych powierzchni, dwa miliony mieszkancow, kilka tysiecy ulic i kilkanascie tysiecy powozow publicznych..." Potem przejrzal dlugi spis najznakomitszych budowli paryskich i ze wstydem pomyslal, ze chyba nigdy nie zorientuje sie w tym miescie. "Wystawa... Notre-Dame... Hale Centralne... Plac Bastylii... Magdalena... Scieki... No, dajcie mi spokoj!" - mowil. Zgasil swiece. Na ulicy bylo cicho; przez okno naplywal szary blask swiatel odbitych chyba od oblokow. Ale Wokulskiemu szumialo i dzwonilo w uszach, a przed oczyma ukazywaly mu sie to ulice gladkie jak posadzka, to drzewa otoczone zelaznymi koszykami, to gmachy budowane z ciosowego kamienia, to znowu cizba ludzi i powozow wychodzacych nie wiadomo skad i biegnacych nie wiadomo dokad. Przypatrujac sie tym pierzchliwym widziadlom usypial i myslal, ze jednak ten pierwszy dzien w Paryzu upamietni mu sie na cale zycie. Potem marzylo mu sie, ze to morze domow i las posagow, i nieskonczone szeregi drzew zwalaja sie na niego i ze on sam juz spi w niezmiernym grobowcu samotny, cichy, prawie szczesliwy. Spi, o niczym nie mysli, o nikim nie pamieta, i tak przespalby wieki, gdyby, ach! nie ta kropla zalu, ktora lezy w nim czy obok niego, tak mala, ze jej nie dojrzy ludzkie oko, a tak gorzka, ze moglaby caly swiat zatruc. Od dnia, w ktorym po raz pierwszy skapal sie w Paryzu, zaczelo sie dla Wokulskiego zycie prawie mistyczne. Poza obrebem kilku godzin, ktore poswiecal naradom Suzina z budowniczymi okretow, Wokulski byl zupelnie swobodny i uzywal tego czasu na najnieporzadniejsze zwiedzanie miasta. Wybieral jakas miejscowosc wedlug alfabetu w Przewodniku i nawet nie patrzac na plan jechal tam otwartym powozem. Wdrapywal sie na schody, obchodzil gmachy, przebiegal sale, zatrzymywal sie przed ciekawszymi okazami i tym samym fiakrem, wynajetym na caly dzien, przenosil sie do innej miejscowosci, znowu wedlug alfabetu. A poniewaz najwiekszym niebezpieczenstwem, jakiego lekal sie, byl brak zajecia, wiec wieczorami ogladal plan miasta, wykreslal juz obejrzane punkta i robil notatki. Niekiedy w wycieczkach towarzyszyl mu Jumart i prowadzil go do miejsc, o ktorych nie wspominaja przewodniki: do skladow kupieckich, do warsztatow fabrycznych, do mieszkan rekodzielnikow, do kwater studenckich, do kawiarni i restauracyj na ulicach czwartego rzedu. I tu dopiero Wokulski poznawal wlasciwe zycie Paryza. W ciagu tych wedrowek wchodzil na wieze: St. Jacques, Notre-Dame i Panteonu, wjezdzal winda na Trocadero, zstepowal do sciekow paryskich i do ozdobionych trupimi glowami katakumb, zwiedzal wystawe powszechna, Louvre i Cluny, Lasek Bulonski i cmentarze, kawiarnie de la Rotonde, du Grand Balcon i fontanny, szkoly i szpitale, Sorbone i sale fechtunku, hale i konserwatorium muzyczne, bydlobojnie i teatry, gielde, Kolumne Lipcowa i wnetrza swiatyn. Wszystkie te widoki tworzyly dokola niego chaos, ktoremu odpowiadal chaos panujacy we wlasnej duszy. Nieraz przebiegajac mysla ogladane przedmioty: od palacu wystawy, majacego dwie wiorsty w obwodzie, do perly w koronie Burbonow, niewiekszej od ziarna grochu, pytal: czego ja chce.?... I okazywalo sie, ze nie chcial niczego. Nic nie przykuwalo jego uwagi, nie przyspieszalo bicia serca, nie pobudzalo go do czynow. Gdyby za cene pieszej podrozy od cmentarza Montmartre do cmentarza Montparnasse ofiarowano mu caly Paryz pod warunkiem, zeby go to zajelo i rozgrzalo, nie przeszedlby tych pieciu wiorst. Przechodzil zas ich dziesiatki dziennie dlatego tylko, azeby zagluszyc wspomnienia. Nieraz zdawalo mu sie, ze jest istota, ktora dziwnym zbiegiem wypadkow urodzila sie przed kilkoma dniami tu, na bruku paryskim, i ze wszystko, co mu przychodzilo na pamiec, jest zludzeniem, jakims snem przedbytowym, ktory nigdy nie istnial w rzeczywistosci. Wowczas mowil sobie, ze jest zupelnie szczesliwy, jezdzil z jednego konca Paryza na drugi i jak szaleniec garsciami rozrzucal luidory. "Wszystko jedno!" - mruczal. Ach, gdyby tylko nie ta kropla zalu, tak mala, a tak gorzka! Czasami na tle szarych dni, w ktorych zdawalo mu sie, ze na jego glowe wali sie caly swiat palacow, fontann, rzezb, obrazow i machin, trafial sie wypadek, ktory przypominal mu, ze on nie jest zludzeniem, ale rzeczywistym czlowiekiem, chorym na raka w duszy. Byl raz w teatrze "Varietes" na ul. Montmartre, o pareset krokow od swego hotelu. Miano grac trzy wesole sztuczki, miedzy nimi jedna operetke. Poszedl tam, azeby odurzyc sie blazenstwem, i prawie natychmiast po podniesieniu kurtyny uslyszal na scenie frazes wypowie-dziany placzliwym glosem: "Kochanek wszystko wybaczy kochance, wyjawszy drugiego kochanka..." - Niekiedy trzeba wybaczyc trzech albo i czterech!... - odezwal sie ze smiechem siedzacy obok niego Francuz. Wokulski uczul brak powietrza, zdawalo mu sie, ze ziemia rozstepuje sie pod nim i sufit upada na niego. Nie mogl wytrzymac w teatrze; wstal z krzesla, na nieszczescie polozonego gdzies we srodku teatru, i oblany zimnym potem, depczac po nogach sasiadow, uciekl z przedstawienia. Biegl w strone hotelu i wpadl do pierwszej naroznej kawiarni. O co go pytano, co odpowiedzial, nic pamieta. Wiedzial tylko, ze podano mu kawe i karafke koniaku, naznaczona kreskami, ktore odpowiadaly objetosci kieliszka. Wokulski pil i myslal; "Starski to jest ten drugi kochanek, Ochocki trzeci... A Rossi?...Rossi, ktoremu ja urzadzalem klake i znosilem mu do teatru prezenta...Czymze on byl?... Glupi czlowieku, alez to jest Mesalina, jezeli nie cialem, to duchem... I ja, ja mam szalec dla niej?... Ja!..." Czul, ze oburzenie uspokaja go; gdy przyszlo do rachunku, przekonal sie, ze... karafka byla pusta... "A jednakze ten koniak uspakaja..." - pomyslal. Odtad, ile razy przypomniala mu sie Warszawa albo ile razy spotkal kobiete majaca cos szczegolnego w ruchach, w ubiorze czy fizjognomii, wpadal do kawiarni i wypijal karafke koniaku. Tylko wowczas smialo przypominal sobie panne Izabele i dziwil sie, ze taki jak on czlowiek mogl kochac taka jak ona kobiete. "Przeciez chyba zasluguje na to - myslal - azebym byl pierwszymi ostatnim..." Karafka koniaku wyprozniala sie, a on opieral glowe na rekach i drzemal, ku wielkiej uciesze garsonow i gosci. I znowu po calych dniach zwiedzal wystawe, muzea, studnie artezyjskie, szkoly i teatry nie dlatego, azeby cos poznac, ale zeby zagluszyc wspomnienia. Powoli, na tle gluchych, nieokreslonych cierpien, poczelo sie w nim rodzic pytanie: czy istnieje jaki porzadek w budowie Paryza? Czy jest przedmiot, z ktorym mozna by go porownac, i lad, pod ktory daloby sie go podciagnac? Widziany z Panteonu i z Trocadero, Paryz przedstawial sie jednakowo: bylo to morze domow, przeciete tysiacem ulic, nierowne dachy wygladaly jak fale, kominy jak odpryski, a wieze i kolumny jak wieksze fale. "Chaos! - mowil Wokulski. - Zreszta nie moze byc inaczej tam, gdzie zbiegaja sie miliony usilowan. Wielkie miasto jest jak oblok kurzu; ma przypadkowe kontury, lecz nie moze miec logiki. Gdyby ja mialo, juz od dawna wykryliby ten fakt autorowie przewodnikow; bo i od czegoz oni sa?..." I przygladal sie planowi miasta wysmiewajac wlasne wysilki. "Tylko jeden czlowiek, i w dodatku genialny czlowiek, moze wytworzyc jakis styl, jakis plan - myslal. - Ale zeby miliony ludzi, pracujacych przez kilka wiekow i nie wiedzacych jeden o drugim, wytworzylo jakas logiczna calosc, jest to wprost niepodobne." Powoli jednakze, ku najwiekszemu zdziwieniu, spostrzegl, ze ow Paryz budowany przez kilkanascie wiekow, przez milion ludzi, nie wiedzacych o sobie i nie myslacych o zadnym planie, ma jednakze plan, tworzy calosc, nawet bardzo logiczna. Uderzylo go naprzod to, ze Paryz jest podobny do olbrzymiego polmiska, o dziewieciu wiorstach szerokosci z polnocy na poludnie i o jedynastu - dlugosci ze wschodu na zachod. Polmisek ten w stronie poludniowej jest pekniety .i przedzielony Sekwana, ktora przecina go lukiem biegnacym od kata poludniowo-wschodniego przez srodek miasta i skreca do kata poludniowo-zachodniego. Osmioletnie dziecko mogloby wyrysowac taki plan. "No dobrze - myslal Wokulski - ale gdziez tu jest jakiskolwiek lad w ustawieniu osobliwych budynkow... Notre-Dame w jednej stronie, Trocadero w innej stronie, a Louvre, a gielda, a Sorbona!... Chaos, i tyle..." Lecz gdy pilniej zaczal rozgladac sie w planie Paryza, spostrzegl to, czego nie dojrzeli rodowici paryzanie (co byloby mniej dziwne) ani nawet K. Baedeker, roszczacy sobie prawo do orientowania sie po calej Europie. Paryz pomimo pozornego chaosu ma plan, ma logike, chociaz budowalo go przez kilkanascie wiekow miliony ludzi nic wiedzacych o sobie i bynajmniej nic myslacych o logice i stylu. Paryz posiada to, co mozna by nazwac kregoslupem, osia krystalizacji miasta. Lasek Vincennes lezy w stronie poludniowo-wschodniej, a kraniec Lasku Bulonskiego w polnocno-zachodniej stronie Paryza. Otoz: owa os krystalizacji miasta podobna jest do olbrzymiej gasienicy (majacej prawie szesc wiorst dlugosci), ktora znudziwszy sie w Lasku Vincennes poszla na spacer do Lasku Bulonskiego. Ogon jej opiera sie o plac Bastylii, glowa o Luk Gwiazdy, korpus prawie przylega do Sekwany. Szyje stanowia Pola Elizejskie, gorset Tuileries i Louvre, ogonem jest Ratusz, Notre-Dame i nareszcie Kolumna Lipcowa na placu Bastylii. Gasienica ta posiada wiele nozek krotszych i dluzszych. Idac od glowy pierwsza para jej nozek opiera sie na lewo: o Pole Marsowe, palac Trocadero i wystawe, na prawo az o cmentarz Montmartre. Druga para (nozki krotsze) na lewo siega do Szkoly Wojskowej, Hoteludes Invalides, i Izby Deputowanych, na prawo kosciola Magdaleny i Opery. Potem idzie (wciaz ku ogonowi) na lewo Szkola Sztuk Pieknych, na prawo Palais Royal, bank i gielda; na lewo Institut deFrance i mennica, na prawo Hale Centralne; na lewo Palac Luksemburski, muzeum Cluny i Szkola Medyczna, na prawo plac Republiki, z koszarami ks. Eugeniusza. Niezaleznie od osi krystalizacyjnej i prawidlowosci w ogolnym konturze miasta Wokulski przekonal sie jeszcze (o czym zreszta mowily przewodniki), ze w Paryzu istnieja cale dziedziny prac ludzkich i jakis porzadek w ich ukladzie. Pomiedzy placem Bastylii i placem Rzeczypospolitej skupia sie przemysl i rzemiosla; naprzeciw nich, po drugiej stronie Sekwany, lezy "dzielnica lacinska", gniazdo uczacych sie i uczonych. Miedzy Opera, placem Rzeczypospolitej i Sekwana gromadzi sie handel wywozowy i finanse; miedzy Notre-Dame, Instytutem Francuskim i cmentarzem Montparnasse gniezdza sie szczatki arystokracji rodowej. Od Opery do Luku Gwiazdy ciagnie sie dzielnica bogatych dorobkiewiczow, a naprzeciw nich, po lewej stronie Sekwany, obok Hotelu Inwalidow i Szkoly Wojskowej jest siedziba militaryzmu i wszechswiatowych wystaw. Obserwacje te zbudzily w duszy Wokulskiego nowe prady, o ktorych pierwej nie myslal albo myslal niedokladnie. Zatem wielkie miasto, jak roslina i zwierze, ma wlasciwa sobie anatomie i fizjologie. Zatem - praca milionow ludzi, ktorzy tak glosno krzycza o swojej wolnej woli, wydaje te same skutki, co praca pszczol budujacych regularne plastry, mrowek wznoszacych ostrokrezne kopce albo zwiazkow chemicznych ukladajacych sie w regularne krysztaly. Nie ma wiec w spoleczenstwie przypadku, ale nieugiete prawo, ktore jakby na ironie z ludzkiej pychy, tak wyraznie objawia sie w zyciu najkaprysniejszego narodu, Francuzow! Rzadzili nimi Merowingowie i Karlowingowie, Burboni i Bonapartowie, byly trzy republiki i pare anarchii, byla inkwizycja i ateizm, rzadcy i ministrowie zmieniali sie jak kroj sukien albo obloki na niebie... Lecz pomimo tylu zmian, tak na pozor glebokich, Paryz coraz dokladniej przybieral forme polmiska rozdartego przez Sekwane; coraz wyrazniej rysowala sie na nim os krystalizacji, biegnaca z placu Bastylii do Luku Gwiazdy, coraz jasniej odgraniczaly sie dzielnice: uczona i przemyslowa, rodowa i handlowa, wojskowa i dorobkiewiczowska. Ten sam fatalizm spostrzegl Wokulski w historii kilkunastu glosniejszych rodzin paryskich. Dziad, jako skromny rzemieslnik, pracowal przy ulicy Temple po szesnascie godzin na dobe; jego syn skapawszy sie w cyrkule lacinskim zalozyl wiekszy warsztat przy ulicy Sw. Antoniego. Wnuk, jeszcze lepiej zanurzywszy sie w naukowej dzielnicy, przeniosl sie jako wielki handlarz na bulwar Poissonniere, zas prawnuk, juz jako milioner, zamieszkal w sasiedztwie Pol Elizejskich po to, azeby..jego corki mogly chorowac na nerwy przy bulwarze St. Germain. I tym sposobem rod spracowany i zbogacony okolo Bastylii, zuzyty okolo Tuileries, dogorywal w poblizu Notre-Dame. Topografia miasta odpowiadala historii mieszkancow. Wokulski rozmyslajac o tej dziwnej prawidlowosci w faktach, uznawanych za nieprawidlowe, przeczuwal, ze jezeli co mogloby go uleczyc z apatii, to chyba tego rodzaju badania. "Jestem dziki czlowiek - mowil sobie - wiec wpadlem w obled, ale wydobedzie mnie z niego cywilizacja." Kazdy zreszta dzien w Paryzu przynosil mu nowe idee albo rozjasnial tajemnice jego wlasnej duszy. Raz, gdy siedzial przed kawiarnia pijac mazagran, zblizyl sie do werendy jakis uliczny tenor i przy akompaniamencie arfy zaspiewal: Au printemps, la feuille repousse Et la flteur embellit les pres, Mignonette, en foulant la mousse, Suivons les papillons diapres. Vois les se poser sur les roses; Comme eux aussi je veux poser Ma levre sur tes levres closes, Et te ravir un doux baiser! I natychmiast kilku gosci powtorzylo ostatnia strofe: Vois les se poser sur les roses; Comme eux aussi je veux poser Ma levre sur tes levres closes, Et te ravir un doux baiser! "Glupcy! - mruknal Wokulski. - Nie maja co powtarzac, tylko takie blazenstwa." Wstal zachmurzony i z bolem w sercu przesuwal sie pomiedzy potokiem ludzi tak ruchliwych, krzykliwych, rozmawiajacych i spiewajacych jak dzieci wypuszczone ze szkoly. "Glupcy! glupcy!..." - powtarzal. Nagle przyszlo mu na mysl: czy to on raczej nie jest glupi?... "Gdyby ci wszyscy ludzie - mowil sobie - byli podobni do mnie, Paryz wygladalby jak szpital smutnych wariatow. Kazdy trulby sie jakims widziadlem, ulice zamienilyby sie w kaluze, a domy w ruine. Tymczasem oni biora zycie, jakim jest, uganiaja sie za praktycznymi celami, sa szczesliwi i tworza arcydziela. A ja za czym gonilem? Naprzod - za perpetuum mobile i kierowaniem balonami, potem za zdobyciem stanowiska, do ktorego nie dopuszczali mnie moi wlasni sprzymierzency, nareszcie za kobieta, do ktorej prawie nie wolno mi sie zblizyc. A zawsze albo poswiecalem sie, albo ulegalem ideom wytworzonym przez klasy, ktore chcialy mnie zrobic swoim sluga i niewolnikiem." I wyobrazal sobie, jak by to bylo, gdyby zamiast w Warszawie przyszedl na swiat w Paryzu. Przede wszystkim dzieki mnostwu instytucyj moglby wiecej nauczyc sie w dziecinstwie. Pozniej, nawet dostawszy sie do kupca, doznalby mniej przykrosci, a wiecej pomocy w studiach. Dalej, nie pracowalby nad perpetuum mobile przekonawszy sie, ze w tutejszych muzeach istnieje wiele podobnych machin, ktore nigdy nie funkcjonowaly. Gdyby zas wzial sie do kierowania balonami, znalazlby gotowe modele, cale grupy podobnych jak on marzycieli, a nawet pomoc w razie praktycznosci pomyslow. A gdyby nareszcie, posiadajac majatek, zakochal sie w arystokratycznej pannie, nie napotkalby tylu przeszkod w zblizeniu sie do niej. Moglby ja poznac i albo wytrzezwialby, albo zdobylby jej wzajemnosc. W zadnym zas wypadku nie traktowano by go jak Murzyna w Ameryce. Zreszta, czy w tym Paryzu mozna zakochac sie tak jak on do szalenstwa? Tu zakochani nie rozpaczaja, ale tancza, spiewaja i w ogole najweselej pedza zycie. Gdy nie moga zdobyc sie na malzenstwo urzedowe, tworza wolne stadlo; gdy nie moga przy sobie chowac dzieci, oddaja je na mamki. Tu milosc nigdy chyba nie doprowadzila do obledu rozsadnego czlowieka. "Dwa ostatnie lata mojej egzystencji - mowil Wokulski - schodza na uganianiu sie za kobieta, ktorej moze bym sie nawet wyrzekl poznawszy ja dokladniej. Cala moja energia, nauka, zdolnosci i taki ogromny majatek tona w jednym afekcie dlatego tylko, ze ja jestem kupcem, a ona jakas tam arystokratka... Czyliz ten ogol w mojej osobie nie krzywdzi samego siebie..." Tu Wokulski dosiegnal najwyzszego punktu samokrytyki: poznal niedorzecznosc swego polozenia i postanowil wydobyc sie. "Co robic, co robic?... - myslal. - Juzci to, co robia inni." A coz oni robia?... Przede wszystkim - nadzwyczajnie pracuja, po szesnascie godzin na dobe, bez wzgledu na niedziele i swieta. Dzieki czemu spelnia sie tu prawo doboru, wedle ktorego tylko najsilniejsi maja prawo do zycia. Chorowity zginie tu przed uplywem roku, nieudolny w ciagu kilku lat, a zostaja tylko najsilniejsi i najzdolniejsi. Ci zas dzieki pracy calych pokolen takich jak oni bojownikow znajduja tu zaspokojenie wszelkich potrzeb. Olbrzymie scieki chronia ich od chorob, szerokie ulice ulatwiaja im doplyw powietrza; Hale Centralne dostarczaja zywnosci, tysiace fabryk - odziezy i sprzetow. Gdy paryzanin chce zobaczyc nature, jedzie za miasto albo do "lasku", gdy chce nacieszyc sie sztuka, idzie do galerii Louvre'u, a gdy pragnie zdobyc wiedze, ma muzea i gabinety. Praca nad szczesciem we wszystkich kierunkach - oto tresc zycia paryskiego. Tu przeciw zmeczeniu zaprowadzono tysiace powozow, przeciw nudzie setki teatrow i widowisk, przeciw nieswiadomosci setki muzeow, bibliotek i odczytow. Tu troszcza sie nie tylko o czlowieka, ale nawet o konia dajac mu gladkie goscince; tu dbaja nawet o drzewa, przenosza je w specjalnych wozach na nowe miejsce pobytu, chronia zelaznymi koszami od szkodnikow, ulatwiaja doplyw wilgoci, pielegnuja w razie choroby. Dzieki troskliwosci o wszystko przedmioty znajdujace sie w Paryzu przynosza wielorakie korzysci. Dom, sprzet, naczynie jest nie tylko uzyteczne, ale i piekne, nie tylko dogadza muskulom, ale i zmyslom. I na odwrot - dziela sztuki sa nie tylko piekne, ale i uzyteczne. Przy lukach triumfalnych i wiezach kosciolow znajduja sie schody ulatwiajace wejscie na szczyt i spogladanie na miasto z wysokosci. Posagi i obrazy sa dostepne nie tylko dla amatorow, ale dla artystow i rzemieslnikow, ktorzy w galeriach moga zdejmowac kopie. Francuz, gdy cos wytwarza, dba naprzod o to, azeby dzielo jego odpowiadalo swemu celowi, a potem - azeby bylo piekne. I jeszcze niekonczac na tym troszczy sie o jego trwalosc i czystosc. Prawde te stwierdzal Wokulski na kazdym kroku i na kazdej rzeczy, poczawszy od wozkow wywozacych smiecie do otoczonej bariera Wenus milonskiej. Odgadl rowniez skutki podobnego gospodarstwa, ze nie marnuje sie tu praca: kazde pokolenie oddaje swoim nastepcom najswietniejsze dziela poprzednikow dopelniajac je wlasnym dorobkiem. Tym sposobem Paryz jest arka, w ktorej mieszcza sie zdobycze kilkunastu, jezeli nie kilkudziesieciu wiekow cywilizacji... Wszystko tu jest, zaczawszy od potwornych posagow asyryjskich i mumii egipskich, skonczywszy na ostatnich rezultatach mechaniki i elektrotechniki, od dzbankow, w ktorych przed czterdziestoma wiekami Egipcjanki nosily wode, do olbrzymich kol hydraulicznych z Saint-Maur. "Ci, ktorzy stworzyli te cuda - myslal Wokulski - albo je gromadzili w jedno miejsce, ci nie byli jak ja szalonymi prozniakami..." Tak sobie mowiac czul, ze wstyd go ogarnia. I znowu zalatwiwszy w ciagu paru godzin interesa Suzina wloczyl sie po Paryzu. Bladzil po nieznanych ulicach, tonal wsrod krociowego tlumu, zanurzal sie w pozorny chaos rzeczy i wypadkow i na dnie jego znajdowal porzadek i prawo. To znowu, dla odmiany, pil koniak, gral w karty i w rulete albo oddawal sie rozpuscie. Zdawalo mu sie, ze w tym wulkanicznym ognisku cywilizacji spotka go cos nadzwyczajnego, ze tu zacznie sie nowa epoka jego zycia. Zarazem czul, ze rozpierzchniete dotychczas wiadomosci i poglady zbiegaja sie w pewna calosc, w jakis system filozoficzny, ktory tlumaczyl mu wiele tajemnic swiata i jego wlasnego bytu. "Czym ja jestem?" - pytal sie nieraz i stopniowo formulowal sobie odpowiedz: "Jestem czlowiek zmarnowany. Mialem ogromne zdolnosci i energie, lecz - nie zrobilem nic dla cywilizacji. Ci znakomici ludzie, jakich tu spotykam, nie maja nawet polowy moich sil i mimo to zostawiaja po sobie machiny, gmachy, utwory sztuki, nowe poglady. Lecz ja co zostawie?... Chyba moj sklep, ktory dzis upadlby, gdyby go nie pilnowal Rzecki... A przeciez nie proznowalem: szarpalem sie za trzech ludzi i gdyby mi nie pomogl przypadek, nie mialbym nawet tego majatku, jaki posiadam!.. " Pozniej przyszlo mu na mysl: na co to, on strwonil sily i zycie?... Na walke z otoczeniem, do ktorego nie przystawal. Gdy mial ochote uczyc sie, nie mogl, poniewaz w jego kraju potrzebowano nie uczonych, ale - chlopcow i subiektow sklepowych. Gdy chcial sluzyc spoleczenstwu, chocby ofiara wlasnego zycia, podsunieto mu fantastyczne marzenia zamiast programu, a potem - zapomniano o nim. Gdy szukal pracy, nie dano mu jej, lecz wskazano szeroki gosciniec do ozenienia sie ze starsza kobieta dla pieniedzy. Gdy nareszcie zakochal sie i chcial zostac legalnym ojcem rodziny, kaplanem domowego ogniska, ktorego swietosc wszyscy dokola zachwalali, postawiono go w polozeniu bez wyjscia. Tak, ze nie wie nawet, czy kobieta, za ktora szalal, jest zwykla kokietka o przewroconej glowie, czy moze taka jak on zblakana istota, ktora nie znalazla wlasciwej dla siebie drogi. Sadzac jej czyny, jest to panna na wydaniu, ktora szuka najlepszej partii; patrzac w jej oczy, jest to anielska dusza, ktorej konwenanse ludzkie spetaly skrzydla. "Gdyby mi wystarczylo kilkadziesiat tysiecy rubli rocznie i komplet do wista, bylbym w Warszawie najszczesliwszym czlowiekiem - mowil do siebie. - Ale poniewaz oprocz zoladka mam dusze, ktora laknie wiedzy i milosci, wiec musialbym tam zginac. W tej strefie nie dojrzewaja ani pewnego gatunku rosliny, ani pewnego gatunku ludzie... Strefa!... Raz bedac w obserwatorium rzucil okiem na klimatyczna mape Europy i zapamietal, ze srednia temperatura Paryza jest o piec stopni wyzsza anizeli Warszawy. Znaczy, ze ow Paryz ma rocznie wiecej o dwa tysiace stopni ciepla anizeli Warszawa. A ze cieplo jest sila, i to potezna, jezeli nie jedyna sila tworcza, wiec... zagadka rozwiazana... "Na polnocy jest chlodniej - myslal - swiat roslinny i zwierzecy jest mniej obfity, a wiec o zywnosc dla czlowieka trudniej. Nie dosc na tym: ten sam czlowiek musi jeszcze wkladac mnostwo pracy w budowe cieplych mieszkan i przygotowanie cieplej odziezy. Francuz w porownaniu z mieszkancem polnocy ma wiecej wolnych sil i czasu, a nie potrzebujac zuzywac ich na zaspokojenie potrzeb materialnych obraca je na tworczosc duchowa. Jezeli do ciezkich warunkow klimatycznych dodac jeszcze arystokracje, ktora opanowala wszystkie oszczednosci narodu i utopila je w bezmyslnej rozpuscie, to zaraz wyjasni sie, dlaczego ludzie niezwykle zdolni nie tylko nie moga rozwijac sie tam, ale wprost musza ginac." "No, juz ja nie zgine!..." - mruknal gleboko zniechecony. I w tej chwili, po raz pierwszy, jasno zarysowal mu sie projekt niewracania do kraju. "Sprzedam sklep - myslal - wycofam moje kapitaly i osiade w Paryzu. Nie bede zawadzal tym, ktorzy mnie nie chca... Bede tu zwiedzal muzea, moze wezme sie do jakiej specjalnej nauki i zycie uplynie mi, jezeli nie w szczesciu, to przynajmniej bez bolesci..." Powrocic go do kraju i zatrzymac w nim mogl juz tylko jeden wypadek, jedna osoba... Ale ten wypadek nie nadchodzil, a natomiast zdarzaly sie inne, coraz bardziej odsuwajace go od Warszawy i coraz mocniej przykuwajace do Paryza. Pewnego dnia, jak zwykle, zalatwial sie z interesantami w salonie przyjec. Juz odprawil jegomoscia, ktory ofiarowal sie staczac za niego pojedynki, drugiego, ktory jako brzuchomowca chcial odegrac role w dyplomacji, i trzeciego, ktory obiecywal mu wskazac skarby zakopane przez sztab Napoleona I nad Berezyna, kiedy lokaj w blekitnym fraku zameldowal: - Profesor Geist. - Geist?... - powtorzyl Wokulski i doznal szczegolnego uczucia. Przyszlo mu na mysl, ze zelazo za zblizeniem sie magnesu musi doznawac podobnych wrazen. - Prosic... Po chwili wszedl czlowiek bardzo maly i szczuply, z twarza zolta jak wosk. Na glowie nie mial ani jednego siwego wlosa. "Ile on moze miec lat?..." - pomyslal Wokulski. Gosc tymczasem bystro mu sie przypatrywal, i tak siedzieli minute, moze dwie, taksujac sie nawzajem. Wokulski chcial ocenic wiek przybysza, Geist zdawal sie badac go. - Co pan rozkaze? - odezwal sie wreszcie Wokulski. Gosc poruszyl sie na krzesle. - Co ja tam moge rozkazac! - odparl wzruszajac ramionami. -Przyszedlem zebrac, nie rozkazywac... - Czym moge sluzyc? - spytal Wokulski, twarz bowiem goscia wydala mu sie dziwnie sympatyczna. Geist przeciagnal reka po glowie. - Przyszedlem tu z czym innym - rzekl - a mowic bede o czym innym. Chcialem panu sprzedac nowy material wybuchowy... - Ja go nie kupie - przerwal Wokulski. - Nie?... - spytal Geist. - A jednak - dodal - mowiono mi, ze panowie staracie sie o cos podobnego dla marynarki. Zreszta mniejsza... Dla pana mam cos innego... - Dla mnie? - spytal Wokulski, zdziwiony nie tyle slowami; ile spojrzeniem Geista. - Onegdaj puszczales sie pan balonem captif - mowil gosc. - Tak. - Jestes pan czlowiek majetny i znasz sie na naukach przyrodniczych. - Tak - odparl Wokulski. - I byla chwila, ze chciales pan wyskoczyc z galerii?... - pytal Geist. Wokulski cofnal sie z krzeslem. - Niech pana to nie dziwi - mowil gosc. - Widzialem w zyciu okolo tysiaca przyrodnikow, a w moim laboratorium mialem czterech samobojcow, wiec znam sie na tych klasach ludzi... Za czesto spogladales pan na barometr, azebym nie mial odkryc przyrodnika, no, a czlowieka myslacego o samobojstwie poznaja nawet pensjonarki. - Czym moge sluzyc? - spytal jeszcze raz Wokulski ocierajac pot z twarzy. - Powiem nieduzo - rzekl Geist. - Pan wie, co to jest chemia organiczna?... - Jest to chemia zwiazkow wegla... - A co pan sadzisz o chemii zwiazkow wodoru?... - Ze jej nie ma. - Owszem, jest - odparl Geist. - Tylko zamiast eterow, tluszczow, cial aromatycznych daje nowe aliaze... Nowe aliaze, panie Siuze, z bardzo ciekawymi wlasnosciami... - Coz mnie to obchodzi - rzekl glucho Wokulski - jestem kupcem. - Nie jestes pan kupcem, tylko desperatem - odparl Geist. - Kupcy nie mysla o skakaniu z balonu... Ledwiem to zobaczyl, zaraz pomyslalem: "To moj czlowiek!..." Ale znikles mi pan z oczu po wyjsciu z ganku... Dzis traf zblizyl nas powtornie... Panie Siuze, my musimy pogadac o zwiazkach wodoru, jezeli jestes pan bogaty... - Przede wszystkim nie jestem Siuze... - To mi wszystko jedno, gdyz potrzebuje tylko majetnego desperata - rzekl Geist. Wokulski patrzyl na Geista nieledwie z trwoga; w glowie zapalaly mu sie pytania: kuglarz czy tajny agent - wariat, a moze naprawde, jaki duch?... Kto wie, czy szatan jest legenda i czy w pewnych chwilach nie ukazuje sie ludziom?... Faktem jest jednak, ze ten starzec, o niezdecydowanym wieku, wytropil najtajemniejsza mysl Wokulskiego, ktory w tych czasach marzyl o samobojstwie, ale jeszcze tak niesmialo, ze sam przed soba nie mial odwagi sformulowac tego projektu. Gosc nie spuszczal z niego oka i usmiechal sie z lagodna ironia; gdy zas Wokulski otworzyl usta, azeby zapytac go o cos, przerwal mu: - Nie fatyguj sie pan... Z tyloma juz ludzmi rozmawialem o ich charakterze i o moich wynalazkach, ze z gory odpowiem na to, o czym chcesz sie poinformowac. Jestem profesor Geist, stary wariat, jak mowia we wszystkich kawiarniach pod uniwersytetem i szkola politechniczna. Kiedys nazywano mnie wielkim chemikiem, dopoki... nie wyszedlem poza granice dzis obowiazujacych pogladow chemicznych. Pisalem rozprawy, robilem wynalazki pod imieniem wlasnym lub moich wspolnikow, ktorzy nawet sumiennie dzielili sie ze mna zyskami. Ale od czasu gdym odkryl zjawiska nie mieszczace sie w rocznikach Akademii, ogloszono mnie nie tylko za wariata, ale za heretyka i zdrajce... - Tu, w Paryzu? - szepnal Wokulski. - Oho! - rozesmial sie Geist - tu, w Paryzu. W jakims Altdorfie Iub Neustadzie kacerzem i zdrajca jest ten, kto nie wierzy w pastorow, Bismarcka, w dziesiecioro przykazan i konstytucje pruska. Tu wolno kpic z Bismarcka i konstytucji, ale za to pod groza odszczepienstwa trzeba wierzyc w tabliczke mnozenia, teorie ruchu falistego, w stalosc ciezarow gatunkowych itd. Pokaz mi pan jedno miasto, w ktorym nie sciskano by sobie mozgow jakimis dogmatami, a - zrobie je stolica swiata i kolebka przyszlej ludzkosci... Wokulski ochlonal; byl pewny, ze ma do czynienia z maniakiem. Geist patrzyl na niego i wciaz usmiechal sie. - Koncze, panie Siuze - mowil dalej. - Porobilem wielkie odkrycia w chemii, stworzylem nowa nauke, wynalazlem nieznane materialy przemyslowe, o ktorych ledwie smiano marzyc przede mna. Ale... brakuje mi jeszcze kilku niezmiernie waznych faktow, a juz nie mam pieniedzy. Cztery fortuny utopilem w moich badaniach, zuzylem kilkunastu ludzi; dzis zas potrzebuje nowej fortuny i nowych ludzi... - Skadze do mnie nabral pan takiego zaufania? - pytal Wokulski juz spokojny. - To proste - odparl Geist. - O zabiciu sie mysli wariat, lajdak albo czlowiek duzej wartosci, ktoremu za ciasno na swiecie. - A skad pan wiesz, ze ja nie jestem lotrem? - A skad pan wiesz, ze kon nie jest krowa? - odpowiedzial Geist. - W czasie moich przymusowych wakacji, ktore niestety, ciagna sie po kilka lat, zajmuje sie zoologia i specjalnie badam gatunek czlowieka. W tej jednej formie, o dwu rekach, odkrylem kilkadziesiat typow zwierzecych poczawszy od ostrygi i glisty, skonczywszy na sowie i tygrysie. Wiecej ci powiem: odkrylem mieszance tych typow: skrzydlate tygrysy, weze z psimi glowami, sokoly w zolwich skorupach, co zreszta juz przeczula fantazja genialnych poetow. I dopiero wsrod calej tej menazerii bydlat albo potworow gdzieniegdzie odnajduje prawdziwego czlowieka, istote z rozumem, sercem i energia. Pan, panie S i u z e, masz niezawodnie cechy ludzkie i dlatego tak otwarcie mowie z panem; jestes jednym na dziesiec, moze na sto tysiecy... Wokulski zmarszczyl sie, Geist wybuchnal: - Co? moze sadzisz pan, ze pochlebiam ci dla wytumanienia kilku frankow?... Jutro bede jeszcze raz u pana i przekonam cie, jak w tej chwili jestes niesprawiedliwy i glupi... Zerwal sie z krzesla, ale Wokulski zatrzymal go. - Nie gniewaj sie, profesorze - rzekl - nie chcialem pana obrazic. Ale mam tu prawie co dzien wizyty roznego gatunku filutow... - Jutro przekonam pana, zem nie filut ani wariat - odpowiedzial Geist. - Pokaze ci cos, co widzialo zaledwie szesciu albo siedmiu ludzi, ktorzy... juz nie zyja... O, gdyby oni zyli!... - westchnal. - Dlaczego dopiero jutro? - Dlatego, ze mieszkam daleko stad, a nie mam na fiakra. Wokulski uscisnal go za reke. - Nie obrazisz sie, profesorze? - spytal - jezeli... - Jezeli dasz mi na fiakra?... Nie. Wszakze z gory powiedzialem ci, ze jestem zebrakiem, i kto wie, czy nie najnedzniejszym w Paryzu?... Wokulski podal mu sto frankow. - Daj spokoj - usmiechnal sie Geist - wystarczy dziesiec... Kto wie, czy jutro nie dasz mi stu tysiecy... Duzy masz majatek? - Okolo miliona frankow. - Milion! - powtorzyl Geist chwytajac sie za glowe. - Za dwie godziny wroce tu. Bodajbym stal ci sie tak potrzebny, jak ty mnie jestes... - W takim razie moze pozwolisz, profesorze, do mego numeru, na trzecie pietro. Tu lokal urzedowy... - Wole, wole na trzecie pietro... Za dwie godziny bede - odparl Geist i szybko wybiegl z pokoju. Po chwili ukazal sie Jumart. - Wynudzil pana stary - rzekl do Wokulskiego - co?. - Coz to za czlowiek? - spytal niedbale Wokulski. Jumart wyciagnal naprzod dolna warge. - Wariat to on jest - odparl - ale jeszcze za moich studenckich czasow byl wielkim chemikiem. No i porobil jakies wynalazki, ma nawet podobno kilka dziwnych okazow, ale... Stuknal sie palcem w czolo. - Dlaczego nazywacie go wariatem? - Nie mozna inaczej nazywac czlowieka - odpowiedzial Jumart - ktory sadzi, ze uda mu sie zmniejszyc ciezar gatunkowy cial czy tylko metalow, bo juz nie pamietam... Wokulski pozegnal go i poszedl do swego numeru. "Coz to za dziwne miasto - myslal - gdzie znajduja sie poszukiwacze skarbow, najemni obroncy honoru, dystyngowane damy, ktore handluja tajemnicami, kelnerzy rozprawiajacy o chemii i chemicy, ktorzy chca zmniejszac ciezar gatunkowy cial!..." Przed piata w numerze zjawil sie Geist; byl jakis rozdrazniony i zamknal za soba drzwi na klucz. - Panie Siuze - rzekl - wiele mi na tym zalezy, azebysmy sie porozumieli.:. Powiedz mi, czy masz jakie obowiazki: zone, dzieci? - Chociaz - nie zdaje mi sie... - Nie mam nikogo. - I majatek masz? Milion... - Prawie. - A powiedz mi - mowil Geist - dlaczego ty myslisz o samobojstwie?... Wokulski wstrzasnal sie. - To bylo chwilowe - rzekl. - Doznalem zawrotu w balonie... Geist krecil glowa. - Majatek masz - mruczal - o slawe, przynajmniej dotychczas, nie dobijasz sie... Tu musi byc kobieta!... - zawolal. - Moze - odparl Wokulski, bardzo zmieszany. - Jest kobieta! - rzekl Geist. - To zle. O niej nigdy nie mozna wiedziec: co zrobi i dokad zaprowadzi... W kazdym razie sluchaj - dodal patrzac mu w oczy. - Gdyby ci kiedy jeszcze raz przyszla ochota probowac... Rozumiesz?... Nie zabijaj sie, ale przyjdz do mnie... - Moze zaraz przyjde... - rzekl Wokulski spuszczajac oczy. - Nie zaraz! - odparl zywo Geist. - Kobiety nigdy nie gubia ludzi od razu. Czy juz skonczyles z tamta osoba rachunki?.. - Zdaje mi sie... - Aha! dopiero zdaje ci sie. To zle. Na wszelki wypadek zapamietaj rade. W moim laboratorium bardzo latwo mozna zginac, i jeszcze jak!... - Cos pan przyniosl, profesorze? - zapytal go Wokulski. - Zle! zle!... - mruczal Geist. - Musze szukac kupca na moj material wybuchowy. A myslalem, ze polaczymy sie... - Pierwej pokaz pan, cos przyniosl - przerwal Wokulski. - Masz racje... - odparl Geist i wydobyl z kieszeni sredniej wielkosci pudelko. - Zobacz - rzekl - za co to ludzi nazywaja szalencami!... Pudelko bylo z blachy, zamkniete w szczegolny sposob; Geist po kolei dotykal sztyftow osadzonych w roznych punktach, od czasu do czasu rzucajac na Wokulskiego spojrzenia goraczkowe i podejrzliwe. Raz nawet zawahal sie i zrobil taki ruch, jakby chcial schowac pudelko; ale opamietal sie, dotknal jeszcze paru szyftow i - wieko odskoczylo. W tej chwili opanowal go nowy atak podejrzliwosci. Starzec padl na kanape, ukryl pudelko za siebie i trwoznie spogladal to na pokoj, to na Wokulskiego. - Glupstwa robie!... - mruczal. - Co za nonsens narazac wszystko dla pierwszego lepszego z ulicy... - Nie ufasz mi pan?... - spytal niemniej wzruszony Wokulski. - Nikomu nie ufam - mowil zgryzliwie starzec. - Bo jaka mi dac kto moze rekojmie?... Przysiege czy slowo honoru?... Za stary jestem, aby wierzyc w przysiegi... Tylko wspolny interes jako tako zabezpiecza od najpodlejszej zdrady, a i to nie zawsze... Wokulski wzruszyl ramionami i usiadl na krzesle. - Nie zmuszam pana - rzekl - do dzielenia sie ze mna twoimi klopotami. Mam dosyc wlasnych. Geist nie spuszczal z niego oka, lecz stopniowo uspakajal sie. W koncu odezwal sie: - Przysun sie tu do stolu... Spojrzyj, co to jest? Pokazal mu metalowa kulke ciemnej barwy. - Zdaje mi sie, ze to jest metal drukarski. - Wez w reke... Wokulski wzial kulke i az zdziwil sie, tak byla ciezka. - To jest platyna - rzekl. - Platyna? powtorzyl Geist z drwiacym usmiechem. - Oto masz platyne... I podal mu tej samej wielkosci kulke platynowa. Wokulski przekladal obie z rak do rak; zdziwienie jego wzroslo. - To jest chyba ze dwa razy ciezsze od platyny?... - szepnal. - A tak... tak!... - smial sie Geist. - Nawet jeden z moich przyjaciol akademikow nazwal to "komprymowana platyna"... Dobry wyraz, co? na oznaczenie metalu, ktorego ciezar gatunkowy wynosi 30,7,... Oni tak zawsze. Ile razy uda im sie wynalezc nazwe dla nowej rzeczy, zaraz mowia, ze ja wytlumaczyli na zasadzie juz poznanych praw natury. Przepyszne osly... najmedrsze ze wszystkich, jakimi roi sie tak zwana ludzkosc... A to znasz? - dodal. - No, to jest sztabka szklana - odparl Wokulski. - Cha! cha!... - smial sie Geist. - Wez do reki, przypatrz sie... Prawda, ze ciekawe szklo?... Ciezsze od zelaza, z odlamem ziarnistym, wyborny przewodnik ciepla i elektrycznosci, pozwala sie strugac... Prawda, jak to szklo dobrze udaje metal?... Moze chcesz je rozgrzac albo kuc mlotem?.. Wokulski przetarl oczy. Nie ulega kwestii, ze takiego szkla nie widziano na swiecie. - A to?... - spytal Geist pokazujac mu inny kawalek metalu. - To chyba stal... - Nie sod i nie potas?... - pytal Geist. - Nie.. - Wezze do rak te stal... Tu juz podziw Wokulskiego przeszedl w pewien rodzaj zaniepokojenia: owa rzekoma stal byla lekka jak platek bibulki. - Chyba jest pusta w srodku?... - Wiec przetnij te sztabke, a jezeli nie masz czym, przyjedz do mnie. Zobaczysz tam nierownie wiecej podobnych osobliwosci i bedziesz mogl robic z nimi proby, jakie ci sie podoba. Wokulski ogladal po kolei ow metal ciezszy od platyny, drugi metal przezroczysty, trzeci lzejszy od puchu... Dopoki trzymal je w rekach, wydawaly mu sie rzeczami najnaturalniejszymi pod sloncem: coz jest bowiem naturalniejszego anizeli przedmiot, ktory oddzialywa na zmysly? Lecz gdy oddal probki Geistowi, ogarnialo go zdziwienie i niedowierzanie, zdziwienie i obawa. Wiec znowu ogladal je, krecil glowa, wierzyl i watpil na przemian. - No i coz? - zapytal Geist. - Czy pokazywal pan to chemikom? - Pokazywalem. - I coz oni?... - Obejrzeli, pokiwali glowami i powiedzieli, ze to blaga i kuglarstwo, ktorym powazna nauka zajmowac sie nie moze. - Jak to, wiec nawet nie robili prob? - spytal Wokulski. - Nie. Niektorzy z nich wprost mowili, ze majac do wyboru miedzy pogwalceniem "praw natury" a zludzeniami wlasnych zmyslow, wola nie dowierzac zmyslom. I jeszcze dodawali, ze robienie powaznych doswiadczen z podobnymi kuglarstwami moze oblakac zdrowy rozsadek i stanowczo wyrzekli sie doswiadczen. - I nie oglaszasz pan o tym? - Ani mysle. Owszem, ta bezwladnosc mozgow daje mi najlepsza gwarancje bezpieczenstwa tajemnicy moich wynalazkow. W przeciwnym razie pochwycono by je, predzej lub pozniej odkryto by metode postepowania i znaleziono by to, czego bym im dac nie chcial... - Mianowicie?... - przerwal mu Wokulski. - Znaleziono by metal lzejszy od powietrza - spokojnie odparl Geist. Wokulski rzucil sie na krzesle; przez chwile obaj milczeli. - Dlaczegoz ukrywasz pan przed ludzmi ow transcendentalny metal? - odezwal sie wreszcie Wokulski. - Dla wielu powodow -odparl Geist. - Naprzod chce, azeby ten produkt wyszedl tylko z mojego laboratorium, chocbym nawet nie ja sam go otrzymal. A po wtore, podobny material, ktory zmieni postac swiata, nie moze stac sie wlasnoscia tak zwanej dzisiejszej ludzkosci. Juz za wiele nieszczesc mnozy sie na ziemi przez nieopatrzne wynalazki. - Nie rozumiem pana. - Wiec posluchaj - mowil Geist. - Tak zwana ludzkosc, mniej wiecej na dziesiec tysiecy wolow, baranow, tygrysow i gadow, majacych czlowiecze formy, posiada ledwie jednego prawdziwego czlowieka. Tak bylo zawsze, nawet w epoce krzemiennej. Na taka tedy ludzkosc w biegu wiekow spadaly rozmaite wynalazki. Braz, zelazo, proch, igla magnesowa, druk, machiny parowe i telegrafy elektryczne dostawaly sie bez zadnego wyboru w rece geniuszow i idiotow, ludzi szlachetnych i zbrodniarzy... A jaki tego rezultat?... Oto ten, ze glupota i wystepek dostajac coraz potezniejsze narzedzia mnozyly sie i umacnialy, zamiast stopniowo ginac. Ja - ciagnal dalej Geist - nie chce powtarzac tego bledu i jezeli znajde ostatecznie metal lzejszy od powietrza, oddam go tylko prawdziwym ludziom. Niech oni raz zaopatrza sie w bron na swoj wylaczny uzytek; niechaj ich rasa mnozy sie i rosnie w potege, a zwierzeta i potwory w ludzkiej postaci niechaj z wolna wygina. Jezeli Anglicy mieli prawo wypedzic wilkow ze swej wyspy, istotny czlowiek ma prawo wypedzic z ziemi przynajmniej tygrysy ucharakteryzowane na ludzi... "On ma jednakze tegiego bzika" - pomyslal Wokulski. Pozniej dodal glosno: - Coz wiec panu przeszkadza do wykonania tych zamiarow? - Brak pieniedzy i pomocnikow. Do ostatecznego odkrycia potrzeba wykonac okolo osmiu tysiecy prob, co, lekko liczac, jednemu czlowiekowi zabraloby dwadziescia lat pracy. Ale czterech ludzi zrobi to samo w ciagu pieciu do szesciu lat... Wokulski wstal z krzesla i zamyslony, poczal chodzic po numerze; Geist nie spuszczal z niego oka. - Przypuscmy - odezwal sie Wokulski - ze, ja moglbym panu dac pieniadze i jednego, a nawet... dwu pomocnikow... Lecz gdzie dowod, ze panskie metale nie sa jakas dziwna mistyfikacja, a panskie nadzieje zludzeniami? - Przyjdz do mnie, obejrzyj, co jest, sam zrob kilka doswiadczen, a przekonasz sie. Innego sposobu nie widze - odparl Geist. - I kiedy mozna by przyjsc?... - Kiedy zechcesz. Daj mi tylko kilkadziesiat frankow, gdyz nie mam za co kupic potrzebnych preparatow. A oto moj adres - zakonczyl Geist podajac zabrudzona notatke. Wokulski wreczyl mu trzysta frankow. Starzec zapakowal swoje okazy, zamknal pudelko i rzekl na odchodne: - Napisz do mnie list na dzien przed przybyciem. Prawie ciagle siedze w domu ocierajac kurze z moich retort!... Po odejsciu Geista Wokulski byl jak odurzony. Spogladal na drzwi, za ktorymi zniknal chemik, to na stol, gdzie przed chwila okazywano mu nadnaturalne przedmioty, to znowu dotykal swoich rak i glowy lub chodzil stukajac glosno obcasami po pokoju dla przekonania sie, ze nie marzy, ale czuwa. "A przeciez faktem jest - myslal - ze czlowiek ten pokazal mi jakies dwa materialy: jeden ciezszy od platyny, drugi znakomicie lzejszy od sodu. Nawet zapowiedzial mi, ze szuka metalu lzejszego od powietrza!... Gdyby w rzeczach tych nie tkwilo jakies niepojete oszustwo - rzekl glosno - juz mialbym idee, dla ktorej warto sie skazac na cale lata niewoli. Nie tylko znalazlbym pochlaniajaca prace i spelnienie najsmielszych marzen mlodosci, ale jeszcze widzialbym przed soba cel, wyzszy nad wszystkie, do jakich kiedykolwiek rwal sie duch ludzki. Kwestia zeglugi powietrznej bylaby rozstrzygnieta, czlowiek dostalby skrzydel." I znowu wzruszal ramionami, rozkladal rece i mruczal: "Nie, to niepodobna!..." Brzemie nowych prawd czy nowych zludzen tak go gniotlo, ze uczul koniecznosc podzielenia go z kimkolwiek, chocby tylko w czesci. biegl wiec na pierwsze pietro do paradnej sali przyjec i wezwal Jumarta. Wlasnie gdy zastanawial sie, w jaki sposob rozpoczac z nim te dziwna rozmowe, Jumart sam mu ja ulatwil. Ledwie bowiem ukazal sie w sali, rzekl z dyskretnym usmiechem: - Stary Geist wyszedl od pana bardzo ozywiony. Przekonal pana czy tez zostal pobity?... - No, mowieniem nikt nikogo chyba nie przekona, tylko faktami - odparl Wokulski. - Wiec byly i fakta?... - Tymczasem dopiero zapowiedz ich... Powiedz mi pan jednak - ciagnal Wokulski - co bys sadzil, gdyby Geist pokazal ci metal pod kazdym wzgledem przypominajacy stal, lecz dwa lub trzy razy lzejszy od wody?... Gdybys podobny material ogladal na wlasne oczy, dotykal go wlasnymi rekoma?... Usmiech Jumarta przerodzil sie w jakis ironiczny grymas. - Coz bym mial powiedziec, dobry Boze, nad to, ze profesor Palmieri jeszcze wieksze cuda pokazuje za piec frankow od osoby... - Co za Palmieri? - spytal zdziwiony Wokulski. - Profesor magnetyzmu - odparl Jumart - znakomity czlowiek...Mieszka w naszym hotelu i trzy razy dziennie pokazuje magnetyczne sztuki w sali mogacej od biedy pomiescic ze szescdziesiat osob... Jest wlasnie osma, wiec w tej chwili zaczyna sie przedstawienie wieczorne. Jezeli pan chce, mozemy tam pojsc; ja mam wstep darmo... Na twarz Wokulskiego wystapil tak silny rumieniec, ze oblal mu czolo, a nawet szyje. - Chodzmy - rzekl - do owego profesora Palmieri. - W duchu zas dodal: "Wiec ten wielki mysliciel, Geist, jest kuglarzem, a ja glupcem, ktory placi trzysta frankow za widowisko warte piec frankow... Jakze on mnie zlapal!..." Weszli na drugie pietro do salonu urzadzonego rownie bogato jak inne w tym hotelu. Wieksza jego czesc juz zapelniali widzowie starzy i mlodzi, kobiety i mezczyzni, ubrani elegancko i bardzo zajeci profesorem Palmierim, ktory wlasnie konczyl krotka prelekcje o magnetyzmie. Byl to mezczyzna srednich lat, zawiedly, brunet, z rozczochrana broda i wyrazistymi oczyma. Otaczalo go pare przystojnycb kobiet i kilku mlodych mezczyzn o twarzach mizernych i apatycznych. -To sa media - szepnal Jumart. -Na nich Palmieri pokazuje swoje sztuki. Widowisko, trwajace okolo dwu godzin, polegalo na tym, ze Palmieri za pomoca wzroku usypial swoje media, w taki jednak sposob, ze mogly one chodzic, odpowiadac na pytania i wykonywac rozmaite czynnosci. Procz tego uspieni przez magnetyzera w miare jego rozkazow objawiali badz niezwykla sile muskularna, badz jeszcze niezwyklejsza nieczulosc lub nadwrazliwosc zmyslow. Poniewaz Wokulski pierwszy raz widzial podobne zjawiska i bynajmniej nie ukrywal niedowierzania, wiec Palmieri zaprosil go do pierwszego rzedu krzesel. Tu po kilku probach Wokulski przekonal sie, ze zjawiska, na ktore patrzy, nie sa kuglarstwem, lecz polegaja na jakichs nieznanych wlasciwosciach systemu nerwowego. Ale najwiecej zajely, a nawet przerazily go dwa doswiadczenia majace pewien zwiazek z jego wlasnym zyciem. Polegaly one na wmawianiu w medium rzeczy nie istniejacych. Jednemu z uspionych podal Palmieri korek od karafki mowiac, ze podal mu roze. W tej chwili medium zaczelo wachac korek okazujac przy tym wielkie zadowolenie. - Co pan robisz? - zawolal Palmieri do medium - wszakze to asafetyda... I medium natychmiast z obrzydzeniem odrzucilo korek wycierajac rece i narzekajac, ze cuchna. Innemu podal chustke do nosa, a gdy powiedzial mu, ze chustka wazy sto funtow, uspiony poczal uginac sie, drzec i potniec pod jej ciezarem. Wokulski widzac to sam spotnial. "Juz rozumiem - pomyslal - tajemnice Geista. On mnie zamagnetyzowal..." Lecz najbolesniejszego uczucia doznal wowczas, gdy Palmieri, uspiwszy jakiegos watlego mlodzienca, owinal recznikiem lopatke od wegli i wmowil w swoje medium, ze jest to mloda i piekna kobieta, ktora trzeba kochac. Zamagnetyzowany sciskal i calowal lopatke, klekal przed nia i robil najczulsze miny. Gdy ja wlozono pod kanape, popelznal za nia na czworakach jak pies, odepchnawszy pierwej czterech silnych mezczyzn, ktorzy chcieli go zatrzymac. A gdy nareszcie Palmieri schowal ja mowiac, ze umarla. mlody czlowiek wpadl w taka rozpacz, ze tarzal sie po podlodze i bil glowa o sciane. W tej chwili Palmieri dmuchnal mu w oczy i mlodzian obudzil sie ze strumieniami lez na policzkach, wsrod oklaskow i smiechu obecnych. Wokulski uciekl z sali straszliwie rozdrazniony. "A wiec wszystko jest klamstwem!... Rzekome wynalazki Geista i jego madrosc, moja szalona milosc i nawet ona... Ona sama jest tylko zludzeniem oczarowanych zmyslow... Jedyna rzeczywistoscia, ktora nie zawodzi i nie klamie, jest chyba - smierc..." Wybiegl z hotelu na ulice, wpadl do kawiarni i kazal podac koniak. Tym razem wypil poltorej karafki, a pijac myslal, ze ten Paryz, w ktorym znalazl najwiecej madrosci, najwieksze zludzenia i ostateczne rozczarowania, stanie sie chyba jego grobem. "Na co mam juz czekac?... czego dowiem sie?... Jezeli Geist jest ordynarnym oszustem i jezeli mozna kochac sie w lopatce od wegli, jak ja w n i e j, to coz mi jeszcze pozostaje?... " Wrocil do hotelu rozmarzony koniakiem i zasnal w ubraniu. A gdy obudzil sie o osmej rano, pierwsza jego mysla bylo: "Nie ma kwestii, ze Geist za pomoca magnetyzmu oszukal mnie co do owych metali. Lecz... kto magnetyzowal mnie wowczas, kiedy oszalalem dla tej kobiety?..." Nagle blysnal mu projekt, azeby zasiegnac informacji u Palmieriego. Przebral sie wiec i szybko zeszedl na drugie pietro. Mistrz tajemniczej sztuki juz czekal na gosci; ale ze gosci jeszcze nie bylo, wiec Wokulskiego przyjal natychmiast, pobrawszy z gory dwadziescia frankow oplaty za narade. - Czy - zapytal Wokulski - w kazdego moze pan wmowic, ze lopatka od wegli jest kobieta i ze chustka wazy sto funtow?... - W kazdego, kto da sie uspic. - Wiec prosze mnie uspic i powtorzyc na mnie sztuke z chustka Palmieri zaczal swoje praktyki; wpatrywal sie Wokulskiemu w oczy, dotykal mu czola, pocieral rece od obojczykow do dloni... Nareszcie odsunal sie od niego zniechecony. - Pan nie jestes medium -rzekl. - A gdybym ja mial w zyciu wypadek taki, jak ow jegomosc z chustka? - spytal Wokulski. - To jest niemozliwe, pana niepodobna uspic. Zreszta, gdybys byl uspiony i mial zludzenie, ze chustka wazy sto funtow, to znowu obudziwszy sie nie pamietalbys pan o tym. - A czy nie sadzisz pan, ze ktos zreczniej moze magnetyzowac... Palmieri obrazil sie. - Nie ma lepszego magnetyzera ode mnie! - zawolal. - Zreszta i ja pana uspie ale na to trzeba kilkumiesiecznej pracy... To bedzie kosztowalo dwa tysiace frankow... Nie mysle darmo tracic mego fluidu... Wokulski opuscil magnetyzera wcale niezadowolony. Jeszcze nie watpil, ze panna Izabela mogla oczarowac go; miala przeciez dosyc czasu. Ale znowu Geist nie mogl go uspic w ciagu paru minut. Zreszta Palmieri twierdzi, ze uspieni nie pamietaja swoich przywidzen; on zas pamieta kazdy szczegol wizyty starego chemika. Jezeli wiec Geist nie uspil go, wiec nie jest oszustem. Wiec jego metale istnieja i... odkrycie metalu lzejszego od powietrza jest mozliwe!... "Oto miasto - myslal - w ktorym wiecej przezylem w ciagu jednej godziny anizeli w Warszawie przez cale zycie... Oto miasto!..." Przez kilka dni Wokulski byl bardzo zajety. Przede wszystkim wyjezdzal Suzin zakupiwszy kilkanascie statkow. Najzupelniej legalny zysk z tej operacji byl ogromny - tak ogromny ze czastka przypadajaca na Wokulskiego pokryla wszystkie wydatki, jakie w ciagu ostatnich miesiecy poniosl w Warszawie. Na pare godzin przed pozegnaniem sie Suzin i Wokulski jedli sniadanie w swoim paradnym numerze i naturalnie rozmawiali o zyskach. - Masz bajeczne szczescie - odezwal sie Wokulski. Suzin pociagnal lyk szampana i oparlszy na brzuchu rece ozdobione pierscieniami rzekl: - To nie szczescie, Stanislawie Piotrowiczu, to miliony. Nozykiem tniesz wikline, a toporem deby. Kto ma kopiejki, robi interesa kopiejkowe i kopiejki zyskuje; ale kto ma miliony, musi zyskiwac miliony. Rubel, Stanislawie Piotrowiczu, jest jak zapracowana szkapa: kilka lat musisz czekac, zanim urodzi ci nowego rubla; ale milion jest mnozny jak swinia: co rok daje kilkoro. Za dwa albo za trzy lata, Stanislawie Piotrowiczu, i ty zbierzesz okragly milionik, a wtedy przekonasz sie, jak zanim gonia inne pieniadze. Chociaz z toba!... Suzin westchnal, zmarszczyl brwi i znowu wypil szampana. - Coz ze mna? - spytal Wokulski. - A ot, co z toba - odparl Suzin. - Ty, zamiast w takim miescie robic interesa dla siebie do swego handlu, ty nic... Ty sobie walesasz sie z glowa na dol albo do gory, na nic sie nie patrzac, albo nawet (wstyd powiedziec chrzescijaninowi!) latasz w powietrze balonem... Coz ty balaganowym skoczkiem myslisz zostac, ha?... No i nareszcie, powiem tobie, Stanislawie Piotrowiczu, ty obraziles na siebie jedna bardzo dystyngowana dame, te ot baronowe... A przecie u niej mozna bylo i w karty pograc, i ladne kobiety znalezc; i dowiedziec sie o niejednej rzeczy. Radze tobie, daj ty jej co zarobic przed wyjazdem: nie dasz adwokatowi rubla, on tobie sto wyciagnie. Ach, ty ojcze rodzony... Wokulski sluchal z uwaga. Suzin znowu westchnal i ciagnal dalej: - I z czarownikami naradzasz sie (pfy! nieczysta sila...), na czym, mowie tobie, nie zyskasz rozbitej kopiejki, a mozesz na siebie obrazic Boga. Nieladnie!... Najgorsze, co ty myslisz, ze nikt nie wie, co tobie dolega? Tymczasem wszyscy wiedza, ze masz jakies moralne cierpienie, tylko jeden mysli, ze chcialbys kupowac tu falszywe bankocetle, a inny dogaduje sie, ze rad bys zbankrutowac, jezeli juz nie jestes bankrut. - I ty w to wierzysz? - spytal Wokulski. - Aj! Stanislawie Piotrowiczu, juz komu, ale tobie nie godzi sie awansowac mnie na durnia. Ty myslisz: ja nie wiem, ze tobie chodzi o kobiete?... Nu, kobieta smaczna rzecz i bywa, ze nawet innemu solidniemu czlowiekowi przewroci mozgi. Baw wiec sie i ty, kiedy masz pieniadze. Ale ja tobie, Stanislawie Piotrowiczu, powiem jedno slowko, chcesz?.. - Prosze cie. - Kto prosi, zeby mu ogolic brode, nie gniewa sie na zdrapanie. Otoz, golabku, powiem tobie przypowiesc. Znajduje sie w tej Francji jakas cudowna woda na wszystkie choroby (nie pomne jej nazwiska).Wiec sluchaj mnie: sa tacy, ktorzy przychodza tam na kolanach i prawie nie smia spojrzec; a sa inni, ktorzy te wode bez ceremonii pija i nawet zeby plucza... Ach, Stanislawie Piotrowiczu, ty nie wiesz, jak ten pijacy grubo zartuje z modlacego sie... Zobacz wiec, czy nie jestes takim, a gdybys byl, plun na wszystko... Ale co tobie?... Boli? prawda...No, pokosztuj wina... - Czys slyszal co o niej? - glucho spytal Wokulski. - Klne sie, zem nic nadzwyczajnego nie slyszal - odparl Suzin uderzajac sie w piersi. - Kupcowi trzeba subiektow, a kobiecie bijacych przed nia czolem, chocby dla zasloniecia tego zucha, ktory nie bije poklonow. Rzecz calkiem naturalna. Tylko ty, Stanislawie Piotrowiczu, nie wchodz miedzy czerede, a jezelis wszedl, podnies glowe. Pol miliona rubli kapitalu to przecie nie plewy; z takiego kupca nie powinni nasmiewac sie ludzie. Wokulski podniosl sie i przeciagnal jak czlowiek, ktoremu zrobiono operacje rozpalonym zelazem. "Moze tak nie byc, a moze... tak byc!... - pomyslal. - Ale jezeli tak jest... czesc majatku oddam szczesliwemu wielbicielowi za to; ze mnie wyleczyl!..." Wrocil do siebie i pierwszy raz calkiem spokojnie poczal przebiegac mysla wszystkich adoratorow panny Izabeli, ktorych widywal z nia lub o ktorych tylko slyszal. Przypominal sobie ich znaczace rozmowy, tkliwe spojrzenia, dziwne polslowka, wszystkie sprawozdania pani Meliton, wszystkie sady, jakie krazyly o pannie Izabeli wsrod podziwiajacej ja publicznosci. Wreszcie gleboko odetchnal: zdawalo mu sie, ze znalazl jakas nitke, ktora moze wyprowadzic go z labiryntu. "Wyjde z niego chyba do pracowni Geista" - pomyslal czujac, ze juz wpadlo mu w serce pierwsze ziarno pogardy. "Ma prawo, ma wszelkie prawo!... - mruczal usmiechajac sie. - Ale tez wybor, czy moze nawet wybory... Ehej, jakiezem ja podle bydle; a Geist uwaza mnie za czlowieka!..." Po wyjezdzie Suzina Wokulski po raz drugi odczytal dzis wreczony mu list Rzeckiego. Stary subiekt malo pisal o interesach, ale bardzo duzo o pani Stawskiej, nieszczesliwej a pieknej kobiecie, ktorej maz gdzies zginal. "Do smierci zobowiazesz mnie - mowil Rzecki - jezeli cos obmyslisz dla ostatecznego wyjasnienia: czy Ludwik Stawski zyje, czy umarl?" Po czym nastepowal rejestr dat i miejscowosci, w ktorych zaginiony przebywal opusciwszy Warszawe. "Stawska?... Stawska?... - myslal Wokulski. - Juz wiem!... To ta piekna pani z coreczka, ktora mieszka w moim domu... Co za dziwny zbieg wypadkow: moze po to kupilem dom Leckich, azeby poznac w nim te druga?... Nic mnie ona nie obchodzi, skoro tu ostane, ale dlaczegoz nie mialbym jej dopomoc, jezeli prosi Rzecki... Ach! wybornie... Bede mial zaraz powod dac prezent baronowej, ktora mi tak rekomendowal Suzin..." Wzial adres baronowej i pojechal w okolice Saint-Germain. W sieni domu, w ktorym mieszkala, byl kramik antykwariusza. Wokulski rozmawiajac ze szwajcarem mimo woli rzucil okiem na ksiazki i z radosnym zdziwieniem spostrzegl egzemplarz poezji Mickiewicza, tej edycji, ktora czytal jeszcze jako subiekt Hopfera. Na widok wytartych okladek i splowialego papieru cala mlodosc stanela mu przed oczyma. Natychmiast kupil ksiazke i o malo nie ucalowal jej jak relikwie. Szwajcar, ktoremu frank podbil serce dla Wokulskiego, zaprowadzil go az do drzwi apartamentow baronowej, z usmiechem zyczac przyjemnej zabawy. Wokulski zadzwonil i zaraz na wstepie zobaczyl lokaja w pasowym fraku. "Aha!" - mruknal. W salonie, rzecz naturalna, byly zlocone meble, obrazy, dywany i kwiaty. Po chwili ukazala sie baronowa z mina osoby obrazonej, ktora gotowa jednak przebaczyc. Istotnie przebaczyla mu. W krotkiej rozmowie Wokulski wylozyl cel wizyty, napisal nazwisko Stawskiego i miejsc, w ktorych przebywal, usilnie proszac, azeby baronowa przez swoje liczne stosunki dala mu o zaginionym dokladna wiadomosc. - To jest mozliwe - odparla wielka dama - ale... czy nie zniecheca pana koszta?... Musimy odwolac sie do policji niemieckiej, angielskiej, amerykanskiej... - Wiec?... - Wiec wyda pan ze trzy tysiace frankow? - Oto sa cztery tysiace - odparl Wokulski podajac jej czek, na ktorym wypisal odnosna sume. - Kiedyz mam spodziewac sie odpowiedzi?... - Tego nie jestem w stanie oznaczyc - rzekla baronowa - moze za miesiac, moze za rok. Sadze jednak - dodala surowo - ze o rzeczywistosci poszukiwan nie watpi pan? - Tak dalece nie watpie, ze zostawie u Rotszylda kwit jeszcze na dwa tysiace frankow, platnych po otrzymaniu wiadomosci o tym czlowieku. - Pan wkrotce wyjezdza? - O nie. Zabawie jakis czas. - Ach, zachwycil pana Paryz!... - rzekla baronowa z usmiechem. - Spodoba sie panu jeszcze bardziej z okien mego salonu. Przyjmuje co wieczor. Pozegnali sie oboje bardzo zadowoleni: baronowa z pieniedzy swojego klienta, Wokulski, ze jednym zamachem spelnil rade Suzina i prosbe Rzeckiego. Teraz Wokulski zostal w Paryzu zupelnie osamotniony, bez zadnego obowiazkowego zajecia. Znowu zwiedzal wystawe, teatry, nieznane ulice, pominiete sale w muzeach...Znowu podziwial olbrzymie sily Francji, prawidlowosc w budowie i zyciu milionowego miasta, wplyw lagodnego klimatu na przyspieszony rozwoj cywilizacji... Znowu pil koniak, jadal kosztowne potrawy albo gral w karty w salonie baronowej, gdzie zawsze przegrywal... Taki sposob przepedzania czasu wyczerpywal go znakomicie, ale nie dawal ani kropli radosci. Godziny wlokly mu sie jak doby, dnie nie mialy konca, a noce spokojnego snu. Bo choc spal twardo, bez zadnych marzen przykrych albo przyjemnych, chociaz tracil swiadomosc, nie mogl jednakze pozbyc sie uczucia niezgruntowanej goryczy, w ktorej tonela jego dusza na prozno szukajaca tam dna albo brzegow. "Dajcie mi jakis cel... albo smierc!..." - mowil nieraz, patrzac w niebo. A w chwile pozniej smial sie i myslal: "Do kogo ja mowie?... Kto mnie wyslucha w tym mechanizmie slepych sil, ktorych stalem sie igraszka? Coz to za okrutna dola nie byc do niczego przywiazanym, niczego nie pragnac, a tak wiele rozumiec..." Zdawalo mu sie, ze widzi jakas niezmierna fabryke, skad wybiegaja nowe slonca, nowe planety, nowe gatunki, nowe narody, a w nich ludzie i serca, ktore szarpia furie: nadzieja, milosc i bolesc. Ktoraz z nich najgorsza? Nie bolesc, bo ona przynajmniej nie klamie. Ale ta nadzieja, ktora tym glebiej straca, im wyzej podniosla... Ale milosc, ten motyl, ktorego jedno skrzydlo nazywa sie niepewnoscia, a drugie oszustwem... "Wszystko jedno - mruczal. - Jezeli juz musimy odurzac sie czyms, odurzajmy sie czymkolwiek. Ale czym?..." Wowczas w glebi mroku, nazywajacego sie natura, ukazywaly sie przed nim jakby dwie gwiazdy. Jedna blada, ale niezmienna - to byl Geist i jego metale; druga iskrzaca sie jak slonce albo nagle gasnaca, a ta byla ona... "Co tu wybrac? - myslal - jezeli jedno jest watpliwe, a druga a niedostepna i niepewna. Bo chocbym nawet dosiegnal jej, czy ja jej kiedy uwierze?... czy nawet moglbym uwierzyc?..." Z tym wszystkim czul, ze zbliza sie chwila decydujacej walki pomiedzy jego rozumem i sercem. Rozum ciagnal go do Geista, serce do Warszawy. Czul, ze lada dzien cos z tego musi wybrac: albo ciezka prace, ktora wiodla do nadzwyczajnej slawy, albo plomienna namietnosc, ktora obiecywala chyba to, ze spali go na popiol. "A jezeli i to, i tamto jest zludzeniem, jak owa lopatka albo chustka wazaca sto funtow?..." Poszedl jeszcze raz do magnetyzera Palmieriego i zaplaciwszy nalezne dwadziescia frankow za konferencje, poczal zadawac mu pytania: - Wiec twierdzisz pan, ze mnie nie mozna zamagnetyzowac? - Co to jest nie mozna! - oburzyl sie Palmieri. - Nie mozna od razu, gdyz nie jestes pan medium. Ale mozna by z pana zrobic medium, jezeli nie w kilka miesiecy, to w kilka lat. Zatem Geist stanowczo nie otumanil mnie" - pomyslal Wokulski. Glosno zas dodal: - A kobieta, panie Palmieri, moze zamagnetyzowac czlowieka? - Nie tylko kobieta, ale nawet drzewo, klamka, woda, no, slowem, wszystko, czemu magnetyzer nada wladze. Ja moge moje media magnetyzowac bodajby szpilka ; mowie im: w te szpilke przelewam moj fluid i zasniesz pan, kiedy na nia spojrzysz. Tym wiec latwiej moglbym przekazac moja wladze jakiejs kobiecie. Byle, rozumie sie, osoba magnetyzowana byla medium. - I wtedy do owej kobiety przywiazalbym sie tak jak panskie medium do lopatki od wegli?.. - spytal Wokulski. - Bardzo naturalnie - odpowiedzial Palmieri spogladajac na zegarek. Wokulski opuscil go i wloczac sie po ulicach myslal: "Co do Geista, mam prawie dowod, ze nie ludzil mnie za pomoca magnetyzmu: nie starczyloby na to czasu. Ale co do niej, nie mam pewnosci, ze nie oczarowala mnie w ten sposob. Czasu bylo dosyc, ale... ktoz mnie zrobil jej medium?.." Im wiecej porownywal swoja milosc dla panny Izabeli z uczuciami ogolu mezczyzn dla ogolu kobiet, tym bardziej wydawala mu sie nienaturalna. Bo jak mozna zakochac sie w kims od jednego rzutu oka? Albo jak mozna szalec za kobieta, ktora widzi sie raz na kilka miesiecy, i tylko po to, azeby przekonac sie, ze ona nie dba o nas? "Bah! - mruknal - rzadkie spotkania wlasnie nadaja jej charakter idealu. Kto wie, czy zupelnie nie rozczarowalbym sie poznawszy ja dokladniej?" Zdziwilo go, ze od Geista nie mial zadnej wiadomosci. "Czyby uczony chemik po to wzial trzysta frankow, azeby juz wcale mi sie nie pokazywac...' - pomyslal. Ale sam zawstydzil sie tych podejrzen. "Moze chory?" - szepnal. Wzial fiakra i pojechal wedlug adresu, daleko za waly miasta, w okolice Charenton. Na wskazanej ulicy fiakier zatrzymal sie przed murowanym parkanem; spoza niego widac bylo dach i gorna czesc okien domu. Wokulski wysiadl z powozu i zblizyl sie do zelaznej furtki w murze, zaopatrzonej w mlotek. Po kilkunastu uderzeniach furtka nagle uchylila sie i Wokulski wszedl na dziedziniec. Dom byl jednopietrowy, bardzo stary; mowily o tym sciany pokryte plesnia, mowily okna zakurzone, gdzieniegdzie wybite. W srodku sciany frontowej znajdowaly sie drzwi, do ktorych wchodzilo sie po kilku stopniach kamiennych dosc zrujnowanych. Poniewaz furtka juz zamknela sie z gluchym loskotem, a nie bylo widac szwajcara, ktory ja otwieral, wiec Wokulski stal na srodku dziedzinca zdziwiony i zaklopotany. Nagle w oknie pierwszego, a zarazem jedynego pietra ukazala sie jakas glowa w czerwonej czapce i znajomy glos zawolal: - Czy to wy, panie Siuze?... Dzien dobry! Glowa znikla, lecz otwarty lufcik swiadczyl, ze nie byla zludzeniem. Wreszcie po kilku chwilach zgrzytnely drzwi srodkowe, otworzyly sie i stanal w nich Geist. Byl ubrany w podarte niebieskie spodnie, drewniane sandaly na nogach i brudny flanelowy kaftanik na grzbiecie. - Powinszuj mi, panie Siuze! - mowil Geist. - Sprzedalem moj material wybuchowy anglo-amerykanskiej kompanii i zdaje sie, zrobilem niezly interes. Sto piecdziesiat tysiecy frankow gotowka z gory i dwadziescia piec centimow od kazdego sprzedanego kilograma. - No, w tych warunkach chyba zarzuci pan swoje metale - rzekl usmiechajac sie Wokulski. Geist spojrzal na niego z poblazliwa wzgarda. - Warunki te - odparl - o tyle zmienily moje polozenie, ze na pare lat nie potrzebuje sie troszczyc o majetnego wspolnika. Lecz co do metalow, wlasnie w tej chwili pracuje nad nimi, spojrzyj... Otworzyl drzwi na lewo od sieni. Wokulski zobaczyl rozlegla, kwadratowa sale, bardzo chlodna. Na srodku jej stal ogromny cylinder, podobny do kadzi: stalowa sciana jej miala z lokiec grubosci i byla w czterech miejscach scisnieta poteznymi obreczami. Do gornego dna byly przytwierdzone jakies aparaty: jeden podobny do klapy bezpieczenstwa, spod ktorej od czasu do czasu wydobywal sie obloczek pary i szybko niknal w powietrzu, drugi przypominal manometr, ktorego skazowka jest w ruchu. - Kociol parowy?.. - spytal Wokulski. - Dlaczegoz takie grube sciany? - Dotknij go - rzekl Geist. Wokulski dotknal i syknal z bolu. Na palcach wyskoczyly mu pecherze, lecz nie z goraca, tylko z zimna... Kadz byla straszliwie zimna, co zreszta czulo sie w calej sali. - Szescset atmosfer cisnienia wewnetrznego - dodal Geist nie zwazajac na przygode od Wokulskiego ktory az wstrzasnal sie uslyszawsy taka cyfre. - Wulkan!... - szepnal. - Dlatego namawialem cie, azebys mnie pracowal - odparl Geist.- Jak widzisz, latwo tu o wypadek... Chodzmy na gore... - Kociol zostawi pan bez dozoru? - spytal Wokulski. - O, przy tej robocie nie potrzeba nianki; wszystko robi sie samo i nie moze byc niespodzianek. Wszedlszy na gore znalezli sie w duzym pokoju o czterech oknach. Glownym jego umeblowaniem byly stoly, literalnie zarzucone retortami, miseczkami i rurkami ze szkla, porcelany, nawet z olowiu i miedzi. Na podlodze pod stolami i w katach lezalo kilkanascie bomb artyleryjskich, miedzy nimi kilka peknietych. Pod oknami staly wanienki kamienne lub miedziane, napelnione kolorowymi plynami; wzdluz jednej ze scian ciagnela sie lawa czy tapczan, a na niej ogromny stos elektryczny. Dopiero odwrociwszy sie Wokulski spostrzegl przy samych drzwiach zelazna szafe wmurowana w sciane, lozko okryte podarta koldra, z ktorej. wylazila brudna wata, pod oknem stolik z papierami, a przed nim fotel obity skora, popekana i wytarta. Wokulski spojrzal na starca obutego w drewniane sandaly jak najubozszy wyrobnik, potem na jego sprzety, z ktorych wyzierala nedza, i pomyslal, ze przecie ten czlowiek za swoje wynalazki moglby miec miliony. Wyrzekl sie ich jednak dla dobra jakiejs przyszlej, doskonalszej ludzkosci... Geist wydal mu sie w tej chwili jak Mojzesz, ktory do obiecanej ziemi prowadzi jeszcze nie urodzone pokolenia. Ale stary chemik tym razem nie odgadl mysli Wokulskiego; przypatrzyl mu sie pochmurnie i rzekl: - Coz, panie Siuze, niewesole miejsce, niewesola robota?... Od czterdziestu lat zyje w ten sposob. W tych aparatach uwiezlo juz kilka milionow i moze dlatego ich posiadacz nie bawi sie, nie ma sluzby, a czasami nawet nie ma co jesc... To nie dla pana zajecie - dodal machnawszy reka. - Mylisz sie, profesorze - odparl Wokulski. - Zreszta w grobie nie jest chyba weselej... - Co tam grob... glupstwo... sentymentalizm!... - mruknal Geist. -W naturze nie ma grobow ani smierci; sa rozne formy bytu, z ktorych jedne pozwalaja nam byc chemikami, inne tylko preparatami chemicznymi. Cala zas madrosc polega na tym, azeby korzystac z nadarzajacej sie okazji, nie tracic czasu na blazenstwa, lecz cos zrobic. - Rozumiem to - odparl Wokulski - ale... Wybacz pan, panskie odkrycia sa tak nowe... - I ja rozumiem - przerwal Geist. - Moje odkrycia sa tak nowe, ze... uwazasz je pan za oszustwo!... Pod tym wzgledem nie sa medrszymi od ciebie czlonkowie Akademii, masz wiec dobre towarzystwo... Aha!...Chcialbys jeszcze raz zobaczyc moje metale, wyprobowac je?... Dobrze, bardzo dobrze... Pobiegl do zelaznej szafy, otworzyl ja w sposob bardzo skomplikowany i po kolei poczal wydobywac sztabki metalu ciezszego od platyny, lzejszego od wody, to znowu przezroczystego... Wokulski ogladal je, wazyl, ogrzewal, kul, przepuszczal przez nie prad elektryczny, cial nozycami. Na probach tych zeszlo mu pare godzin; w rezultacie jednak przekonal sie, ze przynajmniej pod wzgledem fizycznym ma do czynienia z autentycznymi metalami. Skonczywszy proby Wokulski wyczerpany upadl na fotel; Geist pochowal swoje okazy, zamknal szafe i smiejac sie zapytal: - No i coz: fakt czy zludzenie? - Nic nie rozumiem - szepnal Wokulski sciskajac rekoma skronie - glowa mi peka!... Metal trzy razy lzejszy od wody... niepojeta rzecz!... - Albo metal o jakie dziesiec procent lzejszy od powietrza, co?...smial sie Geist. - Ciezar gatunkowy obalony... prawa natury podkopane, co?... Cha! cha! Nic z tego wszystkiego. Prawa natury, o ile je znamy, nawet przy moich metalach pozostana nietkniete. Rozszerza sie tylko nasze pojecia o wlasnosciach cial i ich budowie wewnetrznej, no i rozszerza sie granice ludzkiej techniki. - A ciezar gatunkowy? - spytal Wokulski. - Posluchaj mnie - przerwal mu Geist - a wnet zrozumiesz, na czym polega istota moich odkryc, chociaz, pospieszam dodac, nasladowac ich nie potrafisz. Tu nie ma ani cudow, ani oszustwa; tu sa rzeczy tak proste, ze pojac je moglby uczen szkoly elementarnej. Wzial ze stolu stalowy szescian i podawszy go Wokulskiemu mowil: - Oto jest decymetr szescienny, pelny, odlany ze stali; wez go w reke, ile wazy? - Z osiem kilogramow... Podal mu drugi szescian tej samej wielkosci, rowniez stalowy, pytajac: - A ten ile wazy? - No, ten wazy z pol kilograma:.. Ale on jest pusty... - odparl Wokulski. - Doskonale! A ta szescienna klatka ze stalowego drutu ile wazy? - spytal Geist podajac ja Wokulskiemu. - Ta wazy kilkanascie gramow... - Otoz widzisz - przerwal Geist. - Mamy trzy szesciany tej samej wielkosci i z tego samego materialu, ktore jednak sa nierownej wagi. A dlaczego? Gdyz w pelnym szescianie jest najwiecej czastek stali, w pustym mniej, a w drucianym najmniej. Wyobraz wiec sobie, ze udalo mi sie zamiast pelnych czastek budowac klatkowate czastki cial, a zrozumiesz tajemnice wynalazku. Polega on na zmianie budowy wewnetrznej materialow, co nawet dla dzisiejszej chemii nie jest zadna nowoscia. Coz, jakze tam?... - Kiedy widze okazy, wierze - odparl Wokulski - kiedy pana slucham, rozumiem. Ale gdy wyjde stad... Rozlozyl rece w sposob desperacki. Geist znowu otworzyl szafe, poszukal i wydobywszy maly skrawek metalu, barwa przypominajacego mosiadz, podal Wokulskiemu - Wez sobie to jako amulet przeciw powatpiewaniu o moim rozumie czy prawdomownosci. Ten metal jest okolo pieciu razy lzejszy od wody, dobrze wiec bedzie ci przypominal nasza znajomosc. Przy tym - dodal smiejac sie - ma on wielka zalete: nie obawia sie zadnych odczynnikow chemicznych... Predzej zniknie, anizeli zdradzi moj sekret... A teraz idz juz, panie S i u z e, odpocznij i namysl sie: co masz zrobic ze soba? - Przyjde tu - szepnal Wokulski. - O nie! nie zaraz!... - odparl Geist. - Jeszcze nic ukonczyles swoich rachunkow ze swiatem; a ze i ja mam na pare lat pieniadze, wiec nie nalegam. Przyjdziesz tu, kiedy ci juz nic nie zostanie z dawnych zludzen... Niecierpliwie scisnal go za reke i popychal ku drzwiom. Na schodach pozegnal go jeszcze raz i cofnal sie do laboratorium. Gdy Wokulski wyszedl na dziedziniec, furtka juz byla otwarta, a gdy wyminal ja i stanal obok swego fiakra, zatrzasnela sie. Wrociwszy do miasta Wokulski przede wszystkim kupil zloty medalion, umiescil w nim skrawek nowego metalu i zawiesil na szyi jak szkaplerz. Chcial przespacerowac sie, ale spostrzegl, ze ruch uliczny meczy go; wiec poszedl do siebie. "Czemu ja sie wracam? - szeptal. - Dlaczego nie ide do Geista do roboty?..." Usiadl na fotelu i utonal we wspomnieniach. Widzial sklep Hopfera, stolowe pokoje i gosci, ktorzy drwili z niego; widzial swoja maszyne o wieczystym ruchu i model balonu, ktoremu usilowal nadac kierunek. Widzial Kasie Hopfer, ktora mizerniala z milosci dla niego... "Do roboty!... Dlaczego ja nie ide do roboty?.. " Wzrok jego machinalnie padl na stol, gdzie lezal niedawno kupiony Mickiewicz. "Ile ja to razy czytalem!..." - westchnal biorac ksiazke do reki. Ksiazka otworzyla sie sama i Wokulski przeczytal: "Zrywam sie, biegne, skladam na pamiec wyrazy, ktorymi mam zlorzeczyc okrucienstwu twemu, skladane, zapomniane juz po milion razy...Ale gdy ciebie ujrze, nic pojmuje, czemu znowu jestem spokojny, zimniejszy nad glazy, aby gorec na nowo, milczec po dawnemu." "Teraz juz wiem, przez kogo jestem tak zaczarowany..." Uczul lze pod powieka, lecz pohamowal sie i nie splamila mu twarzy. "Zmarnowaliscie zycie moje... Zatruliscie dwa pokolenia!.. szepnal. - Oto skutki waszych sentymentalnych, pogladow na milosc." Zlozyl ksiazke i cisnal nia w kat pokoju, az rozlecialy sie kartki. Ksiazka odbila sie od sciany, spadla na umywalnie i ze smutnym szelestem stoczyla sie na podloge. "Dobrze ci tak! tam twoje miejsce... - myslal Wokulski. - Bo ktoz to milosc przedstawial mi jako swieta tajemnice? Kto nauczyl mnie gardzic codziennymi kobietami, a szukac niepochwytnego idealu?... Milosc jest radoscia swiata, sloncem zycia, wesola melodia w pustyni a ty co z niej zrobiles?... Zalobny oltarz, przed ktorym spiewaja sie egzekwie nad zdeptanym sercem ludzkim!" Wtem nasunelo mu sie pytanie: "Jezeli poezja zatrula twoje zycie, to ktoz zatrul ja sama? I dlaczego Mickicwicz, zamiast smiac sie i swawolic jak francuscy piesniarze, umial tylko tesknic i rozpaczac? Bo on, tak jak i ja, kochal panne wysokiego urodzenia, ktora mogla stac sie nagroda nie rozumu, nie pracy, nie poswiecen, nawet nie geniuszu, ale... pieniedzy i tytulu..." "Biedny meczenniku! - szepnal Wokulski. - Tys oddal narodowi, cos mial najlepszego; lecz cozes winien, ze przelewajac w niego wlasna dusze, razem z nia przelales cierpienia, jakimi nasycali ciebie? To oni sa winni twoim, moim i naszym nieszczesciom..." Podniosl sie z fotelu i ze czcia zebral porozdzierane kartki. "Nie dosc, ze byles umeczony przez nich, ale jeszcze mialbys odpowiadac za ich wystepki?... To oni winni, oni, ze twoje serce, zamiast spiewac, jeczalo jak dzwon rozbity." Polozyl sie na kanapie i znowu myslal: "Szczegolny kraj, w ktorym od tak dawna mieszkaja obok siebie dwa calkiem rozne narody: arystokracja i pospolstwo. Jeden mowi, ze jest szlachetna roslina, ktora ma prawo ssac gline i mierzwe, a ten drugi albo przytakuje dzikim pretensjom, albo nie ma sily zaprotestowac przeciw krzywdzie. A jak sie to wszystko skladalo na uwiecznienie monopolu jednej klasy i zdlawienie w zarodku kazdej innej! Tak silnie wierzono w powage rodu, ze nawet synowie rzemieslnikow i handlarzy albo kupowali herby, albo podszywali sie pod jakies zubozale rody szlachetne. Nikt nie mial odwagi nazwac sie dzieckiem swoich zaslug, a nawet ja, glupiec, wydalem kilkaset rubli na kupno szlacheckiego patentu. I ja mialbym tam wracac?... Po co?... Tu przynajmniej mam narod zyjacy wszystkimi zdolnosciami, jakimi obdarowano czlowieka. Tu naczelnych miejsc nie obsiada plesn podejrzanej starozytnosci, ale wysuwaja sie naprzod istotne sily: praca, rozum, wola, tworczosc, wiedza, nawet pieknosc i zrecznosc, a nawet chocby szczere uczucie. Tam zas praca staje pod pregierzem, a triumfuje rozpusta! Ten, kto dorabia sie majatku, nosi tytul sknery, kutwy, dorobkiewicza; ten, kto go trwoni, nazywa sie: hojnym, bezinteresownym, wspanialomyslnym... Tam prostota jest dziwactwem, oszczednosc wstydem, uczonosc rownoznaczny z obledem, artyzm symbolizuje sie dziurawymi lokciami. Tam, chcac zdobyc miano czlowieka, trzeba posiadac albo tytul z pieniedzmi, albo talent wciskania sie do przedpokojow. I ja bym tam mial wracac?..." Poczal chodzic po pokoju i liczyc: "Geist jeden, ja drugi, Ochocki trzeci... Ze dwu jeszcze znajdziemy i za cztery albo piec lat wyczerpalibysmy owe osiem tysiecy doswiadczen, potrzebnych do znalezienia metalu lzejszego niz powietrze. No, a wtedy co?... Co stanie sie z dzisiejszym swiatem na widok pierwszej machiny latajacej, bez skrzydel, bez skomplikowanych mechanizmow, a trwalej jak okret pancerny?" Zdawalo mu sie, ze szmer uliczny za jego oknami rozszerza sie i poteguje ogarniajac caly Paryz, Francje i Europe. I ze wszystkie glosy ludzkie zlewaja sie w jeden ogromny okrzyk: "Slawa!... slawa!... slawa!..." "Oszalalem?" - mruknal. Szybko rozpial kamizelke i wydobywszy spod koszuli zloty medalion otworzyl go. Skrawek metalu, podobnego do mosiadzu i lekkiego jak puch, byl na swoim miejscu. Geist nie ludzil go; droga do olbrzymiego wynalazku byla na osciez otwarta. "Zostaje! - szepnal. - Bog ani ludzie nie przebaczyliby mi zaniedbania podobnej sprawy." Mrok juz zapadal. Wokulski zaswiecil gazowe lampy nad stolem, wydobyl papier i pioro i zaczal pisac: "Moj Ignacy! Chce pogadac z toba o bardzo waznych rzeczach, a poniewaz do Warszawy juz nie wroce, prosze cie wiec, azebys jak najspieszniej..." Nagle rzucil pioro: jakas trwoga opanowala go na widok napisanych przez siebie wyrazow: "do Warszawy juz nie wroce..." "Dlaczego nie mam wrocic?.. " - szepnal. "A po co?... Moze po to, azeby znowu spotkac panne Izabele, znowu stracic energie?..." "Raz nareszcie musze zamknac te glupie rachunki..." Chodzil i myslal: "Oto dwie drogi: jedna wiedzie do nieobliczonych reform ludzkosci, druga do podobania sie, a nawet, przypuscmy, do zdobycia kobiety. Co wybrac?... Bo juzci jest faktem, ze kazdy nowy a wazny material, kazda nowa sila to nowe pietro cywilizacji. Braz stworzyl cywilizacje klasyczna, zelazo wieki srednie; proch zakonczyl wieki srednie, a wegiel kamienny rozpoczal wiek dziewietnasty. Co sie tu wahac: metale Geista dadza poczatek takiej cywilizacji, o jakiej nie marzono, i kto wie, czy wprost nie uszlachetnia gatunku ludzkiego... A z drugiej strony coz mam?... Kobiete, ktora przy takich jak ja parweniuszach nie wahalaby sie kapac. Czym jestem w jej oczach obok tych wykwintnisiow, dla ktorych pusta rozmowa, koncept, kompliment stanowia najwyzsza tresc zycia. Co ta czereda, nie wylaczajac jej samej, powiedzialaby na widok obdartego Geista i jego niezmiernych odkryc? Tak sa ciemni, ze nawet nie dziwiliby sie temu. Przypuscmy wreszcie, zebym sie z nia ozenil, a wtedy co?... Natychmiast do salonu dorobkiewicza wleliby sie wszyscy jawni i tajni wielbiciele, kuzyni rozmaitego stopnia, czy ja wiem wreszcie kto!...I znowu musialbym zamykac oczy na ich spojrzenia, gluchnac na ich komplimenta, dyskretnie usuwac sie od ich poufnych rozmow-o czym? O mojej hanbie czy glupocie?... Po roku tego zycia spodliliby mnie tak, ze moze znizylbym sie do zazdrosci o podobne indywidua... Ach, czy nie wolalbym rzucic serce glodnemu psu anizeli oddac je kobiecie, ktora nawet nie domysla sie, jaka jest roznica miedzy nimi a mna. Basta!." Znowu usiadl przy stole i zaczal list do Geista. Nagle przerwal: "Paradny jestem - rzekl glosno - chce pisac zobowiazanie nieuregulowawszy moich interesow..." "Oto zmienily sie czasy! - myslal. - Dawniej taki Geist bylby symbolem szatana, z ktorym walczy o dusze ludzka aniol w postaci kobiety. A dzisiaj... kto jest szatanem, a kto aniolem?..." Wtem zapukano do drzwi. Wszedl garson i podal Wokulskiemu duzy list. "Z Warszawy - szepnal. - Od Rzeckiego?... Przysyla mi jakis drugi list... Ach, od prezesowej!... Co, moze donosi mi o slubie panny Izabeli? Rozerwal koperte, lecz przez chwile wahal sie z odczytaniem. Serce zaczelo mu bic spieszniej. "Wszystko jedno!" -mruknal i zaczal: "Moj kochany panie Stanislawie! Dobrze, widac, bawisz sie, podobno nawet w Paryzu, kiedy zapominasz o swoich przyjaciolach. A grob sp. biednego stryja twego wciaz czeka na obiecany kamien i ja takze chcialabym poradzic sie ciebie o budowe cukrowni, do ktorej namawiaja mnie na stare lata. Wstydz sie, panie Stanislawie a nade wszystko zaluj, ze nie widzisz rumienca na twarzy Beli, ktora w tej chwili jest u mnie i spiekla raczka uslyszawszy, ze pisze do ciebie. Kochane dziecko! Mieszka u ciotki w sasiedztwie i czesto mnie odwiedza. Domyslam sie, ze zrobiles jej jakas duza przykrosc; nie ociagaj sie wiec z przeprosinami i jak najrychlej przyjezdzaj prosto do mnie. Bela zabawi tu jeszcze kilka dni i moze uda mi sie wyjednac ci przebaczenie..." Wokulski zerwal sie od stolu, otworzyl okno i postawszy w nim chwile przeczytal drugi raz list prezesowej; oczy zaiskrzyly mu sie, na twarz wystapily wypieki. Zadzwonil raz, drugi, trzeci... Wreszcie sam wybiegl na korytarz wolajac: - Garson!.. Hej, garson!... - Do uslug... - Rachunek. - Jaki?.. - Caly rachunek za ostatnie piec dni... Caly, nie rozumiesz?... - Czy zaraz?... - zdziwil sie garson. - Natychmiast i... powoz na dworzec kolei polnocnej... Natychmiast! Wrociwszy z Paryza do Warszawy, Wokulski zastal drugi list prezesowej. Staruszka nalegala, azeby natychmiast przyjezdzal i zabawil u niej pare tygodni. "Nie mysl, panie Stanislawie - konczyla - ze zapraszam cie z powodu twoich swiezych awansow, dla pochwalenia sie znajomoscia z toba. Tak czasem bywa, ale nie u mnie. Chce tylko, azebys odpoczal po swych ciezkich trudach, a moze i rozerwal sie w moim domu, gdzie oprocz gospodyni, starej nudziarki, znajdziesz jeszcze towarzystwo mlodych i ladnych kobiet." Duzo mnie obchodza mlode i ladne kobiety! - mruknal Wokulski. W nastepnej zas chwili przyszlo mu na mysl: o jakich to awansach pisze prezesowa? Czyby juz nawet na prowincji wiedziano o jego zarobku, choc sam nikomu o tym nie wspomnial? Slowa prezesowej przestaly go jednak dziwic, gdy napredce rozejrzal sie w interesach. Od dnia wyjazdu do Paryza obroty jego handlu znowu wzrosly i wzrastaly z tygodnia na tydzien. W stosunki z nim weszlo kilkudziesieciu nowych kupcow, a cofnal sie ledwie jeden, dawny, napisawszy przy tym ostry list, ze poniewaz on nie ma arsenalu, tylko zwyczajny sklep blawatny, wiec nie widzi interesu nadal utrzymywac stosunkow z firma JW-go Wokulskiego, z ktorym na Nowy Rok ureguluje wszelkie rachunki. Ruch towarow byl tak wielki, ze pan Ignacy na wlasna odpowiedzialnosc wynajal nowy sklad, zgodzil osmego subiekta i dwu ekspedytorow. Kiedy Wokulski skonczyl przegladac ksiegi (na usilna prosbe Rzeckiego wzial sie do nich w pare godzin po powrocie z banhofu),pan Ignacy otworzyl kase ogniotrwala i z uroczysta mina wydobyl stamtad list Suzina. - Coz to za ceremonial? - spytal ze smiechem Wokulski. - Korespondencje od Suzina musza byc szczegolnie pilnowane - odparl Rzecki z naciskiem. Wokulski wzruszyl ramionami i przeczytal list. Suzin proponowal mu na zimowe miesiace nowy interes, prawie tej samej donioslosci co paryski. - Coz ty na to? - zapytal pana Ignacego objasniwszy, o co chodzi. - Moj Stachu - odparl subiekt spuszczajac oczy - tak ci ufam, ze gdybys nawet spalil miasto, jeszcze bylbym pewny, ze zrobiles to w szlachetnym celu. - Jestes nieuleczony marzyciel, moj stary! - westchnal Wokulski i przerwal rozmowe. Nie mial watpliwosci, ze Ignacy znowu posadza go o jakies polityczne knowania. Nie sam Rzecki myslal w taki sposob. Wstapiwszy do swego mieszkania Wokulski znalazl cala pake biletow wizytowych i listow. Przez czas nieobecnosci odwiedzilo go okolo setki ludzi wplywowych, utytulowanych i majetnych, z ktorych co najmniej polowy dotychczas nie znal... Jeszcze wieksza osobliwosc stanowily listy. Byly to prosby badz o wsparcie, badz o protekcje do rozmaitych wladz cywilnych i wojskowych lub tez anonimy po najwiekszej czesci wymyslajace mu... Jeden nazywal go zdrajca, inny fagasem, ktory tak wprawil sie do sluzby u Hopfera, ze dzis dobrowolnie wdziewa na siebie liberie arystokracji, a nawet wiecej niz arystokracji. Inny anonim zarzucal mu opieke nad kobieta zlego zycia, inny donosil, ze pani Stawska jest kokietka i awanturnica, a Rzecki oszustem, ktory w nowo nabytym domu wykrada mu komorne i dzieli sie z rzadca, niejakim Wirskim. "Musza zdrowe plotki krazyc o mnie..." - pomyslal patrzac na sterte papierow. Na ulicy takze, o ile mial czas zwracac uwage, spostrzegl, ze jest przedmiotem ogolnego zainteresowania. Mnostwo osob klanialo mu sie; czasem zupelnie obcy wskazywali na niego, gdy przechodzil; byli jednakze i tacy, ktorzy z widoczna niechecia odwracali od niego glowe. Miedzy nimi zauwazyl dwu znajomych, jeszcze z Irkucka, co go dotknelo w przykry sposob. "Coz ci znowu - szepnal - dostali bzika?..." Na drugi dzien swego pobytu w Warszawie odpisal Suzinowi, ze propozycje przyjmuje i ze w polowie pazdziernika bedzie w Moskwie. Poznym zas wieczorem wyjechal do prezesowej, ktorej majatek lezalo kilka mil od niedawno wybudowanej kolei. Na dworcu spostrzegl, ze i tu jego osoba robi wrazenie. Sam zawiadowca przedstawil sie i kazal mu dac oddzielny przedzial; nadkonduktor zas prowadzac go do wagonu rzekl, ze to on wlasnie mial zamiar ofiarowac mu wygodne miejsce, gdzie by mozna spac, pracowac albo rozmawiac bez przeszkod. Po dlugim staniu pociag z wolna ruszyl. Byla juz noc duza, bezksiezycowa i bezobloczna, a na niebie wiecej gwiazd niz zwykle. Wokulski otworzyl okno i przypatrywal sie konstelacjom. Przyszly mu na mysl syberyjskie noce, gdzie niebo bywa niekiedy prawie czarne, zasiane gwiazdami jak sniezyca, gdzie Mala Niedzwiedzica krazy prawie nad glowa, a Herkules, kwadrat Pegaza, Bliznieta swieca nizej niz u nas nad horyzontem. "Czy dzis umialbym astronomie, ja, subiekt Hopfera, gdybym tam nie byl? - pomyslal z gorycza. - A slyszalbym co o odkryciach Geista, gdyby mnie Suzin gwaltem nie zaciagnal do Paryza?" I oczyma duszy widzial szerokie i niezwykle zycie swoje, jakby rozpiete miedzy dalekim Wschodem i dalekim Zachodem. "Wszystko, co umiem, wszystko, co mam, wszystko, co zrobic jeszcze moge; nie pochodzi stad. Tu znajdowalem tylko upokorzenie, zawisc albo watpliwej wartosci poklask, gdy mi sie wiodlo; lecz gdyby mi sie nie powiodlo, zdeptalyby mnie te same nogi, ktore dzis sie klaniaja..." "Wyjade stad - szeptal - wyjade!... Chyba ze ona mnie zatrzyma...Bo co mi da nawet ten majatek, jezeli nie moge go zuzytkowac w taki sposob, jaki mnie najlepiej przypada do gustu? Co warte zycie, plesniejace miedzy resursa, sklepem i prywatnymi salonami, gdzie trzeba grac w preferansa, azeby nie obmawiac, albo obmawiac, azeby nie grac w preferansa?..." "Ciekawym - rzekl do siebie po chwili - w jakim celu tak znaczaco zaprasza mnie prezesowa? A moze to panna Izabela?..." Zrobilo mu sie goraco i z wolna uczul jakas przemiane w duszy. Przypomnial sobie swego ojca i stryja, Kasie Hopfer, ktora tak go kochala, Rzeckiego, Leona, Szumana, ksiecia i tylu, tylu innych ludzi, ktorzy zlozyli mu dowody niewatpliwej zyczliwosci. Co warta cala jego nauka i majatek, gdyby dokola siebie nie mial serc przyjaznych; na co zdalby sie najwiekszy wynalazek Geista, gdyby nie mial byc orezem, ktory zapewni ostateczne zwyciestwo rasie ludzi szlachetniejszych i lepszych?... "Jest i u nas niemalo do zrobienia - szepnal. - Sa i u nas ludzie, ktorych warto wydzwignac albo wzmocnic... Za stary jestem na robienie epokowych wynalazkow, niech sie tym zajmuja Ochoccy... Ja wole innym przysporzyc szczescia i sam byc szczesliwym..." Przymknal oczy i zdawalo mu sie, ze widzi panne Izabele, ktora patrzy na niego w dziwny, jej tylko wlasciwy sposob i lagodnym usmiechem przytakuje jego zamiarom. Zapukano do drzwi przedzialu i po chwili ukazal sie nadkonduktor mowiac: -Pan baron Dalski pyta sie, czy moze tu przyjsc. Jedzie tym samym wagonem. - Pan baron?... - powtorzyl Wokulski. - Owszem, niech bedzie laskaw.... Nadkonduktor cofnal sie i przymknal drzwi, a Wokulski przypomnial sobie, ze baron jest czlonkiem spolki do handlu ze Wschodem i jednym z niewielu juz konkurentow panny Izabeli. "Czego on chce ode mnie? - myslal Wokulski. - Moze i on jedzie do prezesowej, azeby na swiezym powietrzu zlozyc pannie Izabeli stanowcza deklaracje?... Jezeli go nie uprzedzil ten Starski..." W korytarzu wagonowym slychac bylo kroki i rozmowe; drzwi przedzialu znowu usunely sie i ukazal sie nadkonduktor, a obok niego bardzo szczuply pan, z malutkimi wasikami szpakowatymi, jeszcze mniejsza brodka prawie siwa i dobrze siwiejaca glowa. "Chyba nie on? myslal Wokulski. - Tamten byl zupelnie czarny..." - Najmocniej przepraszam, ze niepokoje panal - rzekl baron chwiejac sie z powodu ruchu pociagu. - Najmocniej... Nie osmielilbym sie przerywac samotnosci, gdyby nie to, ze chce zapytac: czy pan nie jedzie do naszej czcigodnej prezesowej, ktora pana juz od tygodnia oczekuje? - Wlasnie do niej jade. Witam pana barona. Niechze pan siadzie. - A to doskonale! - zawolal baron - bo i ja tam jade. Prawie od dwu miesiecy mieszkam tam. To jest... panie... nie tyle mieszkam, ile ciagle dojezdzam. To od siebie, gdzie mi dom odnawiaja, to z Warszawy... Teraz wracam z Wiednia, gdzie kupowalem meble, ale zabawie prezesowej tylko pare dni, bo, panie, musze zmienic wszystkie obicia w palacu, zalozone nie dawniej jak dwa tygodnie temu. Ale coz robic...nie podobaly sie, wiec obedrzemy, nie ma rady!... Smial sie i mrugal oczyma, a Wokulskiego zimno przeszlo. "Dla kogo te meble?... Komu nie podobaly sie obicia?..." pytal sam siebie z trwoga. - Szanowny pan - ciagnal baron - juz skonczyl swoja misje. Winszuje!... - dodal sciskajac go za reke. - Od pierwszego, panie, rzutu oka uczulem dla pana szacunek i sympatie, ktora teraz zamienia sie w prawdziwa czesc... Tak, panie. Nasze usuwanie sie od politycznego zycia zrobilo nam wiele szkody. Pan pierwszy zlamales nierozsadna zasade abstynencji i za to, panie, czesc... Musimy sie przecie interesowac sprawami panstwa, w ktorym znajduja sie nasze majatki, gdzie lezy nasza przyszlosc... - Nie rozumiem pana, panie baronie - przerwal mu nagle Wokulski. Baron tak zmieszal sie, ze przez chwile siedzial bez ruchu i glosu. Nareszcie wybakal: - Przepraszam!... Doprawdy nie mialem zamiaru... Ale sadze, ze moja przyjazn dla czcigodnej prezesowej, ktora, panie, tak... - Skonczmy, panie, z wyjasnieniami - rzekl ze smiechem Wokulski sciskajac go za reke. - Kontent pan z wiedenskich sprawunkow? - Bardzo... panie... bardzo... Chociaz, czy pan uwierzy, byla chwila, ze za rada szanownej prezesowej mialem zamiar fatygowac pana w Paryzu... - Chetnie sluzylbym. O coz to chodzilo? - Chcialem miec stamtad garnitur brylantowy - mowil baron. -Ale ze w Wiedniu trafily mi sie pyszne szafiry... Wlasnie mam je przy sobie i jezeli pan pozwoli... Pan jest znawca klejnotow?... "Dla kogo te szafiry?" - myslal Wokulski. Chcial poprawic sie na siedzeniu, ale poczul, ze nie moze podniesc reki ani wyprostowac nog. Baron tymczasem wyjal z rozmaitych kieszeni cztery safianowe pudelka, ustawil je na lawce i po kolei zaczal otwierac. - Oto bransoleta - mowil - prawda, jaka skromna, jeden kamien... Brosza i kolczyki juz sa ozdobniejsze; kazalem nawet zmienic oprawe... A to naszyjnik... Proste to, ale smaczne i moze dlatego ladne...Ale ogien jest, prawda, panie?... Mowiac tak, przesuwal szafiry przed oczyma Wokulskiego, przy migotliwym blasku swiecy. - Nie podobaja sie panu? - spytal nagle baron spostrzeglszy, ze jego towarzysz nie odpowiada. - Owszem, bardzo piekne. Komuz to baron wiezie taki prezent? - Mojej narzeczonej - odparl baron tonem zdziwienia. - Sadzilem, ze prezesowa wspomniala panu o naszym szczesciu rodzinnym... - Nic. - A wlasnie dzis jest piec tygodni, jak oswiadczylem sie i zostalem przyjety. - Komu sie pan oswiadczyl?... Prezesowej?... - rzekl innym juz glosem Wokulski. - Alez nie!... - zawolal baron cofajac sie. - Oswiadczylem sie pannie Ewelinie Janockiej, wnuczce prezesowej... Nie pamieta jej pan? Byla u hrabiny w tym roku na swieconem, nie zauwazyl jej pan?... Dluga chwila uplynela, zanim Wokulski skombinowal, ze panna Ewelina Janocka nie jest panna Izabela Lecka, ze baron nie oswiadczyl sie pannie Izabeli i ze nie dla niej wiezie szafiry. - Przepraszam pana - odezwal sie do zaniepokojonego barona - ale jestem tak rozstrojony, ze po prostu nie wiedzialem, co mowie... Baron zerwal sie z siedzenia i predko zaczal chowac pudelka. - Co za nieuwaga z mojej strony! - zawolal. - Wlasnie dostrzeglem w oczach panskich znuzenie i mimo to osmielilem sie sploszyc panu sen... - Nie, panie, spac nie mam zamiaru i milo mi bedzie odbyc reszte drogi w panskim towarzystwie. To chwilowe oslabienie, ktore juz przeszlo. Baron z poczatku robil ceremonie i chcial wychodzic, ale widzac, ze Wokulski istotnie orzezwil sie, usiadl zapewniajac, ze tylko na pare minut. Czul potrzebe wygadania sie przed kims ze swoim szczesciem. - Bo co to za kobieta! - mowil baron z coraz zywsza gestykulacja. Kiedym ja, panie, poznal, wydala mi sie zimna jak posag i tylko zajeta strojami. Dopiero dzis widze, jakie to skarby uczuc...Stroic sie lubi jak kazda kobieta, ale coz to za rozum!... Nikomu bym tego nie powiedzial, co teraz powiem panu, panie Wokulski. Ja bardzo mlodo zaczalem siwiec i nie bez tego, azebym od czasu do czasu nie dotknal wasow fiksatuarem. No i kto by, panie, pomyslal: ledwie spostrzegla to, raz na zawsze zabronila mi fiksatuarowac sie; powiedziala, ze ona ma szczegolne upodobanie do siwych wlosow i ze dla niej prawdziwie pieknym moze byc tylko siwy mezczyzna. "A o szpakowatych co pani mysli?" - zapytalem. "Ze sa tylko interesujacymi" - odpowiedziala... A jak ona to mowi!... Czy aby nic nudze pana, panie Wokulski? - Alez, panie!.. Bardzo mi milo spotkac czlowieka szczesliwego. - Prawdziwie jestem szczesliwy, i to w sposob, ktory dla mnie samego jest niespodzianka - ciagnal baron. - Bo o ozenieniu sie zawsze myslalem, juz od kilku lat zalecaja mi to doktorzy. No i projektowalem, ze wezme sobie, panie, kobiete piekna, dobrze wychowana z nazwiskiem i prezencja, bynajmniej nie wymagajac od niej jakiejs romantycznej milosci. Tymczasem ma pan: sama milosc zastepuje mi droge i jednym spojrzeniem roznieca pozar w sercu... Doprawdy, panie Wokulski, jestem zakochany... nie - jestem szalony... Nikomu bym tego nie powiedzial, ale panu, dla ktorego od pierwszej chwili uczulem nieledwie braterska sympatie... Jestem szalony!... Mysle tylko o niej, kiedy spie - sni mi sie, kiedy jej nie widze - jestem, panie, formalnie chory. Brak apetytu, smutne mysli, jakies ciagle lekanie sie... Tego, co panu teraz powiem, panie Wokulski, blagam, azeby pan nie powtarzal nawet przed samym soba. Chcialem ja wziac na probe; jest to niskie, nieprawda, panie? ale trudno, czlowiek nielatwo wierzy w szczescie. Chcac ja tedy wziac na probe (ale nikomu ani sloweczka o tym, panie!),,kazalem napisac projekt interczy, wedlug ktorego, gdyby malzenstwo nie doszlo do skutku z czyjejkolwiek winy (rozumie pan?) - ja place piecdziesiat tysiecy rubli pannie za zawod. Serce mi dretwialo z obawy, ze... a nuz porzuci mnie?... Lecz co pan powie? Kiedy jej prezesowa wspomniala o tym projekcie, panna w placz... "Coz to - mowila - on mysli, ze wyrzekne sie go dla jakichs piecdziesieciu tysiecy rubli? Bo jezeli mnie posadza o interesownosc i nie uznaje zadnych wyzszych pobudek w sercu kobiety, to przecie powinien rozumiec, ze za piecdziesiat tysiecy nie oddam miliona..." Kiedy mi to powtorzyla prezesowa, wbieglem do pokoju panny Eweliny i nie powiedziawszy ani slowka upadlem jej do nog... teraz w Warszawie zrobilem testament, a w nim mianowalem ja jedyna i wylaczna spadkobierczynia, chocbym umarl przed slubem. Cala moja rodzina przez cale zycie nie dala mi tyle szczescia, ile to dziecko w ciagu kilku tygodni. A co bedzie pozniej?... Co bedzie pozniej, panie Wokulski?.. Nikomu nie zadalbym podobnego pytania -zakonczyl baron, mocno targajac go za reke. - No, dobranoc... "Zabawna historia! -mruknal Wokulski po odejsciu barona. - Ten staruszek naprawde wdeptal sie po szyje..." I nie mogl odpedzic wizerunku barona, ktory jak cien coraz to wyplywal na amarantowe tlo siedzenia. Wiec patrzyl na jego chuda twarz, na ktorej plonal ceglasty rumieniec, na wlosy jakby posypane maka, na oczy wielkie a zapadniete, w ktorych tlil sie blask niezdrowy. Komiczne i smutne wrazenie robily wybuchy namietnosci w czlowieku, ktory nieustannie zaslanial sobie gardlo, sprawdzal, czy okno jest dobrze zamkniete, i siedzial w przedziale coraz na innym miejscu z obawy przeciagow. "Ubral sie! - myslal Wokulski. - Czy podobna, azeby mloda panna mogla zakochac sie w takiej mumii? Z pewnoscia jest o dziesiec lat starszy ode mnie, a jaki niedolezny, jaki przy tym naiwny!... Dobrze, ale jezeli ta panna naprawde go kocha?... Boc trudno przypuscic, azeby go oszukiwala. W ogole biorac, kobiety sa szlachetniejsze od mezczyzn ; nie tylko mniej spelniaja wystepkow, lecz i poswiecaja sie nierownie czesciej od nas. Jezeli wiec z trudnoscia znalazlby sie tak podly mezczyzna, ktory od rana do nocy klamalby dla pieniedzy, to czy mozna posadzac o cos podobnego kobiete, mloda panne wychowana wsrod uczciwej rodziny? Oczywiscie cos jej strzelilo do glowy i musi byc takze zadurzona, jezeli nie w jego wdziekach, to w stanowisku. Inaczej musialaby zdradzic sie, ze gra komedie, a baron musialby spostrzec to, bo milosc patrzy przez mikroskop. A jezeli mloda dziewczyna moze pokochac takiego dziada, to dlaczegoz by mnie nie miala pokochac tamta?..." "Zawsze wracam do swego! - szepnal. - Ta mysl stala sie juz rodzajem monomanii..." Odsunal okno zamkniete przez barona i dla odpedzenia natretnych wspomnien poczal znowu przygladac sie niebu. Kwadrat Pegaza opuszczal sie juz na zachod, a na wschodzie podnosil sie Byk, Orion, Pies Maly i Bliznieta. Przypatrywal sie gwiazdom wielokrotnym, gesto rozsianym w tej okolicy nieba, i przyszla mu na mysl ta dziwna, niewidzialna sila przyciagania, ktora odlegle swiaty wiaze w jedna calosc potezniej, nizby to mogly zrobic jakiekolwiek materialne lancuchy. "Przyciaganie - przywiazanie, toz to w gruncie jedno i to samo: sila tak wielka, ze wszystko za soba porywa, a tak plodna, ze tryska z niej wszelkie zycie. Pozbawmy ziemie jej przywiazania do slonca, a odleci gdzies w przestrzen i za pare lat stanie sie bryla lodu. Wtracmy jakas tulacza gwiazde w sfere slonecznego systemu, a kto wie, czy i na niej nie rozbudzi sie zycie? Dlaczego wiec baron ma wylamywac sie spod prawa przywiazania, ktore przenika cala nature? I czy pomiedzy nim a jego panna Ewelina jest wieksza przepasc anizeli miedzy ziemia i sloncem? Co sie tu dziwic szalenstwom ludzi, jezeli w ten sam sposob szaleja swiaty..." Tymczasem pociag szedl wciaz z wolna, dlugo zatrzymujac sie na stacjach. Powietrze zrobilo sie chlodne, na wschodzie zaczely blednac gwiazdy. Wokulski zamknal okno i legl na bujajacej kanapie. "Jezeli - myslal - mloda kobieta mogla zakochac sie w baronie, to dlaczegoz bym ja... Bo przeciez go nie oszukuje... Kobiety sa w ogole szlachetniejsze od nas... mniej klamia..." - Prosze pana, tu panowie wysiadaja... Pan baron juz pije herbate. Wokulski ocknal sie: nad nim stal konduktor i budzil go w najuprzejmiejszy sposob. - Jak to, juz dzien? - spytal zdziwiony. - O, juz jest dziewiata i od pol godziny stoimy na stacji. Nie budzilem pana, bo pan baron nie kazal, ale ze pociag zaraz idzie dalej... Wokulski szybko wysiadl. Stacja byla nowa, jeszcze niezupelnie wykonczona. Pomimo to dano mu wody do umycia sie i oczyszczono odziez. Rozbudzil sie juz zupelnie i wszedl do malego bufetu, gdzie rozpromieniony baron pil trzecia szklanke herbaty. - Dzien dobry! - zawolal baron, z familiarna poufaloscia sciskajac Wokulskiego za reke. - Panie gospodarzu, herbaty dla pana... Ladny dzien, prawda, akurat do spaceru konmi. Ale tez zrobili nam figla! - Coz sie stalo? - Musimy czekac na konie - prawil baron. - Cale szczescie, ze o drugiej w nocy pchnalem depesze o panskim przyjezdzie. Bo onegdaj takze wyslalem do prezesowej depesze z Warszawy, ale mowi mi zawiadowca, zem sie omylil i zamowil konie na jutro. Szczescie, panie, zem telegrafowal dzis z drogi. O trzeciej poslali stad sztafete, o szostej prezesowa odebrala telegram, o osmej najpozniej wyslano konie. Poczekamy jeszcze z godzine, ale za to lepiej pozna pan okolice. Bardzo, panie, ladna miejscowosc... Po sniadaniu wyszli na peron. Okolica z tego punktu wydawala sie plaska i prawie bezlesna; tu i owdzie widac bylo kepe drzew, a wsrod niej grupe murowanych budynkow. - To sa dwory? - spytal Wokulski. - A tak... duzo szlachty mieszka w tej stronie. Ziemia doskonale uprawna; ma pan lubin, koniczyne... - Wsi nie widze - wtracil Wokulski. - Bo to dworskie grunta, a pan zna przyslowie: Na dworskim polu duzo stert, na chlopskim duzo ludzi. - Slyszalem -rzekl nagle Wokulski - ze u prezesowej zbiera sie duzo gosci. - Ach, panie! - zawolal baron - kiedy trafi sie dobra niedziela, to jakbys pan byl na balu w cesursie: zjezdza sie po kilkadziesiat osob. A nawet dzis powinni bysmy znalezc grono stalych gosci. No, przede wszystkim bawi tam moja narzeczona. Dalej - jest pani Wasowska, milutka wdoweczka, lat trzydziesci, ogromny majatek. Zdaje mi sie, ze krazy okolo niej Starski. Zna pan Starskiego?... Niemila figura: arogant, panie, impertynent... Dziwie sie, doprawdy, ze kobieta z takim rozumem i gustem jak pani Wasowska moze znajdowac przyjemnosc w towarzystwie podobnego lekkoducha. -Ktoz wiecej? - pytal Wokulski. - Jest jeszcze Fela Janocka, stryjeczna siostra mojej pani; bardzo mile dziecko, ma z osiemnascie lat. No, jest Ochocki... - Jest?... Coz on tam robi? - Kiedym wyjezdzal, po calych dniach lowil ryby. Ale poniewaz gust zmienia mu sie czesto, wiec nie jestem pewny, czy nie zobacze go teraz jako mysliwca... Ale coz to za szlachetny mlody czlowiek, co za wiedza!... No i zaslugi juz ma; zrobil kilka wynalazkow. - Tak, to niepospolity czlowiek - rzekl Wokulski. - Ktoz jeszcze bawi u prezesowej?... - Stale to juz nikt, ale bardzo czesto przyjezdzaja na kilka dni, czasem na tydzien, pan Lecki z corka. Dystyngowana osoba - mowil dalej baron - pelna rzadkich przymiotow. Pan wreszcie ich zna? Szczesliwy ten, komu odda serce i reke! Co to, panie, za wdziek, co za rozum; doprawdy, czcic ja mozna jak istna boginie... Nie znajduje pan? Wokulski ogladal sie po okolicy nie mogac zdobyc sie na odpowiedz. Szczesciem, wybiegl w tej chwili poslugacz stacyjny donoszac baronowi, ze zajechal powoz. - Wybornie! - zawolal baron i dal mu pare zlotych. - Odnies, kochanku, nasze rzeczy, a my, panie, jedzmy... Za dwie godziny pozna pan moja narzeczona. Z kwadrans uplynal, zanim upakowano rzeczy w powozie. Nareszcie Wokulski i baron usiedli, furman w piaskowej liberii machnal batem w powietrzu i para dzielnych siwych koni ruszyla wolnym klusem. - O, pania Wasowska rekomenduje panu - mowil baron. - Brylant, nie kobieta, a jaka oryginalna!... Ani mysli isc drugi raz za maz, choc lubi pasjami, azeby ja otaczano. Trudno jej, panie, nie uwielbiac, a uwielbiac rzecz niebezpieczna. Starskiemu placi dzisiaj za wszystkie jego balamuctwa. Pan zna Starskiego? - Widzialem go raz... - Dystyngowany czlowiek, ale nieprzyjemny - mowil baron - antypatia mojej narzeczonej. Tak dziala jej na nerwy, ze biedaczka traci humor w jego towarzystwie. I nie dziwie sie, bo to sa wprost przeciwne natury: ona powazna - on letkiewicz, ona uczuciowa, nawet sentymentalna - on cynik. Wokulski sluchajac gawedy barona ogladal sie po okolicy, ktora powoli zmieniala fizjognomie. W pol godziny za stacja ukazaly sie na widnokregu lasy, blizej wzgorza; droga wila sie miedzy nimi, wbiegala na ich szczyty lub spadala na dol. Na jednym z takich wzniesien furman zwrocil sie do nich i wskazujac batem przed siebie rzekl: - O, panstwo tam jada brekiem... - Gdzie? kto? - zawolal baron, prawie wspinajac sie na koziol.- A tak, to oni... Zolty brek i gniada czworka... Ciekawym, kto jedzie? Niech no pan spojrzy... - Zdaje mi sie, ze widze cos pasowego odparl Wokulski. - A, to pani Wasowska. Ciekawym, czy jest i moja narzeczona?...dodal ciszej. - Jest kilka pan - rzekl Wokulski, ktoremu w tej chwili przypomniala sie panna Izabela. "Jezeli jedzie z nimi, to dobra wrozba" - pomyslal. Oba ekwipaze szybko zblizaly sie do siebie. Na breku gwaltownie strzelano z bata, wolano, wywijano chustkami, w powozie zas baron coraz wychylal sie i drzal ze wzruszenia. Powoz stanal, ale rozpedzony brek przelecial okolo niego jak burza smiechu i okrzykow i zatrzymal sie o kilkadziesiat krokow dalej. Widocznie naradzano sie nad czyms w sposob halasliwy i zapewne cos uradzono, gdyz towarzystwo wysiadlo, a brek pojechal dalej. - Dzien dobry, panie Wokulski - zawolal z kozla ktos wywijajac dlugim batem. Wokulski poznal Ochockiego. Baron pobiegl w strone towarzystwa. Naprzeciw wysunela sie dama w bialej narzutce, z biala koronkowa parasolka i szla powoli z wyciagnieta do niego reka, z ktorej zdawal sie opadac szeroki rekaw. Baron juz z daleka zdjal kapelusz i dopadlszy narzeczonej, prawie zanurzyl sie w jej rekawie. Po wybuchu czulosci, ktory o ile byl krotkim dla niego, o tyle wydal sie bardzo dlugim dla widzow, baron nagle oprzytomnial i rzekl: - Pozwoli pani, ze przedstawie pana Wokulskiego, mego najlepszego przyjaciela... Poniewaz zabawi tu dluzej, wiec w tej chwili obliguje go, azeby w czasie mojej nieobecnosci zastepowal przy pani moje miejsce... Znowu zlozyl kilka pocalunkow w glab rekawa, skad do Wokulskiego wysunela sie przesliczna reka. Wokulski uscisnal ja i poczul lodowaty chlod; spojrzal na dame w bialej narzutce i zobaczyl pobladla twarz z wielkimi oczyma, w ktorych widac bylo smutek i obawe. "Szczegolna narzeczona!" - pomyslal. - Pan Wokulski!,.. - zawolal baron zwrociwszy sie do dwu pan i mezczyzny, ktorzy juz zblizyli sie do nich. - Pan Starski... - dodal. - Juz mialem przyjemnosc... - odezwal sie Starski uchylajac kapelusz. - I ja - odparl Wokulski. - Jakze teraz usadowimy sie? - spytal baron na widok nadjezdzajacego breku. - Jedzmy wszyscy razem! - zawolala mloda blondynka, w ktorej Wokulski domyslil sie panny Felicji Janockiej. - Bo w naszym powozie sa dwa miejsca... - slodko zauwazyl baron. - Rozumiem, ale nic z tego - odezwala sie pieknym kontraltem dama w pasowej sukni - Narzeczeni pojada z nami, a do powozu niech siada, jezeli chca, pan Ochocki z panem Starskim. - Dlaczego ja? - zawolal z wysokosci kozla Ochocki. - Albo ja? - dodal Starski. - Bo pan Ochocki zle powozi, a pan Starski jest nieznosny - odpowiedziala rezolutna wdowka. Teraz Wokulski spostrzegl, ze dama ta ma pyszne kasztanowate wlosy i czarne oczy, a cala fizjognomie wesola i energiczna. - Juz mi pani daje dymisje! - westchnal komicznie Starski. - Pan wie, ze ja zawsze daje dymisje wielbicielom, ktorzy mnie nudza. No, ale siadajmy, moi panstwo. Narzeczeni naprzod. Fela obok Ewelinki. - O nie! - zaprotestowala blondynka. - Siade na koncu, bo babcia nie pozwala mi siadac przy narzeczonych. Baron z wieksza elegancja anizeli zrecznoscia podsadzil narzeczona i sam usiadl naprzeciw niej. Potem wdowka zajela miejsce obok barona, Starski obok narzeczonej, a panna Felicja obok Starskiego. - Prosimy - odezwala sie wdowka do Wokulskiego zbierajac w faldy swoja pasowa suknie, ktora rozeslala sie na polowie lawki. Wokulski usiadl naprzeciw panny Felicji i spostrzegl, ze dziewczynka patrzy na niego z pelnym zachwytu podziwem, rumieniac sie co chwile. - Czy nie moglibysmy prosic pana Ochockiego, azeby lejce oddal stangretowi? - rzekla wdowka. - Moja pani, coz mi pani wiecznie robi jakies awantury! - oburzyl sie Ochocki. - Wlasnie, ze ja bede powozil. - Wiec daje slowo honoru, ze wybije pana, jezeli nas wywrocisz. - To sie jeszcze pokaze - odparl Ochocki. - Slyszeliscie panstwo, ten czlowiek mi grozi! - zawolala wdowka. - Czy nie ma tu nikogo, ktory by sie za mna ujal? - Ja pania pomszcze - wtracil Starski dosyc licha polszczyzna. -Przesiadzmy sie we dwoje do tamtego powozu. Piekna wdowa wzruszyla ramionami, baron znowu calowal raczki swojej narzeczonej, ktora usmiechajac sie rozmawiala z nim polglosem, ale ani na chwile nie stracila wyrazu smutku i obawy. Podczas gdy Starski przekomarzal sie z wdowa, a panna Felicja rumienila sie, Wokulski patrzyl na narzeczona. Spostrzegla to, odpowiedziala mu pogardliwym wejrzeniem i nagle z bezbrzeznego smutku przeszla do dziecinnej wesolosci. Sama podala reke baronowi do nowego pocalunku, a nawet niechcacy potracila go nozka. Jej wielbiciel byl tak wzruszony, ze pobladl i posinialy mu usta. - Alez pan nie ma idei o powozeniu! - krzyknela wdowa usilujac potracic Ochockiego drutem parasolki. W tej chwili Wokulski wyskoczyl. Jednoczesnie konie lejcowe skrecily na srodek drogi, dyszlowe poszly za nimi i brek silnie pochylil sie na lewo. Wokulski podparl go, konie, sciagniete przez stangreta, stanely. - Czy nie mowilam, ze ten potwor wywroci nas! - zawolala wdowa. - Coz to znowu, panie Starski?... Wokulski spojrzal na brek i w ciagu jednej chwili zobaczyl taka scene: panna Felicja pokladala sie ze smiechu, Starski upadl twarza na kolana pieknej wdowki, baron tarmosil za kark stangreta, a jego narzeczona, blada z trwogi, jedna reka chwycila za pret kozla, druga wpila w ramie Starskiego. Mgnienie oka -brek wyprostowal sie i wszystko wrocilo do porzadku. Tylko panna Felicja zaniosla sie od smiechu. - Nie rozumiem, Felu, jak mozna smiac sie w takiej chwili - odezwala sie narzeczona. - Dlaczego nie mam sie smiac?... Coz moglo stac sie zlego?.,. Przeciez jedzie z nami pan Wokulski... - mowila panienka. Spostrzegla sie jednak i zarumieniona bardziej niz kiedykolwiek, naprzod ukryla twarz w dlonie, a potem spojrzala na Wokulskiego w sposob, ktory mialo oznaczac, ze jest bardzo obrazona. -Co do mnie, gotow jestem zaabonowac kilka podobnych wypadkow - odezwal sie Starski, wymownie patrzac na wdowke. - Pod warunkiem, ze ja bede zabezpieczona od dowodow panskiej tkliwosci. Felu, usiadz na moim miejscu - odpowiedziala wdowa marszczac sie i siadajac naprzeciw Wokulskiego. - Coz znowu, sama pani dzis powiedziala, ze wdowom wszystko wolno. - Ale wdowy nie na wszystko pozwalaja. Nie, panie Starski, pan musi oduczyc sie swoich japonskich zwyczajow. - To sa zwyczaje wszechswiatowe - odparl Starski. - W kazdym razie nie z tej polowy swiata, do ktorej ja przywyklam - odciela wdowka krzywiac sie i patrzac na droge. W breku zrobilo sie cicho. Baron z zadowoleniem poruszal szpakowatymi wasikami, a jego narzeczona posmutniala jeszcze bardziej. Panna Felicja, zajawszy miejsce wdowki obok Wokulskiego, odwrocila sie do swego sasiada prawie tylem, od czasu do czasu rzucajac mu przez ramie pogardliwe i melancholijnie spojrzenia. Ale za co? tego nie wiedzial. - Pan dobrze jezdzi konno? - zapytala Wokulskiego pani Wasowska. - Z czego pani wnosi? - Ach, Boze! zaraz z czego? Pierwej niech pan odpowie na moje pytanie. - Nieszczegolnie, ale jezdze. - Wlasnie ze musi pan dobrze jezdzic, gdyz od razu zgadl pan, co zrobia konie w rekach takiego mistrza jak pan Julian. Bedziemy jezdzili razem... Panie Ochocki, od dzisiejszego dnia daje panu urlop ze spacerow. - Bardzo sie z tego ciesze - odparl Ochocki. - A, ladnie w taki sposob odpowiadac damom! - zawolala panna Felcia. - Wole odpowiadac anizeli odbywac z nimi spacery. Kiedysmy ostatni raz jezdzili z pania Wasowska, w ciagu dwu godzin szesc razy zsiadalem z konia, a pieciu minut nie mialem spokojnosci. Niech teraz pan Wokulski sprobuje. - Felu, powiedz temu czlowiekowi, ze z nim nie rozmawiam - odezwala sie wdowka wskazujac na Ochockiego. - Czlowieku, czlowieku!... - zawolala Felcia. - Ta pani z wami nie rozmawia... Ta pani mowi, ze jestescie ordynarni. - A co, juz zatesknila pani do towarzystwa ludzi z dobrymi manierami - odezwal sie Starski. - Niech pani sprobuje, moze dam sie przeprosic. -Dawno pan wyjechal z Paryza? - zapytala wdowka Wokulskiego. - Jutro bedzie tydzien. - A ja juz nie widzialam go cztery miesiace. Kochane miasto... - Zaslawek!..- krzyknal Ochocki i zamachnal batem do ogromnego wystrzalu, ktory mu sie jednak nie udal, poniewaz bicz, niezbyt szczesliwie rzucony w tyl, zaplatal sie miedzy parasolki dam i kapelusze panow. - Nie, moi panstwo - zawolala wdowka - jezeli chcecie mnie miewac na przejazdzkach, to wiazcie tego czlowieka. On jest po prostu niebezpieczny... Na breku znowu wszczal sie halas, poniewaz Ochocki mial swoje stronnictwo w osobie panny Felicji, ktora utrzymywala, ze jak na poczatkujacego, dobrze powozi i ze najwytrawniejszym furmanom zdarzaja sie wypadki. - Moja Felciu - odparla wdowka - jestes w tym wieku, ze u ciebie kazdy bedzie dobrym furmanem, kto ma ladne oczy. - Dopiero dzis bede mial dobry apetyt... - mowil baron do swej narzeczonej, lecz spostrzeglszy, ze mowi za glosno, poczal znowu szeptac. Znajdowali sie juz na terytorium nalezacym do prezesowej i wlasnie Wokulski przypatrywal sie rezydencji. Na dosc wysokim, choc lagodnym wzgorzu wznosil sie pietrowy palac z dwoma parterowymi; skrzydlami. Za nim zielenily sie stare drzewa parku, przed nim rozscielala sie jakby wielka laka, poprzecinana sciezkami, tu i owdzie ozdobiona klombem, posagiem albo altanka. U stop wzgorza polyskiwala obszerna plachta wody, oczywiscie sadzawka, na ktorej kolysaly sie lodki i labedzie. Na tle zielonosci palac jasnozoltej barwy z bialymi slupami wygladal okazale i wesolo. Na prawo i na lewo od niego widac bylo miedzy drzewami murowane budynki gospodarskie. Przy odglosie wystrzalow z bata, ktore tym razem udawaly sie Ochockiemu, brek po marmurowym moscie zajechal przed palac zawadziwszy tylko jednym kolem o trawnik. Podrozni wysiedli, Ochocki jednak nie oddal lejcow, lecz jeszcze odprowadzil ekwipaz do stajni. - A niech pan pamieta, ze o pierwszej sniadanie! - zawolala panna Felicja. Do barona zblizyl sie stary sluzacy w czarnym surducie. - Jasnie pani - rzekl - jest teraz w spizarni. Moze panowie pozwola do siebie. I zaprowadziwszy ich do prawej oficyny wskazal Wokulskiemu obszerny pokoj, ktorego otwarte okna wychodzily do parku. Po chwili wbiegl chlopiec w liberyjnej kurtce, przyniosl wody i zajal sie rozpakowaniem walizy. Wokulski wyjrzal oknem. Przed nim rozciagal sie trawnik ozdobiony kepami starych swierkow, modrzewi, lip, poza ktorymi daleko bylo widac lesiste wzgorza. Tuz przy oknie stal krzak bzu, a w nim gniazdo, do ktorego zlatywaly sie wroble. Cieply wiatr wrzesniowy co chwile wpadal do pokoju siejac w nim niepochwytne wonie. Gosc patrzyl na obloki, jakby dotykajace wierzcholkow drzew, na snopy swiatla, ktore przeplywaly miedzy ciemnymi galezmi swierkow bylo mu dobrze. Nie myslal o pannie Izabeli. Jej wizerunek, palacy mu dusze, rozwial sie wobec prostych powabow natury; chore serce umilklo i pierwszy raz od dawna zalegly w nim ukojenie i cisza. Przypomniawszy jednak sobie, ze jest tu z wizyta, szybko poczal sie ubierac. Ledwie skonczyl, delikatnie zapukano do drzwi i wszedl stary sluzacy. - Jasnie pani prosi do stolu. Wokulski udal sie za nim... Minal korytarz i po chwili znalazl sie w obszernym pokoju jadalnym, ktorego sciany do polowy byly przysloniete taflami z ciemnego drzewa. Panna Felicja rozmawiala w oknie z Ochockim, przy stole zas miedzy pania Wasowska i baronem siedziala prezesowa na fotelu z wysoka porecza. Zobaczywszy swego goscia wstala i wyszla pare krokow naprzod. - Witam cie, panie Stanislawie - rzekla - i dziekuje, zes posluchal mojej prosby. Gdy zas Wokulski pochylil sie do jej reki, pocalowala go w czolo, co na obecnych zrobilo pewne wrazenie. - Siadajze, o, tu, kolo Kazi. A ty, prosze cie, pamietaj o nim. - Pan Wokulski zasluguje na to - odparla. wdowka. - Gdyby nie jego przytomnosc, pan Ochocki polamalby nam kosci. - Coz znowu?... - Nie umie powozic nawet para koni, a rwie sie do czworki. Juz wolalam go, kiedy sobie po calych dniach lapal ryby. - Boze! jakie szczescie, ze nie ozenie sie z ta kobieta - westchnal Ochocki, serdecznie witajac Wokulskiego. - O panie, panie!... Tylko jezeli ofiarujesz mi sie na meza, to lepiej zostan furmanem - zawolala pani Wasowska. - Ci zawsze kloca sie! - rzekla ze smiechem prezesowa. Weszla panna Ewelina Janocka, a w pare minut po niej, drugimi drzwiami, Starski. Powitali prezesowe, ktora odpowiedziala im zyczliwie, lecz z powaga. Podano sniadanie. - U nas, panie Stanislawie - mowila prezesowa - jest taki zwyczaj, ze schodzimy sie wszyscy obowiazkowo tylko do stolu. Poza tym kazdy robi, co mu sie podoba. Radze ci wiec, jezeli boisz sie nudow, pilnowac sie Kazi Wasowskiej. - Ja tez od razu biore do niewoli pana Wokulskiego - odparla wdowka. - Och!... - szepnela prezesowa spojrzawszy przelotnie na goscia. Panna Felicja zarumienila sie, nie wiadomo ktory juz raz dzisiaj, i kazala Ochockiemu, azeby nalal jej wina. - Nie, nie... prosze wody - poprawila sie. Ochocki spelnil zlecenie trzesac przy tym glowa i rozkladajac rece sposob desperacki. Po sniadaniu, w ciagu ktorego panna Ewelina rozmawiala tylko z baronem, a Starski umizgal sie do czarnookiej wdowy, goscie pozegnawszy gospodynia rozeszli sie. Ochocki poszedl na strych palacu, gdzie w pokoiku, swiezo na ten cel zbudowanym, urzadzal obserwatorium meteorologiczne, baron z narzeczona wybrali sie do parku, a prezesowa zatrzymala Wokulskiego. - Powiedzze mi - rzekla - bo to pierwsze wrazenia bywaja najtrafniejsze, jak ci sie podoba pani Wasowska? - Wyglada na dzielna i wesola kobiete. - Masz racje. A baron? - Malo go znam. To stary czlowiek. - O, stary, bardzo stary - westchnela prezesowa - a pomimo to chce mu sie zenic. A co powiesz o jego narzeczonej? - Wcale jej nie znam, chociaz dziwi mnie, ze upodobala sobie barona, ktory zreszta moze byc najzacniejszym czlowiekiem. - Tak, to jest dziwna dziewczyna - mowila prezesowa - i powiem ci, ze zaczynam tracic dla niej serce. Do jej malzenstwa nie mieszam sie, skoro niejedna panna jej zazdrosci, a wszyscy mowia, ze robi swietna partie. Ale to, co miala dostac po mojej smierci; przejdzie na innych. Kto ma krocie barona, nie potrzebuje moich dwudziestu tysiecy. Czuc bylo rozdraznienie w glosie staruszki. Niebawem pozegnala Wokulskiego radzac mu przejsc sie po parku. Wokulski wyszedl na dziedziniec i okolo lewej oficyny, gdzie byla kuchnia, skrecil do parku. Pozniej bardzo czesto przychodzily mu na mysl dwa najpierwsze spostrzezenia, jakie zrobil w Zaslawku. Przede wszystkim niedaleko kuchni zobaczyl bude, a przed nia na lancuchu psa, ktory spostrzeglszy obcego poczal tak szczekac, wyc i rzucac sie, jakby dostal wscieklizny. Widzac, ze mimo to pies ma wesole oczy i kreci ogonem, Wokulski poglaskal go, co okrutnego zwierza wprawilo w taki humor, ze nie pozwolil gosciowi odejsc od siebie. Wyl, chwytal za ubranie, kladl sie na ziemi, jakby domagajac sie pieszczot, a przynajmniej widoku ludzkiej twarzy. "Dziwny pies lancuchowy!" - pomyslal Wokulski. W tej chwili z kuchni wyszlo nowe dziwo: stary parobek otyly. Wokulski, ktory jeszcze nigdy nie spotkal otylego chlopa, wdal sie z nim w rozmowe. - Po co wy tego psa trzymacie na lancuchu? - Azeby byl zly i nie puszczal do dom zlodziejow - odparl usmiechajac sie parobek. - Wiec dlaczegoz od razu nie wezmiecie zlego kundla? - Kiej dziedziczka nie utrzymalaby zlego psa. U nas to i pies musi byc laskawy. - A wy, ojcze, co tu robicie? - Jo jestem pasiecznik, ale przody bylem rataj. Ino jak mi wol zlamal ziobro, to mi jasnie pani kazala do pasieki. - I dobrze wam? - Z poczatku to cklilo mi sie bez roboty, ale pozni przywykem i jestem. Pozegnawszy chlopa Wokulski skrecil do parku i dlugi czas przechadzal sie po lipowej alei nie myslac o niczym. Zdawalo mu sie, ze przyjechal tu nasycony, zatruty zgielkiem Paryza, halasem Warszawy, dudnieniem kolei zelaznych i ze wszystkie te niepokoje, wszystkie bolesci, jakie przezyl, w tej chwili paruja z niego. Gdyby go zapytano: czym jest wies? odpowiedzialby, ze jest cisza. Wtem uslyszal szybki bieg za soba. Gonil go Ochocki niosac na ramieniu dwie wedki. - Nie bylo tu panny Felicji? - zapytal. - Miala przyjsc o wpol do trzeciej i isc ze mna na ryby... Ale taka to babska punktualnosc. Moze pan pojdzie z nami? Nie ma pan ochoty. To moze pan woli grac ze Starskim w pikiete?... Do tego on zawsze gotow, wyjawszy, jezeli znajdzie komplet do preferansa. - Coz tu robi ten pan Starski? - Jakze co? Mieszka u swojej ciotecznej babki a razem chrzestnej matki, prezesowej Zaslawskiej, i jak teraz, martwi sie, ze zapewne nieodziedziczy po niej majatku. Ladny grosz, ze trzysta tysiecy rubli!... Ale prezesowa uwaza, ze lepiej wesprzec nim podrzutkow anizeli kase Monaco. Biedny chlopak! - Coz mu zlego? - Ale ba!... Po babci urwalo sie, z Kazia zerwalo sie i choc w leb sobie strzel. Wiedz pan - ciagnal Ochocki majstrujac cos kolo wedek - ze kiedys obecna pani Wasowska, jeszcze jako panna, miala slabosc do Starskiego. Kazio i Kazia, jaka dobrana para, co?... Zdaje sie, ze nawet pod wplywem tej idei pani Kazia zjechala do nas przed trzema tygodniami (a ma takze grosz po nieboszczyku, bodaj czy nie tyle, co prezesowa!) .Byli nawet. ze soba kilka dni dobrze i nawet Kazio na rachunek posagu zrealizowal nowy weksel u pachciarza, gdy wtem... cos sie zepsulo. Pani Wasowska po prostu kpi sobie z Kazia, a on tylko udaje dobra mine. Slowem, kiepsko! Trzeba bedzie wyrzec sie podrozy i osiasc na piaszczystym folwarku, dopoki nie umrze stryjcio, co prawda juz dawno chory na kamien. - Ale co dotychczas robil pan Starski? - No, przede wszystkim robil dlugi. Troche gral, troche podrozowal (zdaje mi sie jednak, ze glownie po paryskich i londynskich knajpach, bo w te jego Chiny wierzyc mi sie nie chce), ale specjalnie trudnil sie balamuceniem mlodych mezatek. W tym to on mistrz i juz ma tak ustalona reputacje, ze mezatki wcale mu sie nie opieraja, a panny wierza, ze do ktorej zacznie sie umizgac Starski, natychmiast dostanie meza. Takie dobre zajecie jak kazde inne!... "Zapewne - szepnal Wokulski, juz nieco spokojniejszy o rywala. -Ten nie zbalamuci panny Izabeli." Dochodzili do konca parku, poza sztachetami ktorego widac bylo szereg murowanych budynkow. - O, ma pan, jaka to oryginalna kobieta z tej prezesowej! - rzekl Ochocki wskazujac na sztachety. -Widzi pan te palace?... To wszystko czworniaki, mieszkania parobkow. A tamten dom - to ochrona dla parobczat; bawi sie ich ze trzydziesci sztuk, wszystkie umyte i oblatane jak ksiazatka... A ta znowu willa to przytulek dla starcow, ktorych w tej chwili jest czworo; uprzyjemniaja sobie wakacje czyszczac wlosien na materace do goscinnych pokojow. Tulalem sie po rozmaitych okolicach kraju i wszedzie widzialem, ze parobcy mieszkaja jak swinie, a ich dzieci harcuja po blocie jak prosieta... Ale kiedym tu pierwszy raz zajechal, przetarlem oczy. Zdawalo mi sie, ze jestem na wyspie Utopii albo na kartce nudnego a cnotliwego romansu, w ktorym autor opisuje, jakimi szlachcice byc powinni, lecz jakimi nigdy nie beda. Imponuje mi ta staruszka... A gdybys pan jeszcze wiedzial, jaka ona ma biblioteke, co czyta... Zglupialem, kiedy raz zazadala, abym jej objasnil pewne punkta transformizmu, ktorym dlatego tylko brzydzi sie, ze uznal walke o byt za fundamentalne prawo natury. Na koncu alei ukazala sie panna Felicja. - Coz, idziemy, panie Julianie? - zapytala Ochockiego. - Idziemy i pan Wokulski z nami. - Aaa?... - zdziwila sie panienka. - Pani nie zyczy sobie? - spytal Wokulski. - Owszem, ale... myslalam, ze panu bedzie przyjemniej w towarzystwie pani Wasowskiej. - Moja panno Felicjo! - zawolal Ochocki - tylko prosze nie bawic sie w uszczypliwosc, bo sie to pani nie udaje. Obrazona panna poszla naprzod w strone sadzawki, panowie za nia. Lowili ryby do piatej wieczorem, na spiekocie, gdyz dzien byl goracy. Ochocki zlapal dwucalowego kielbia, a panna Felicja oberwala sobie koronke u rekawa. Skutkiem czego wybuchnal miedzy nimi spor o to, ze mlode panny nie maja pojecia o trzymaniu wedki, a panowie nie moga jednej chwili usiedziec bez gadania. Pogodzil ich dopiero dzwonek wzywajacy na obiad. Po obiedzie baron oddalil sie do swego pokoju (o tej godzinie zawsze chorowal na migrene), reszta zas towarzystwa miala zebrac sie w parku, w altanie, gdzie zwykle jadano owoce. Wokulski przyszedl tam w pol godziny. Myslal, ze bedzie pierwszy, tymczasem zastal juz wszystkie panie, ktorym Starski cos wykladal. Siedzial rozparty na brzozowym fotelu i mowil z mina znudzona, uderzajac szpicrozga w koniec buta: - Jezeli w historii odegraly jakas role malzenstwa, to bynajmniej nie te ze sklonnosci, ale te z rozsadku. Co wiedzielibysmy dzis o Jadwidze albo o Marii Leszczynskiej, gdyby panie te nie umialy zdecydowac sie na rozsadny wybor? Czym bylby Stefan Batory albo Napoleon I, gdyby nie pozenili sie z kobietami majacymi wplywy? Malzenstwo jest zbyt donioslym aktem, azeby przystepujac do niego mozna bylo radzic sie tylko serca. To nie jest poetyczny zwiazek dwu dusz, to jest wazny wypadek dla mnostwa osob i interesow. Niech ja dzis ozenie sie z pokojowka, chocby z guwernantka, a juz jutro bede zgubiony w mojej sferze. Nikt mnie nie zapyta: jaka byla temperatura moich uczuc? ale jakie mam dochody na utrzymanie domu i kogo wprowadzam do rodziny? - Co innego malzenstwa polityczne, a co innego malzenstwo dla pieniedzy z czlowiekiem, ktorego sie nie kocha - odpowiedziala prezesowa patrzac w ziemie i bebniac palcami po stole. - To gwalt zadany najswietszym uczuciom. - Ach, kochana babciu - odparl Starski z westchnieniem - latwo to mowic o swobodzie uczuc, kiedy sie ma dwadziescia tysiecy rubli rocznie. "Podly pieniadz! brzydki pieniadz!" - wolaja wszyscy. Ale dlaczegoz to wszyscy, poczawszy od parobka, skonczywszy na ministrze, krepuja swoja wolnosc praca obowiazkowa? Za co gornik i marynarz narazaja zycie? Naturalnie, za ow podly pieniadz, bo podly pieniadz daje swobode choc przez pare godzin na dzien, choc przez pare miesiecy na rok, choc przez kilka lat w zyciu. Wszyscy obludnie gardzimy pieniedzmi, lecz kazdy z nas wie, ze jest to mierzwa, z ktorej wyrasta wolnosc osobista, nauka, sztuka, nawet idealna milosc. Gdziez to wreszcie urodzila sie milosc rycerzy i trubadurow? Z pewnoscia nie miedzy szewcami i kowalami, a nawet nie miedzy doktorami i adwokatami. Wypielegnowaly ja klasy majetne, ktore utworzyly kobiete z delikatna cera i biala reka, ktore wydaly mezczyzne majacego dosyc czasu na ubostwianie kobiety. Jest tu wreszcie miedzy nami przedstawiciel ludzi czynu, pan Wokulski, ktory, jak mowi sama babcia, niejednokrotnie zlozyl dowody bohaterstwa. Co go ciagnelo do niebezpieczenstw?... Naturalnie pieniadz, ktory dzis w jego reku jest potega... Zrobilo sie cicho, wszystkie panie spojrzaly na Wokulskiego. Ten odparl po chwili milczenia: - Tak, ma pan racje, zdobylem moj majatek wsrod ciezkich przygod, ale czy pan wie, dlaczegom go zdobywal?... - Za pozwoleniem - przerwal Starski - nie robie panu zarzutu, tylko owszem, uwazam to za chlubny przyklad dla wszystkich. Skadze pan jednak wie, czy czlowiek, ktory zeni sie lub wychodzi za maz dla pieniedzy, nie ma rowniez na widoku szlachetnych celow? Moi rodzice podobno pobrali sie z czystej milosci; jednak przez cale zycie nie byli szczesliwi, a o mnie, owocu ich uczuc, to juz nie ma co mowic... Tymczasem moja czcigodna babka, tu obecna, wyszla za maz wbrew sklonnosci i dzis jest blogoslawienstwem calej okolicy. Nawet lepiej - dodal calujac prezesowa w reke - gdyz, poprawia bledy moich rodzicow, ktorzy tak byli zajeci miloscia, ze zapomnieli o majatku dla mnie... Zreszta - mamy drugi dowod w osobie uroczej pani Wasowskiej... - O, moj panie - przerwala zarumieniona wdowa - mowisz tak, jakbys byl prokuratorem sadu ostatecznego. Ja takze odpowiem jak pan Wokulski: czy wiesz, dlaczegom to zrobila?... - Ale pani to zrobila i babcia to zrobila, i my wszyscy to samo zrobimy - mowil z ironicznym chlodem Starski. - Wyjawszy, rozumie sie, pana Wokulskiego, ktory ma akurat tyle pieniedzy, ile ich potrzeba dla pofolgowania uczuciom... - I ja tak samo zrobilem - odezwal sie stlumionym glosem Wokulski. - Ozenil sie pan dla majatku? - spytala wdowka szeroko otwierajac oczy. - Nie dla majatku, ale dlatego, azeby miec prace i nie umrzec glodu. Znam dobrze to prawo, o ktorym mowi pan Starski... - A co? - wtracil Starski patrzac na babke. - I dlatego, ze znam, zaluje tych, ktorzy musza mu ulegac - zakonczyl Wokulski. - Jest to chyba najwieksze nieszczescie w zyciu. - Masz racje - rzekla prezesowa. - Zaczyna mnie pan interesowac, panie Wokulski - dodala pani Wasowska wyciagajac do niego reke. Panna Ewelina przez caly czas rozmowy byla schylona nad haftem. W tej chwili podniosla glowe i spojrzala na Starskiego z takim wyrazem rozpaczy, ze Wokulski zdziwil sie... Ale Starski wciaz uderzal szpicrozga koniec swego buta, gryzl cygaro i usmiechal sie na pol drwiaco, na pol smutnie. Za altanka rozlegl sie glos Ochockiego: - Widzisz, mowilem ci, ze tu jest pani... - No, to w altance, ale nie w krzakach - odpowiedziala mloda dziewczyna z koszykiem w reku. - Ach, glupia jestes! - mruknal Ochocki wchodzac i niespokojnie patrzac na damy. - Oho! pan Julian znowu wkracza do nas jako triumfator - rzekla wdowka. - Alez slowo honoru daje, ze tylko dla skrocenia drogi szedlem przez klomby - tlumaczyl sie Ochocki. - I tak pan zjechal z drogi, jak dzis wiozac nas... - No, slowo honoru daje... - Juz lepiej podprowadz mnie, zamiast sie tlomaczyc -przerwala prezesowa. Ochocki podal jej reke, ale mial mine tak zaklopotana i kapelusz tak wsadzony na bakier, ze pani Wasowska nie mogla pohamowac nadmiaru wesolosci, co na twarzy panny Felicji wywolalo nowa serie rumiencow, a Ochockiego zmusilo do rzucenia wdowce kilku gniewnych spojrzen. Cale towarzystwo skrecilo na lewo i boczna aleja szlo do budynkow folwarcznych. Naprzod prezesowa z Ochockim, za nimi dziewczyna z koszykiem, potem wdowka z panna Felicja, Wokulski, a za nim panna Ewelina ze Starskim. Przy furtce halas na przodzie spotegowal sie, a w tej chwili Wokulskiemu przywidzialo sie, ze slyszy za soba cicha rozmowe. - Czasem zdaje mi sie, ze wolalabym w grobie lezec... - szepnela panna Ewelina. - Odwagi... odwagi... - odpowiedzial jej tym samym tonem Starski. Wokulski teraz dopiero zrozumial cel wyprawy na folwark, gdy w dziedzincu wybieglo naprzeciw prezesowej cale stado kur, ktorym ona rzucala ziarno z kosza. Za kurami ukazala sie ich dozorczyni, stara Mateuszowa, donoszac pani, ze wszystko jest dobrze, tylko ze z rana krazyl nad dziedzincem jastrzab, a po poludniu jedna z kur troche udlawila sie kamieniem, ale juz ja minelo. Po przegladzie drobiu prezesowac obejrzala obory i stajnie, gdzie parobcy, po wiekszej czesci ludzie dojrzalego wieku, skladali jej raporta. Tu o malo nie zdarzyl sie wypadek. Ze stajni bowiem nagle wybieglo spore zrebie i rzucilo sie na prezesowa przednimi nogami jak pies, ktory staje na dwu lapach. Szczesciem, Ochocki pohamowal figlarne zwierze, a prezesowa dala mu zwykla porcje cukru... - On babcie kiedy skaleczy - odezwal sie niezadowolony Starski. - Kto widzial przyzwyczajac do takich pieszczot zrebieta, z ktorych pozniej wyrastaja konie! - Zawsze mowisz rozsadnie - odpowiedziala mu prezesowa glaszczac zrebaka, ktory kladl glowe na jej ramieniu, a pozniej biegl za nia tak, ze parobcy musieli go zawracac do stajni. Nawet niektore krowy poznawaly swoja pania i witaly ja stlumionym rykiem, podobnym do mruczenia "Dziwna kobieta" - pomyslal Wokulski patrzac na staruszke, ktora umiala budzic milosc dla siebie nie tylko w sercach zwierzat, lecz nawet ludzi. Po kolacji prezesowa poszla spac, a pani Wasowska zaproponowala spacer po parku. Baron, lubo niechetnie, zgodzil sie na projekt; wlozyl gruby paltot, szyje okrecil chustka i wziawszy pod reke narzeczona wysunal sie z nia naprzod. O czym mowili? Nikt nie wie, tyle tylko widziano, ze ona byla blada, on mial wypieki na twarzy. Okolo jedenastej w nocy wszyscy rozeszli sie, a baron pokaszlujac odprowadzil Wokulskiego do jego pokoju. - Coz, przypatrzyl sie pan mojej narzeczonej?... Jaka ona piekna!...Obraz westalki, panie, prawda? A jeszcze kiedy na jej buzi ukaze sie ten wyraz dziwnej melancholii, uwazal pan, jest tak czarujaca, ze... oddalbym za nia zycie. Nikomu bym tego nie powiedzial, wyjawszy pana, ale wie pan, ona robi na mnie takie wrazenie, ze nie wiem, czy osmiele sie kiedykolwiek piescic ja... chce tylko modlic sie do niej... Po prostu panie, kleczalbym u jej nog i patrzyl w oczy, szczesliwy, gdyby mi pozwolila, panie, pocalowac brzeg swojej sukni... Ale czy nie nudze pana? Gwaltownie zakaszlal sie, tak ze mu oczy krwia zabiegly. Odpoczawszy mowil dalej: - Ja nieczesto kaszle, ale dzis troche zaziebilem sie... i nawet nie zawsze jestem sklonny do zaziebien, tylko w jesieni i na nowiu. No, ale to przejdzie, bo wlasnie onegdaj zaprosilem na konsylium Chalubinskiego i Baranowskiego i ci mi powiedzieli, ze bylem sie szanowal, bede zdrow... Pytalem ich rowniez (mowie to tylko panu), co sadza o moim malzenstwie. Ale oni powiedzieli, ze malzenstwo to taka rzecz osobista... Zwrocilem ich uwage, ze lekarze berlinscy od dawna juz kazali mi sie zenic. To im dalo do myslenia i zaraz ktorys rzekl: "A to szkoda, wielka szkoda, ze pan natychmiast nie spelnil ich zalecenia..." Totez, powiem panu, obecnie jestem zdecydowany skonczyc przed adwentem...Znowu napadl go kaszel. Odpoczal i nagle spytal Wokulskiego zmienionym glosem: - Wierzy pan w zycie przyszle? - Dlaczego?... -Bo widzi pan, ta wiara chroni czlowieka od rozpaczy. Ja na przyklad rozumiem, ze ani sam nie bede juz tak szczesliwy, jak bym mogl byc kiedys, ani jej nie dam zupelnego szczescia. Jedyna zas pocieche mam w tej mysli, ze spotkamy sie na innym, lepszym swiecie, gdzie oboje bedziemy mlodzi. Przeciez ona - dodal zadumany - bedzie i tam nalezala do mnie, gdyz Pismo swiete uczy: "Co zwiazecie na ziemi, bedzie zwiazane w niebie..." Pan moze nie wierzy w to, tak jak i Ochocki; niech pan jednak przyzna, ze... czasem... wierzy pan i wcale nie dalby pan slowa, ze tak nie bedzie?... Zegar za sciana wybil polnoc, baron zerwal sie wylekniony i pozegnal Wokulskiego. W kilka minut pozniej jego zanoszacy sie kaszel bylo slychac w drugim koncu oficyny. Wokulski otworzyl okno. Przy kuchni pialy ogromnymi glosami koguty kalakuckie, w parku kwilil puszczyk; na niebie urwala sie jedna gwiazda i spadla gdzies za drzewami. Baron wciaz kaszlal. "Czy wszyscy zakochani sa tak slepi jak on? - myslal Wokulski. -Bo dla mnie, i chyba dla kazdego tutaj, jest jasne, ze ta panna wc